ESEJ. Mój „Orient”
Mykoła Riabczuk
Mój „Orient”
[Kilka zapisków z życiowego maratonu]1
Z języka ukraińskiego przełożył Andrij Saweneć
1.
Wszyscy byliśmy podróżnikami na Wschód.
Za młodu, w Związku Sowieckim lat siedemdziesiątych, nie mieliśmy zresztą większego wyboru. Żyliśmy w sztywno zamknietym społeczeństwie, gdzie tylko garstce wybrańców pozwalano na wyjazdy za granicę. Dla wszystkich innych nawet wyjazd do „bratnich” państw komunistycznych był problematyczny, a co już mówić o Ameryce, Francji czy Japonii.
W jednym z dawnych i mało komu zrozumiałych teraz dowcipów stary inteligent nostalgijnie wzdycha w przyjacielskim gronie i mówi: „Znów chcę do Paryża…”.
„A co, już tam byłeś?” – dziwią się przyjaciele.
„Nie, ale pewnego razu już chciałem…”
Nie każdy obcokrajowiec zrozumie istotę tego czarnego humoru: że bohater dowcipu najprawdopodobniej starał się o wyjazd za granicę w przeszłości, ale ten zamiar tak stanowczo mu odradzono, że przez dłuższy czas nawet nie miał odwagi, by znowu wypowiedzieć na głos swoje heretyckie marzenie.
W tym sensie mieliśmy szczęście, gdyż Związek Sowiecki w latach siedemdziesiątych nie był już tak totalitarny jak w okresie stalinizmu. Przynajmniej za dowcipy już nie rozstrzeliwano i nie wysyłano na 20 lat do gułagu, sporo tekstów i autorów represjonowanych w latach trzydziestych ponownie pojawiło się w obiegu publicznym, a Zachód – chociaż nie stał się dla nas bardziej dostępny w sensie fizycznym – przybliżył się w sensie duchowym dzięki przekładom wielu emblematycznych dzieł. W dużych miastach pojawiły się nawet zalążki społeczeństwa obywatelskiego opierającego się nie tylko na desperatach–dysydentach, lecz także na nieco liczniejszych, chociaż również marginalnych, ruchach kontrkulturowych.
Wschód wciąż pozostawał jednak dla nas głównym kierunkiem.
Rzecz jasna, nie był to prawdziwy Wschód, ponieważ ten prawdziwy był odgrodzony od nas żelazną kurtyną prawie tak samo szczelnie jak Zachód. Podróżowaliśmy na wyobrażony Wschód – świat starożytnej kultury, wysokiej duchowości, sakralnej mądrości. Połykaliśmy eklektyczny zestaw tekstów, które wydawały się nam istotne – od perskich poetów sufickich do japońskich haiku, od Zapisków spod wezgłowia do Genji monogatari, od Li Baia i Du Fu do Bashō i Bhagawadgity. Była to dziwna mieszanka różnych źródeł, które tak naprawdę miały ze sobą nie bardzo wiele wspólnego oprócz ewidentnej egzotyki i zagadkowej aury starożytnej mądrości i duchowości. Potrzebowaliśmy ich, by pogodzić się z ograniczonością naszych żyć, wypełnić ontologiczną lukę, która otwiera się młodym ludziom w wieku dwudziestu lat, i poskromić egzystencjalny niepokój, którego nie mogła uciszyć ani oficjalna ideologia komunistyczna, ani upaństwowiony, doszczętnie zrosyjszczony i skagiebizowany kościół prawosławny.
Na szczęście starożytny Wschód był szczególną dziedziną wiedzy, którą większość ludzi nie bardzo się interesowała i w którą sowieccy politrukowie nie ingerowali zbyt mocno ze względu na jej marginalność. Studia wschodnie w ZSRS przetrwały mroczne lata stalinizmu, ukrywszy się na peryferiach nauki i niespiesznie produkując z roku na rok wysokiej klasy teksty, tłumaczenia i komentarze. Odkrywaliśmy je i dzieliliśmy się nimi z innymi niczym spiskowcy, nieformalni członkowie tajnego związku, adepci ezoterycznego zakonu duchowego.
