GRANICE. Fumata incerta
Nikodem Szczygłowski
Gdy zaczynałem pisać ten tekst, cały katolicki świat kierował wzrok na dach Kaplicy Sykstyńskiej w Watykanie w oczekiwaniu na pojawienie się białego dymu. Od 3 września 1914 r. – pierwszego roku wielkiej wojny, którą później nazwano światową – kiedy papieżem został kardynał Giacomo della Chiesa, który przyjął imię Benedykt XV, biały dym unoszący się z tego komina oznacza wybór papieża. Wcześniej wybór papieża komunikował… brak dymu. Od ponad stu lat urbis et orbis czeka więc na biały dym – fumata bianca, która zastąpi dym czarny – fumata nera – i ogłosi światu nowego duchowego przywódcę katolików.
Wielokrotnie się zdarza jednak, że trudno było określić kolor dymu; wtedy mówi się o „niepewnym dymie” – fumata incerta. Najbardziej znany przypadek miał miejsce w 1958 roku, kiedy przez kilka minut z komina wydobywał się biały dym. W tym momencie ogłoszono już wybór nowego papieża, ale nagle dym stał się czarny.
Myślę sobie, że obecnie wszyscy żyjemy w świecie, nad którym unosi się właśnie fumata incerta. W tym świecie nie ma już nic pewnego – ani wojny, ani pokoju, ani demokracji, ani autorytaryzmu, nie ma żadnych gwarancji stabilności, świat stał się jedną wielką sceną gry cieni.
Siwy dym
W dystopijnej powieści z 2017 roku zatytułowanej Siwy dym albo pięć cywilizowanych plemion Ziemowit Szczerek przedstawił wizję niedalekiej przyszłości, w której Europa pogrąża się w tytułowym siwym dymie – nieznanej substancji powodującej, że znikają ludzie, miasta, a nawet państwa i ich granice, a pojawiają się w zupełnie innej, nowej i bynajmniej nie lepszej rzeczywistości.
„Siwy Dym szedł od Ukrainy, Podolem, Hałyczyną, później przez Karpaty, Zakarpacie – na Węgry, na pusztę się wciskał i od puszty, gdzie zaległ w kilku miejscach, wypryszczał się w różne strony. Bo Siwy Dym rozpościera się jak wysypka, plamami, tu i tam, nieregularnymi. Jedna większa, druga mniejsza. Siwy Dym w Europie Wschodniej wygląda jak opryszczka na twarzy nastolatka, jeden pryszcz tu, drugi tam, bez sensu, ładu, składu i konsekwencji. Albowiem taka właśnie jest jedyna reguła, jaką można opisać Siwy Dym – absolutny brak sensu, ładu, składu, reguł i konsekwencji. Wewnątrz Siwego Dymu mogło się zdarzyć wszystko. I tylko te legendy”.
Obserwując rzeczywistość, coraz bardziej dochodzę do wniosku, że od co najmniej marca 2020 r. coraz bardziej pogrążamy się w tej szarej mgle, w której coraz trudniej odróżnić dobro od zła, rzeczywistość od fikcji. Kiedy jesienią 2016 r. Putin publicznie oświadczył, że „granice Rosji nigdzie się nie kończą”, nie sądziłem, że oto nadchodzi koniec świata, jaki znamy, i że na Europę nadciąga fumata incerta, siwy dym, szara mgła, która w styczniu 2025 roku przekroczyła Atlantyk i pokryła również ogromne obszary Stanów Zjednoczonych. Kiedy wiosną 2020 roku siedziałem w domu i oszołomiony patrzyłem na monitor komputera, myślałem wtedy odruchowo o wielu miejscach wcześniej regularnie odwiedzanych, a które stały się dla mnie wtedy abstrakcją; nie wiedziałem jeszcze, że wiosną 2022 roku będę stał na głównym dworcu kolejowym w Przemyślu i z przerażeniem patrzył na tłumy przelewające się przez pobliską granicę z kraju, który padł ofiarą brutalnej agresji. Nie wiedziałem wtedy, że którejś kolejnej wiosny w tym samym Przemyślu będę słuchał opowieści o tym, że za tą pobliską granicą „nie ma przecież żadnej wojny”. Metamorfoza, jaka zaszła w ciągu tych trzech lat w wielu społeczeństwach europejskich, jest niemal niewiarygodna, jeśli spojrzeć na nią z boku.
Otwarte kawiarnie i wojna, której nie ma
W trakcie majowego weekendu skorzystałem z okazji, aby wyruszyć w kolejną podróż z konwojem pomocy dla Ukrainy. Ze Szwecji przewieźliśmy trzy wozy strażackie i jeden specjalny autobus wyposażony w sprzęt do transportu osób niepełnosprawnych. Autobus ten udał się do Chersonia, a wozy strażackie do Połtawy, Kramatorska i Zaporoża we wschodniej części kraju.
