MUZYKA. Europa Środkowo-Wschodnia na OFF 2025
Marta Leszek
Może i przedstawicieli Europy Środkowo-Wschodniej, poza sceną polską, nie było na tegorocznym OFF Festival zbyt wielu, za to ci, którzy byli zaznaczyli swoją obecność na dwa różne, charakterystyczne dla siebie, wręcz kontrastowe sposoby, grając esencjonalne sety, ociekające tym, co każdy z nich lubi najbardziej – z jednej strony naturalizmem i surowością, z drugiej immersyjną nostalgią w sennych klimatach. Ostra zmiana atmosfer dała w efekcie ciekawą klamrę estetyczną i przegląd tego, jak młodzi artyści z centralnej części Europy podchodzą do procesu twórczego i skąd czerpią inspiracje. Mieliśmy więc i kontrrewolucję wycelowaną w trend naśladowania Zachodu i świadome czerpanie z jego dorobku. Kulturowe zderzenia wypadły interesująco i uświadomiły walory jednej i drugiej koncepcji.
OFF to zawsze różnorodności wszelakiej maści. Pomieszanie gatunkowe idzie tu w parze z tym etnicznym i kulturowym. W tym roku dostaliśmy super silną reprezentację muzyki Zachodniej (headlinerzy: Fontaines D.C., Kraftwerk, James Blake). Warto wymienić też chociażby Kneecap, Lambrini Girls albo Soft Play, którzy (jak też wielu innych) wystąpili na festiwalu pod palestyńskimi flagami, opowiadając się przeciwko ludobójstwu i krytykując akty przemocy. Od przekazu politycznego (w tym innych bieżących tematów) nie uciekali też przedstawiciele Europy Środkowo-Wschodniej. W tej kategorii wyjątkowo mocno zapisał się performance grupy Berlin Manson, bardzo zaangażowanej w manifesty dotyczące problemów bliskich młodym ludziom. I chociaż zespołów z tej części świata nie było tym razem na OFFie zbyt wiele, poza bogatą polską, zwłaszcza jazzową ofertą, zdecydowanie warto rozwinąć wątki tych, które pojawiły się w Katowicach. A były to dwa zupełnie różne podejścia do muzyki, ale nie bez punktów stycznych. W jednym i drugim przypadku można mówić o wytwarzaniu wspólnoty, która na czas koncertu działa organicznie – jednocząc się w buncie, kiedy w tłumie lepiej czuje się siłę krzyczanych haseł albo w nostalgii uroków mijającego lata, kiedy chce się tańczyć, a potem wspominać jak było miło, kiedy było się na festiwalu. Berlin Manson i Sunnbrella dali nam bardzo dużo rebelianckiej energii (pierwsi) i spokoju (drugi).
Biedni, ale seksi
Berlin Manson (założony przez Patrika Nagya i Adama Draguna duet później rozszerzył się o perkusistę Tomáša Tabiša) to wbrew nazwie słowacki, silnie zaangażowany społecznie i politycznie zespół, podejmujący tematy bliskie młodym ludziom z ich okolic. Jednocześnie widzą, co ewentualnie kusi Zachód we „Wschodzie” i „Środku”, dostrzegając na przykład w naszej specyfice ciekawy, werystyczny, retro, modernistycznie oszczędny, undergroundowy potencjał estetyczny, tworząc swoją halucynację o drugiej stronie żelaznej kurtyny. Bo w jakimś stopniu to co odległe, egzotyczne, orientalne wciąż uwodzi, Choć łatwiej pozostawić ten romans na płaszczyźnie wybiórczości.
Swoją płytę nazwali „Poor but sexy” nawiązując do określenia Berlina z lat 90. [1]. Igrając z motywem mitycznej zachodniości, dekonstruują fantazje z przeszłości i przypominają wschodnie realia (podobnie można interpretować samą nazwę grupy, z jednej strony przywołującą Marylina Mansona, który swoją ksywkę wymyślił dokładnie na bazie zestawienia: SEKSI & BRUTALNIE. Dodajmy do tego Berlin i dostaniemy kontynuację wątku ze słowami Wowereita). W tytułowym utworze z „Poor but sexy” śpiewają:
„Toto sme mohli byť my (To mogliśmy być my)
Toto sme mohli byť my (To mogliśmy być my)
Keby sme boli z inej planety (Gdybyśmy byli z innej planety)
A nie z východnej Európy-ty (A nie ze Wschodniej Europy)”.
