ŚWIĘTA. W samo serce
Tania Jermak
z języka ukraińskiego przełożył Bohdan Zadura
Opowiadanie ukazało się w antologii „Moje ciche Boże Narodzenie” w listopadzie 2022 roku nakładem lwowskiego Wydawnictwa Starego Lewa
W moim wczesnym dzieciństwie nie było Świętego Mikołaja. Nie było Bożego Narodzenia. Nie było Ukrainy.
Była Kraina Wiecznego Chłodu. Byli Nowyj God i Died Maroz. Byli mama i papa. I młodszy brat Wowa.
Pamiętam niewiele: jakieś fragmenty, pojedyncze kadry. Coś nie mojego – z opowieści mamy albo ze zdjęć.
Pamiętam Krainę Wiecznego Chłodu. Bezbrzeżnie białą, z zaspami śniegu wokół dróg, skrzypiącą pod kaloszami walonek. Ciemną z rana, kiedy nas z bratem wiozą do przedszkola, i ciemną wieczorem, kiedy zabierają nas do domu. Z sankami, nartami i śnieżkami w słoneczne weekendy. Pod górką na naszym podwórzu – wielkie lodowe lustro. Wprost przed oknem mojego i brata pokoju. Wieczorami przyglądamy się, jak śnieżynki starają się je ukryć, a wiatr je zwiewa i zwiewa. „Teraz jak wyjdę i jak dam śniegowi po pupie” – mówi Wowa. Boję się tego lustra, ale za dnia zjeżdżam jak wszyscy. Kiedyś jednak rozbiję sobie na nim nos. Gdy jedziemy do szpitala, półlitrowy słoik do połowy napełnia się krwią.
Pamiętam siebie. W tych walonkach z kaloszami i w futerku pod lamparta. Dwie pary rajtuzów, dwie czapki – jedna wełniana, nasunięta na czoło, i wierzchnia futrzana. Na wierzchu tego wszystkiego – szeroki puchowy szalik, owinięty wokół głowy, skrzyżowany na piersiach i zawiązany na plecach. Od mojego sapania zawsze jest wilgotno wokół ust. Kiedy wysuwam nos, żeby złapać trochę powietrza, wilgoć natychmiast zamarza. Chowam nos i sapię jeszcze bardziej.
Mama opowiadała, że w dniu moich urodzin, dwudziestego piątego stycznia, temperatura spadła do minus czterdziestu. W porodówce okna pozakładali materacami. Mama przeziębiła się, ratowali ją mocnymi antybiotykami, przez co częściowo straciła słuch w lewym uchu. Przez wiele dni karmiła mnie piersią obca kobieta.
Pamiętam nasz ostatni Nowyj God. Wszyscy jesteśmy w salonie, dużo przestrzeni – detale wnętrza znam ze zdjęć, ale jakby przed sobą widzę choinkę. Wysoką, z rozłożystymi, szerokimi gałęziami. „Pachnie świętem” – ogłaszam. Papa i Wowa wieszają choinkowe ozdoby. Mama siedzi na kanapie i naszywa srebrzysty deszczyk na białą sukieneczkę – będzie dla mnie kostium śnieżynki. Beztrosko krążę między mamą i choinką, wyśpiewuję „W lesie rosła choinka”. Mój brat ostrożnie wyjmuje wielkie kolorowe bombki z nowego pudełka: są przepiękne, obsypane błyskotkami – z mamą aż achamy z zachwytu. „No co, hrabino i hrabiątka, podoba się?” – żartuje tato. Chichoczemy. Mam pięknych i mądrych rodziców. Falujące włosy papy zaczesane są do tyłu, koszula i spodnie starannie wyprasowane. Jest głównym inżynierem-mechanikiem w Samotłorze. Mama jest smukła, zawsze w ładnej sukience. Jest dziennikarką telewizyjną. Chcę zrobić mamie przyjemność, biorę drugą igłę i nici, leżące obok na stoliku, i biegnę do ojca.
– Papa, nawlecz nytku w golku, proszę.
– Powtórz to w ludzkim języku – rozkazuje bezapelacyjnym tonem.
Bezradnie oglądam się na mamę, łzy tryskają mi z oczu. Biegnę do niej, rzucam się jej w ramiona, ryczę.
– Przestań, Baris. To jeszcze dziecko – staje się w mojej obronie mama. – To jedyne zdanie, które Liana mylę. Przywiozła go od twojej matki.