W Ukrainie sprzęt ratowniczy jest bardzo potrzebny, bowiem jest systematycznie i celowo niszczony podczas nalotów, a ratownicy są często celem tych ataków. Od początku inwazji na terytoriach kontrolowanych przez władze Ukrainy zginęło już ponad 150 strażaków i ratowników medycznych; ci zaś, którzy przeżyli na terenach zajętych przez Rosjan, są przetrzymywani w obozach koncentracyjnych na terytoriach okupowanych, gdzie regularnie są poddawani torturom. W sumie w obozach urządzonych przez Rosjan przebywa obecnie ponad 15 tysięcy maltretowanych cywilów!
We Lwowie rozmawiałem z młodym facetem z Odessy, który przyjechał po sprzęt dla Chersonia. Służył w piechocie morskiej podczas oblężenia Mariupola, a następnie przez półtora roku był przetrzymywany w rosyjskiej niewoli, gdzie był torturowany i głodzony.
„Podczas oblężenia straciłem wiarę w Boga, ponieważ widziałem straszne rzeczy, które są sprzeczne z istnieniem Boga” – powiedział mi. „Podczas niewoli przestałem wierzyć w ludzkość, ponieważ ci, którzy nas torturowali, nie są ludźmi. To nie są ludzie” – powtarzał. Teraz, po rehabilitacji w Szwecji, założył małą organizację non-profit i pomaga demobilizowanym weteranom wojennym. Z niewoli wrócił bez dwóch żeber, stracił także palce lewej ręki.
„Nie ma żadnej wojny, proszę pana” – usłyszałem poprzedniego dnia od wesołego, spędzającego majówkę towarzystwa w Przemyślu, 10 km od granicy. „To wszystko kłamliwe wiadomości, fejkniusy, zmyślenia. Był pan kiedyś we Lwowie? Tam wszystkie kawiarnie są otwarte non stop, ludzie balują za nasze pieniądze, ktoś zarabia miliony!”.
Oczywiście, że byłem we Lwowie. Oczywiście, że kawiarnie były otwarte (choć oczywiście nie „non stop”: w mieście obowiązuje godzina policyjna) i oczywiście ludzie starają się tam żyć normalnie, bo normalne życie jest… po prostu normalnym dążeniem każdego normalnego człowieka. I rzeczywiście, kawiarnie działały również w Zagrzebiu i Splicie podczas wojny w Chorwacji, w tym samym czasie, gdy bombardowano Dubrovnik, a Vukovar płonął pod ostrzałem. Kawiarnie działały również w Warszawie i Krakowie podczas okupacji nazistowskiej, w Europie, która przeżywała właśnie wojnę światową. Człowiek zawsze i wszędzie dąży do normalnego życia, gdziekolwiek tylko jest to możliwe. Już samo to dążenie jest przeciwieństwem wojny, jej zaprzeczeniem, jest oporem wobec jej nienormalności.
Tymczasem nasze codzienne życie – nawet bez wojny – staje się coraz bardziej nienormalne. Fala nieograniczonego niczym populizmu – oto, w co przekształciły się nasze rodzime demokracje.
Populizm, który zabija
Rozejrzyjmy się wokół siebie. Od Rumunii na południu po Litwę na północy nad Europą wisi fumata incerta. Prawica faktycznie przestała być prawicą, a lewica lewicą. Wszystko jest „ultra”, wszystko jest radykalne, wszystko jest populizmem. Politycy od prawej do lewej zajmują się przede wszystkim handlem strachem i fobiami, które często sami wymyślają, aby następnie bohatersko z nimi „walczyć”. Spolaryzowane społeczeństwa w ogóle nie zauważyły, jak przeszły w stan permanentnej wojny wewnętrznej. W Polsce poprzednie rządy populistyczne, które samozwańczo okrzyknęły się „patriotycznym obozem zjednoczonej prawicy”, już od lat szerzyły narrację intensywnego poszukiwania wewnętrznego wroga – raz byli nim „żarłoczni” lekarze, innym razem „chciwi” nauczyciele, a jeszcze innym razem studenci, którym to „w dupach się przewraca”, lub ogólnie „wykształciuchy”, którzy „nie rozumieją zdrowych potrzeb narodu”. I oczywiście, jak zawsze geje, liberaliści, migranci, lewactwo, „zła Bruksela”.
Nie zauważyliśmy tej zmiany na tyle, że przegapiliśmy moment, w którym populizm zaczął zabijać. Dosłownie. W końcu kwietnia sfrustrowany pacjent w krakowskim szpitalu uniwersyteckim zabił nożem lekarza. Zaś 7 maja niezrównoważony student zamordował siekierą pracownicę warszawskiego uniwersytetu.
