ESEJ. Poeta w świecie (cz. I)
Wasyl Słapczuk
Z języka ukraińskiego przełożył Andrij Saweneć
I
Wybitny polski prozaik Witold Gombrowicz dokładnie trzy ćwierćwiecza temu, czyli w 1951 roku, napisał swój słynny esej Przeciw poetom. Po raz pierwszy przeczytałem go w jakimś tomie zbiorowym, a potem jeszcze raz, po ukazaniu się ukraińskiego tłumaczenia trzytomowego Dziennika. Następnie czasami wracałem (zarówno do eseju, jak i do Dziennika), chyba po to, by wyłapać jakiś cytat. Lubię cytaty. (Być może dlatego, że zwalniają z odpowiedzialności?) Gombrowicz zaś to swoista „fabryka wypowiedzi” (za sprawą stylu, plastycznej i barwnej wizji rzeczywistości oraz bezkompromisowej krytyczności sformułowań), które nadają się do zilustrowania pewnych zjawisk rzeczywistości artystycznej lub życiowej.
Kim właściwie jest poeta? Co oznacza bycie poetą? Co z nim jest nie tak? Czym podpadł Gombrowiczowi? I w ogóle – czy jest w tym (dzisiejszym) świecie naturalne miejsce dla poety?
(Lina Kostenko napisała: „Poezja jest potrzebna ekscentrykom. / Poetów zaś już nikt nie potrzebuje”).
Doprecyzuję: chodzi mi o poetę w szerokim znaczeniu tego słowa, które jest synonimem słowa artysta, także w jego szerszym znaczeniu: artysta najwyższych lotów.
Trzeba chyba będzie rozpocząć od Adama. (Nawiasem mówiąc, Adam musiał przynajmniej troszeczkę być poetą, gdyż w Piśmie Świętym powiedziano, że nadał nazwy wszystkim zwierzętom i ptakom, czyli faunie; co dotyczy flory, nic nie stwierdzono; być może, zajęła się nią później Ewa). Innymi słowy, ad fontes.
Ponieważ wpadłem na pomysł tego eseju dawno temu, od dłuższego czasu obracam w głowie fragmenty układanki tekstu, komponując je w spójny wykład. I też od jakiegoś momentu nie mogę się pozbyć wrażenia, że poeta jest w pewnym sensie i do pewnego stopnia (lub nawet w pełni) szarlatanem i hochsztaplerem, w tym sensie, że świadomie wprowadza ludzi w błąd. „Warzy” w garażu eliksir poezji czy produkuje ją w pigułkach, wciskając te rzeczy łatwowiernemu prostakowi jako „lek na wszystkie choroby”. A to wszystko przy tym, że zamierzałem stanąć w obronie poetów przed Gombrowiczem. Albo też w razie potrzeby wstawić się za Gombrowiczem przed poetami. Chyba sceptycyzm Gombrowicza jest zaraźliwy. Dlatego muszę wysilić się, aby zlikwidować to uprzedzenie, zwalniając miejsce dla bezstronności. Myślą przewodnią niech mi posłuży magiczna fraza Karlssona „Grunt to spokój”1 w nieco zmienionym brzmieniu: „Grunt to obiektywność”.
U zarania dziejów poeta wymyślił sobie powołanie i misję, obwołał się wybrańcem i (zamiast tego, by uganiać się wraz z innymi za mamutem, czy dłubać się w ziemi w poszukiwaniu czegoś jadalnego) mianował siebie pośrednikiem między światem ludzi a światem bogów. Oczywiście wtedy jeszcze nie nazywał się poetą.
W archaicznych społeczeństwach poeta wybierał oblicza wieszcza, kapłana, nosiciela i strażnika sakralnej wiedzy. Udawał, że wie to, czego nie wiedzą inni: jak należy zwracać się do licznych bogów, przy pomocy jakich słów udobruchać siły tajemniczej i zazwyczaj groźnej natury, jak oddawać cześć przodkom, żeby ich dusze się nie gniewały, tylko odwrotnie – przychodziły z pomocą.