– Nie waż się oskarżać moich rodziców o swoje banderowskie wychowanie!
Od lodowatego tonu ojca przestaję płakać. Mama patrzy na mnie spojrzeniem dobrej wróżki i mówi, że mogę przymierzyć sukienkę. Przysłała mi ją, nawiasem mówiąc, babuszka Milia, mama ojca. Ona bardzo dobrze szyje, wszystko – od ubrań po chodniki patchworkowe. Z dieduszkiem Lionią mieszkają w Smilie, dokąd co roku zabierają mnie z bratem na wakacje. Mają wielki dom, letnią kuchnię, altankę, stodołę, kury, huśtawkę dla nas, kwietniki. Najbardziej lubię paść się w ogrodzie, gdzie rosną wiśnie, grusze, morele i wszystko-wszystko. Całymi dniami nie schodzę z morwy. Babuszka Melaniia Buchaneć jest stąd. Po Wielkim Głodzie, o którym dowiem się dużo później, nie został jej nikt z rodziny. Dieduszka pochodzi z Nowosybirska. Był maszynistą. I wojnę przeżył w pociągu. Później sprowadził do Smily swojego brata i dwie siostry z rodzinami. Mama mówiła, że bardzo bił babcię. A ona to znosiła.
Podczas zabawy choinkowej w przedszkolu my, dzieci, skandujemy: „Died Ma-roz! Died Ma-roz!”. I oto wchodzi: biała broda, krzaczaste brwi, nie stary, jak Maroz Iwanawicz, ale jeszcze całkiem niczego sobie. Za nim Śnieguroczka, blondynka w błękitnej sukience, uśmiecha się do nas wszystkich, macha rączką. Wiem, że są nieprawdziwi. Mówię wierszyk, biorę swój prezent: chrzęszczący celofanowy woreczek z cukierkami i mandarynkami, jak u wszystkich. Wodzimy korowody i śpiewamy te same piosenki, co w poprzednich latach. Mój brat wierzy w Dziadka Mroza. Nie mam z nim o czym rozmawiać. Czekam na mamę. Jestem przekonana, że jej się poszczęściło. Jej praca to życie w telewizorze. Tam jest inny świat. Zobaczyć ją na ekranie – to dla mnie prawdziwe święto.
– Wowa, biegnij. Mama znowu w telewizorze.
– No tak, znowu nie opowie nam bajki – mamrocze brat.
Rano znajduję pod poduszką słodycze i książki. Biegnę uściskać mamę i tatę.
**
– Mamo, obudź się, na stole nie ma listu!
Syn z rozpędu wskakuje do mnie na łóżko, a ja, choć jeszcze zaspana, wyćwiczonym ruchem błyskawicznie naciągam na siebie kołdrę, żeby jego silne piłkarskie nogi przypadkiem nie zahaczyły o mój nos czy szczękę.
– Ojej, naprawdę? Dobrze sprawdziłeś? – ostrożnie wyglądam spod miękkich fałd kołdry.
Żaluzje na balkonowych drzwiach są opuszczone i ani jeden promień słońca nie przebija się do środka. Grudzień, Gdańsk (gdzie już piąty rok mój mąż służy jako dyplomata), pandemia covidu – takich ograniczeń się nie przeskoczy. Za to ciepło na sercu: wkrótce Boże Narodzenie – jedziemy do Lwowa!
– Tak! Szklanka po mleku jest pusta, „Oreo” zniknęło, a marchewka jest tylko nadgryziona. Może im nie smakuje?
– Nie, nie martw się, po prostu renifery najadły się już w innych domach.
– Mamo, to nie ty schowałaś list? – brwi chłopczyka wysuwają się dramatycznie naprzód (ja umiem to tylko ustami), a spojrzenie czarnych, śliwkowych oczu tak przygniata, że ledwie nie odwracam wzroku. To ma po ojcu.
– Jak mogłabym go schować? Przecież wierzysz w Świętego Mikołaja.
– Taaak! – przeciąga głośno, jakby chciał zagłuszyć jakieś wątpliwości.
Wspina się na mnie, turlamy się na łóżku, całujemy, łaskoczemy, śmiejemy się. „Jeszcze, mamo, jeszcze!” – idę na ustępstwa; niech dziecko zapamięta nasze wspólne poranki.
– A teraz szybciutko się zbieraj: dzisiaj będziesz się uczył z biura taty. Ja muszę popracować. I bądź grzeczny, bo Mikołaj wszystko widzi.