Tymczasem poszczególni kandydaci na najwyższe stanowisko państwowe w polskich wyborach prezydenckich wciąż powtarzają jak mantrę puste i bezsensowne frazesy o „bezpieczeństwie Polaków”, rzekomo zagrożonych przez „masową migrację”.
W tym samym czasie wszyscy, którzy próbują straszyć „zwykłych ludzi” „migrantami”, „uchodźcami”, a zwłaszcza „radykalnym islamem” lub „fundamentalizmem islamskim” w kraju, gdzie praktycznie nie ma muzułmanów, sami reprezentują nic innego jak zwykły prymitywny radykalizm i fundamentalizm.
Wszyscy bowiem zdajemy sobie sprawę, że za 99,9% przypadków agresji, z jaką spotykamy się w naszym kraju, odpowiedzialność ponoszą nie islamiści, fundamentaliści, imigranci czy uchodźcy, ale nasi współobywatele, ci sami, którzy twierdzą, że „boją się migrantów”. Nasi kochani rodacy, nabuzowani sterydowym turbopatriotyzmem i chęcią walki z kimkolwiek i czymkolwiek, są gotowi zniszczyć – czasami właśnie niestety w sensie dosłownym – każdy obiekt swojej frustracji, czy to siekierą, czy nożem; i w cudowny sposób czynią to bez żadnego lęku.
Nienawiść na południe od Tatr
W sąsiadującą z Polską od południa Słowacji Robert Fico próbuje z całą determinacją pogrążyć swój cichy spokojny kraj w prymitywnym autorytaryzmie wzorowanym na nieodżałowanym reżimie Vladimira Mečiara z lat 90. – i w ekspresowym tempie nadrobić dystans dzielący go od obecnego reżimu stworzonego na Węgrzech przez Viktora Orbána. Rozmawiam o tym w Bratysławie z Samuelem Marcem – tłumaczem, publicystą i pisarzem, który przetłumaczył na słowacki Solaris Stanisława Lema i wolałby pisać o czymś innym, ale tymczasem wydał książkę o wymownym tytule Ako sa zbaviť zúfalstva zo Slovenska a porazi Roberta Fica (Jak pozbyć się beznadziei ze Słowacji i pokonać Roberta Fico).
– Začnime sa riadiť faktami – a prídeme na to, ako sa zbaviť zúfalstva zo Slovenska (zacznijmy w końcu posługiwać się faktami, a przyjdziemy do tego, jak pozbyć się beznadziei ze Słowacji) – mówi mi Samuel. Siedzimy i pijemy piwo w knajpie przy odrestaurowanej zabytkowej hali targowo-kulturalnej z 1910 roku, zwanej Stará tržnica, niedaleko Námestia SNP – placu Słowackiego Powstania Narodowego w centrum słowackiej stolicy.
– Spolupráca a dôvera je to, čo nám na Slovensku najviac chyba – ciągnie dalej Samo. Rozmawiamy ze sobą po środkowoeuropejsku, Samuel biernie zna polski, a ja słowacki, więc każdy z nas mówi w swoim języku, ale doskonale się rozumiemy. – Współpraca i zaufanie są właśnie tym, czego w Słowacji nam najbardziej brakuje. Piję piwo i kiwam głową, nie mógłbym się nie zgodzić z tym. I nie tylko jeśli chodzi o Słowację.
– Nenávisť na Slovensku zašla až príliš ďaleko. Kontaminovala náš každodenný život – opowiada Samuel o kondycji społeczeństwa słowackiego – Nienawiść na Słowacji zaszła już za daleko. Zatruwa naszą codzienność.
Ech, jest to, niestety, bardzo trafna diagnoza, i – ponownie niestety – nie dotyczy wyłącznie Słowacji. Podobnie jak mój słowacki kolega, który próbuje mnie przekonać, że nie wierzy w to, że większość wyborców w jego kraju to prorosyjscy idioci – ja również nie chciałbym w to wierzyć w przypadku kraju na północ od Tatr. Bardzo bym nie chciał.
Tymczasem dalej za Karpatami trwała właśnie kolejna runda rumuńskiej farsy wyborczej, gdzie marzenia o wielkości mieszały się w sposób groteskowy z dyskursem o „wojnie fake newsów” i pochwałami „stabilnego geniusza” z drugiej strony oceanu. Ten natomiast już całkowicie pogrążył się w mgle niepewności, z perspektywy której stanowczo i zdecydowanie wciąż walczy nie wiadomo z kim w teatrze cieni, jaki sam inscenizuje. Deșteaptă-te, române – obudź się, Rumunie, chciałoby się wykrzyknąć zgodnie z pierwszym wersem rumuńskiego hymnu, autorstwa Andreia Mureșanu, rumuńskiego poety, trybuna ludowej wiosny 1848 roku.
