SZTUKA. Gałązka sosny z Druskiennik
Aleksandra Zińczuk
*
Świnia jesteś, jeżeli się porządnie nie leczysz (…) Jak się zabierasz do pisania sonaty, to leź cały w nią i z głową, nogami i ze wszystkim. (…) Kompozytor w chwili płodzenia powinien mieć tylko jedną myśl i jedno pragnienie. Tak, moje dziecko. Chcesz napisać dobrą sonatę, utop się w niej. Głową ręczę, że będzie śliczna”. *
(M.C. Čiurlionis do przyjaciela, kompozytora i malarza, Eugeniusza Morawskiego, maj 1982, Lipsk)
Tworzący na przełomie XIX i XX w. Mikalojus Konstantinas Čiurlionis znany był w Polsce po prostu jako Kostek Czurlianis. Dla Litwinów to, powiedzmy, swojego rodzaju nasz Mickiewicz, z tym że sam wyrastał na Mickiewiczu, a przede wszystkim na Słowackim, i w duchu neoromantyzmu. Jako człowieka pogranicza cechowała go wrodzona otwartość na różne wpływy kulturowe. Przylgnął do niego mit pochodzenia chłopskiego, choć matka wywodziła się z rodziny mieszczańskiej.
Nowe światło na jego osobowość twórczą rzuca wydany niedawno w Kownie zbiór listów. Zostawił bowiem po sobie bogatą korespondencję, z której możemy odczytać psychikę twórcy, jego afirmację przyrody oraz tajemnic świata. Jego twórczość oraz tragiczna biografia wciąż sprawiają, że nie traci na aktualności i inspiruje kolejne pokolenia. Pierwsza część skierowana jest głównie do przyjaciół z lat 1892–1906, druga zaś z ostatnich 4 lat życia zawiera przede wszystkim listy do rodziny oraz narzeczonej i żony Sofiji Kymantaitė. Zbiór listów jest niezgłębioną studnią wiedzy o mało rozpoznanych nazwiskach bohemy artystycznej i intelektualnej, przede wszystkim wśród Litwinów i Polaków. Pokazuje też wrażliwość malarza, jego wytrawną polszczyznę oraz wielką miłość do przyszłej żony Sofiji. A każdy, kto spotkał na drodze swój cień lub zszedł do piekieł ciemności anhedonii, więc ciemność widomą odczuł, będzie potrafił odczytać między wierszami jego powracające mroczne stany, które ostatecznie doprowadziły go do krańcowego wyczerpania i przedwczesnej śmierci w wieku zaledwie 36 lat.
Ponoć oprócz nut i podręcznego szkicownika woził zawsze ze sobą w walizce gałązkę sosny z Druskiennik. A podróżował wiele, pomiędzy ukochanymi Druskiennikami, Warszawą, Lipskiem, Petersburgiem i Wilnem. Gałązką sosny miał go budzić w dzieciństwie brat Paweł. Pod sosnowymi borami przechadzał się z ukochaną Sofiją, Zośką, Zo, jak nazywał swoją przyszłą żonę. Jego malarskie pejzaże, jak i muzyczne utwory przeniknięte są autentycznym odczuwaniem przyrody: szmerem sosnowych lasów, tętniące mową słońca i wiatru. Wyczulony słuch i sprzężone zmysły obserwacji i czucia zrodziły jego miniaturę muzyczną na fortepian „Słowik”, w którą wkomponował autentyczny śpiew ptaka. Do chłopięcego ucha matka śpiewała mu litewskie dajny, a jako kilkulatek zaczął grać ze słuchu na pianinie. A dziś jego utwory pobrzmiewają w gdańskich carillonach. Jego najsłynniejsza piąta sonata „Morze” była odgrywana w centrum Wilna 5 października tego roku podczas protestów środowiska kultury przeciwko populistycznej prorosyjskiej partii litewskiej.
Ten fascynujący malarz i muzyk absolutnie realizował ideę korespondencji sztuk. Jego wewnętrzny świat przepełniała musica mundi. Urodzony 150 lat temu w wielonarodowej rodzinie (ojciec Litwin, matka w połowie Niemka), uformowany głównie w polskiej kulturze, zaangażowany w krzewienie litewskości, i jednocześnie uniwersalny, ponadnarodowy oraz artystycznie nieprzynależny do jakiegokolwiek ustalonego porządku. Zagadkowy, wyjątkowy, mistyczny. Ustawiany obok postromantyków i symbolistów, był przede wszystkim synestetykiem, intuicjonistą, surrealistą, modernistą i pionierem abstrakcjonizmu – czego dowodził w Sorbonie estoński badacz Alexis Rannit, według którego Wassily Kandinsky widział wcześniejsze prace Čiurlionisa na wystawie zbiorowej w Rosji, zanim zaczął tworzyć w duchu abstrakcjonizmu.