Oczy syna błyszczą w oczekiwaniu na czarodzieja, który przynosi dzieciom prezenty, zamówione w listach. Oczywiście pod warunkiem, że dzieci w ciągu roku były grzeczne, pomagały rodzicom i zanim o coś poproszą, mogą pochwalić się swoimi sukcesami.
***
„Drogi Mikołaju, bardzo bym się cieszył, gdybyś proszę dał mi inteligentny zegarek. Mam nadzieję, że Pan to przeczyta. Z miłością, Luka. Gdańsk, 2020” – czytam, zostawszy sama.
„Drogi”, „bardzo bym się cieszył”, „gdyby”, „proszę”, „z miłością”. Uprzejme formuły, wyraźnie napisane literki, o co jeszcze wczoraj bezskutecznie trzeba było się dopominać, prawie bez błędów. „Mam nadzieję, że Pan to przeczyta” – zdanie, które odcięło by drogę odwrotu nawet samemu Diabłu. Podpis (bez nazwiska), data, pełny adres i schematyczny rysunek zegarka.
Niemal od samych narodzin naszego późnego pierworodnego my z mężem potykamy się na każdym kolejnym szczeblu wychowania. Weźmy choćby „magiczne słowa”. Robimy, jak jest napisane w książce: „Wody!” – nie niesiemy wody, „Poproszę wody! Dziękuję” – wtedy „Proszę”. Ale to wtedy, kiedy jemu czegoś jest potrzeba. A kiedy czegoś „chcemy my”, to trzymajcie się, rodzice. „Poskładaj u siebie w pokoju przed snem, proszę”. „Dziękuję, że odniosłeś swój talerz do zmywarki”. „Najpierw poczytaj, proszę, książkę”. „Wstań, proszę, i wróć umyć zęby”. Nie da się zliczyć powtórzeń, wyjaśnień, szantaży, zachęt, poprawek, nalegań, kar, nagród, porównań z tym czy z tą, realnymi czy książkowymi, własnych przykładów (dlaczego one nie działają?), obrażonych min, podlizywań, buntów, łez, przeprosin, tragikomedii naszego „aktora z pogorzeliska”, jak nazywamy syna. Pocałunków też się nie da zliczyć (czasami myślę, że tylko one mają znaczenie, ale po chwili już w to wątpię). I nagle trafia. W samo serce. Tak po dorosłemu, z szacunkiem, on, siedmioletni, nigdy wcześniej nie pisał z własnej inicjatywy. Pozostaje mu nauczyć się pisać to samo po ukraińsku.
Ale najważniejszy nie jest styl. Najważniejsza jest wiara w cud. To ona rozczula mnie do łez.
Fotografuję list i udostępniam go na swoim Facebooku z hasztagami #Luka, #Сhristmastime. Posty o Łuce zbierają ogromną liczbę lajków. „No, bo oni mnie lubią” – ocenił kiedyś syn moje facebookowe audytorium. Dobry pomysł – zamiast zdjęcia nakrytego do Wigilii rodzinnego stołu z dwunastoma postnymi potrawami, jakimi na Boże Narodzenie dzielą się wszystkie lwowskie gospodynie, wstawiać perły od Łuki. To lepsze – przewracam oczami, przypominając sobie – niż w wieku czterdziestu lat pierwszy raz samodzielnie przygotowywać kutię. (Gdzie w mieście znaleźć pszenicę? Jak bez makutry i tłuczka utrzeć mak, żeby aż popłynął z niego biały sok?). Prostsze niż po raz pierwszy trząść się nad karpiem w galarecie i czystym barszczem (uszka z grzybami do niego jednak zamawiam). Postne gołąbki już robiłam (z ryżem, bo z kartoflami moja babcia i mama nie gotowały), ale zwyczajowo zwija się ich cały gar. W tym celu moja kuzynka Olia musi zostawić pracę i przyjść do pomocy na cały dzień. Cała reszta (ćwikła, sos grzybowy, śledź z cebulą w oliwie, fasolka à la coś, susz) to już żaden problem, jednak zakupy i przygotowania zajmują tydzień (bo przez kilka kolejnych dni w tym samym czasie marynuje się wieprzowinę na pieczeń, przygotowuje się pasztet z wątróbki i mięsa oraz piecze się sernik na kolejne, nie postne dni) plus jeszcze kilka tygodni poszukiwania przepisów i rad ze wszystkich możliwych źródeł. Już teraz, przed Mikołajem, warto by zacząć kulinarne przygotowania do Świąt. Ot, co znaczy wyjść za lwowianina – ironizuję w myślach, bo to ja najbardziej marzyłam o rodzinie, która potrzebuje mojej troski i miłości.