Obudzenie zresztą byłoby naprawdę korzystne nie tylko dla Rumunów.
Tęsknota za zagubionym światem
Ogólnie wszystko to, co obserwuję najlepiej streszcza tytuł wystawy w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie – Śmiejąc się jednym, płacząc drugim okiem. Wystawa prezentuje dzieła z kolekcji Ovidiu Şandora, jednego z najważniejszych prywatnych zbiorów sztuki w Europie Środkowej. Tymczasem patrząc na to, co się dzieje w poszczególnych krajach Europy umownie nazywanej Środkową skojarzenie z tą wystawą nasuwa mi się samo przez się.
Pod koniec ubiegłego roku na własne oczy obserwowałem protesty studentów w Nowym Sadzie i Belgradzie, jakie wstrząsnęły krajem pogrążonym od wielu lat w letargu i bezsilności, spowodowanych wszechobecną korupcją reżimu Vučicia i niemal całkowitym brakiem perspektyw dla młodych ludzi.
Na początku kwietnia zaś w leżącym jeszcze dalej na południe Skopje ze smutkiem słuchałem Macedończyków, którzy z oburzeniem mówili o sytuacji, w jakiej znalazł się ich kraj, co po raz kolejny jedynie potwierdziła tragedia w Kočanach. „Бугари во устав е предавство” (Bugari vo ustav e predavstvo – Bułgarzy w konstytucji to zdrada) – czytałem na wielkim transparencie na brzegu rzeki Wardar w centrum Skopje – w związku z kolejnymi żądaniami, które Sofia stawia rządowi w Skopje w zamian za usunięcie przeszkód na drodze do integracji europejskiej.
Spacerowałem po Skopje, patrzyłem na tynk odpadający ze wszystkich ścian pseudoklasycznych i całkowicie autentycznie jugosłowiańskich fasad, trawę rosnącą na dzikim wysypisku śmieci, prowizorycznie ogrodzonym falistą blachą w samym centrum miasta, w bezpośrednim sąsiedztwie alei spacerowej Macedonia, i myślałem, że integracja europejska właściwie już dawno przestała być atrakcyjna, a fasada tej idei coraz bardziej przypomina te zaniedbany i udawany macedoński antyk w Skopje.
Mówił mi o tym Blagoj Veselinov, utalentowany aktor, który zagrał w filmie słynnego słoweńskiego reżysera Andreja Košaka (twórcy kultowego filmu Outsider) Wszyscy przeciwko wszystkim (Vsi proti vsem), kiedy rozmawialiśmy w kawiarni teatru Komedija w Skopje. O tym mówił również sam Košak w kawiarni Bukva, gdzie odbyło się spotkanie internetowe z pewnym amerykańskim autorem kolaży. Mówił znany macedoński pisarz Aleksandar Prokopiev, autor wielu powieści, a w jugosłowiańskiej przeszłości jeden z liderów kultowego zespołu rockowego Idoli. Wszystkie te rozmowy nasycone były trudnym do opisania smutkiem – w języku macedońskim ten stan ducha określany jest zazwyczaj jako t’ga – która jest też w tytule najsłynniejszego bodajże poematu w tym języku T’ga za jug, stworzonego w połowie XIX przez przedwcześnie zmarłego w Stambule Konstantina Miladinova. Oprócz t’gi czułem tu wyraźnie wszechobecny żal i rozczarowanie wielkim światem, który to świat i tak nie nadszedł, nie zstąpił od Triglava w dół tu, do Wardaru, i nie zastąpił dotychczasowego, jugosłowiańskiego, który z kolei pewnego dnia po prostu się skończył; a wszystko, co pozostało, to jedynie stworzona na poczekaniu na szybko pseudoantyczna atrapa z rozpadającego się tynku i falistej blachy.
O tym właśnie jugosłowiańskim świecie, jaki upadł, myślałem następnego dnia w Gazimestanie, w sąsiednim Kosowie, przed pomnikiem słynnej bitwy Kosowskiej z 1389. Po prostu tam stałem i patrzyłem na puste rozległe pola, słuchając wiatru w czterech konstrukcjach przypominających wielkie trąby w rogach kamiennej wieży będącej centralnym elementem pomnika. Pomnika, przed którym 28 czerwca 1989 roku przemawiał Slobodan Milošević, zapowiadając swoją mową krwawy rozpad Jugosławii – i wojny, których wówczas (prawie) nikt nie nazywał jeszcze „fałszywymi”.
Ten wspaniały wielki świat okazał się dziś zagubiony i bezsilny, nie wie on, jak pomóc innym, ani też sobie samemu, błąka się we mgle bez celu, nie wiedząc dokąd ma zmierzać i jak.