A może rzeczywiście wiedział?!
Ludzie wierzyli przecież, że jego słowo ma magiczną moc. Nie w sensie obrazowym, metaforycznym, tylko dosłownie – uważano, że w należyty sposób wypowiedziane/wyśpiewane zaklęcia czy hymny potrafią oddziaływać na rzeczywistość i ją zmieniać: wywołać deszcz lub zesłać suszę, odwrócić plagę lub wyjednać sobie zwycięstwo w nierównej bitwie.
Kamieniem węgielnym europejskiej literatury/poezji poza wszelką wątpliwością możemy uważać Homera z jego Iliadą i Odyseją. Profesor Uniwersytetu Harvarda Gregory Nagy specjalizujący się w badaniach nad twórczością Homera i archaiczną poezją grecką (za co współcześni Grecy uhonorowali go Orderem Honoru), utrzymuje, że imię Homer (Ὅμηρος) oznacza „ten, który łączy w jedną całość”, twierdząc, że to nie tylko imię, lecz program. Rzecz jasna, nie jest to jedyna interpretacja imienia tego „prarodzica poetów”. Zatrzymałem się właśnie przy niej, ponieważ wydaje się mi kluczowa dla zrozumienia istoty poety jako takiego. A więc Homer to „ten, który łączy pieśń w jedną całość”. A w szerszym sensie „łączy” (w istocie tworzy z wielości jedność, z małości wielkość) wspólnotę, wyposażając ją we wspólną pamięć, bohaterów, wartości. Amerykański filolog znajduje wytłumaczenie także dla innego znaczenia słowa homēros – „zakładnik”. Uważa je za symboliczne: poeta, który wędruje przez miasta (by nie powiedzieć włóczy się), staje się żywym gwarantem, poręczycielem jedności. Do tego wszystkiego Homer jest ślepcem. Wszystko, co widzi, widzi wewnętrznym wzrokiem – „trzecim okiem”.
A więc poeta jest tym, kto łączy to, co jest rozdzielone (twórcą). To jest jego misja. Poza tym poeta jest zakładnikiem czy poręczycielem. To chyba zapłata czy kara. Ślepota to najwyraźniej osobliwość: wada, która podkreśla przewagi wyjątkowości nad zwykłością: ślepiec, który widzi więcej niż widzący, a najważniejsze – widzi inaczej.
W skrócie: poeta to twórca w klatce okoliczności i ciemności, co nie przeszkadza mu w byciu wolnym i widzącym oraz czuciu się wszechobecnym i wszechwidzącym, czy to upodabniając się do bóstwa, czy to ujawniając się jako jego wcielenie.
Weźmy ten obraz poety jako podstawowy. Z tą uwagą, że nie jest wyczerpujący. Po krótkim czasie (właściwie Hezjod jest uważany za współczesnego Homera, prawdopodobnie młodszego, są nawet dyskusje co do tego, który z nich żył wcześniej; przy tym wszystkim Homer jest postacią prawie mityczną, podczas gdy Hezjod – w pełni historyczną), gdy czas przesuwa się do punktu, w którym poeta przestaje być jedyny i rozpada się na wielość, stając się „jednym z”, oblicza poetów stają się bardziej rozmaite.
Wspomniany już przeze mnie Hezjod to poeta gospodarz (w poemacie Prace i dni są zadokumentowane trudy tego rolnika), zakorzeniony w ziemi, a nie „letniskowiec” jak dużo późniejszy Wergiliusz, autor Georgik („poematu o rolnictwie”) – ta niepozbawiona szczypty humoru uwaga należy do Andrija Sodomory, najwybitniejszego współczesnego ukraińskiego tłumacza literatury antycznej. Hezjod to moralista-dydaktyk. Ale też jakby nie z własnej woli. Jemu, gdy wypasał owce, ukazały się – niczym Jehowa Mojżeszowi – Muzy i natchnęły go „wieszczym śpiewaniem”2, każąc, aby opiewał bogów i wysławiał przeszłość i przyszłość. Tak przy okazji, Homer, mimo że rozpoczyna Odyseję słowami „Muzo! Męża wyśpiewaj…”3 takiego „żywego” kontaktu z Muzami nie miał. A więc niegdysiejszy zwykły chłop z pełnym prawem, jak powiedziałby Czechow, zabrał się w Theogonii za ustawianie bogów olimpijskich według rangi. Jego osobliwością jest dodanie do poezji elementu osobistego – podaje własne imię, wykorzystuje elementy swojej biografii.