Zagnieść ciasto na pierogi spróbowałam jako dorosła tylko raz, kiedy mieszkałam w Stanach, też z okazji ukraińskiego Bożego Narodzenia. Ciasto wyszło twarde. Było mi wstyd przed moim amerykańskim chłopakiem Julianem i ukraińskimi gastarbeiterami Romanem i Jurkiem, z którymi wynajmowaliśmy wraz z bratem mieszkanie w Williamsburgu. Postanowiłam wtedy, że na zawsze pozostanę tą, która lepi pierogi z ciasta zagniecionego i pozostawionego pod ściereczką na kuchennym stole przez mamę (wtedy jeszcze była). O powtórzeniu pampuchów babci Stefci nawet nie marzę i w ogóle boję się drożdżowego ciasta. Dlatego pierogi z kapustą i z kartoflami oraz pampuchy (trochę z różą, trochę z powidłami) po prostu zamawiam.
Podczas Wigilii, na której część rodziny męża widzę po raz pierwszy, jedna z pań rzuca komentarz: „A barszcz tak specjalnie jest przepieprzony?”. Ja w siódmym miesiącu ciąży – mam dość. Od tej pory na Wigilię i Święta Bożego Narodzenia chodzimy w gości. Ale to musi być we Lwowie: mój mąż, lwowianin, twierdzi, że tylko w rodzinnym mieście Boże Narodzenie ma serce. W tym roku bilety na samolot kupiłam już we wrześniu.
Po ośmiu latach takiego goszczenia się chyba zrozumiałam, co jest sercem Bożego Narodzenia w stolicy Galicji. A dokładniej – kto. Nie Jezusek z szopki w Chramie garnizonowym Piotra i Pawła, nie turyści na bożonarodzeniowym jarmarku na placu Rynkowym, nie dyrygent w Operze i nawet nie uczestnicy procesji gwiazdorów i szopek na ulicach Starego Miasta. Sercem jest lwowska gospodyni.
Na okres przygotowań i samego Święta Bożego Narodzenia lwowska gospodyni przestaje być lekarką, sprzedawczynią, księgową, muzealniczką, językoznawczynią, deputowaną czy emerytką. Staje się kapłanką kultu, strażniczką tradycji i menedżerką najważniejszego święta w roku. Narodziny Zbawiciela wymagają godnej oprawy. Każda urządza swoje specjalne Boże Narodzenie, sumiennie i zawczasu. Zbierze się rodzina, przyjdą liczni goście – tak jak niebiosa, również domy otwierają się w te Święta. Radośnie, szczerze, pięknie. Lwowska gospodyni nie może zaprezentować się gorzej od swojej matki, babci czy ciotki – przeciwnie, dzięki nim jest od nich lepsza, ba, przewyższa samą siebie. Żyjе świąteczną krzątaniną, żeby zdążyć przed Wigilią. Dochowuje postu, kupuje, zamawia, szyje, myje, prasuje, poprawia urodę, sprząta i ozdabia dom, odwiedza cerkiewne nabożeństwa, zaprasza, przypomina, sprawdza, gotuje, gotuje, gotuje. Ozdabia, nakrywa i czeka. Ktoś fotografuje i umieszcza w mediach społecznościowych. Do Świąt gotowa! Dopiero wtedy na niebie pojawia się pierwsza gwiazda.
