Strona główna/ESEJ FILOZOFICZNY. O przemocy jako protezie świata

ESEJ FILOZOFICZNY. O przemocy jako protezie świata

Andrzej Kapusta 

There are no dangerous thoughts for the simple reason that thinking itself is such a dangerous enterprise
Hannah Arendt

 

Skrócone drogi do sensu

Żyjemy w czasie skróconych dróg do sensu. Nie dlatego, że świat stał się mniej zrozumiały wskutek niedostatku wiedzy. Przeciwnie – coraz częściej tracimy orientację właśnie dlatego, że wiemy zbyt dużo i dowiadujemy się zbyt szybko. Każdego dnia zanurzamy się w gęstym strumieniu informacji, opinii i ocen, które rzadko zapraszają do namysłu. Znacznie częściej domagają się natychmiastowej reakcji, zanim pojawi się czas na zrozumienie.

Poranek zaczyna się od napływu wiadomości: z radia w kuchni, z porannego przeglądania telefonu, z portali informacyjnych i rozmów prowadzonych w drodze do pracy. Docierają do nas informacje z wojen, kryzysów i kolejnych alarmów, niemal natychmiast uzupełniane komentarzami oraz wezwaniami do zajęcia stanowiska. Zanim pojawi się przestrzeń na spokojny namysł, oczekuje się od nas oburzenia, poparcia albo jednoznacznego odrzucenia.

Świat rzadko pozostawia dziś miejsce na zatrzymanie. Coraz częściej domaga się reakcji natychmiastowej – jak w chwilach, gdy po nagłym wydarzeniu medialnym wymaga się szybkiej opinii, zanim stanie się jasne, co właściwie zaszło. W rezultacie coraz trudniej uchwycić całość. Doświadczenie rozpada się na krótkie, słabo powiązane epizody. Przyszłość jawi się jako zbiór sprzecznych scenariuszy, teraźniejszość zaś kurczy się do pojedynczego bodźca: jednego newsa, nagłówka czy emocjonalnego impulsu, który na moment wypełnia całe pole uwagi. Zamiast pytać, co się dzieje, koncentrujemy się raczej na tym, jak zareagować, jak być na bieżąco i nie wypaść z obiegu.

W takich warunkach przemoc – rozumiana w tym eseju nie tylko jako fizyczne użycie siły, lecz szerzej jako sposób myślenia i działania, który ogranicza wolność znaczeń i relacji – przestaje być czymś wyjątkowym i staje się narzędziem porządkowania rzeczywistości. Nie musi przejawiać się w bezpośrednim akcie agresji. Częściej przybiera formę uproszczenia: szybkiego wskazania winnego, wyraźnego podziału na „nas” i „ich”, jednoznacznego hasła zamiast rozmowy. Jest to więc przemoc sensu – mechanizm, który nie tyle zadaje ból, ile zawęża przestrzeń rozumienia, redukując złożoność świata do narzuconej, pozornie oczywistej prostoty.

Czasem wystarczy jeden wyrazisty nagłówek, jedno oskarżenie albo jedno hasło, by złożony problem społeczny został sprowadzony do prostego gestu poparcia bądź potępienia. Widać to wyraźnie w momentach, gdy lokalna decyzja samorządu czy uniwersytetu w ciągu kilku godzin przeradza się w medialną burzę. Zanika wówczas przestrzeń rozmowy o racjach i kontekstach, a na pierwszy plan wysuwa się pytanie o to, kto jest „za”, a kto „przeciw”.

Czy można jeszcze zrozumieć świat, w którym sens rozpada się szybciej, niż zdążymy go nazwać? Jak rozpoznać przemoc, gdy nie przybiera już postaci ciosu, lecz staje się sposobem porządkowania rzeczywistości? Niniejszy esej stawia te pytania, przyglądając się współczesnym doświadczeniom publicznym, społecznym i kulturowym – od kryzysów takich jak pandemia, przez sposoby przeżywania polityki i funkcjonowanie mediów, po rosnący wpływ technologii cyfrowych i sztucznej inteligencji na nasze rozumienie świata. W centrum rozważań znajduje się teza, że współczesne formy przemocy działają jak proteza – czyli sztuczne, zastępcze narzędzie, które przejmuje funkcję utraconego organu: nie wzmacniają ludzkich możliwości, lecz zastępują relacje, sens i orientację tam, gdzie ulegają one erozji.

Przemoc definiowana w ten sposób nie pogłębia naszej relacji z rzeczywistością – rozumianej jako zdolność znoszenia niejednoznaczności, podtrzymywania napięcia sensu oraz pozostawania w żywej, niedomkniętej relacji z innymi i ze światem. Zamiast tego zaczyna ją zastępować w momentach, gdy tracimy zdolność radzenia sobie z napięciem, niepewnością i konfliktem. Ułatwia „utrzymanie się na powierzchni”, szybko porządkując sens w sposób redukcyjny i blokujący. Przynosi chwilowe uspokojenie, lecz czyni to kosztem dalszego myślenia i rozmowy.