Archiloch to poeta żołnierz. Przypuszcza się, że najemnik. To jest całkiem możliwe, ponieważ wątpliwe, by żołnierz ideowiec zgubił swoją tarczę, uciekając z pola bitwy (w Ukrainie obecnie, w czasie wojny, o takich mówi się, że samowolnie opuścili jednostkę, unikając radykalnego określenia „dezerter”). Oto logika i morał Archilocha: „Sajczyk jakiś zapewne się chlubi mą tarczą bez skazy, / Którą pod krzakiem musiałem wbrew mej woli porzucić; / Sam za to cało wyszedłem. A cóż mi tam po niej! / Pal ją licho, nie gorszą tarczę znowu zdobędę!”4. Powiedzcie: czyż nie prekursor Hemingwaya z jego Pożegnaniem z bronią? Było to wyzwanie rzucone archaicznej etyce bohaterskiej Homera. Naruszenie, łamanie kanonu, a więc – zmiany i rozwój, które dawały w poezji miejsce nie tylko dla czynów bohaterskich, ale i dla zwykłego, naturalnego ludzkiego strachu.
Tyrteusz to kolejny poeta żołnierz, ale nie szeregowy – wódz. Jego wiersze przesycone są ideologią surowego wojownika-Spartanina. To jakby generał Załużny pisał niegdyś nie dysertację, lecz wiersze, sławiąc odwagę i wierność wzniosłemu powołaniu spartańskiego żołnierza, a raczej żołnierza Sił Zbrojnych Ukrainy, i wzywał go do boju. (A Terytorialne Centrum Rekrutacji drukowałoby te elegie na odwrocie wezwania). Istnieje legenda, że Spartanie, tocząc kolejną wojnę, za nic nie mogli w niej odnieść zwycięstwa, toteż za radą delfickiej wyroczni „wypożyczyli” sobie wodza z Aten; Ateńczycy zaś, którzy nie przepadali za Spartanami, zamiast dowódcy podsunęli im kulawego poetę, a ten wziął i rozgromił nieprzyjacielskie wojska do szczętu. Co jest mało prawdopodobne, bo Spartanie nie ufali obcokrajowcom i nie byli szczególnie przychylnie nastawieni do osób z ułomnościami fizycznymi. Ateńczycy chyba chcieli po prostu przykleić się do cudzej sławy. Ogólnie rzecz biorąc, Tyrteusz niewątpliwie należy do „stajni” Homera.
Solon to poeta prawodawca. (Zresztą powiedzmy sobie szczerze – polityk. Jednak w odróżnieniu od naszych, nie skurwiony, lecz wybitny – jeden z siedmiu mędrców). Poezja jest dla niego narzędziem czy też mechanizmem (środkiem oddziaływania), przy pomocy którego broni się przed krytykami, kształtuje opinię publiczną, reklamuje/uzasadnia/wyjaśnia wprowadzone przez siebie prawa i reformy. Solonowi przypisuje się powiedzenie: „wszystko w miarę” – credo, które dziś nie jest właściwe ani poetom, ani politykom.
Pindar to poeta profesjonalista. Wysoko (czy też wystarczająco) wykwalifikowany i biegły, ponieważ, nie zdając się na pośmiertną sławę, jeszcze za życia, jak się to dziś mówi, zdołał „zmonetyzować” swój dar poetycki. Pisał na zamówienie pompatyczne ody na cześć zwycięzców zawodów sportowych i pobierał za to honoraria. Jego imię znane było w całej Grecji; obsługiwał arystokrację, ale robił to „z duszą”, wznosząc swoje zarobkowanie do rangi sztuki. Bezlitosna historia zachowała jego imię i skrawek twórczości.