Słomiany diduch,
ikony,
świąteczna gliniana zastawa,
ceramika artystyczna,
dekoracje – wykonane własnoręcznie albo kupione,
świecznik Trójcy,
haftowane obrusy i
stroje narodowe dla całej rodziny (koszule, krajki, zapaski, płachty, keptary i gorsety, spódnice i sukmany, chusty, naszyjniki, gerdany, dukacze – nigdy nie nauczę się w tym wszystkim naprawdę orientować, ale kupować, kiedy tylko się trafi, i mieszać z nowoczesnymi ubraniami – uwielbiam),
kolędy,
domowe szopki,
potrawy obrzędowe,
modlitwy,
rodzinne opowieści,
duchy zmarłych,
poczęstunki,
bycie razem,
pokora i radość –
wszystko to splata się w misterium na cześć narodzin Tego, który nigdy nie umiera…
Podstawowy fakt: na Boże Narodzenie jedna lwowska gospodyni jest lepsza od drugiej. Pani Luba zaprasza na Wigilię, oprócz swoich dzieci i wnuków, także ich przyjaciół: rosyjskojęzyczne siostry-odesczanki, które regularnie na Święta goszczą we Lwowie, wojskowych z jaworowskiego poligonu, nas troje i jeszcze dwie-trzy rodziny. „Jak się masz?” – „Co u was?” – „Dobrze cię znowu widzieć!” – „Och, nie poznałam!” – “Jaka piękność!” – “Któż to tak urósł?!” – „Ciągle młodniejecie!” – „Wspaniała wyszywanka!” Zaczynamy od wspólnych modlitw: „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Maryjo”, które powtarzamy za panią gospodynią. Następnie jej własny toast — prosty i głęboki, który jeszcze bardziej nas jednoczy. Jedzenie jest wyśmienite, ale wszyscy zostawiają sobie miejsce na pierogi: one u pani Luby są wyjątkowe nawet wedle lwowskich standardów. Gotuje się je i donosi się, dopóki każdy z nas czterdzieściorga nie zapewni stanowczo, że się najadł. Czas śpiewać kolędy. Najpierw, pojedynczo czy grupkami, – wszystkich piętnaścioro dzieci. Łuka prawie się nie przygotowywał, ale stara się i kolędę od pani Luby też dostaje. Dalej włączają się męskie głosy – oto ona, boska męskość, o czym świadczy moje wewnętrzne drżenie. I na sam koniec – wspólne półgodzinne “Sto lat” dla niezrównanej gospodyni.
Natalia H. wywraca mój świat bożonarodzeniowym programem kulturalnym (nie)możliwym w granicach miejskiego mieszkania. Już od kilku dziesięcioleci w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia żywe szopki i legendarne zespoły (od Niezwyciężonych po Dudaryka oraz Choreę Kozacką) i inne – rodzinne, towarzyskie, studenckie, płastuńskie) według wcześniej ustalonej kolejności niosą i niosą wieść o narodzeniu Syna Bożego do jej domu. Życzenia, kolędy, teatralizowane zdarzenia, świąteczny gwar, rozmowy, duchowe pojednanie, zapach słomy spod choinki i miodowo-cynamonowego ciasta, starożytna ceramika, malarstwo i książki, które gospodarze kolekcjonują – wszystko razem tworzy absolutny obrzędowo-artystyczny efekt, na który czeka się cały rok. Wchłaniam w siebie każde działanie i słowo, każdą emocję, i do oczu cisną mi się łzy wdzięczności wobec Natalii za to, że mój syn poznaje tajemnicę Bożego Narodzenia tak, jak je widzi ona. „Niebo i ziemia teraz tryumfują! Anioły i ludzie radośnie świętują”.
Drugiego dnia Bożego Narodzenia pani Maria przyćmiewa krasomówcze toasty swojego męża, znanego intelektualisty, wyrafinowaniem i liczbą świątecznych potraw i za każdym razem inną aranżacją świątecznej przestrzeni. „Wielce szanowni państwo” i „droga rodzina” kolejno zabierają głos. Kolędnicy i wertepy „wesoło śpiewają”. Od czasu do czasu zerkam w okno na zaśnieżone miasto, którym „jedzie, jedzie Bóg na saniach…”. Zabawa przeciąga się daleko poza północ.
Hala przyjmuje nas w gronie swojej rodziny jak krewnych, a gotuje tak, że zapisałam sobie wszystkie jej przepisy, nie tylko świąteczne. Zdrowe jedzenie w wersji gourmet – to właśnie ona. Buraki, jeden z symboli ukraińskiej kuchni, podaje karmelizowane z orzechową posypką albo drobno starte, surowe, z cytryną i kardamonem. Za każdym razem wspominamy, jak dzięki niej i jej mężowi poznałam swojego męża, i jak dzięki mojemu mężowi swojego męża poznała ich córka. „Cała nasza rodzino, sławna Ukraino, ciesz się”.