Zanim dojdzie do rzeczywistego spotkania osób zajmujących odmienne stanowiska, sens bywa dziś często wstępnie domknięty, a pole rozmowy – zawężone do kilku przewidywalnych reakcji. To, co mogłoby stać się przestrzenią wymiany i wzajemnego rozumienia, zostaje wcześniej uporządkowane przez gotowe języki, role i oczekiwania, które podpowiadają, kto ma mówić, jakim tonem i z jakiej pozycji. Tymczasem właśnie ta przestrzeń – krucha i wymagająca, oparta na czasie, uwadze i elementarnym zaufaniu – stanowi warunek możliwości współistnienia. Bez niej wspólnota redukuje się do zbioru równoległych monologów, a więzi, które nadawały sens wspólnemu działaniu, ulegają stopniowej erozji. W tym sensie przemoc nie polega na brutalnym uciszeniu, lecz na takim ukształtowaniu warunków sensu, które odbierają rozmowie realną szansę zaistnienia, zanim ktokolwiek zdąży zabrać głos.

W tym miejscu pojawia się przestrzeń dla filozofii – dziedziny, która od początku mierzy się z pytaniami o sens, relację i granice rozumienia. Filozoficzna postawa, oparta na zdolności do wątpienia i zatrzymania, może być próbą odpowiedzi na te napięcia. Czy w obliczu narastających przeciążeń można jeszcze odwołać się do filozofii nie jako do teorii, lecz jako do sposobu zawieszenia reakcji i odzyskania uważności wobec świata? To właśnie taka refleksja, pozwalająca powstrzymać impuls i nie domykać sensu zbyt szybko, stanowi praktyczną formę epoché – gotowość do zatrzymania się, gdy wszystko pcha ku natychmiastowej odpowiedzi. Nie daje ona prostych rozstrzygnięć, lecz uczy wytrzymywania niepewności bez potrzeby jej redukowania.

Świat po zatrzymaniu

Pandemia pozostawiła po sobie coś więcej niż statystyki i wspomnienia lockdownu. Zostawiła przede wszystkim doświadczenie kruchości vulnerabilitas. Dla wielu był to pierwszy moment, w którym stało się jasne, że codzienność nie jest dana raz na zawsze: że reguły mogą zniknąć z dnia na dzień, relacje zostać zawieszone, a własne ciało – nagle – stać się problemem. W pamięci pozostały puste ulice, echo kroków odbijające się od zamkniętych witryn, taśma policyjna na placach zabaw, zapach środków dezynfekcyjnych w klatkach schodowych. Wspomnienie masek, które parowały od oddechu, i ciszy, w której słychać było tylko sygnały karetek. Wtedy po raz pierwszy wielu z nas poczuło, że świat może zatrzymać się naprawdę – nie w przenośni, lecz w dramatycznym bezruchu, w którym nawet czas wydawał się wstrzymać oddech.

Ten lęk nie znalazł jednak ani czasu, ani przestrzeni, by zostać przepracowanym. Czy w ogóle było na to miejsce? Zamiast rozmowy pojawiło się zarządzanie: myślenie w kategoriach kontroli, bezpieczeństwa i procedur. Zamiast namysłu – szybkie interpretacje, instrukcje i poradniki, które obiecywały, że można „poradzić sobie” w kilku krokach. W przestrzeni publicznej dominował ton pragmatyczny, niemal techniczny: jakby emocje dało się ująć w tabelę ryzyka, a niepokój – zredukować do parametru, który wystarczy odpowiednio skalibrować. W efekcie rozmowa o doświadczeniu została zastąpiona przez język zarządzania kryzysem, a wspólne przeżywanie – przez indywidualne strategie przetrwania.

Kiedy więc pandemia zaczęła powoli znikać z nagłówków, nie oznaczało to końca napięcia. Lęk nie zniknął wraz z wirusem – raczej się utrwalił i przeszedł w tryb przewlekłego podtrzymania, tego, co badania opisują jako afektywną sensytyzację oraz wzrost obciążenia allostatycznego (czyli długotrwałego stresu). Został przechwycony i uporządkowany; stał się zasobem emocjonalnym: czymś, czym można sterować, co można dozować, podtrzymywać albo wygaszać – zależnie od potrzeb. W ten sposób niepokój, który miał być chwilowy, przekształcił się w tło codzienności – cichy, ale nieustanny szum, w którym nauczyliśmy się funkcjonować.

Pandemia pokazała też, jak działa sterowanie emocjami w skali całego społeczeństwa i mediów. Widać to w drobnych, codziennych sytuacjach: w alertach, które mają nas przestraszyć, ale nie za bardzo; w konferencjach prasowych, które uspokajają nas tylko na tyle, byśmy pozostali posłuszni; w mediach społecznościowych, gdzie jednego dnia mamy się bać, a następnego – „wracać do normalności”. I tak, krok po kroku, nauczyliśmy się żyć w rytmie naprzemiennych impulsów: napięcia i ulgi, strachu i uspokojenia. Paradoksalnie, im częściej słyszymy, że wszystko jest pod kontrolą, tym głębiej oswajamy się z kontrolowanym niepokojem – nowym, trwałym stanem świata po zatrzymaniu. A przecież po pandemii nie nastał spokój: pojawiły się kolejne katastrofy i zagrożenia – przede wszystkim wojna w Ukrainie, która wstrząsnęła Europą i bezpośrednio dotknęła Polskę, przynosząc nie tylko dramat ludzkich losów, lecz także realne poczucie militarnego i gospodarczego zagrożenia. Wraz z nią pojawiły się kolejne kryzysy – wojna hybrydowa, napięcia migracyjne, zagrożenia ekologiczne i energetyczne. W Polsce dochodzą do tego doświadczenia bardziej lokalne, lecz nie mniej dotkliwe: powodzie, wichury i susze uderzające w rolnictwo, skażenia rzek czy pożary wysypisk. Razem składają się one na krajobraz społeczeństwa ryzyka, w którym zagrożenie przestaje być wyjątkiem, a staje się trwałym elementem codzienności. Każdy z tych kryzysów podtrzymuje ten sam mechanizm emocjonalnego napięcia: strach staje się stałym tłem życia społecznego, a poczucie niepewności – nową normą. W tej logice lęk łatwo zamienia się w zasób: bywa celowo wzmacniany i porządkowany przez część mediów, które uczyniły z niego skuteczne narzędzie przyciągania uwagi, regulowania emocji i kształtowania nastrojów zbiorowych.