W latach siedemdziesiątych ukazały się dwie bardzo ważne książki, które stały się dla naszego środowiska punktem orientacyjnym i bodźcem do dalszych wypraw intelektualnych. Była to proza Yasunariego Kawabaty, m.in. jego esej o zen, oraz klasyczne dzieła innego noblisty, Hermanna Hessego – Wilk stepowy, Gra szklanych paciorków, a zwłaszcza Siddhartha i Podróż na Wschód. Było to nasze Pismo Święte, nasz Koran i nasz Krótki kurs marksizmu-leninizmu. Jestem przekonany, że cały ukraiński underground kulturowy zaznał w tym lub innym stopniu wpływu tych książek, i poza tym kontekstem nie da się chyba zrozumieć aluzji oraz inspiracji wielu autorów.
Po dziesięciu latach, wraz z rozwojem pieriestrojki i poszerzeniem zakresu wolności politycznych ten kontekst powoli zniknął. Świat otworzył się – zarówno w sensie fizycznym, jak i intelektualnym. Nowe artefakty kulturowe zmieszały się z nowymi przeżyciami, potężny strumień nowych informacji przeplatał się z jeszcze bardziej potężnymi zmianami społecznymi i politycznymi. Dawny underground kulturowy stał się głównym nurtem, byli dysydenci polityczni zostali deputowanymi parlamentu, działacze kontrkultury zostali uhonorowani prestiżowymi nagrodami, zyskali popularność, a niektórzy nawet osiągnęli jaki taki dobrobyt.
Czasami ponownie podróżujemy na Wschód, ale już od dawna stał się dla nas tylko jednym z wielu możliwych kierunków. „Wschodnie” książki, które w latach siedemdziesiątych stanowiły około jednej czwartej mojego skromnego księgozbioru, dzisiaj zajmują jedynie kilka procent jego objętości – wśród setek lub tysięcy bynajmniej nie wschodnich publikacji. Chociaż okazjonalnie znowu sięgam ręką do górnych, „wschodnioazjatyckich” półek, gdzie pamiętam wszystkie książki, w tym japońskie, stojące tam w nielicznych ukraińskich tłumaczeniach: Sei Shōnagon, Sōseki Natsume, Takeo Arishima, Ryūnosuke Akutagawa, Jun’ichirō Tanizaki, Yasunari Kawabata, Kōbō Abe, Yukio Mishima, Kenzaburō Ōe, Haruki Murakami. Mam nadzieję, że nikogo nie zapomniałem.
Moi przyjaciele-współwyznawcy wyszli z kulturowego undergroundu i udali się w rózne strony – ktoś na wschód, ktoś na zachód, a jeszcze ktoś inny w zaświaty. Wielu znałem osobiście, chociaż oczywiście nigdy nie byliśmy zorganizowaną siecią. Tworzyliśmy raczej grzybnię bez wyraźnej struktury, niewidzialnie rozgałęzioną po całym kraju. Ale nawet nie znając tych ludzi osobiście, zazwyczaj poznaję ich po powściągliwym głosie, niepośpiesznym piśmie. Z reguły unikają ostatecznych prawd i radykalnych sądów, wolą dialog od monologu i słuchanie od mówienia, a jeżeli już mówią, to zwykle pozostawiają swoje wypowiedzi otwartymi na nowe argumenty i kontrargumenty. Prościej rzecz ujmując, odczuwają delikatną równowagę między yin i yang, wyłapują ich ciągłe wahania i przemiany. Są niczym loża wolnomularska bez oficjalnej inicjacji – wyobrażona wspólnota ludzi, którzy czytają te same książki, oglądają te same filmy, słuchają tej samej muzyki. Bractwo outsiderów grających według nieco innych zasad i myślących nieco innymi kategoriami. Wśród bezliku dziwnych rzeczy porodzonych przez sowiecki system było to coś najbardziej znaczącego i być może najtrwalszego.