Iwanka, niezmiennie w nowym stroju narodowym, wita nas w swoim nastrojowym domu, który wystrojem wnętrz i licznymi antycznymi dekoracjami przypomina przedradziecki Lwów. Jeszcze przed progiem wyczuwam zapach moich ulubionych piaskowych rogalików z makiem i spieszę się przywitać z glinianym popiersiem Franciszka Józefa I. Zostało pobielone, by zamaskować ślady czasu, lecz to właśnie te niedoskonałości mnie przyciągają: którym wąsem – lewym, z odciętym czubkiem, czy prawym, startym – da mi tym razem znak? Naprzeciw wybiega nasza wspólna ulubienica, krótkonoga suczka Gilza, oraz już leciwa kotka o dwóch imionach – Busia (od Habusia) albo Kiwi. Wychodzą synowie, Danyło i Iwan. Jak szybko rosną – obaj wzrostem wdali się w ojca, prawdziwi Kozacy. Razem rozmawiamy, kolędujemy i żartujemy; nasze myśli są czyste, a dusze odrodzone. Święto dźwięczy. „Narodzenie Twoje, Chryste Boże nasz…!”
Trzeba by jeszcze zdążyć do Oksany G., Oksany J., Chrystyny, Liudmyły, Marjany… – oj, nie sposób wszystkich wyliczyć, o wszystkich opowiedzieć. Ale do którego domu by się nie weszło, jedno jest pewne: gdyby nie lwowska gospodyni, Boże Narodzenie nie byłoby tak serdeczne. Tak jak, gdyby nie Maria, nie istniałaby sama opowieść o narodzeniu jej Syna Jezusa.
Do Świąt we Lwowie trzy tygodnie: kupię prezenty, napiszę kartki, uprasuję nasze wyszywanki. I będę liczyła dni.
****
Łuka wraca wieczorem, wciąż jeszcze przejęty faktem zniknięcia jego listu do Mikołaja:
– Mamo, ty nie rozumiesz, co to jest dziecko! Dziecko to człowiek-radość! – wyjaśnia mi swój nastrój.
Śmieję się i nie poprawiam tych uroczych pozostałości dziecięcej mowy.
– Mamo, a tobie w dzieciństwie zdarzały się cuda? – nie powstrzymuje się syn.
– Już sto razy opowiadałam ci o swoim dzieciństwie na Syberii. Nie było w nim żadnych cudów.
– Pomyśl, może zapomniałaś jakiś!
– Chodź tu, serduszko moje. Powiem ci coś w sekrecie.
Biorę małego w objęcia i szepczę mu na ucho: „Kocham cię”. I całuję, całuję, póki nie ucieknie.
*****
Następny Nowy Rok witamy już w Krainie-Ukrainie, u babci i dziadka w Zastawczym, na Tarnopolszczyźnie. Przylecieliśmy tutaj z mamą na zawsze w listopadzie 1979 roku. Po tym, jak ojciec podniósł na nią rękę. Opuścić jej nie zdążył, bo mama wybiegła z kuchni, gdzie się kłócili, zamknęła się w salonie, a po chwili w szlafroku wyskoczyła z okna (mieszkaliśmy na parterze). Spędziła noc u przyjaciół w sąsiednim domu. Następnego dnia rano, kiedy ojciec pojechał do pracy, spakowała, co mogła, i poleciała z dziećmi czarterowym samolotem do Krainy-Ukrainy. Ja miałam sześć lat, brat – pięć, mama trzydzieści dwa. „Orysiu, co ty narobiłaś?” – klaszcze w dłonie babcia, kiedy taksówka przywozi nas do wsi w nocy. Mama wyjaśnia, że wszystko, co się dzieje, to na lepsze: planowała wrócić do ojczyzny, zanim osiągniemy wieku szkolnego, żebyśmy uczyli się w ukraińskiej szkole.
W Krainie-Ukrainie wreszcie zdarza mi się wiele cudów. W białym domku babci Stefy i dziadka Stefana jest korytarz-siny, kuchnia, dwa duże pokoje i komora z poddaszem. Z nimi mieszka ich młodszy syn, Wołodia, i nasz cioteczny braciszek Ołeżyk, syn siostry mamy, która mieszka w mieście. Oleżyk ma cztery lata, jest bardzo ładny, rumiany blondynek. Mój brat też jest ładniutki, ale babka mówi, że my oboje „jakbyśmy tydzień nie jedli”. Ołeżyk stale nosi z sobą butelkę ze smoczkiem i popija z niej rzadką mleczną kaszkę. Za smoczek i tę smaczną kaszkę gotowi jesteśmy oddać mu każdą naszą zabawkę. „Ołeżyk, chcesz eto? Ili eto? Smotri!” Mały płacze i od nas ucieka. Babcia mówi, że on nie rozumie naszego języka, i daje nam pajdy chleba ze śmietaną, posypane cukrem.