Dzięki inicjatywie polskich Litwinów Čiurlionis doczekał się ulicy swojego imienia w Warszawie, pamiątkowej tablicy na budynku przy ulicy Żurawiej 45, gdzie z braćmi klepał biedę na studiach oraz w miejscu przedwczesnej śmierci w Czerwonym Dworze w podwarszawskich Markach. Rosnące zainteresowanie jego geniuszem odnotowywała na przestrzeni lat kilkunastokrotnie „Kultura” paryska. Jego prace pojawiały się w Warszawie czy Paryżu. Z okazji jego ostatniego jubileuszu urodzin dziesięć lat temu w krakowskim Międzynarodowym Centrum Kultur miała miejsce wyjątkowa wystawa jego prac, a „Tygodnik Powszechny” wydał specjalny dodatek dedykowany artyście.
Twórczość Čiurlionisa wciąż zaprasza do nowych odkryć, co szczęśliwie niedawno przypomniała wystawa jego obrazów w Dulwich Picture Gallery w Londynie (ekspozycja pt. Pomiędzy światami). Z kolei tegoroczny 150. jubileusz urodzin jest hucznie obchodzony w całej Litwie. Najwięcej zebranych zbiorów przechowuje muzeum w Kownie. I trzeba je oglądać w oryginale, bo najlepsze reprodukcje i katalogi nie oddają całej głębi, kolorystyki ani subtelności warsztatu.
Tymczasem ktokolwiek będzie w druskiennickiej stronie, niech zajrzy do starego sadu z owocowymi drzewami sadzonymi ręką ojca najwybitniejszego litewskiego artysty. Nie tylko zobaczy dawną zagrodę i zacne wiejskie chaty, w których mieści się dziś Muzeum Mikalojusa Konstantinasa Čiurlionisa w Druskiennikach, lecz także doświadczy najlepszej immersyjnej wystawy jego twórczości zatytułowanej Angel takais (Szlak Aniołów) oraz nowo powstałej drugiej części Stworzenie świata. Para litewskich twórców wizualnych Kristina Buožyt oraz Vitalijus Žukas została za to dzieło słusznie nagrodzona m.in. na Festiwalu Filmowym w Wenecji, nagrodami w Wielkiej Brytanii i Wilnie. Sztuki przekuwania języka artystycznego na rzeczywistość wirtualną możemy niewątpliwie uczyć się od przyjaciół Litwinów. Nie tylko tej sztuki zresztą.
Ponoć do chaty w Druskiennikach przychodziła Maria Konopnicka. Zresztą do Druskiennik już za dziecięcych lat Kostka przyjeżdżała światowa inteligencja. Daleko przed Józefem Piłsudskim, który miał tam domek, przyjeżdżali Kraszewski, Moniuszko, Orzeszkowa i Rodziewiczówna. Ale z Druskiennik wyjechał też do Ameryki litewski Tatar, ojciec aktora Charlesa Bronsona. Zapewne opuszczający Europę na jednej z ukochanych i malowanych przez Čiurlionisa łodzi. Na takich łodziach dwaj bracia Konstantego również wyruszyli w poszukiwaniu lepszego życia za oceanem.
Same Druskienniki w okresie międzywojennym stanowiły przygraniczne miasteczko, gdzie granicę wyznaczał płynący przez malowniczą miejscowość Niemen. Żywot człowieka pogranicza nigdy nie przebiega sielankowo, choć zwykle ratuje się swoją arkadią, w której może zaczerpnąć życiodajnych sił. Poza mitycznymi Druskiennikami, miewał jednak Kostek problemy z powodu swojej litewskości. W warszawskiej uczelni nie przydzielono mu ostatecznie nagrody dla najzdolniejszego ucznia, ponieważ komuś przeszkadzało, że był obcokrajowcem. Dostawał też cięgi od litewskich nacjonalistów, że dopraszał do chóru polskie głosy. A też jego ojciec ucierpiał z powodu degradacji ze stanowiska organisty w druskiennickim kościele, gdy do miasteczka przyjechał w misją polonizacji nowy ksiądz, którego ostatecznie zamordowali niemieccy naziści.