Safona to pierwsza poetka (na obszarach świata zachodniego). Przy świątyni Afrodyty założyła „Dom Muz”. Wprowadziła strofę saficką. Została wpisana do kanonu „dziewięciorga liryków”. Rozsławiła wyspę Lezbos. Jak powiada ukraińska Wikipedia: „Ocena twórczości i osobowości Safony w późnej starożytności jest bardzo sprzeczna: od żarliwego zachwytu po bajeczki i anegdoty wątpliwego charakteru”. Z innych źródeł: Platon nazwał ją „dziesiątą Muzą”, Horacy uważał za niezrównaną mistrzynię liryki, a Owidiusz i Katullus nie wstydzili się zapożyczać od niej tematów i naśladować jej stylu.
Oczywiście nie można pominąć wybitnych poetów-tragediopisarzy-dramaturgów: Ajschylosa, Sofoklesa, Eurypidesa. To nieco odrębna kasta, ponieważ teatr w Atenach uchodził za „kwestię państwową”. Mieścił w sobie politykę, religię i oczywiście poezję. Pozycja dramaturga równała się statusowi „nauczyciela narodu”.
Podsumowując: poeta Hellady to nośnik pamięci, twórca sensów, głos wspólnoty, medium (poprzez niego przemawiają Muzy). Wreszcie to pełnoprawny członek społeczeństwa, postać nie marginalna, tylko zawsze znajdująca się w centrum wydarzeń i uwagi. Talent poetycki ceniony wyżej niż status społeczny.
Liwiusz Andronik stanowi pomost między Hellenami a Rzymianami. Grecki wyzwoleniec, który założył literaturę rzymską i położył podwaliny pod zawodową poezję. Potem pojawili się neoterycy. Cechuje ich odrzucenie eposu i heroizmu na rzecz małych form i gatunków, w których opiewali miłość i przyjaźń. Najwybitniejszy z nich – Katullus, arystokrata, który wybrał marginalność. Chyba nie bez wpływu polityki. W czasie politycznej walki między optymatami a popularami, w atmosferze wewnętrznych napięć, poeta musiał wybierać. Jedni uznawali za konieczne angażowanie się (jak Cyceron), inni woleli zagłębić się w sprawy prywatne (jak Katullus), a jeszcze inni potrafili balansować (jak później Horacy).
Literatura rzymską osiągnęła szczyt rozwoju za czasów Oktawiana Augusta – to złoty wiek poezji rzymskiej. W tym czasie żyli i tworzyli wybitni poeci: Wergiliusz, Horacy, Owidiusz, Sekstus Propercjusz, Albius Tibullus… Ten rozkwit poezji nie był dziełem przypadku. To wynik pielęgnowania, by tak rzec, „systemu zamówień państwowych”. August dbał, by poeci byli po jego stronie. Sprzyjał temu Mecenas, znany bogacz i mecenas sztuki, którego imię stało się nazwą pospolitą, opiekując się poetami i poezją. Obywateli rzymskich celowo wychowywano w miłości i podziwie dla literatury. W Rzymie zapoczątkowano tradycję czytań literackich, na których bywał sam August.