Posyłają mnie do zerówki. Czytam płynnie po rosyjsku, podczas gdy inne dzieci dopiero składają sylaby: szybko przestawiam się z „и” na „і” i zdobywam reputację najlepszej uczennicy. Z rozumieniem ukraińskiego też jakby wszystko dobrze, tylko coś mnie dziwi. „Mario Wasyliwno, ktoś puka” – na całą klasę mówi pewna dziewczynka. Ze wstydu gotowa jestem zapaść się pod ławkę, ale widzę, że nikt nie reaguje. Maria Wasyliwna otwiera drzwi jakiejś ciotce. Na przerwie najpopularniejszy w klasie chłopczyk, Tolik, staje za ostatnią ławką, przy której siedzę, i ogłasza: „To rosyjska dziewczynka – jest moja”.
Mam wiele pytań, ale nie mam kogo zapytać. Babcia Stefa stale jest zajęta, a mama w mieście, szuka pracy. Jest jeszcze Nusia, sąsiadka, uczennica dziesiątej klasy, która prowadzi mnie do szkoły naszą nie zaasfaltowaną ulicą, a potem szosą. Tyle że Nusię bardziej interesuje, dlaczego przyjechaliśmy do Krainy-Ukrainy bez taty, ile tu będziemy i jaka jest Syberia. Mój brat całymi dniami lepi z plasteliny radziecką i niemiecką armii i bawi się w wojnę. Albo przeszkadza babci w chlewie, pytając wciąż po rosyjsku: „Skolka let waszej karowkie? Kak zawut waszu swinku?” Mnie ciekawi mak, makutra i tłuczek. Tłuczka nie można oblizywać, bo będę miała łysego męża, mruga do mnie babcia i oblizuje. Do makutry z utartym makiem babcia kruszy palenicę, upieczoną na przypiecku, dodaje miodu z cukrem i zalewa gorącą wodą – mogłabym jeść to trzy razy dziennie.
Dziadka Stefana póki co unikam. Wysoki, chudy, z gęstą siwą czupryną zaczesaną falami do tyłu, jak i u mojego ojca. Kiedy miał jedenaście lat, w naszej wsi nad rzeką Złotą Lipą rozegrała się wielka bitwa. Później dziadek z braćmi i kolegami bawił się tam nabojami – aż któryś wybuchł. Od tego czasu nosi ciemne okulary. Poza tym nie ma palca wskazującego i końcówek dwóch innych. Z zapartym tchem podglądam niewidomego dziadka z jakiegoś kąteczka i próbuję sobie wyobrazić, jak to możliwe, że przez całe życie grał na skrzypcach, które teraz wiszą nad jego łóżkiem, uczył grać innych, a „za Polski”, mówią, dyrygował miejscową orkiestrą. Co rano babcia stawia na dwóch stołkach wielką miednicę z ciepłą wodą. Dziadek rozbiera się do pasa, chlusta na siebie, parska głośno, rozbryzguje wodę po podłodze, i nakłada: koszulę, wełnianą bluzę zapinaną na guziki, takie dziwne staromodne spodnie, szersze u góry, węższe u dołu. Je śniadanie i siada przy szafce, żeby posłuchać radia – wielkiego i masywnego, niemal jak telewizor. W dzień radio nakryte jest wyszywaną narzutką, widać tylko lakierowane boki z jasnego drewna. Jeśli za bardzo hałasujemy, dziadek przyciska ucho do czarnej siateczki głośnika i nakrywa głowę tą wyszywanką. Często przychodzą do niego różni wujkowie. Niektórzy całują go w rękę. Dla nich jest „panem Pryszlakiem”. Idą do „drugiej chaty” (tak nazywają nieopalany pokój) i długo tam rozmawiają. Czasami wspinam się na palce i staram się podglądać ich przez górną część szklanych wstawek w drzwiach. Kiedy wszyscy usiądą, widzę tylko portret dziadkowych braci bliźniaków, Wołodymyra i Josypa, – w centrum pokoju, nad stołem, ozdobiony wyszywanym ręcznikiem z napisem „Ukraina ponad wszystko”. „Ojej, ludzie, takich fajnych, jak malowanych, zamordowali za tę Ukrainę” – głucho, ze stłumioną wściekłością, jęczy babcia Stefa, gdyby nie weszła do „drugiej chaty”.