*
(…) słyszę, jak myśl Twoja szybuje na podobieństwo meteoru, i nieograniczoną radość czuję, i wierzę święcie, mocno, że szarość, proza łachmaniasta nie wkradnie się do Domu naszego przenigdy. (MCK do żony S. Kymantaitė)
Lublin, miasto unii polsko-litewskiej, zaledwie otarł się o oryginalnego twórcę, który zapewne mógłby nadać nowy kierunek w artystycznym rozwoju miasta. Gdyby Čiurlionis zgodził się objąć stanowisko dyrektora szkoły muzycznej w Lublinie, może nie mielibyśmy dziś do czynienia z jego twórczością malarską taką, jaka jest. Na szczęście odmówił. Wolał całkowicie zająć się pracą twórczą, niż dać się uwięzić w roli urzędnika i nauczyciela, których często nie znosił. Dyktowane wewnętrzną potrzebą decyzje nie pomagały mu często w finansowych problemach, bo jednak ze sprzedaży obrazów trudno było mu się utrzymać.
Język muzyki uważał za mowę bogów i najbardziej esencjalną mowę ludzkiej duszy. Zbierał litewskie pieśni ludowe, prowadził chór litewsko-polski, udzielał lekcji muzyki. Wielu jego dzieł nie poznamy, zaginęły w wojennych zawieruchach. A wśród nich również prace powstałe na plenerach malarskich w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą i w Zwierzyńcu na Roztoczu. Te plenery pełne przygód i fenomenalnego towarzystwa zawdzięczał swojemu profesorowi i malarzowi Kazimierzowi Stabrowskiemu, który kierował Szkołą Sztuk Pięknych w Warszawie**.
Ostatnie lata życia Čiurlionisa zaprzątał wspólny z żoną projekt opery Jurata, której wątek jest centralną częścią aktualnej wielkiej wystawy w Kownie z okazji uroczystych obchodów 150-lecia jego urodzin. Jest to niestety nieskończone dzieło dwojga artystów, przerwane postępującą chorobą psychiczną Kostka.
Polska badaczka twórczości Čiurlionisa, Jadwiga Siedlecka, zauważyła, że „W Połądze znajdowała się Góra Biruty, na której pogańscy kapłani strzegli świątyni i wiecznego, świętego ognia. O Birucie, Juracie i innych postaciach z litewskich legend usłyszał Kostek od miejscowych rybaków”***. Tam również przy najstarszym dębie odbywały się obrzędy lokalne, które musiały niewątpliwie działać na wyobraźnię młodego artysty.
Popularna wśród Litwinów legenda o parze kochanków bogini Bałtyku Juracie i śmiertelniku Kastytisie została spisana na podstawie ludowych podań w I poł. XIX w. Sam Čiurlionis jako syn rybaka (także organisty kościelnego) utożsamiał się z rybakiem Kastytisem, a w swojej żonie dopatrywał się odpowiednika Jurate czy Eglė, królowej węży, z innej głównej litewskiej legendy. W przesyłanej korespondencji odnotowywał wizje, jak pędzi do jej pałacu na dnie morza. Ten ton jest intymny, romantyczny, idealizujący, z drugiej strony towarzyszyła mu przez cały czas niepewność. Skoro ten największy litewski artysta wstydził się swoich prac, a jego żona, wybitna myślicielka i pisarka, chciała palić swoje teksty, to można domyślać się, ile w tych ludziach było pokory.
*
Chciałbym ułożyć symfonię ze szmeru fal, z tajemniczej mowy boru wiekowego, z mrugania gwiazd, z piosenek naszych i z bezmiernej tęsknoty mojej. Chciałbym wejść na najwyższe szczyty niedostępne śmiertelnym i z najpiękniejszych gwiazd upleść wianek dla Zosi – Żony mojej. (MCK do żony S. Kymantaitė)
Jego warsztat pracy przebiegał symultanicznie, jednocześnie komponował i malował, niejako zapisując w pejzażach swoje audialne doświadczenia. A wiele swoich obrazów tytułował sonatami, fugami, preludiami i fantazjami, mimo że na ogół nie nadawał tytułów pracom. Jego malarskie sonaty podzielone są na cztery części tak jak w muzycznej sonacie albo symfonii, wskazując na tempo Allegro, Andante, Scherzo, Finale. Ciekawe, że malował przez ostatnich sześć lat swojego życia.