Polityka emocji

Polityka stosunkowo szybko nauczyła się funkcjonować w stanie podwyższonego napięcia. Coraz rzadziej opiera się na sporze argumentów czy długofalowych wizjach, a coraz częściej na zarządzaniu emocjami – zjawisku opisywanym w badaniach jako polityka afektów, emocjonalna mobilizacja czy governance through fear. Nie chodzi już przede wszystkim o to, by przekonywać, lecz by wywoływać określone reakcje i utrzymywać je w odpowiednim rytmie. Współczesny przekaz polityczny nie szuka więc rozmowy, lecz rezonansu; nie buduje wspólnego pola znaczeń, lecz wytwarza emocjonalne drgania, które mają natychmiast poruszyć odbiorcę. Liczy się tempo, intensywność, powtarzalność – to, by gniew, lęk czy euforia nie zdążyły opaść, zanim zostaną skierowane w pożądanym kierunku. W ten sposób polityka coraz rzadziej przypomina debatę, w której ścierają się racje i argumenty, a coraz częściej scenę, na której emocje grają pierwsze skrzypce, spychając rozsądną rozmowę na ledwie słyszalne tło.

Widać to w codziennych wiadomościach: najpierw słyszymy o zagrożeniu, chwilę później ktoś nas uspokaja, a na końcu otrzymujemy sugestię, komu ufać, a kogo się obawiać. Gniew bywa w tym układzie szczególnie wygodny – pozwala szybko się określić i daje poczucie sprawczości, nawet jeśli jest ono iluzoryczne. Strach także porządkuje doświadczenie: skoro się boję, znaczy, że sprawa jest ważna i pilna, a więc nie muszę już pytać, co właściwie się dzieje. Wystarczy przywołać nagłówek serwisu informacyjnego albo ostre hasło krążące w mediach społecznościowych („Uchodźcy zagrażają bezpieczeństwu”, „Pomoc Ukrainie kosztem Polaków”, „Kościół nie powinien mieszać się do szkoły”, „Ideologia wchodzi do przedszkoli”). Lęk podpowiada wówczas, że reakcja jest konieczna natychmiast, a refleksja może – a nawet powinna – poczekać.

Ten rytm nie jest przypadkowy ani neutralny. Ma charakter politycznej kalkulacji: pozwala utrzymać uwagę, zdyscyplinować zachowania i skanalizować niepokój w przewidywalne reakcje, zamiast dopuścić go do otwartej, niekontrolowanej debaty. Jednocześnie w tym samym obiegu funkcjonują media i komunikaty, które działają odwrotnie – podsycają niepokój, próbują zdyskredytować działania rządu czy elit, wzmacniając poczucie zagrożenia i polityczną gotowość. W efekcie emocjonalne napięcie staje się wspólnym językiem sporu, niezależnie od tego, po której stronie się znajdujemy.

Działa tu także silny efekt systemowy. Media podchwytują sygnały płynące z władzy, władza reaguje na nastroje generowane przez media, a komunikacja kryzysowa spina oba te poziomy w jeden obieg emocji. Strach, niepokój i uspokojenie krążą w przyspieszonym rytmie, układając świat w prostą, czytelną opowieść o zagrożeniu i kontroli. Jednocześnie obniżają poczucie niepewności – przynajmniej chwilowo. Ceną jest jednak utrata czasu na myślenie: pytania i spory pojawiają się zbyt późno, gdy nastrój został już ustawiony, a znaczenie sprawy zostało jakby „zamknięte” – uznane za oczywiste i niepodlegające dalszej dyskusji.

Ten sam mechanizm ujawnia się również na poziomie lokalnym. Widać go w komunikatach samorządów, które w jednej chwili apelują o spokój, by w następnej oczekiwać jednoznacznych deklaracji; w uniwersyteckich mailach, gdzie język troski miesza się z językiem dyscypliny; w szkolnych zebraniach i parafialnych ogłoszeniach, które częściej regulują nastroje, niż zapraszają do rozmowy. Podobną logikę odnajdujemy w sporach wokół instytucji kultury: w debatach o projektach artystycznych realizowanych w przestrzeni publicznej, gdzie szybko pojawia się pytanie, czy sztuka powinna „zabierać głos”, czy raczej „nie prowokować”, oraz w dyskusjach o programach miejskich festiwali i domów kultury, rozpiętych między oczekiwaniem krytycznej refleksji a potrzebą bezpiecznej, wspólnotowej integracji. W takich sytuacjach pytanie o sens i kontekst ustępuje presji jednoznacznego opowiedzenia się po jednej ze stron.