I to właśnie ten motyw, wpojonego przez zeszłe pokolenia poczucia, że dogonienie Zachodu poprawi nasze życie, przewija się przez całą twórczość zespołu. Z tym że w innych fragmentach znacznie bardziej dosadnie, bezczelnie i konkretnie. Chłopaki z Berlin Manson nie unikają zderzania się z tym, co trudne i opresyjne, jak chociażby wschodnioeuropejska odsłona kapitalizmu. Nazywają po imieniu przemocowe praktyki (jak na przykład patodeweloperka), a żeby odreagować wybierają ironię, cynizm i aranżacje z pogranicza synth-punka, rapu, czasem retroklubingu. Do tego podtrzymują swój „mieszkaniowy” charakter zespołu self-made, co dobrze widać też w realizacji klipów. Teksty na granicy naturalizmu i absurdu opisują codzienność młodych ludzi, w której ci mimo wszystko kochają się gdzieś na tle opresyjnych polityk, kryzysu mieszkaniowego, brutalnych służb i konserwatywnych lub nawet faszystowskich zapędów w tej części Europy. Niepokoją ich autorytarne ambicje przywódców, toksyczny kult państwa i wywołane poczucie strachu oraz narastające rozchwianie.
Na żywo w przekazywaniu tych treści są intensywni, zawsze bardzo blisko publiczności. Rwany, brudny, cięty, chaotyczny wokal dopełnia wychodzenie do ludzi, stawanie z nimi twarzą w twarz. Nie mają zamiaru się cenzurować albo uważać na słowa, kiedy krytykują otaczające ich (i nas) problemy, a swoim przekazem wpisują się w pewnego rodzaju tryb przetrwania. Co pozwala przetrwać – to bycie razem. Mówią, że wizja happy endu, którego gwarantem miało być dogonienie Zachodu – nie działa i nie tędy droga. Wiedzą też, że w takim przeświadczeniu wychowano wielu młodych ludzi z naszego kręgu kulturowego. A kiedy okazało się, że to wodzenie za nos, zamiast spełnienia marzeń prowadzące na manowce, chcieli im powiedzieć, że ich rozumieją, słyszą i że nie są w tym sami. Berlin Manson widzą polityczne tendencje i trajektorie, brzydzą ich polaryzujące gadki polityków i działania powodujące podziały społeczne. W takich sytuacjach wspólnotowość jest nadzieją, a sztuka katharsis. Jest w tym coś niepokojącego, nerwowego, ale kiedy spojrzy się na tematy utworów rozumie się to samo przez się. Jadowity wokal Adama Draguna stanowi jawny protest wylewający się w piosenkach oraz kiedy rozmawia z publicznością. Symbiotyczne zespolenie na koncercie w Katowicach pomagał budować element językowy, bo wokalista mówiący po słowacku był całkiem dobrze rozumiany przez polską publiczność, zwłaszcza kiedy wtrącał coś po naszemu. Dragun spędził już trochę czasu w Polsce, współpracując między innymi z Komuną Warszawa.
Smutek, ale przyjemny
Sunnbrella (David Žbirka) urodził się w Czechach jako syn Anglika, więc od początku chłonął duże ilości brytyjskiej muzycznej fali. Te wpływy widać wyraźnie w jego twórczości, która przynosi jednocześnie delikatne i intensywne wrażenia zmysłowe. Nie odcinając się od swojego pochodzenia, prezentuje muzykę bazującą na tym, co go ukształtowało i co kojarzy mu się z domem. Daje to tożsamościową, ciekawą spójność. Ceni i chętnie wykorzystuje popkulturowe przepływy, mocno wyczuwalne w jego marzycielsko, melancholijnych tekstach i dream-popowo-shoegazowych aranżacjach. Są tu wyraźne konotacje ze brytyjskimi Slowdive i My Bloody Valentine, ale i urokliwa estetyka lo-fi, dzięki której prostymi środkami sprawia, że nawet smutek staje się przyjemnym doświadczeniem.
Piosenki, które śpiewa Sunnbrella piosenki, które idealnie nadają się na wakacyjne festiwale, owiane oniryzmem i eterycznościa. Dream-pop w wykonaniu Davida to dźwiękowa odrealniona podróż, możliwość zatopienia się w kompozycjach, co nadaje mu eskapistycznego charakteru, nastroju odpoczynku, klimatu wczasów. Śpiewa o wspólnym gubieniu się w chaosie, wolności, odpuszczaniu i tańczeniu całą noc, o wątpliwościach młodych ludzi i relacjach między nimi, zachwytach i fascynacjach. Tego rodzaju muzyka jest kwintesencją i adoracją młodości z dodatkiem sennego rozmycia i tęsknoty, które w offowym namiocie były wyczuwalne tym bardziej, że artysta zagrał ostatniego dnia festiwalu, kiedy ludzi zaczął dopadać już powoli lekki smutek, że oto zaraz koniec.