Po wielokroć wyobrażał sobie świat jako wielką symfonię. Stosował subtelne, zniuansowane odcienie, innym razem odważne szalone zestawienia kolorystyczne. Na tle pejzaży ledwo znajdziemy zarysowane ruiny, niewidzialne, jakby do wyobrażenia przygasłe kolory. Piętrzące się symbole i warstwy skorupy ziemskiej. Króluje w nich spójność boskiego i ludzkiego pierwiastka, żeńskiego i męskiego.
Malował drzewa przedzierające się przez roztapiające się chmury i mgły. Efemeryczny świat podwodny opowiada o sobie zaledwie ołówkiem, ledwo zarysowanymi rybackimi sieciami. Kopuły, minarety, starożytne budowle. Miasta pod wodą to starożytne świątynie z obeliskami, z zapisami kosmologicznymi.
Tworzył liczne szkice, pocztówki, rysowane misternie z precyzyjnymi zdobnikami tuszem oraz w technice fluoroforty, która ze względu na szkodliwość dla zdrowia została zakazana.
Jego baśniowe, majestatyczne krajobrazy przesycone fascynacjami teozoficznymi i astronomicznymi przywołują ekspresję ukrytą w symbolicznych pejzażach ziemi i gór Henryka Wańka. Piewcy swojego axis mundi, wyznawcy mistyki śląskiej.
*
Nauka idzie lepiej nawet, niż przypuszczałem, tylko w ostatnich dniach jakoś dziwnie ciężko było pracować. Widocznie zapas energii, który przywiozłem z Druskiennik i Połągi wyczerpał się trochę – pisał z Lipska do księcia Michała Mikołaja Ogińskiego, dziękując za finansową opiekę w grudniu 1901 r.
Jego końcówka życia owiana jest tajemnicą. Był w pełni sił twórczych, tworzył niemalże nieustannie, maniakalnie. Powstawały najlepsze obrazy (których praktycznie sam nie tytułował) oraz utwory muzyczne.
Kiedy po raz pierwszy jako chłopiec opuścił rodzinny dom, położony w dziukajskim regionie litewskim, zachorował na melancholię. W Połądze po raz pierwszy zobaczył morze i do Płungian później wracał z żoną. Ten wyjazd kilkunastoletniego chłopca był zdaje się pierwszym poważnym załamaniem, fizycznie wręcz odmienił młodego artystę. Zresztą zawsze wyglądał znacznie dojrzalej niż na swój wiek. Jeszcze wcześniej niespodziewane zniknięcie ojca mogło osadzić na dnie duszy dziecka niepokój. Ojciec, lubiący spacery po lasach, pewnego dnia w niejasnych okolicznościach zniknął na dłuższy czas, być może duch wędrówki zawładnął jego duszą i wyruszył na Syberię. Po tej, owianej tajemnicą, nieobecności jednak powrócił do rodziny.
Jadwiga Siedlecka jednak poważnego pierwszego kryzysu psychicznego Čiurlionisa upatruje w tragicznej rozłące z pierwszą miłością, panną z bogatego domu Morawskich, w którym litewskiego zubożałego artysty z chłopskiej rodziny jak widać nie chciano. O mały włos na skutek niesprawiedliwej decyzji rodzicielskiej panna odebrałaby sobie życie. Szczęśliwie z Kostkiem pozostali w dozgonnej przyjaźni, nawet po zawarciu swoich związków małżeńskich.
*
Widziałem góry, których po głowach gładziły obłoki, widziałem i dumne śniegowce, które wysoko trzymały swoje lśniące korony ponad wszelkie obłoki, słyszałem ryk Tereku, w którego łożysku już nie woda, ale toczy się piana, grzmią i warczą kamienie. Widziałem Elbrus niby wielki śnieżny obłok na czele białej procesji gór, odległy o 140 wiorst. Widziałem wąwóz Darialski o wschodzie słońca śród dzikich fantastycznych skał o barwach szarozielonych i różowych. (..) Przedzieraliśmy się przez tak niebezpieczne miejsca, że moi kompanioni bledli, oblewali się zimnym potem i drżeli na całym ciele. No i byliśmy na lodowcu Kazbeku, gdzie jest taka cisza, że klasnąć w dłonie, to obrywają się kawałki skał i lecą w przepaść (…) – opisywał swą podróż w 1905 r. bratu Pawłowi.