Ta sama dynamika działa na poziomie globalnym, gdzie polityka coraz rzadziej próbuje przekonywać, a znacznie skuteczniej steruje tym, co mamy odczuwać. Rozpoznawalnym przykładem jest tu styl Donalda Trumpa: gwałtowne tweety, ostre hasła z wieców i nagłe zmiany tonu („Make America Great Again”, „Build the Wall”, „America First”, „They are coming for you”), które zamiast wyjaśniać sytuację, wywołują gniew, strach lub euforię. Wymuszają reakcję natychmiastową – zanim pojawi się przestrzeń na pytania, wątpliwości czy refleksję.

W tym sensie polityka emocji staje się globalnym językiem, w którym każde słowo ma przede wszystkim puls, a nie znaczenie. Świat reaguje więc jak ciało poddane impulsom: drży, napina się, rozluźnia, ale coraz rzadziej myśli. I może właśnie w tym rytmie – między lękiem a ulgą, między gniewem a obojętnością – ujawnia się nowa forma władzy: ta, która nie potrzebuje już przekonywać, bo wystarczy, że potrafi nas poruszyć.

Algorytmy sensu, rytmy reakcji

Współczesne środowiska medialne tworzą dziś całość warunków, w których odbieramy informacje: obejmują zarówno media cyfrowe, jak i tradycyjne, algorytmy selekcji treści, rytmy uwagi oraz technologie organizujące nasz kontakt ze światem. Razem kształtują one nie tylko to, co widzimy i słyszymy, lecz także sposób, w jaki reagujemy. Wzmacniają tym samym znany już z polityki i zarządzania emocjami model funkcjonowania rzeczywistości: szybkie porządkowanie reakcji, regulowanie nastrojów oraz domykanie sensu zanim pojawi się przestrzeń na namysł.

Algorytmy nie pytają, czy coś rozumiemy. Rejestrują raczej to, czy reagujemy – i z jaką intensywnością. Zbierają dane o tym, przy jakich treściach się zatrzymujemy, w co klikamy i do czego wracamy, a następnie porządkują widzialny dla nas świat według tych śladów. Nie dlatego, że „chcą” nas przekonać czy zmanipulować, lecz dlatego, że tak zostały zaprojektowane i wdrożone – w ramach określonych modeli biznesowych, decyzji technicznych i interesów instytucjonalnych, które rzadko są dla użytkowników przejrzyste. To, co wywołuje silne emocje, pojawia się częściej – nie dlatego, że jest trafniejsze czy prawdziwsze, lecz dlatego, że skuteczniej podtrzymuje uwagę. Wystarczy przez chwilę przewijać wiadomości w smartfonie: jedno nagranie oburza, kolejne uspokaja, następne rozśmiesza. Z czasem rodzi się wrażenie, że „wszyscy” myślą podobnie, choć w rzeczywistości widzimy jedynie wąski fragment świata – nie tyle „sterowany” przez algorytmy, ile ukształtowany przez splot kodu, danych, decyzji projektowych i interesów, których sprawstwo pozostaje rozproszone i trudne do jednoznacznego wskazania.

Mechanizm ten nie dotyczy jednak wyłącznie przestrzeni internetowej ani mediów cyfrowych, gdzie działa w sposób najbardziej widoczny i przyspieszony. W podobnej logice funkcjonują dziś także radio i telewizja informacyjna. Choć operują innym rytmem i formą przekazu, pozostają integralną częścią współczesnych środowisk medialnych i uczestniczą w tym samym porządkowaniu uwagi, emocji i reakcji. Stałe pasma, powtarzalni komentatorzy, znajomy ton głosu oraz przewidywalny zestaw emocji dają odbiorcom poczucie orientacji i względnego bezpieczeństwa. Słuchając porannej audycji w drodze do pracy albo wieczornego serwisu informacyjnego, łatwo wejść w ustalony rytm: wiadomo, kiedy się oburzyć, kiedy uspokoić, a kiedy poczuć chwilową ulgę.

Ta czytelność ma jednak swoją cenę. Znika opór, znikają wątpliwości, zanika to, co nie daje się łatwo polubić ani jednoznacznie odrzucić. Algorytmy i media porządkują doświadczenie tak, by było znośne i przewidywalne, eliminując to, co wymagałoby dłuższego zatrzymania lub konfrontacji z niejednoznacznością. Gdy jednak natrafiamy na informacje albo ludzi spoza własnej bańki informacyjnej, reakcja bywa gwałtowna. Pojawia się irytacja, poczucie zagrożenia, czasem moralne oburzenie: „tego nie da się słuchać”, „z takimi ludźmi nie ma o czym rozmawiać”. Zamiast ciekawości rodzi się chęć odrzucenia lub uciszenia tego, co narusza znany porządek.

Spotkanie z inną perspektywą nie poszerza wtedy świata, lecz bywa odbierane jak atak. W takich momentach granica między symbolicznym odrzuceniem a przemocą w sensie dosłownym staje się niebezpiecznie cienka: frustracja i lęk mogą łatwo przełożyć się na jawne, intencjonalne formy agresji, także fizycznej. Pytanie, które się tu wyłania, dotyczy więc nie tylko tego, czy w świecie informacyjnych baniek pozostaje jeszcze miejsce na myślenie wymagające czasu i zgody na niepewność. Chodzi także o to, czy potrafimy znieść obecność innych – ich głosów, doświadczeń i interpretacji – bez potrzeby natychmiastowego domykania sensu i obrony własnego porządku za wszelką cenę. Być może właśnie w tym napięciu, między pragnieniem kontroli a nieuchronną utratą pewności, ujawnia się coś, co przygotowuje nas na kolejne wyzwanie: spotkanie z inteligencją, która nie jest już ludzka, lecz w coraz większym stopniu współtworzy nasze sposoby widzenia, reagowania i rozumienia świata.