Ograniczona bezgraniczność w starej-nowej Gorycji
W Gorycji i Novej Goricy, gdzie z kolei byłem w lutym, uczestniczyłem w otwarciu projektu Europejska Stolica Kultury, który odbywa się w tych dwu miastach tworzących de facto jeden organizm miejski po obu stronach granicy pod hasłem „Bez granic”.
Dużo rozmawialiśmy o tym, jak to istotne jest, że (szczęśliwie) żyjemy obecnie w świecie bez granic, że oto proszę spojrzeć na Gorycję i Novą Goricę, jak pięknie to funkcjonuje, przechodziliśmy swobodnie ze słoweńskiej strony na włoską i z powrotem wiele razy, z balkonu mieszkania mojego słoweńskiego przyjaciela Mihy w „starej” (czyli włoskiej) Goricy oglądaliśmy paradę, która oczywiście również przekraczała granicę.
„Intrygujące w historii naszego miasta jest to, że wymyślając właściwie życie lokalne w nim, wymyślamy też aspekt, który wykracza poza narodowe aspiracje. Gorycja i Nova Gorica to jest właśnie miejsce, w którym spotykają się ze sobą rzeczy bardzo lokalne i bardzo globalne” – mówi mi Miha Kosovel, wielki lokalny patriota, działacz Društva Goriških Humanistov.
W bibliotece po słoweńskiej stronie rano brałem udział w spotkaniu z pewną ministrą, która nieuważnie kiwała głową, słuchając opowieści o realizowanych wspólnych projektach, podziwiałem następnie brutalistyczną architekturę centrum i czytałem książki o Edvardzie Ravnikarze w księgarni Maks przy Delpinovi ulicy. Spotykałem wielu lublańskich i mariborskich znajomych wśród rozentuzjazmowanego tłumu.
Luka Lisjak, historyk i redaktor lokalny magazynu „Razpotja”, mówił mi przy kawie o tym, na czym polega fenomen tego miasta (miast):
„Nova Gorica jest miastem, które w sposób dosłowny rozwinęło się na granicy i wiele tej granicy zawdzięcza. A jak już się rozwinęło, to obydwa te nasze miasta stały się czymś w rodzaju obrazu niepasującyego do Unii Europejskiej. Wszyscy trochę o nich zapomnieli, a kiedy już przypomnieli, zobaczyli, że na tym obrazie nie brakuje porysowań i pęknięć. Po włoskiej stronie mamy ogromne wyludnienie, Gorycja ma dziś mniej mieszkańców niż 100 lat temu lub 110 lat temu, kiedy przeżywała rozkwit. W Novej Goricy również mamy do czynienia z drenażem mózgów, kryzysem modelu turystycznego, oba miasta są w pewnym sensie na dalekich kresach swoich państw narodowych. Ale postęp polega na tym, że kiedy przyjeżdżasz z jednej strony i przechodzisz na drugą stronę, coraz bardziej zbliżasz się do peryferii, ale w pewnym momencie peryferie łączą się i tworzą nowy potencjał. W tym sensie ta granica jest jednocześnie traumatyczna, ale też buduje pewne nadzieje.”
Architektka Eva Sušnik z kolei opowiadała mi o tym, że Nova Gorica stworzyła osobliwą mieszankę, będącą jej cechą szczególną. „Na początku pomysł stania się Novą Goricą – na przekór jakby tej Goricy starej – miał pokazać twarz lepszego nowego świata socjalizmu, wobec tego starego świata kapitalizmu. Nowe miasto na granicy miało stać się czymś w rodzaju jugosłowiańskiej wizytówki dla Zachodu. Miało być postępowym, młodym, pełnym nowych pomysłów, takie miasto sprawiedliwego społeczeństwa, w którym jest możliwość mieszkania dla wszystkich, pełne zieleni i doskonałe w sensie urbanistycznym. Taka była idea. Potem, jak każda idea w historii, z czasem uległa licznym zmianom. W swojej istocie pomysł powstania Novej Goricy był w zasadzie projektem mocno jugosłowiańskim, właściwie kwintesencją Jugosławii” – konkluduje Eva.
Gawędziłem sobie o tej wspólnej Europie z policjantem, którego tu wysłano z Hodoš – miejscowości na samej granicy z Węgrami, w Prekmurju, najdalej chyba wysuniętym od Novej Goricy skrawku Słowenii, a na końcu słuchaliśmy wszyscy wspólnie przemówienia słoweńskiego premiera Roberta Goloba na placu przed teatrem narodowym.