Babcia jest wysoka ale nie chuda – krępa, patrzy z ukosa, uśmiecha się rzadko. Młodsza od dziadka o dwadzieścia jeden lat. Nigdy jeszcze nie widziałam ładniejszej kobiety niż ona za młodu – na zdjęciach, które wiszą nad ich z dziadkiem łóżkiem. Zrobione były w Niemczech. Kiedy miała szesnaście lat – o tym też dowiem się później – Niemcy wywieźli ją tam na roboty. Całymi dniami babcia szykuje się, jak mówi, do święta: długo miesi ciasto, które później rośnie i wylewa się z wielkiej miednicy, babcia je łapie i miesi znowu, splata z niego warkoczami bułki – „kołacze”. Piecze je w piecu z wielkim wnętrzem, na drewnie, jak w bajce. Nawet wyjmuje je taką samą łopatą jak Iwasyk-Telesyk. Piecze też mnóstwo innych słodkości. Chętnie jej pomagam: smaruję z wierzchu kołacze roztrzepanym żółtkiem, ciasta – białkiem, potem posypuję cukrem, przekładam placki i podjadam słodkie nadzienie. Być może będzie jakieś wielkie święto. Ale to nie Nowy Rok. Ten już mamy za sobą – w szkole, jak w syberyjskim przedszkolu, wzywaliśmy Dziadka Mroza, a w domu pod poduszką znaleźliśmy cukierki.
Któregoś ranka babcia przynosi do domu słomianą choinkę, ozdabia obrazy na ścianach czystymi wyszywanymi ręcznikami. Przyjeżdża mama: żartuje, bawi się z nami, śpiewa, kiedy razem lepimy pierogi. Dostała pracę w gazecie, ale jeszcze nie może nas do siebie zabrać. Nakrywamy z mamą do stołu. Mam założyć ukraiński strój od babci Mili. Oto przyjeżdża ciotka z mężem i naszą cioteczną siostrzyczką Olą, pokazuje się w domu brat mamy. Dziadek i babka w wyszywanych koszulach. Szkoda mi ich, bo od rana jeszcze nic nie jedli. „Wzeszła gwiazda, wzeszła gwiazda!” – powtarza Ołeżyk. Dziadek Stefan zaprasza nas do stołu i prosi mamę, żeby zapaliła świeczkę.
Wszyscy zajmują swoje miejsca, ale nie siadają. Zwracają się twarzami do obrazów na ścianach, na których nad głowami wszystkich osób błyszczą słońca, dziadek składa nam życzenia z okazji święta – „Chrystusowego Narodzenia” – i każe powtarzać za nim słowa modlitwy. Ja wołam: „No co wy? Tego nie należy robić”. Mama syczy, żebym zamilkła. Nie zważam na to: „Nie ma żadnego Boga, czy nie wiecie?” Mama wymierza mi policzek. Jestem w szoku (ona nigdy mnie nie biła), policzek piecze, chcę się rozpłakać, ale wszyscy patrzą na mnie tak, jakbym im coś ukradła. Przełykam łzy i zasłaniam twarz rękami. Zapada cisza. Ogarnia mnie strach: teraz nikt mnie już nie będzie kochał. Przez szparę między palcami podglądam na twarz ładnego wujka z brodą i długimi włosami na wielkim obrazie naprzeciwko: ma dobre oczy. Nie patrzy na mnie pogardliwie. Głos dziadka brzmi paradnie, jakby opowiadał najważniejszą na świecie bajkę. „Boże, Ojcze nasz, w tę uroczystą godzinę sławimy ciebie i dziękujemy ci za noc, w którą zesłałeś nam swojego Syna, Jezusa…”
*****
– Mamo, a prezent na pewno będzie? – pyta Łuka w łóżku przed snem, z lekkim niepokojem w głosie. – Nie napisałem Mikołajowi, że ten inteligentny zegarek jest mi potrzebny na kolędowanie we Lwowie. Żebyś wiedziała, gdzie jestem.
– Pomódl się szczerze i będzie – całuję na dobranoc loki mojego małego chytruska.
grudzień 2020
Kultura Enter
Wigilia, 24 grudnia 2025