 

Sztuczna inteligencja i znikająca pauza

Na tym tle pojawia się sztuczna inteligencja generatywna – chatboty, modele językowe, systemy „AI do rozmowy” – która z wyjątkową skutecznością wpisuje się w proces przyspieszania reakcji, domykania sensu i zastępowania namysłu gotową odpowiedzią. Różni się ona jednak zasadniczo od wcześniejszych form zapośredniczenia obecnych w przestrzeni internetowej, mediach cyfrowych czy tradycyjnych mediach informacyjnych takich jak radio i telewizja. O ile te ostatnie porządkowały uwagę poprzez rytm przekazu, powtarzalność tematów i selekcję treści, o tyle generatywna AI przejmuje sam akt formułowania odpowiedzi. Eliminuje moment wahania i przejmuje za użytkownika językowe domknięcie problemu.

Oferuje odpowiedzi natychmiastowe, gładkie i spójne – takie, które brzmią pewnie nawet wtedy, gdy sprawa jest złożona lub niejednoznaczna. W świecie zmęczonym sprzecznościami, nadmiarem informacji i permanentnym napięciem jest to pokusa trudna do odparcia. Wystarczy kilka minut rozmowy z systemem, który porządkuje problem, streszcza argumenty i podsuwa gotowe wnioski, zanim zdąży pojawić się własne wahanie, pytanie czy niepokój związany z brakiem jasnej odpowiedzi.

Coraz częściej zwraca się uwagę na to, że nie chodzi tu jedynie o pojawienie się nowego narzędzia, lecz o przesunięcie w samym sposobie myślenia: od samodzielnego rozważania problemu ku delegowaniu namysłu na system. Zamiast mierzyć się z pytaniem – zadajemy je algorytmowi. Zamiast rozmowy z innymi – sięgamy po gotową odpowiedź. Kraje takie jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania czy państwa Azji Wschodniej należą dziś do liderów tego procesu; tam skutki upowszechnienia narzędzi generatywnych są już szeroko opisywane i stopniowo regulowane. Również w Polsce mechanizmy te przestają być abstrakcyjne i coraz wyraźniej ujawniają się w codziennych praktykach, choć często bez porównywalnej refleksji instytucjonalnej i publicznej.

Na uczelniach coraz częściej mówi się o pracach zaliczeniowych i dyplomowych tworzonych niemal w całości przy użyciu narzędzi generatywnych, a następnie bronionych przed komisjami przez studentów, którzy nie potrafią objaśnić własnych tez ani odnieść się do elementarnych pytań. Podobne zjawiska pojawiają się także w innych obszarach życia publicznego. W sądach trafiają się pisma procesowe i odwołania przygotowywane automatycznie, zawierające błędne interpretacje przepisów lub nieistniejące orzeczenia, co prowadzi do realnych konsekwencji prawnych dla stron postępowania. W systemie ochrony zdrowia – również w obszarze zdrowia psychicznego – można zaobserwować przypadki, w których pacjenci opierają decyzje o leczeniu, odstawieniu leków czy zerwaniu terapii na „poradach” generowanych przez algorytmy: sformułowanych empatycznym językiem, lecz pozbawionych odpowiedzialności za skutki.

W takich sytuacjach technologia nie tyle wspiera refleksję, ile skraca drogę do decyzji. Działa więc zgodnie z logiką przemocy rozumianej w niniejszym eseju: nie jako akt intencjonalnego przymusu, lecz jako mechanizm domykania sensu i redukowania przestrzeni namysłu. Ciężar odpowiedzialności zostaje przeniesiony z relacji, rozmowy i procedury instytucjonalnej na gładką, natychmiastową odpowiedź, która sprawia wrażenie wystarczającej właśnie dlatego, że pojawia się bez opóźnienia.

Problemem nie jest przy tym to, że sztuczna inteligencja potrafi się mylić – nawet w sposób bardzo przekonujący. Znacznie ważniejsze jest to, że uczy się na danych, które już wcześniej niosą w sobie określone uprzedzenia, nierówności i skróty myślowe. Algorytmy nie zaczynają od zera: przejmują wzorce obecne w języku, kulturze i historii, a następnie porządkują je w odpowiedzi, które wyglądają na neutralne i rozsądne. Jednocześnie mamy bardzo ograniczony wgląd w to, jak te systemy są tworzone, jakie założenia w nich zapisano i kto decyduje o tym, co uznaje się za trafne, istotne czy warte pokazania. W efekcie coraz częściej obcujemy z sensami, których pochodzenie pozostaje niejasne, a odpowiedzialność za nie trudno komukolwiek przypisać.

Jeszcze istotniejsza zmiana dotyczy jednak naszego sposobu myślenia. Narzędzia te działają jak protezy sensu: przejmują funkcję orientowania się w świecie tam, gdzie wcześniej potrzebne były rozmowa, wahanie i czas. Oferują natychmiastowe odpowiedzi, które eliminują moment niepewności – tę krótką pauzę między pytaniem a decyzją, w której zwykle rodzi się refleksja. Gdy odpowiedź pojawia się od razu, sens przestaje być czymś, co się stopniowo wypracowuje, a zaczyna być czymś, co po prostu się otrzymuje.