Jestem dumny z tego, że należałem do tego bractwa, i cieszę się, że kontynuuję tę podróż.
2.
Uważałem, że wystarczająco dobrze znam Japonię z książek i filmów, dlatego nie spodziewałem się szoku kulturowego po przyjeździe do Sapporo. Szoku zresztą nie było, ale diabeł zwykle tkwi w szczegółach. Hydraulik, który przyszedł do nas ze swoimi kapciami (ponieważ Japończycy wszędzie zdejmują obuwie), był malym, ale na swój sposób wręcz wzruszającym cudem. Natomiast brak kontenerów na odpady na ulicach i w innych miejscach publicznych nie tyle dziwił, ile niepokoił, gdyż przypominał ponure czasy ataków terrorystycznych w niektórych europejskich miastach, kiedy to w celu zapobiegania tym atakom trzeba było usuwać pojemniki na odpady z przestrzeni publicznej. Nie lepsze skojarzenia wywoływały także japońskie karetki pogotowia: niektóre z nich miały bardzo dziwne syreny, podobne do dźwięków alarmu powietrznego – jakby już rutynowe, ale wciąż niezbyt uspokajające dla Ukraińców.
Teoretycznie wiedziałem, że Japończycy utrzymują swój kraj w wyjątkowej czystości: kontenery na śmiecie na ulicach nie są im potrzebne, ponieważ oni tam nie śmiecą. Pewnego razu czytałem o tym, jak podczas mistrzostw świata w piłce nożnej w 1998 roku w Japonii miejscowi kibice przychodzili na stadiony jako wolontariusze z torebkami foliowymi, żeby zebrać wszystkie śmieci zostawione po meczu przez dzikusów obcokrajowców. Tyle że jedna rzecz to przeczytać, a co innego zobaczyć. Wiele szczegółów uderza i fascynuje, niektóre wywołują zdziwienie, chociaż nie wykraczają poza drobne niewygody w rodzaju ruchu lewostronnego, dziwacznych banknotów z bezlikiem zer, letniego czasu, który nie zmienia się na zimowy, oraz kalendarza, który liczy czas od roku intronizacji cesarza, a nie narodzin Chrystusa.
Jedyną prawdziwą niewygodą, z którą zetknąłem się w Sapporo, był brak szyldów w języku angielskim i personelu mówiącego w tym języku we wszystkich podstawowych służbach. Ten problem jednak jest istotnie łagodzony przez życzliwość lokalnych mieszkańców oraz ich bezustanną gotowość, aby nieść pomoc – lub przynajmniej próbować to zrobić. Gdy nie mogłem wypełnić formularzy rejestracyjnych w urzędzie miasta i nikt nie mógł mi niczego wyjaśnić, pomocną dłoń wyciągnęła koleżanka z uniwersytetu. Gdy musiałem pewnego razu udać się z wizytą do lekarza, miejska organizacja wolontariuszy zapewniła mi tłumacza. Gdy chciałem kupić kawy, ale nie mogłem wybrać marki, bo wszystkie napisy były po japońsku, z pomocą mi przyszło całe konsylium ekspedientek z całego supermarketu i problem udało się w końcu rozwiązać, gdy zawołano do pomocy także barmankę z sąsiedniej kawiarni, która mówiła po angielsku. Wygłosiła mi dość dokładny i całkiem bezpłatny wykład poświęcony niuansom wszystkich rodzajów kawy dostępnych w tamtym sklepie.