„Dwa miasta, dwa narody, jedna stolica kultury, jednej, zjednoczonej Europy – mówił Golob – Wszystkich nas łączy idea Europy, która wzrosła na ideach wspólnoty, jedności i rozwoju. Nasz przekaz jest oparty na wspólnych marzeniach wszystkich Europejczyków. Tu, gdzie płynęły kiedyś rzeki krwi, teraz mówimy, że możemy razem przezwyciężyć nienawiść dla wspólnej przyszłości. Mówimy to dziś razem całej Europie. Świętujemy kulturę, nas wszystkich łączącą i motywującą do działania i stanowiącą źródło natchnienia. Dwie Gorycje – jedno miasto. Wiele narodów – jedna Europa”.
Błąkałem się następnie po nocnym mieście, widziałem pociąg odjeżdżający po raz pierwszy od dekad w położonej tuż przy granicy stacji w Novej Goricy powstałej w latach 1900-1906 na potrzeby obsługi linii kolejowej zwanej Transalpina – odjeżdżający w kierunku dworca w tej „starej” Gorycji, a stamtąd dalej – do Wenecji. Piłem piwo Union na tejże stacji w towarzystwie słoweńskich gasilcev i włoskich pompieri, z hasłem Vigili del Fuoco na szewronach – rozmawiali w typowej dla pogranicza mieszance obydwu języków, poklepywali się po plecach, pokazywali sobie nawzajem jakieś zdjęcia w telefonach. Następnie szedłem długim tunelem rowerowym wzdłuż granicy, który mógłby stanowić niezłą scenerię dla jakiegoś taniego horroru pt. np. Lost on the border, przeszedłem na włoską stronę już gdzieś pod Kostanjevicą, mijając dwie dawne budki wartownicze, gdzie obecnie mieści się świetne transgraniczne muzeum przepustek granicznych – Museo del Lasciapassare / Prepustnica. Chciałem następnie przejść tunelem pod wzgórzem zamkowym, żeby wyjść na Travnik – czyli Piazza della Vittoria, rozległy historyczny plac w sercu starej Gorycji, pełniący funkcję Rynku, jaki w świadomości i potocznej mowie wszystkich mieszkańców po obydwu stronach granicy wciąż zachował prastarą słoweńską nazwę, ale tunel okazał się być zamknięty na rekonstrukcję. Musiałem więc zadać sobie dodatkowy trud i bocznymi uliczkami wspiąć się na zachodnie zbocze góry zamkowej, aby następnie z niego zejść w okolicy piazza San Antonio w centrum Gorycji. Po drodze z ciemności niespodziewanie wyjrzała na mnie twarz Gabriele d‘Annunzio z popiersia ustawionego gdzieś w okolicy Porta Leopoldina – bramy prowadzącej na zamek. Prekursor faszyzmu, twórca fantasmagorycznej, lecz urzeczywistnionej przez niego na kilka miesięcy w Rijece/Fiume Regencji Carnaro, legendarny dowódca legionistów, bohaterski lotnik pierwszej wojny światowej, poeta, pisarz i wizjoner, który szczęśliwie zmarł, zanim jego wizje doprowadziły do kolejnej wojny światowej miał twarz obróconą w stronę księżyca, lekko się uśmiechał i spoglądał w kierunku ulicy nazwanej jego imieniem.
Na Travniku właśnie stopniowo dobiegała końca stołeczno-europejska impreza kulturowa, ze sceny pobrzmiewały ostatnie akordy jakiejś piosenki, ludzie dookoła rozchodzili się po kawiarniach i winiarniach. Wypiłem Guinnessa w zatłoczonej słoweńskiej knajpie Mama Angela i poszedłem spać, mijając po drodze ciemne kręte uliczki o łuszczących się barokowych fasadach.
Wspomniana Mama Angela to gwiazda Travnika, miejsce w którym się bywa, tu słoweński miesza się z włoskim, lokalne wino goriško z winem z miejscowości Prosek niedaleko Triestu, bardziej znanym pod zitalianizowaną nazwą prosecco, a wyroby craftowe miejscowych browarów z zimnym Guinnessem. Dzień wcześniej rozmawiałem tu z Adrijanem Pahorem, synem słynnego słoweńskiego pisarza z Triestu, zmarłym w 2022.
Zapytany o to, czym jego zdaniem jest literatura stworzona przez jego ojca dla młodego pokolenia miejscowych Słoweńców, Adrijan powiedział, że „jest to przede wszystkim wiedza o przeszłości, bez której nie możemy budować przyszłości”.
„Mój ojciec kochał Triest, jego otwartość, jego wielkość, jego ducha – Miasto nad Zatoką. Sam był człowiekiem otwartym i żądnym wiedzy, spragnionym świata, a jednocześnie wierny swojemu miastu, swojemu miejscu na ziemi. Zawsze powtarzał, że tylko w książkach można zdobyć wiedzę, a następnie można wykorzystać ją do dalszego życia lub do budowania nowego świata.” – mówił mi Adrijan, który sam poświęcił się słoweńskiej edukacji młodych w Gorycji, podkreślając przy tym, że ojciec za nic nie wymieniłby życia w Trieście na Gorycję.
