SPOŁECZNOŚĆ. Którędy do Szalamunowic?
Ivan Davydenko
Piętnastego kwietnia, w dniu premiery trzeciego numeru stołecznego nieregularnika literackiego „Iglica” pogoda nie dopisuje. Redaktorzy numeru Julek Rosiński i Szymon Kowalski podejmują spontaniczną decyzje – przenieść premierę do metra. Na peronie stacji Centrum redaktor Rosiński w towarzystwie kilku osób czeka aż dotrą pozostali. Tam go spotykam. Łącznie garstka około dwudziestu osób na znak wsiada do pociągu w stronę Kabat.
Rosiński zaczyna głośno czytać swoja Bajkę o górze otwierającą trzeci numer [i]. Póki większość uczestników pochodu gromadzi się wokół niego, szybko zajmuje pierwsze lepsze wolne miejsce. Nie za daleko i nie za blisko. Jestem bardzo ciekawy tego, jak na performens redaktora zareagują pozostali pasażerowie zatłoczonego wagonu. Nie zdziwi nikogo występ w wagonie metra, na przykład, w Nowym Jorku, lecz w stolicy Polski sytuacja może wyglądać inaczej. Dlatego wydaje się jeszcze bardziej niecodzienna, osobliwa.
Atmosfera, którą stwarza wędrowna grupa poetycka szybko zaczyna wypełniać cały wagon. Wsłuchując się w tekst, zaczynam odczuwać, jak coraz więcej osób dookoła słucha razem ze mną.
Póki niektórzy nagrywają performującego poetę, kieruję obiektyw smartfona na faceta, siedzącego naprzeciwko mnie. Koleś wydaje się zaniepokojony z powodu zaistniałej sytuacji.. Ciągle się wierci, nerwowo kręci w rękach telefon. Łatwo zgadnąć – próbuje popełnić mentalną ucieczkę z premiery trzeciego numeru „Iglicy”. Wszakże jest godzina szczytu, a on siedzi – komfort trzyma go w miejscu.
Później przez kilka razy przeglądałem nagranie tego subtelnego, poetyckiego torturowania, co przypomniało mi, że nie wszystkim przypada do gustu obcować się z literaturą. Mój stary przyjaciel, czyja żona zresztą uczęszczała do drogiej szkoły kreatywnego pisania, skomentował to nagranie dosyć jednoznacznie. Gdyby on okazał się na miejscu tamtego nieszczęśnika, to zareagowałby bardziej stanowczo. Na początku nie rozumiałem czemu, lecz po tym jak sprawdziłem jaką kwotę pobierał od swoich protegowanych znany pisarz-założyciel szkoły kreatywnego pisania, do której uczęszczała małżonka przyjaciela, to zrozumiałem, że miał swoje powody, żeby nie lubić literatury.
W miarę tego, jak ludzie wysiadają na kolejnych stacjach, rośnie zainteresowanie poetyckim performensem. Swoje wiersze czyta redaktor Kowalski. Z charakterystyczną nonszalancją recytuje wiersz współpasażerom, na końcu klęka przed jednym. Zaangażowany w tworzenie filmów Kowalski potrafi zamienić wagon na scenę i widownia po obu jego bokach uważnie śledzi jego ruchy. Z twarzy kilku przypadkowych osób można wyczytać, że nie kryją one swojego żywego zainteresowania występem.
Premierowy performens był tylko początkiem zabawy, jaką przygotowali czytelnikom igliczanie. Na stronie głównej czasopisma jawiła się schematyczna mapa miasta stołecznego z pozaznaczanymi lokalizacjami. Po kliknięciu w nie, wyłaniał się poetycki opis miejsca, gdzie ukryto artefakt, zawierający QR-kod. Skanując kod, uzyskiwano dostęp do strony z publikacją jednego z autorów.
Czytelnicy okazali się postawieni przed faktem, czeka ich szereg zadań, zagadek, do zgadnięcia których muszą wyruszyć w teren. Pikanterii sytuacji nadawał fakt, że ingerencja redakcji w przestrzeń miasta nie była trwałą, więc trzeba było się pośpieszyć.
Słoweński łącznik
Z mapy możemy dowiedzieć się, że Warszawa na potrzeby trzeciego numeru została zamieniona na Szalamunowice. Z jednej strony łatwo odebrać to jako gest-upamiętnienie jednego z najważniejszych poetów drugiej połowy dwudziestego wieku, Tomaža Šalamuna. Temat wpływów, jaki wywołuje na polskie młodoliterackie środowisko twórczość Słoweńca zrobił się gorącym. Serię debat, toczących się w facebookowych komentarzach nazwano wojną Šalamuńską.
Obecnie wspomniana „wojna” zmienia teren i przenosi się na łamy czasopism literackich, co potwierdza gorący status tematu. Formalnie zarówno status, jak i ramy nowego nurtu literackiego nie są precyzyjnie określone. Krytycy Rafał Wawrzyńczyk i Dawid Kujawa w swojej rozmowie o widmie šalamunizmu unoszącym się nad polską poezją na łamach „Notatnika Literackiego” kreślą tylko pewien go zarys [ii]. Uwagi co do problematyki nowego zjawiska podane przez poznańską krytyczkę Agnieszkę Waligórę w artykule na łamach „Dziennika Literackiego” zdaje się otworzyły puszkę Pandory [iii]. Najpierw w tym samym dzienniku została opublikowana odpowiedź Kujawy [iv], potem na łamach „Iglicy” pojawiło się oświadczenie poety Filipa Matwiejczuka [v].