Muzeum M. Čiurlionisa w Kownie zapewnia wgląd w całokształt bogatej twórczości. Na okolicznościowej wystawie From Amber to the Stars zaprezentowano również jego fotografie, z jakże znamiennej podróży nad Morze Czarne, na Kaukaz, którym się zachłystywał i rzeką Terek. Fascynowała go fotografia i nawet stworzył małą ciemnię w piwnicy w druskiennickiej chacie. Ze słynnej podróży do Anapy stworzył album z 39 zdjęciami. Rejestrował strome zbocza gór nad morzem, łodzie, zwykłych ludzi i cmentarze.
Rocznicowa wystawa z okazji 150. urodzin to zobowiązujący spacer po nawigacji morskiej i kosmicznej artysty zestawionego z innymi twórcami i arcyciekawą perspektywą kuratorów wystawy. Na jubileuszowej wystawie zaprezentowano również dzieła wypożyczone z Tate Gallery oraz paryskich Centre Pompidou i Musée d’Orsay.
Aktualnie można oglądać do przyszłego roku eksperymentalną wystawę pt. Mikalojus Konstantinas Čiurlionis: From Buddha to Rex, w której wybrzmiewają wątki duchowych peregrynacji i rozmaitych kulturowych fascynacji.
Różne motywy twórczości przejawiały się w kolejnych latach w jego dziełach malarskich. Początkowo były to motywy powodzi i końca świata, dalej fascynacja kreacją oraz podwodnym światem morskim.
Zapalczywie szukał własnej wizji lepszej rzeczywistości. Pewne fascynacje można dostrzec w malarstwie, gdzie przenikają wątki z filozofii hinduskiej, kosmogonii, folkloru, ezoteryki i fascynacji starożytnymi kulturami. Jak i sztuką japońską, z którą zapoznał się m.in. w Warszawie za pośrednictwem Feliksa Jasieńskiego czy z pośmiertną wędrówką dusz, którą omawiał z Tadeuszem Micińskim. O nowinach astronomicznych i koncepcjach życia pozaziemskiego dowiadywał się od francuskiego badacza Camille’a Flammariona.
W kulcie jego osobowości wyrosły kolejne pokolenia twórców litewskich, a wśród nich w Druskiennikach światowej sławy rzeźbiarz Jacques Lipchitz, który emigrował z kolei do Francji.
*
Warszawa wyszła na ulice, ze 20 olbrzymich chorągwi z białymi orłami, Boże coś Polskę na 200.000 głosów, ryk, z balkonów łzy leją się, we wszystkich oknach machanie chustkami, radość, portrety Kościuszki, sołdaci zdejmują czapki, bicie w dzwony, krzyki „niech żyje Orzeł Biały”, „niech żyje Pogoń Litewska”. Na drugi dzień na ulicach porządek zwykły, po rogach rozlepione ogłoszenia, dużymi czarnymi literami: „stan wojenny”. Wojsko chodzi po ulicach szpalerami, na Dzielnej i Nowolipkach wytoczono armaty. Jakiś chłopak chciał zerwać ogłoszenie stanu wojennego i padł przedziurawiony kulą.
Taki obrazek odnotował Čiurlionis z warszawskiego okna 125 lat temu. Możliwe, że był wplątany w jakieś polityczne antycarskie akcje. Jednak sam języki litewski przyszedł do niego stosunkowo późno i twierdził jako ponadtrzydziestoletni Kostek, że nie potrafi posługiwać się litewskim bez błędów. Żona go w tej nauce wspierała. Sama kończyła w Krakowie Uniwersytet Jagielloński.
Wśród polskich przyjaciół był pieszczotliwie nazywany „litewskim niedźwiedziem”, bo pomimo niskiego wzrostu był niezwykłe energiczny oraz silny. Znajomi zapamiętali także jego hipnotyzujące spojrzenie.