Badania nad korzystaniem z takich narzędzi pokazują, że im szybciej i płynniej przychodzi odpowiedź, tym rzadziej wracamy do własnych wątpliwości. Łatwiej uznajemy problem za rozwiązany, nawet jeśli nie został on naprawdę przemyślany. Proteza działa sprawnie: odciąża uwagę, uspokaja niepokój, porządkuje chaos informacji. Ale robi to kosztem czegoś istotnego – zdolności do zatrzymania się, zadania dodatkowego pytania i poniesienia odpowiedzialności za własny osąd.

W tym sensie pytanie o sztuczną inteligencję staje się pytaniem o edukację i dojrzałość odbiorcy. Czy potrafimy korzystać z tych narzędzi, nie oddając im całkowicie pracy rozumienia? Czy uczymy się jeszcze traktować gotową odpowiedź nie jako koniec myślenia, lecz jako jego początek? Bez tej czujności protezy sensu – zaprojektowane po to, by ułatwiać życie – mogą stopniowo przejąć to, co najbardziej własne: zdolność samodzielnego myślenia, wahania i wyboru, które nigdy nie są w pełni bezpieczne, ale właśnie dlatego pozostają naprawdę nasze.

 

Reaktywny użytkownik

W tym punkcie polityka i algorytmy spotykają się i wzajemnie wzmacniają. Oba sprzyjają bowiem nie tyle obywatelowi zdolnemu do namysłu, ile użytkownikowi reaktywnemu. Kim jednak jest taka „osoba”? Właściwie trudno mówić tu o osobie w ścisłym sensie. Chodzi raczej o konstrukt – figurę użytkownika, który doświadcza świata intensywnie, lecz krótko; reaguje szybciej, niż pyta. To homo reactus: ktoś, kto potrzebuje prostych opowieści, by poczuć się bezpiecznie. W takim środowisku łatwo o zniekształcenia i półprawdy, dlatego pojawia się potrzeba fact-checkingu – systematycznego sprawdzania informacji, które krążą w sieci. Fact-checking nie jest tu luksusem, lecz narzędziem obrony przed manipulacją: pozwala oddzielić fakty od emocjonalnych narracji i przywraca choć odrobinę przestrzeni dla refleksji i odpowiedzialnego myślenia. Ta figura użytkownika nie jest abstrakcją, lecz realnym zjawiskiem widocznym w drobnych, codziennych sytuacjach: w komentarzach pod lokalnym newsem, które w kilka minut zamieniają się w kłótnię; w rozmowie przy rodzinnym stole, gdzie jedno zdanie wystarcza, by „wszystko było jasne”; w mediach społecznościowych, gdzie liczy się szybkie opowiedzenie się po jednej ze stron. Nie ma tu czasu na wahanie ani na dopowiedzenie sensu – jest impuls i natychmiastowa odpowiedź. W ten sposób świat zaczyna układać się w kilka prostych, powtarzalnych schematów: zagrożenie i obrona, lojalność i zdrada, „my” i „oni”. Psychologowie oraz badacze mediów zwracają uwagę, że w warunkach przeciążenia informacyjnego umysł sięga po skróty poznawcze, które pozwalają szybko się zorientować i obniżyć napięcie. Skróty te przynoszą ulgę i poczucie jasności, lecz jednocześnie czynią rzeczywistość uboższą – mniej wielowymiarową, mniej podatną na korektę, mniej otwartą na inne interpretacje.

Być może właśnie w tej utracie – nie głośnej, lecz powolnej i prawie niezauważalnej – kryje się największy koszt życia w świecie, który coraz rzadziej daje nam prawo do niewiedzy, zanim zdążymy zareagować.

 

Dystopia wygody

Wyrazistym obrazem opisanej tu logiki jest serial Jedyna (Pluribus) – produkcja science fiction z 2025 roku, rozgrywająca się w niedalekiej przyszłości i skupiona na eksperymencie radykalnej wspólnoty opartej na pełnej synchronizacji emocji oraz decyzji jednostek. Serial ten stanowi przykład kultury masowej, która potrafi zaskakująco trafnie diagnozować współczesność i stawiać pytania o charakterze filozoficznym i kulturowym. Podobną wrażliwość od lat ujawnia także Black Mirror, gdzie technologie przyszłości służą raczej odsłanianiu teraźniejszych lęków niż snuciu futurystycznych fantazji.

Dystopia przedstawiona w Pluribus nie opiera się na brutalnej kontroli ani otwartym terrorze. Przeciwnie – jej siłą jest obietnica doskonałego porozumienia. W tym sensie dystopia nie oznacza świata jawnie złego czy opresyjnego, lecz rzeczywistość, która wydaje się wygodna, racjonalna i empatyczna, a dopiero z czasem ujawnia koszt, jaki trzeba zapłacić za tę pozorną harmonię.

Świat przedstawiony w serialu jest idealnie dopasowany do emocji jednostki. Każdy otrzymuje to, co do niego „pasuje”. Każdy czuje się rozumiany, wysłuchany i zaopiekowany. Konflikt, niezrozumienie i samotność mają zostać zniesione raz na zawsze. Jednak cena tej harmonii okazuje się wysoka. Serial pokazuje skrajną i trudną do zaakceptowania formę wspólnoty – porozumienie osiągnięte kosztem różnicy, napięcia i niezgody.