Wspólnota i wolność
Wspólnym punktem twórczości jest kwestia tożsamości młodych ludzi, historie o poszukiwaniu siebie (podane w wywrotowych tekstach politycznych albo w swobodnych, niezobowiązujących skojarzeniach). To też dwie różne historie o ambicji i wcale nie łatwym przebiciu się osób z tych rynków do globalnej świadomości i słuchaczy na całym świecie. Jedni i drudzy zrobili to startując z pozycji tzw. apartment bandów albo producentów.
Do tego zaproponowali dwie strategie radzenia sobie z kulturową wojną i innymi kryzysami. Jednocześnie, inaczej, ale jednak, celebrują młodość, miłość, sztukę i kolektywność. Cenią kulturową i artystyczną wymianę, przez pokazywanie swojej specyfiki za granicą i z drugiej strony – przez czerpanie z innych kultur, traktując sztukę jako dobro wspólne, szeroki ekosystem, w którym funkcjonuje zarówno idea podróżnika, jak i lokalny underground, z ważnymi żródłami twórczości offowej i oddolnej. Punktem łączącym te światy jest kwestia wspólnotowości i jej nadrzędnej roli w życiu młodych ludzi.
Takie koncerty i muzyka (i reakcje na nie, wystarczy spojrzeć na komentarze na YouTube) pokazują, że wschodnio-środkowo-europejska soft-power istnieje, a znana nam estetyka oddziałuje, rezonuje i inspiruje w innych częściach świata, co potwierdza konieczność międzykulturowej, a co za tym idzie międzynarodowej wymiany myśli. Zespoły mówią nam, że nie ma jednej słusznej drogi, bo kultywacja lokalności i zwracanie uwagi na to, co blisko jest bardzo istotne i niezbędne, a jednocześnie bogactwo wpływów, które dziś mamy i kulturowy koloryt skutkują pociągającymi projektami.
Polska reprezentacja
W tym roku w polskiej części festiwalu było bardzo dużo jazzu i bardzo mało strachu przed zabawą konwencjami, plastycznością form, dekonstruowaniem gatunkowych ram. Dynamiczne, immersyjne i gęste jazzy na tencie OFF N’JAZZ ściągały ludzi tak skutecznie, że nie mieścili się w namiocie. Jeśli o tym gatunku mowa, warto wspomnieć chociażby psycho-jazzowe Lumbago, post-jazzowe Ciśnienie albo punkowo-wolnościową wersję muzyki improwizowanej od Kosmonautów. Była też promująca lokalną kulturę uliczną hip-hopowa, ale też mocno jazzowa Omasta albo ania grr & paszka, którzy swoje piosenki dla dorosłych odbiorców obudowują w dziecinną stylizację z baloników i wstążeczek jak z kinderbalu, a ruskie kotki obtacza swoje w hyperopowym kiczu, przerysowanej estetyce lat 2000 i internetowym uniwersum. Już ta próbka pokazuje szerokie spektrum, a przecież wspomniane przykłady to zaledwie malutka (ale jaka wyrazista!) kropelka w morzu offowych, różnych muzycznych częstotliwości.
Marta Leszek – absolwentka kultur mediów, autorka tekstów, copywriterka, publikowała między innymi w „Dumie”, „Silnych”, „Lśnieniu”, „Projektorze”, „Piśmie Folkowym” oraz w licznych niezależnych zinach, od kilku edycji mentoruje w programie Dziewczyny-Maszyny, wspierającym w procesie pisarskim.
[1] Berliński polityk, Klaus Wowereit określił tak swoje miasto, uznając, że po scaleniu Berlin był biedny, ale za to atrakcyjny i perspektywiczny, stąd postanowił przyciągnąć przedstawicieli klasy kreatywnej, sztuki i innych gałęzi, które będą przydatne w rozwijaniu miasta w kierunku bycia seksi, chwytliwy slogan był tak sprytny, bo pod atrakcyjną formułą i ekspansyjnymi obietnicami miał w sobie kolonialną manipulację.Kultura Enter
2025/04 nr 116