Obecny w jego twórczości w warstwie symbolicznej neoromantyzm wyrósł z nieodległych fascynacji polskimi twórcami jak: Mickiewicz, Słowacki, Syrokomla czy Kraszewski. Jednocześnie kształtował w nim zaplecze bratniej spuścizny poprzez pewnego rodzaju obcowanie z duchami romantycznymi, mianowicie mającym na młodego Kostka niewątpliwy wpływ był jego mecenas książę Ogiński, który nawet podarował mu fortepian. Innym autorytetem w warszawskim konserwatorium muzycznym był Juliusz Stattler, chrześniak Juliusza Słowackiego. Ze swoją pierwszą nieszczęśliwą miłością, Marią Morawską, spacerował po Powązkach, gdzie przesiadywali koło grobu siostry Chopina. Prawdopodobnie przy grobie ciotki, Maria posadziła swojej matce chrzestnej brzozę i tam oboje przesiadywali. Jednak mimo tych silnych związków jego twórczość zdecydowanie wychodzi również poza ramy romantyzmu oraz wyprzedza ówczesne tendencje.
*
Nie masz pojęcia, jak mi tu [w Lipsku] było ciężko w ostatnich czasach – myślałem, że chyba zdechnę z rozpaczy. Nic mi nie szło, nic się nie chciało robić, a czegoś smutno – strach! (…) Bywają dnie, że ani jednego słowa (nawet po niemiecku) nie mam sposobności powiedzieć. Jak jest chęć do pracy, a idzie, to mniejsza, ale zdarza się, że pracować nie mogę i mówić nie mam z kim, i iść nie ma dokąd. Rozumiesz chyba, jak to jest (MCK do przyjaciela Eugeniusza Morawskiego, grudzień 1901/2)
Złamany chorobą nerwową, prawdopodobnie ciężką depresją, zostaje umieszczony w szpitalu dla osób nerwowo chorych. Zbyt późno żona orientuje się, w jak tragicznym stanie znajduje się mąż podczas pobytu w Petersburgu. Razem z bratem i przyjaciółmi decydują się szukać pomocy i przekazać go do Czerwonego Dworu w sprawdzone ręce lekarza Władysława Olechowskiego. Jak wielkie zasługi ma dla Lubelszczyzny ma rodzina Olechowskich, przybyła z Ukrainy, warto opisać w osobnym tekście (pierwsze prace archeologiczne na ziemi lubelskiej, badania etnograficzne i antropologiczne). Psychiatra założył pierwszą prywatną placówkę medyczną dla osób chorych nerwowo w Lublinie przy ul. Staszica i leczył w domu na Czechowskiej lub dzisiejszej ulicy 3 Maja. Może tam właśnie później leczył się ojciec Józefa Czechowicza? W każdym razie po kilku latach działalności w Lublinie Olechowski przeniósł klinikę pod Warszawę do Czerwonego Dworu, gdzie w dawnym Pustelniku znajdował się dwór, w którym leczył pacjentów, a wśród nich Čiurlionisa. Kiedy nastąpiła poprawa stanu zdrowia psychicznego, artysta ponoć zaziębił się podczas zimowego spaceru i zmarł tuż po zapaleniu płuc. Przynajmniej tak brzmi oficjalna wersja. Nie zdążył, niestety, poznać swojej nowo narodzonej córeczki. Wycieńczony chorobą zmarł, a jego grób można dziś odwiedzić na wileńskiej Rossie.
Trudno ustalić początki choroby, jednak pewne zapalne punkty życia sukcesywnie sprawiały dodatkowe pogorszenie samopoczucia u tak wysoce wrażliwej osobowości artystycznej, która na dodatek była wyjątkowym typem synestetyka. Stale skrajne warunki biedy nie sprzyjały jego nieszczególnemu położeniu.
Kompozytor Juozas Tallat-Kelpša wspominał widoczne symptomy początków jego choroby: „Czasami zauważałem jego dziwne zachowania. Przykładowo idziemy ulicą. Po stronie chodnika stoi słup. Čiurlionis nie omija go, ale w jakiś dziwny sposób obchodzi, odwraca się, a potem, jakby nic się nie stało, kontynuuje spacer. Udawałem, że tego nie zauważam, ale pewnego razu zapytałem go, dlaczego tak robi – co to oznacza? Odpowiedział, że w ten sposób można tworzyć bardzo piękne figury graficzne”****.