W liberalnym świecie, który gloryfikuje autonomię jednostki, doświadczenie samotności i walka o uznanie wydają się nieusuwalne. I właśnie tę kondycję reprezentuje bohaterka Pluribus – „Jedyna”, pozostająca poza doskonale zsynchronizowaną wspólnotą. Jej wykluczenie nie jest efektem przemocy wprost, lecz konsekwencją odmowy pełnej synchronizacji. Serial podsuwa w ten sposób niewygodną myśl: alternatywą dla samotności może być wspólnota tak gładka i szczelna, że nie pozostawia już miejsca na realne spotkanie z drugim człowiekiem.

Wyraża się to w powracających hasłach systemowych i komunikatach wspólnoty – formułach, których sens można oddać parafrazami w rodzaju: „nie jesteś sam, bo jesteś z nami” czy „harmonia wymaga synchronizacji”. Zastępują one rozmowę obietnicą pełnego porozumienia. Przywodzą też na myśl dobrze znany język Polski Ludowej: „jedność narodu”, „zgoda społeczna”, „wspólne cele”, „kto nie z nami, ten przeciwko nam”. Także tam poczucie bezpieczeństwa budowano poprzez zgodność, a różnica szybko nabierała podejrzanego sensu.

Pluribus pokazuje więc dystopię wygody – świata, który usuwa napięcie i konflikt nie poprzez dialog, lecz przez ich technobiologiczną neutralizację. To właśnie ta gładkość i brak tarcia czynią go niepokojącym: nie dlatego, że odbiera wolność wprost, lecz dlatego, że czyni ją zbędną.

Świat bez gotowych odpowiedzi

Najgroźniejsza przemoc rzadko przybiera postać otwartego przymusu. Nie bije i nie grozi. Działa ciszej – a przez to skuteczniej. Uspokaja, wyręcza, podsuwa gotowe sposoby rozumienia. Nie odbiera wolności wprost, lecz stopniowo sprawia, że przestajemy doświadczać jej jako czegoś, co rzeczywiście do nas należy. Jej obszarem nie jest ciało rozumiane jako przedmiot brutalnej ingerencji, lecz sens ucieleśniony w nawykach, gestach i odruchach: w tym, jak uczymy się widzieć świat, reagować na sytuacje i rozpoznawać samych siebie, zanim jeszcze zaczniemy o tym myśleć.

Być może dlatego warto dziś wracać do klasycznych dystopii – nie dlatego, że zapowiadają spektakularne katastrofy, lecz dlatego, że uczą rozpoznawać moment, w którym podporządkowanie przestaje być widoczne, a zaczyna uchodzić za rozsądne, funkcjonalne i bezpieczne. Takie utopie negatywne jak Rok 1984 George’a Orwella, Nowy wspaniały świat Aldousa Huxleya, My Jewgienija Zamiatina czy Opowieść podręcznej Margaret Atwood nie tylko ostrzegają przed totalitaryzmem. Demaskują przede wszystkim mechanizmy cichego przymusu i oswajania władzy, które pod pozorem troski, harmonii i dobrostanu eliminują niepokój, konflikt i niejednoznaczność, zastępując je gotowymi formami orientacji.

Na innym poziomie podobną intuicję rozwijał Jacques Derrida, zwracając uwagę, że już sam akt nadawania znaczenia niesie w sobie pewien wymiar przemocy. Znaczenie porządkuje doświadczenie, upraszcza je i zamyka w rozpoznawalnych formach. Dziś ta przemoc rzadko ma postać brutalności. Częściej objawia się jako troskliwa oczywistość. Nie zmusza – uprzedza. Nie zakazuje myślenia – czyni je zbędnym. Podsuwa interpretacje, zanim pojawi się pytanie, i odpowiedzi, zanim wyłoni się problem. Zamiast oporu oferuje wygodę. Zamiast wysiłku rozumienia – uspokajające wrażenie, że „wszystko już wiadomo”.

Pod koniec życia Derrida stawiał jednak pytanie bardziej nagie i egzystencjalnie bezwzględne: czy w ogóle można nauczyć się żyć, skoro zawsze uczymy się tego z opóźnieniem – wobec śmierci, utraty i tego, co nas przeżyje? W kontekście doświadczeń takich jak pandemia, przyspieszony obieg informacji i algorytmiczne zarządzanie uwagą pytanie to nabiera nowej ostrości. Czy „uczyć się żyć” nie znaczy dziś uczyć się żyć bez natychmiastowych wyjaśnień, statystyk i instrukcji sensu, które mają nas ochronić przed lękiem i niepewnością? I czy życie nie zaczyna się właśnie tam, gdzie sens nie nadąża za zdarzeniem – gdy czyjeś realne doświadczenie choroby ginie pod wykresami statystyk, gdy lęk i żałoba są natychmiast tłumaczone przez medialne komentarze, a trudna decyzja zostaje podjęta za nas przez algorytmiczną podpowiedź? Tam, gdzie trzeba się zatrzymać, wytrzymać niepewność i brak jasnej odpowiedzi, zamiast od razu uspokajać je gotową narracją, interpretacją lub technologiczną rekomendacją.