„Człowiek bez kultury jest niczym. To jest to, do czego Boris Pahor zawsze zachęcał młodych ludzi – aby kształcili się poprzez czytanie, bowiem bez żmudnego zbierania wiedzy, bez gromadzenia w głowie tak fundamentalnych tekstów, które mówią nam o nas samych, nie da się w pełni zrozumieć naszej kultury, jakiejkolwiek kultury. Jeżeli on był nawet trzykrotnie nominowany do Nagrody Nobla, to znaczy, że jego książki, jego teksty miały swoją wartość nadrzędną. Myślę, że wciąż ją mają”.
Zanim zasnąłem w podzielonym mieście bez granic, w zabytkowym hotelu mieszczącym się w barokowym XVII-wiecznym palazzo czytałem jeszcze książkę dr. Kazimierza Ostaszewskiego-Barańskiego, galicyjskiego pisarza i publicysty z przełomu wieków XIX i XX, założyciela Towarzystwa Dziennikarzy Polskich, powołanego do życia we Lwowie w 1893, którego był wieloletnim sekretarzem, wiceprezesa Związku Dziennikarzy w Austrii. W 1902 roku odbył on na czele delegacji polskich dziennikarzy z Galicji podróż po słoweńskich ziemiach, czego wynikiem była wydana przez niego następnie książka pt. Z nad Drawy, Sawy i Soczy (Lwów, z drukarni M. Schmidta i spółki, 1903). Jego książka jest niezwykle cennym świadectwem tego, jak tak doświadczony i wykształcony publicysta, jakim był Ostaszewski-Barański postrzegał sprawy narodowe, językowe, kulturowe i polityczne w ówczesnych prowincjach koronnych Cislitawii, zamieszkałych przez Słoweńców.
„Ścierają się tu ludy, rasy, religie, wpływy polityczne, krzyżują najrozmaitsze interesy… – pisze w swojej książce pisarz ze Lwowa – Następstwem tego są też stosunki narodowościowe: na Pobrzeżu stykają się szczepy słowiańskie, romańskie i germańskie; są okolice jak np. kraj Cziczków u stóp Uczki (Monte Maggiore), stanowiące prawdziwą mozaikę narodowościową. Pobrzeże – o ile chodzi o Słowian – należy zarówno do Słowieńców jak Chorwatów; pierwsi są dominującym żywiołem w Gorycyi i okolicy Triestu, drudzy w Istryi. Słowieńcy w Gorycyi liczą się na 150.000 (w ogóle liczy Gorycya 233.000). W Istryi na 345.000 jest ich około 50.000, a w Tryeście i okolicy na 178.000 znajduje się prawie 30.000 obywateli słowieńskich; ogólną więc ich liczbę na Podbrzeżu przyjąć można w cyfrze 230.000.”
Za oknem mam późną gorycyjską noc europejskiej kultury XXI wieku, oczyma wyobraźni zaś próbuję sobie wyobrazić, jak Gorycję widział ponad sto dwadzieścia lat temu Ostaszewski-Barański:
„Kras się kończy – a Gorycja, to prawie jeden wielki ogród, obramiony górami. Kraj przecina w całej długości z północy na południe rzeka Socza (Isonzo), której kolebka stoi u stóp Triglavu, w malowniczej okolicy, przypominającej tyrolskie dolomity. […] Tu czuć już południe w powietrzu, przyrodzie, mieszkaniach; chłodne hale, wysokie izby wstępują w miejsce przygarbionych chat góralskich”.
„Stolica kraju, słowiańska Nicea, jak z pewną przesadą nazywają Gorycyę, jest miastem miłem, pięknie położonym, pełnem zieleni, blasku, woni i życia. Miasto ma dużo włoskiego charakteru, ale i Słowieńcy występują tu już pokaźnie. W Gorycji, w której Słowieńcy 2/3 ludności stanowią, mają tylko dwóch posłów do parlamentu, podczas gdy Włosi mają trzech; rząd jest w ręku Włochów”.
*
W kilku słowach próbowałem opowiedzieć o tym wszystkim – to znaczy o transgraniczności, która przyświeca tak wspaniałemu wydarzeniu, jakim jest Europejska Stolica Kultury. Przecież zawitała ona właśnie do tego dziwacznego staro-nowego włosko-słoweńskiego miasta.
Moją pierwsza lektorka słoweńskiego Lara, razem ze swoją siostrą Petrą, dorastała przy granicy w latach 80. i na początku 90. XX w., miała rodzinę po włoskiej stronie granicy, którą często odwiedzała. Dla niej granica była czymś normalnym w świecie podziałów.