W ostatniej drodze towarzyszył mu wierny przyjaciel, z mojej rodzinnej Włodawy. Jan Załuska pożyczał mu pieniądze, gdy był bez grosza przy duszy, świadkował na jego ślubie i osobiście odwiózł chorego przyjaciela z Druskiennik do szpitala pod Warszawą, gdzie przyszło artyście zakończyć życie. Jan był malarzem, wziętym kopistą, szczególnie dzieł Rembrandta, który I wojnę przeżył w Paryżu, lecz w międzywojniu powrócił na Włodawszczyznę do swojego majątku w Starym Brusie. Schorowany popełnił samobójstwo. Takie przyjaźnie jeszcze za życia podnosiły Kostka na duchu. Pisał do narzeczonej, że dzięki takim ludziom możemy się przekonać, że w życiu ludzie są lepsi niż nam się wydaje. Kostek więc nam zostawił tyle śladów wspaniałych osób, które też trzeba jeszcze odkryć: Załuskę, rodzinę Olechowskich, żonę Sofijię. Przede wszystkim wciąż pozostaje niezebrana i niezbadana jego twórczość literacka, o którą trzeba się dopominać.
Bliscy zapamiętali artystę jako serdecznego człowieka, z którym chciało się wprost przebywać. Przy którym czuło się, że można być lepszym człowiekiem. Siostra Jadwiga dostrzegała, jak mocno był pogrążony w swoim niecodziennym, zdecydowanie piękniejszym świecie. Świat ten zostawił nam we fragmentach, do kontemplacji. W tej sztuce nic się jednak nie kończy. Przecież nie podpisałby jednego z obrazów odwołujących się do potęgi kreacji: „Stań się!”.
*Cytaty pochodzą ze zbioru korespondencji M.K. Čiurlionisa, oprac. przez R. Okulicza-Kozaryna, N. Adomavičien i P. Kimbrysa, wyd. Muzeum Narodowe Sztuki M.K. Čiurlionisa w Kownie, 2024.
** Dziękuję prof. Stanisławowi Bajowi za zwrócenie uwagi na wątek przyjaźni artysty z K. Stabrowskim.
*** Jadwiga Siedlecka, Mikołaj Konstanty Čiurlionis: 1875–1911: preludium warszawskie, Warszawa 1996 oraz tejże Druskienniki nad Niemnem, Warszawa 1997. Za lektury dziękuję Paulinie Ciuckiej i Agnieszce Rembiałkowskiej.
**** https://asajournal.lt/articles/fragments-of-ciurlionis/
Za niniejsze źródło dziękuję Zuzannie Mrozikowej.
Kultura Enter
2025/04 nr 116
Ktoś zrobił Konstantemu zdjęcie, czy to raczej wykonana przez niego fotografia z Kaukazu? Zbiory M.K. Čiurlionis Museum of Art, Kowno. Dokumentacja: A. Zińczuk
MCK, Anioł (Anielskie preludium)
MCK, "Bajka" (1907)
MCK, z cyklu "Symfonii pogrzebowej"
MCK, Tryptyk "Podróż księcia"
MCK, "Ołtarz" - praca, która posłużyła jako wizualizacja wystawy na 140-lecie urodzin MCK w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie
MCK, "Słońce przechodzi przez znak Strzelca" (1906–1907) z cyklu 12 obrazów pt. „Zodiak".
"Jurate i Kastitys" (1936) Natalii Luščinaitė-Krinickienė
Grafika i zapis nutowy MCK pieśni ludowej "Oj lesie, lesie!" (1909).
Ciurlionis wg rzeźbiarza Antanasa Česnulisa.
Pomnik MCK w Druskiennikach.
Dom rodzinny z ogrodem i teren dzisiejszego muzeum w Druskiennikach.
Jeden z rodzinnych pokoi na terenie Muzeum MCK w Druskiennikach.
Obrazy MCK w przestrzeni miejskiej Druskiennikach: cykl "Bajki o Królach" oraz...
oraz "Bajka II".
Pomnik MCK na terenie kompleksu muzealnego jego imienia w Druskiennikach.
.. oraz ławeczka w centrum miasta z odwołaniem do fascynacji astrologicznych Artysty.
Przykład dawnej zabudowy willowej w Druskiennikach.
Lokalnej upamiętnienie światowej sławy rzeźbiarza Jacquesa Lipchitza w Druskiennik.
Ze słynnej podróży do Anapy stworzył album z 39 zdjęciami. Rejestrował strome zbocza gór nad morzem, łodzie, zwykłych ludzi i cmentarze. Nie wiemy, kto stoi na tym zboczu. Lecz możemy wyobrazić sobie, jak podziwia morski żywioł.




