Bywało, że mieszkańcy Sapporo fizycznie odprowadzali mnie do potrzebnego miejsca, gdy nie potrafili wskazać drogi werbalnie – mimo że sami zmierzali w całkiem przeciwnym kierunku. Jedna sytuacja była wręcz fantastyczna: nie zdążyliśmy z żoną przesiąść się na inny pociąg, do tokijskiego lotniska, i dopiero gdy minęliśmy Jokohamę, zrozumiałem, że nie zbliżamy się do właściwego miejsca, tylko oddalamy. W panice wyskoczyliśmy z pociągu i zaczęliśmy gorączkowo pytać pasażerów na peronie o drogę na lotnisko. Słowo airport było zrozumiałe, ale cała reszta tonęła w lingwistycznym mroku. I oto wtedy jakaś wspaniałomyślna Japonka znalazła proste rozwiązanie: machnęła ręką, żebyśmy poszli za nią. Ba, nawet nie poszli, tylko pobiegli – schodami w dół, potem przez tunel, a potem schodami w górę – na peron, z którego po kilku minutach odchodził bezpośredni pociąg na lotnisko. Wskazała nam gestem ten pociąg, potem kolejnym gestem kazała pospieszyć się, a zatem bez zbędnych słów wskoczyliśmy do wagonu, ciężko sapiąc i mamrocząc swoje skromne arigato. Dopiero wtedy zrozumieliśmy, że sama kobieta wcale nie miała jechać tym pociągiem – biegła przed nami tunelami i peronami po prostu, żeby nam pomóc.
Po przejściu większej części drogi życiowej uświadomiłem sobie, że wszystko, co przytrafia się nam na jej wybojach, ostatecznie wychodzi na lepsze: każda chmura ma srebrną podszewkę, każdy mankament ma swoją przewagę – i odwrotnie. Sztuka życia polega zatem na balansowaniu, osiąganiu kompromisów – między interesami a wartościami, między obowiązkami a prawami, między tym, co jest możliwe, a tym, co jest pożądane. Nawet taki drobiazg jak brak angielskojęzycznych opisów w muzeach lub innych miejscach publicznych zamiast ewidentnej przykrości stawał się świetną zachętą, by wcześniej poszukać w Internecie informacji na temat wszystkich tych miejsc i obiektów, do których się wybieraliśmy. Dowiedziałem się w ten sposób dużo więcej o mieście, kraju i ludziach, niż gdybym polegał jedynie na plakietkach muzealnych.
Poza stricte zawodowymi zainteresowaniami kulturą i zdobytą dzięki temu wiedzą czasami pomaga mi dawna, jakby już niepotrzebna w dzisiejszej dobie Google Maps, znajomość geografii. W dzieciństwie, nie mając w zasadzie żadnych zabawek, musiałem wynajdywać alternatywne formy rozrywki. Jedną z nich była, dzięki podpowiedzi ojca, swoista kartografia. Ojciec proponował mi spojrzeć na ten lub inny kontynent na mapie, a potem odtworzyć go z pamięci na papierze, ze wszystkimi państwami oraz ich stolicami. To ukształtowało we mnie swoistą topograficzną dociekliwość. Gdziekolwiek bym przyjechał, w pierwszej chwili staram się spojrzeć na mapę i wyrobić sobie pojęcie o nowym mieście, jego strukturze, zabytkach i innych potencjalnie ważnych miejscach. Dodaje to pewności, czyli naiwnej wiary, że rzeczywiście jestem panem swojego rozwichrzonego życia.
Moja uwaga do geografii często doprowadzała mnie do na swój sposób interesujących odkryć, jak na przykład do wniosku, że Sapporo nie jest aż tak północnym miastem, jak wielu się wydaje. Tak naprawdę leży na 43 równoleżniku, czyli na szerokości Sofii, Bilbao i Florencji, których nikt naprawdę nie uważa za „północne”. Zresztą cała wyspa Hokkaido w rzeczywistości znajduje się na szerokości Morza Czarnego, gdzieś pomiędzy Eupatorią a Stambułem, czyli duzo bardziej na południe od Kijowa i prawie całej Ukrainy. Inną kwestią jest to, że Hokkaido nie ma całorocznego ogrzewania z Atlantyku, które Europejczycy bezpłatnie dostają z Golfsztromu. Ocean Spokojny nie jest pod tym względem tak szczodry. Wszystkie wyobrażenia są oczywiście względne: dla Japończyków, którzy mieszkają w łagodniejszym klimacie na Kiusiu, Sikoku czy nawet na Honsiu i zazwyczaj widzą śnieg tylko na szczytach sąsiednich gór, Hokkaido rzeczywiście wygląda na „tereny północne” – dokładnie tak jak Lille i Rouen dla mieszkańców Prowansji czy Kanada dla Amerykanów. Stereotypy, rzecz jasna, również odgrywają swoją rolę: nieraz, będąc w Berlinie, Wiedniu czy nawet Warszawie, musiałem wyjaśniać swoim rozmówcom, że zima w Kijowie jest mniej więcej taka sama jak u nich, a nie jak w Syktywkarze, Nowosybirsku czy nawet Moskwie. Zresztą sądzę, że w tym przypadku stereotypy mają bardziej polityczny charakter niż geograficzny.