„Dziś mamy tę otwartość, to niezwykłe uczucie otwartości, wtedy tego nie mieliśmy” – powiedziała mi Lara.
„Mimo tego wydaje mi się, że dzisiejsi młodzi ludzie nie rozumieją tej granicy. Mają wszystko, aby mogli dokonywać takich wyborów, jakich chcą. Nie rozumieją jednak tego, jak ważne jest to, że granica już nie istnieje, że można ją przekroczyć bez problemu w dowolnym miejscu. Z pewnością nie są tak obciążeni granicą w przeszłości jak my. Ale też prawdopodobnie z tego samego powodu nie przywiązują do tego, takiej wagi jak my, którzy doceniamy sam fakt, że mamy dziś ten luksus, ten niezwykły przywilej, że granicy już nie ma. Chociaż z drugiej strony jestem pewna, że nawet w ich umysłach granica wciąż istnieje” – tłumaczyła mi Lara, konkludując historię o tym, jak na pogranicze przyszła tzw. Wojna Dziesięciodniowa i razem z siostrą została przez rodziców szybko ewakuowana do ciotki na włoską stronę granicy. Dziś Lara mieszka w „starej” Goricy i pracuje jako kuratorka oświaty słoweńskiej we Włoszech. Podobnie jak inni aktywni zawodowo mieszkańcy pogranicza granicę przekracza codziennie.
Po pożegnaniu z Larą stałem na peronie i myślałem o rozmowie na temat Mussoliniego, którą przeprowadziłem z pewnym Włochem w kontekście nadania dyktatorowi w latach 30. XX w. honorowego obywatelstwa Gorycji. Jak dotąd wciąż go nie odebrano, przez co wybuchł słuszny skandal przed tegorocznym otwarciem Europejskiej Stolicy Kultury. Natomiast mój rozmówca podkreślał, że nie należy „demonizować” duce. Nie można go postrzegać wyłącznie przez pryzmat faszyzmu, nalegał; należy pamiętać, że dla wielu jego osobowość kojarzy się przecież przede wszystkim ze „stabilnością” i tęsknotą za życiem w czasach, kiedy „wszyscy mieli pracę”, „masło nie kosztowało majątku” i – co prawdopodobnie najważniejsze – „nie było imigrantów”. Z tych rozważań wyrwał mnie właśnie włoski strażnik graniczny, który zmęczonym wzrokiem przejrzał mój dowód osobisty, a następnie legitymację dziennikarską, po czym na moje pytanie odpowiedział, że „bezgraniczność” to wprawdzie wspaniała rzecz, ale migrazione illegale żyje własnym życiem.
W pociągu mknącym do Triestu, nie wiem już po raz kolejny od marca 2020 roku, powtarzałem w myślach słowa, którymi słoweński pisarz Drago Jančar zakończył swoją powieść Galernik z 1978 roku – w roku moich narodzin: „Jutro rano będę trzeźwy i tych przeklętych snów nigdy już nie będzie”.
Nikodem Szczygłowski (1978) – tłumacz słoweńskiej i litewskiej literatury, publicysta, podróżnik. Współpracuje z redakcjami i instytucjami kultury w Polsce, Słowenii i Litwie. Autor licznych publikacji na temat zagadnień środkowoeuropejskich. Laureat nagrody za osiągnięcia w publicystyce ministerstwa kultury Republiki Litewskiej (2020).
Kultura Enter
2025/04 nr 116
Skopje, čaršija, widok na pomnik Filipa Macedońskiego. Fotogramie: Nikodem Szczygłowski.
Skopje, widok na rzekę Wardar i centrum miasta.
Gorycja, instalacja artystyczna przy Teatro Comunale Giuseppe Verdi.
Gorycja, Casa di Mutilato.
Na ulicach Gorycji.
Na peronie dworca Gorizia Centrale.
Plac przed Teatrem Narodowym w Novej Goricy przed ceremonią otwarcia Europejskiej Stolicy Kultury.
Tory kolejowe przed dworcem Nova Gorica (w perspektywie po lewej),
Tablica informująca o wjeździe do Novej Goricy (od strony Gorycji).
Dawne przejście graniczne przy via S. Gabriele / Erjavčeva ulica, obecnie siedziba Društva humanistov Goriške.
Charakterystyczny włoski słup graniczny przy via S. Gabriele / Erjavčeva ulica.
Pochód via S. Gabriele w kierunku ulicy Erjavčeva ulica podczas ceremonii otwarcia ESK.
Fasada ratusza w Novej Goricy (dzieło Ravnikara), ozdobiona wizualizacją ESK Go!2025.
Novi Sad, reklama Coca Coli, slogan głosi: "świat wciąż potrzebuje św. Mikołaja gdzieś tam na górze".