Z drugiej strony, ze względu na powyższe trudności użycie polskiego dwuznaku „sz” zamiast słoweńskiego „š” wygląda całkiem sensownie. Odbieram to jako przypomnienie o tym, że twórczość autora Niebieskiej wieży jest tylko inspiracją dla piszących po polsku autorek i autorów, nie bezpośrednim zaś odniesieniem, o czym wspomina Matwiejczuk. Doszukujący się w Szalamunowicach słoweńskich wpływów na pewno by je tam znaleźli, tylko wciąż zastanawiam się nad tym, czy nie jest to ruch stricte hermetyczny, do środka. Poezja wciąż pozostaje tematem niszowym, dlatego ruch na zewnątrz, ku czytelnikowi, wydaje się bardziej sensowny. Podróże, zejścia do metra, na ulice – Szalamunowice manifestują to per se. Teoretycy mogą tworzyć kolejne ramy pojęciowe, przypatrując się środowiskom raz z lupką, a raz z lornetką, lecz w pewnym momencie sami stają się zakładnikami własnych metod i nie są w stanie posunąć się dalej, poza granice stworzonych przez siebie ram. Dopiero poeta-praktyk jest w stanie wywołać wzruszenie. I właśnie na tych wzruszeniach specjalizuje się młode warszawskie czasopismo.
Jeżeli chodzi o spis treści to pojawiają się w nim zarówno autorki i autorzy przypisani przez krytyków do szeregu szalamunistów – wspomniany duet redaktorski oraz Justyna Bargielska, Joanna Łępicka, Przemysław Suchanecki, Karolina Polak i prozaik Mateusz Górniak, kilkukrotnie podkreślający swoje zainteresowanie twórczością Słoweńca – jak i ci, którzy nie mają nic wspólnego z modnym poetyckim nurtem. W przypadku takich jak Edward Stachura, Ivan Blatny, John Ashberry albo Jean-Michel Basquiat (nie żyją), możemy być pewni, że nie nawrócą się. W przypadku pozostałych (żywych) nie możemy mieć pewności, czy nowy nurt ich nie porwie.
Kolejnym ważnym elementem działalności „Iglicy” jest performatywność. Poprzednie dwa numery również były opatrzone obchodami z czytaniem premierowym. W przypadku trzeciego redaktorzy zdecydowali się na zorganizowanie finisażu podsumowującego miejską podróż.
Iglicy nigdy dość
Tak stwierdziłem i udałem się na Saską Kępę, gdzie na dzikiej plaży niedaleko mostu Łazienkowskiego miało odbyć się pamiętne wydarzenie. W około trzydziestu osobowej grupie poruszaliśmy się przez ścieżki wydeptane w krzakach, wysokość których sięgała prawie dwa metry. Co chwilę wśród gąszczy pojawiali się kolejni uczestnicy – Iza Dziekan czytająca wiersze stojąc boso w zgaszonym palenisku, Antek Trybus zaś do swoich wierszy palenisko rozpalił. Ktoś czytał wiersze z drzewa, ale nie dotarliśmy na czas, ktoś z krzaka, ale minęliśmy się, skręcając w złą stronę. Ostatecznie wszyscy spotkali się przy ognisku, gdzie w miarę tego, jak robiło się ciemno co rusz ktoś odpalał ekran komórki, żeby przeczytać jakiś tekst. Ekscytacja, z którą czytano, przypomniała mi to przejęcie z okresu dzieciństwa, kiedy przygotowując wraz z innymi dziećmi wystąpienie dla naszych rodziców, nic człowieka nie powstrzymywało od podzielenia się czymś, co się samemu wymyśliło i doświadczenia czystej radości z tym związanym. Żeby nie zabrzmiało to naiwnie – tamtą radosną wolność ekspresji można porównać do tej niesionej przez rewolucję psychodeliczną, w jej pierwotnym znaczeniu. Kiedy odruch został wykonany wolno i bez przymusu staje się on zaraźliwy i właśnie ta idea przyświecała wszystkim wydarzeniom igliczan – zarażenie wolnością.
Poezja jako aktywizm
Zaobserwowałem pewną zależność: kiedy trafiamy na poezję, która z nami rezonuję, porusza, pojawia się pytanie – czemu nie jest popularna? To jest pierwszy poziom inicjacji w poetycki aktywizm.
Dalej idzie praktyka. Może nią być wydawanie czasopisma, organizacja spotkania, być może festiwalu. Inicjatywy poetyckie, szczególnie te, non-profit, powstają, przekwitają i w końcu znikają. Najbardziej ulotne czasami nie zdążą nawet pozostawić po sobie głębszego śladu, poza wspomnieniami typu: ach, było coś takiego. Tym bardziej, że w trakcie powstawania tego tekstu Rosiński ogłosił, że odchodzi z redakcji.
Zatem kronika iglicowych wydarzeń jest rodzajem mojego zacięcia aktywistycznego. Musimy znać nowych bohaterów i doceniać w odpowiednim czasie. Kto wie, być może niebawem, pojawią się tu, w najprędzej rozwijającym się hubie kulturowym w Europie. Tym bardziej dotarły do mnie informacje, że pewne siły polityczne chcą wybudować w Lublinie metro, więc póki co sytuacja składa się dla nas korzystnie.
iiihttps://dziennikliteracki.pl/agnieszka-waligora-salamunizm-jako-narzedzie-zwrotu-konserwatywnego-tomaz-salamun-katarina-salamun-biedrzycka-milosz-biedrzycki-rafal-wawrzynczyk-filip-matwiejczuk-szczepan-kopyt-wojciech-kopec-przemy/