Moja dociekliwość często okazywała się jak najbardziej przydatna: mogłem podpowiedzieć kolegom obcokrajowcom na uniwersytecie sporo interesujących miejsc i tras wartych odwiedzenia: malowniczą ścieżkę na szczyt góry Maru, z którego otwiera się fantastyczny widok na miasto i całą dolinę, świetne muzeum Kōtarō Migishi (1903-1934) – przedwcześnie zmarłego klasyka japońskiego modernizmu, imponujący skansen na obrzeżach Sapporo z pieczołowicie odtworzoną zabudową miejską sprzed ponad stu lat (dla Hokkaido skolonizowanej w drugiej połowie XIX wieku to głęboka przeszłość) czy też najbardziej interesujące miejsca w sąsiednim portowym miasteczku Otaru. Mogłem opowiedzieć im o cukrowni, która zbankrutowała w latach 1930. po podbiciu Tajwanu i pojawieniu się na rynku dużo tańszego cukru z tamtejszej trzciny, oraz o jej dzisiejszej reinkarnacji w postaci browaru oferującego zwiedzającym atrakcyjne sale degustacyjne. Albo też opowiedzieć o naszym uniwersytecie założonym przed ponad stu laty jako kolegium rolnicze, ze sprowadzonymi z Connecticut profesorami. (Connecticut świadomie wybrano jako najbardziej zbliżony pod względem klimatycznym region Ameryki; tamtejsi profesorowie mieli nauczyć młodych Japończyków nowoczesnego uprawiania roli i hodowli zwierząt. Jeden z nich, który przez kilka lat kierował tym kolegium, pozostawił po sobie skrzydlatą frazę wyrytą na jego pomniku: „Boys, be courageous!”).
Czasami zaskakiwałem nawet swoich japońskich gospodarzy, wspominając związane z Hokkaido epizody w filmie Nagisy Ōshimy Chłopiec lub porównując Milczenie Scorsesego do oryginalnej powieści Shūsaku Endō, albo też omawiając z nimi Harfę birmańską Kona Ichikawy oraz jego genialny Płomień udręki – jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek oglądałem.
Odkryłem dla siebie wszystkie te cuda całkiem przypadkowo, nie będąc ekspertem ani w dziedzinie kinematografii, ani literatury, ani nawet historii; kierowała mną czysta dociekliwość – chęć lepszego zrozumienia tego kraju i tych ludzi. Ta chęć też prowadziła mnie czasami do całkiem niespodziewanych odkryć – jak na przykład do historii o Leonardzie Bernsteinie jako założycielu Festiwalu Muzycznego Pacyfiku w Sapporo (o czym świadczy m.in. jego pomnik w tamtejszym parku) lub o Henrym L. Stimsonie, amerykańskim ministrze wojny, który, jak się okazuje, uratował Kioto (stolicę historyczną i kulturalną Japonii) przed atakiem atomowym, poświęcając natomiast Nagasaki. Nigdy bym nie dowiedział się tak dużo o prześladowaniach chrześcijan w czasach siogunatu i dzisiejszym upamiętnieniu tych tragicznych wydarzeń, o wojnie na Pacyfiku i okupowanych przez Rosję północnych terenach Japonii, o kulturze i historii Ajnów lub o symbiozie i synkretyzmie szintoizmu i buddyzmu, gdybym polegał wyłącznie na plakietkach muzealnych i folderach turystycznych.