Wergiliusz to piewca imperium. W swojej Eneidzie wcielił mit o założeniu narodu. Horacy, podobnie jak Wergiliusz, wysławiał Augusta, nazywając go gwarantem pokoju i spokoju Rzymian, jednak jego Exegi monumentum to już podanie do zupełnie innej instancji: „Nie wszystek umrę wiem że uniknie pogrzebu / cząstka nie byle jaka i rosnący w sławę / potąd będę wciąż młody pokąd na Kapitol / ma wstępować z milczącą westalką pontifeks”5. Horacy podobny jest do wahadła: jedną ręką sławi imperium, drugą wywyższa poetę, licząc, że w ogniu twórczości przetopi kategorię czasu w metafizykę wieczności. Owidiusz z kolei to przykład tego, co się dzieje z poetą, gdy imperium uzna jego działalność za szkodliwą. Owidiusz zasłynął poematem Metamorfozy, a kłopoty przyniosła mu nie mniej popularna Sztuka kochania. Frywolność tego dzieła kłóciła się z surową moralnością ówczesnego najbardziej utytułowanego miłośnika poezji. Tym bardziej, że ukazanie się poematu zbiegło się przypadkowo ze skandalem związanym z małżeńską niewiernością córki cesarza Julii. Oktawian August zesłał poetę do odległego miasta Tomy nad Morzem Czarnym. Przed wyjazdem nieszczęsny wygnaniec w rozpaczy spalił Metamorfozy, i gdyby nie przyjaciele poety, którzy zachowali kopie, znalibyśmy to arcydzieło tylko ze słyszenia i być może z cytatów współczesnych poety. Nawet po śmierci Augusta Owidiusz nie doczekał się ułaskawienia.
Warto zaznaczyć, że rzymska arystokracja nie tylko „konsumowała” dzieła wybitnych poetów – wielu przedstawicieli ówczesnych elit też chętnie „bawiło się” w poetów. Oto co pisze w jednym z listów działacz polityczny Pliniusz Młodszy: „Wolno też i wierszem się zabawić, nie mówię ciągłym i długim (ten bowiem tylko w czasie zupełnie wolnym napisać można), lecz dowcipnym i krótkim, który w jakichkolwiek zatrudnieniach i troskach przyjemną jest rozrywką. Nazywamy go fraszkami: lecz fraszki te nie pośledniejszą niekiedy zyskują sławę, niż wiersze poważne: a nawet (dlaczegóżbym cię wierszem nie miał zachęcić do wierszy)”. I nieco dalej: „Tymto sposobem mówcy najsławniejsi, a nawet i mężowie najwięksi albo się ćwiczyli, albo bawili, owszem bawili się i razem ćwiczyli. Dziwna bowiem, iż przez takie dziełka umysł się natęża i oraz odpoczywa. Są albowiem zdolne mieścić w sobie miłostki, nienawiść, gniewy, politowanie, grzeczność, i wszystko nareszcie, cokolwiek się w życiu, a nawet w sądzie i w sprawach napotyka. Przedstawiają nam one tęż samę korzyść co inne pieśni […]”6. Komentarze są zbędne. Poezję uprawiano jak ćwiczenia dla intelektu.
Warto przy tej okazji wspomnieć, że wybitny polski poeta Zbigniew Herbert często sięgał w swojej twórczości (w poezji i esejach) do wydarzeń i postaci starożytnego Rzymu. W jego twórczości Rzym jawi się przede wszystkim jako model cywilizacji, a nie kultury. Jak zauważa Józef Maria Ruszar, ten paradygmat funkcjonuje w dwóch wersjach: pozytywnej i negatywnej. Rzym – z wszelkimi przejawami „architektury”, które przeciwstawia się barbarzyństwu i dzikości; a zarazem – wyraz wewnętrznego „historiozoficznego zła”.
Poeta rzymski jest historycznie wpisany w tę sprzeczność między cywilizacją (będącą symbolem porządku) a cywilizacją (w której przemoc jest uzasadniona wymogami dobra). Nie istniał żaden poeta rzymski, który pozostawałby poza systemem patronatu. Nawet Katullus, który nie potrzebował patrona i nie okazywał szacunku Cezarowi, należał do kręgu arystokratycznego, gdzie poezja była znakiem statusu.
1 W tłumaczeniu Ireny Szuch-Wyszomirskiej – tu i dalej przyp. tłum.
2 W tłumaczeniu Jerzego Łanowskiego.
3 W tłumaczeniu Lucjana Siemieńskiego.
4 W tłumaczeniu Jerzego Danielewicza.
5 W tłumaczeniu Adama Ważyka.
6 W tłumaczeniu Romana Ziołeckiego.