W tym miejscu Jacques Lacan postawiłby pytanie bardziej bezlitosne: czyje pragnienie mówi w tych gotowych sensach – i jakie pragnienie zostaje przez nie uciszone? W warunkach medialnej nadprodukcji znaczeń i algorytmicznego przewidywania reakcji pytanie to przestaje być abstrakcyjne. Dla Lacana sens nigdy nie był niewinny. Organizuje on pole znaczeń tak, by utrzymać pragnienie w ryzach i odsunąć je od braku – rozumianego jako doświadczenie niepełności, moment niepewności i pytania bez gotowej odpowiedzi, z którego pragnienie w ogóle się rodzi. Gotowe znaczenia działają więc jak zasłona. Łagodzą lęk i dezorientację. Jednocześnie formatują pragnienie. Podpowiadają, czego się obawiać – wykresów zamiast pojedynczych historii. Sugerują, czego oczekiwać – reakcji przewidzianych przez algorytmy zamiast własnych wahań. Wskazują też, gdzie nie warto się zatrzymywać z pytaniem – tam, gdzie nie da się go sprowadzić do liczby, kategorii albo prostego medialnego hasła.

Z kolei Michel Foucault zapytałby: kto na tym zyskuje? Jakie instytucje, procedury i języki sprawiają, że te sensy zaczynają uchodzić za naturalne, racjonalne i „normalne”? Nie chodzi tu o ukrytą intencję, lecz o sposób, w jaki władza działa poprzez to, co jawi się jako bezpieczne i rozsądne. Przez polityczne zarządzanie lękiem i poczuciem zagrożenia. Nie chodzi tu o sam fakt zagrożenia, lecz o to, w jaki sposób zostaje ono opowiedziane, uporządkowane i oswojone w języku publicznym. Przez eksperckie wytyczne regulujące emocje – czego wolno się bać i czym należy się uspokoić. Przez medialne formaty porządkujące debatę publiczną według afektywnych podziałów na „odpowiedzialnych” i „nieodpowiedzialnych”. Przez algorytmy, które wzmacniają jedne emocje, a inne wygaszają, premiując reakcje przewidywalne i łatwe do sterowania. Nie dlatego, że technologia „chce”, lecz dlatego, że skutecznie porządkuje to, co widzimy, czujemy i uznajemy za istotne.

Czy w takiej sytuacji wolność rzeczywiście znika – czy raczej zostaje przejęta w miękkiej formie, poprzez zarządzanie emocjami i reakcjami? Czy zamiast zakazów nie otrzymujemy dziś instrukcji uczuć: kiedy się bać, jak reagować, kiedy uznać sprawę za zamkniętą? I czy wobec tego stawką przestaje być abstrakcyjna autonomia, a zaczyna się nią praktyka troski o siebie jako realne ćwiczenie wolności: umiejętność zatrzymania się, zachowania dystansu wobec narzuconych sensów, pracy nad własnymi reakcjami i odzyskiwania momentu decyzji tam, gdzie władza próbuje myśleć i czuć za nas? Chodzi więc nie o komfort psychiczny, lecz o zachowanie minimalnej przestrzeni, w której reakcja nie jest jeszcze decyzją.

Dzisiejsza stawka nie sprowadza się do prostego wyboru między bezpieczeństwem a chaosem. Chodzi raczej o to, czy potrafimy wytrzymać świat, który nie oferuje natychmiastowych odpowiedzi ani jednoznacznych ram sensu – świat, w którym coraz częściej podsuwa się nam protezy rozumienia, mające nas uspokoić, poprowadzić i wyręczyć. Zdolność do zawieszenia reakcji, do rozmowy zamiast impulsu, do dania sobie czasu zamiast sięgania po szybkie rozstrzygnięcia okazuje się dziś kluczowa – nie jako luksus, lecz jako warunek możliwości myślenia i odpowiedzialności.

W tym sensie edukacja może być jednym z ostatnich miejsc, w których ćwiczy się cierpliwe myślenie – o ile sama nie zostanie podporządkowana logice pośpiechu, reaktywności i standaryzacji. Nie chodzi jedynie o przekazywanie wiedzy ani o stosowanie sprawdzonych metod. Chodzi o wspólne poszukiwanie sensu tam, gdzie nie da się go łatwo narzucić ani zastąpić gotową interpretacją. Coraz doskonalsze technologie ułatwiają życie, ale jednocześnie działają jak protezy: przejmują funkcje rozmowy, refleksji i sporu, pozostawiając nas w pozornym komforcie, który stopniowo osłabia własne „mięśnie” myślenia.

Wolność i bezpieczeństwo zawsze pozostawały w napięciu. Dziś napięcie to przybiera szczególnie subtelną formę: ujarzmienia sensu pod postacią troski, komfortu i pozornej racjonalności. Nie da się już po prostu wybrać między jednym a drugim. Dojrzałość polega na czymś trudniejszym – na praktycznym epoché: na świadomym zawieszeniu osądu, wytrzymaniu niepewności, na chwilowym odłożeniu protez, które myślą i czują za nas. To akt odwagi. Bo wygoda bycia prowadzonym jest często pierwszym krokiem do utraty własnego głosu.

Nie chodzi więc tylko o porządek świata, lecz o coś bardziej intymnego: o zdolność bycia sobą w świecie, który coraz częściej obiecuje, że zwolni nas z tego wysiłku. Czy potrafimy jeszcze chodzić o własnych siłach – myśleć, odczuwać, rozumieć i wybierać – zanim kolejne systemy zrobią to za nas, szybciej, wygodniej i bezboleśnie?

Kultura Enter 2026/02
nr 118

Kolaże w 118. numerze autorstwa Julii Cimafiejewej