Poszczególne wątki z moich „lektur nadobowiązkowych” były wręcz niesamowite, jak na przykład historia maratończyka Shizō Kanakuriego. Natrafiłem na nią w Muzeum Olimpijskim, zgłebiając mimowolnie historię japońskiego ruchu olimpijskiego. Po raz pierwszy Japonia wzięła udział w igrzyskach olimpijskich w 1912 roku w Sztokholmie, wysyłając tam dwóch sportowców. Jednym z nich był Shizō Kanakuri, który nie wygrał nic, ale przeszedł do historii jako pierwszy (i do dziś jedyny) zawodnik, który zniknął w trakcie igrzysk, wywołując wśród organizatorów nie lada zdziwienie, a nawet panikę. Dopero dużo później okazało się, że zemdlał w połowie dystansu, gdyż nie zregenerował się jak należy po wyczerpującej dwudziestodziennej podróży z Japonii. Szwedzcy chłopi podebrali go i pomogli w dojściu do siebie, po czym Kanakuri, całkiem zmieszany i zawstydzony, wrócił do hotelu, spakował swoje rzeczy i wyruszył z powrotem do Japonii (a to kolejne 20 dni drogi), nie informując nikogo o swojej decyzji. Na szczęście nie popełnił seppuku, a zatem udało mu się przyjechać na następne igrzyska, gdzie spisał się dużo lepiej.
Zakończyła się ta historia aż w 1967 roku, gdy szwedzka telewizja zaprosiła Shizō Kanakuriego do ukończenia biegu i on się zgodził. Miał wówczas 76 lat na karku, sześcioro dzieci i dziesięcioro wnucząt. A jednak pokonał trasę maratonu rozpoczętą w 1912 roku, z doprawdy nigdy i przez nikogo niepobitym „rekordem”: 54 lata, 8 miesięcy, 6 dni, 5 godzin, 32 minuty, 20 sekund. Ta historia moim zdaniem jest nie tylko zabawna, lecz także nader pouczająca – jako przypowieść o nadmiarze ambicji i zhańbionym honorze, ale także o osiągnięciu spokoju, pogodzeniu się z rzeczywistością, afirmacji życia i ostatecznym zwycięstwie po porażce. Idealnie rzecz biorąc, o to właśnie chodzi we wszystkich wartościowych dziełach sztuki i, być może, właśnie takie ma być każde udane życie.
3.
Przybyłem jednak do Japonii, na Uniwersytet Hokkaido, wcale nie z powodu młodzieńczego zauroczenia wyobrażonym „Wschodem”, tylko raczej przez banalną chęć ucieczki przed wojną, codziennymi alarmami powietrznymi i wyłączeniami prądu oraz otrzymania dostępu do porządnej międzynarodowej biblioteki, wypoczęcia choć trochę i skupienia się bardziej na pracy badawczej niż na codziennym przetrwaniu. Temat moich dociekań odpowiadał szerszym zainteresowaniom tamtejszego Centrum Badań Słowiańsko-Eurazjatyckich w zakresie Ukrainy, Rosji i relacji rosyjsko-ukraińskich oraz przewidywał analizę podstawowych narracji na temat wojny ukraińsko-rosyjskiej, stojących za nimi ideologii oraz dysonansów poznawczych, które wywołuje ta wojna na postkolonialnym Globalnym Południu i w postsowieckiej Azji Środkowej.
Miałem szczęście współpracować z kilkoma znakomitymi japońskimi uczonymi i badaczami z innych krajów goszczącymi w Centrum, występować w różnych rolach na licznych seminariach i konferencjach, a nawet odbyć objazd z wykładami po kilku innych miastach i uniwersytetach – Tokio, Kobe, Kioto, Osace. Jestem wdzięczny dziennikarzowi (i ukrainofilowi) Tadashiemu Okano za nasz wywiad dla czasopisma „Hoppo Magazine” i za poszerzenie mojej skromnej wiedzy na temat współczesnej japońskiej polityki, m.in. wobec Ukrainy. Jestem wdzięczny Prof. Mitsuharu Akao, który zorganizował wielką konferencję poświęconą Ukrainie na Uniwersytecie Keio i nawet już opublikował jej materiały w postaci oddzielnego tomui. I oczywiście byłoby mi dużo trudniej dostosować się do życia w Sapporo i zrobić tam nawet więcej, niż planowałem, bez przyjacielskiej opieki Prof. Tomohiko Uyamy, mojego mentora i konsultanta w najrozmaitszych sytuacjach.
Już po powrocie do domu z pewnym zakłopotaniem zauważyłem, że Japonia nie funkcjonuje w ukraińskiej świadomości społecznej jako jeden z najbardziej przyjaznych i szczodrych pod względem okazywanego wsparcia krajów. Wśród największych donorów Ukrainy Japonia zajmuje siódme miejsce – po Unii Europejskiej, USA, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Danii oraz Norwegiiii. Wsparcie z jej strony, jak przypuszczam, jest nieco niedocenione, ponieważ nie zawiera komponentu militarnego: działania Japonii wciąż są ograniczone przez „pacyfistyczną” tradycję z czasów zakończenia II wojny światowej i to niestety osłabia jej wizerunek jako donora w ukraińskich mediach, które martwią się głównie (i na ogół słusznie) z powodu ostrego braku broni. Japonia (podobnie jak Szwajcaria) utylizuje przestarzały sprzęt wojskowy i amunicję zamiast przekazać je wykrwawionej Ukrainie, i to rzeczywiście napawa smutkiem, a nawet irytuje. Ale w żadnym przypadku nie przekreśla tej naprawdę wielkiej pomocy, którą Japonia okazuje Ukrainie, podobnie jak tej sympatii, którą wyraża wobec nas w najrozmaitszych sytuacjach absolutna większość Japończyków.
Ukraina jest względnie nowym zjawiskiem w japońskiej świadomości społecznej. Zbyt długo była niewidzialna, znajdując się w cieniu swojego kolonialnego władcy lub wręcz będąc z nim utożsamiana jako jego „naturalna” część. Opóźniona emancypacja odbywa się boleśnie, kosztem ogromnych strat i nieludzkich wysiłków. Ale niedawno uzyskana podmiotowość polityczna Ukrainy już staje się niezaprzeczalna. Polityczne wyzwolenie powinno być jednak wzmocnione przez wyzwolenie kulturowe i epistemologiczne. Skromny tuzin ukraińskich książek na japońskim Amazonie póki co nie robi wrażenia. Tego oczywiście nie da się zmienić w okamgnieniu, bez znaczących wysiłków – zarówno po stronie japońskiej, jak i ukraińskiej. Jak dotąd „sprawę ukraińską” po obu stronach popychają do przodu głównie pojedynczy entuzjaści, chociaż coraz aktywniej dołączają do nich także instytucje – Ambasada Ukrainy, MSZ, japońskie uczelnie. Nawiasem mówiąc, większość z tych ostatnich już w pierwszych dniach rosyjskiej inwazji zadeklarowała swoją solidarność z Ukrainą i zaprzestała dość aktywnej dotychczas współpracy z rosyjskimi partnerami.
Nasze dawne podróże na Wschód zyskują niespodziewane kształty i treści.
Nie zatrzymujmy się.
1 Artykuł po raz pierwszy został opublikowany w języku japońskim (w przekładzie z angielskiego) w biuletynie Centrum Badań Słowiańsko-Eurazjatyckich Uniwersytetu Hokkaido „Slavic-Eurasian Research Center News”, nr 172 (lipiec 2024), https://src-h.slav.hokudai.ac.jp/jp/news/172/CNews172.pdf
i https://genkishobou.stores.jp/items/68f0f7f1ec918a9f3bd1b634
ii https://www.ifw-kiel.de/topics/war-against-ukraine/ukraine-support-tracker
Kultura Enter 2026/02
nr 118


