Strona główna/SPOŁECZEŃSTWO. Najcenniejszy zasób we współczesnym świecie

SPOŁECZEŃSTWO. Najcenniejszy zasób we współczesnym świecie

Krzysztof Księski

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu o sile państw decydowały przede wszystkim zasoby naturalne, potencjał przemysłowy, wielkość populacji czy liczebność armii. Dziś coraz częściej mówi się, że najcenniejszym aktywem współczesnego świata stała się informacja. To ona pozwala rozwijać się technologicznie, przewidywać procesy gospodarcze, kształtować opinie społeczne, kontrolować przepływy finansowe i wpływać na decyzje obywateli. Informacja jest paliwem nowoczesnej gospodarki, ale także potężnym narzędziem władzy. A im większą wartość ma informacja, tym silniejsza jest rywalizacja o jej zdobycie i kontrolę, zarówno przez państwa, biznes, jak i grupy terrorystyczne czy zorganizowaną przestępczość.

Wraz ze wzrostem znaczenia informacji rośnie również skala jej gromadzenia. Państwa, korporacje i służby specjalne tworzą rozbudowane bazy danych dotyczące ludzi, ich zachowań, preferencji i aktywności. W efekcie pojawia się pytanie, które coraz częściej powraca w debacie publicznej: gdzie przebiega granica między uzasadnionym pozyskiwaniem informacji a nadmierną kontrolą obywateli?

Nie jest to problem nowy. Już od dawna uczeni ostrzegali przed wizją społeczeństwa poddanego permanentnej obserwacji. Jedną z najbardziej niepokojących wizji nowoczesnego systemu kontroli jest koncepcja panoptykonu. Pod koniec XVIII wieku angielski filozof Jeremy Bentham zaprojektował model więzienia, w którym centralna wieża strażnicza umożliwiałaby obserwację wszystkich osadzonych jednocześnie nieprzerwanie przez całą dobę. Możliwość nie oznaczała jeszcze stałej obecności obserwatora, jednak wystarczała, aby potencjalny obserwowany czuł się nieswojo. Nie wiedział bowiem, czy w danym momencie ktoś rzeczywiście go obserwuje, zdawał sobie jednak sprawę, że może być podglądany. To wywoływało duży dyskomfort psychiczny. Siła tego systemu polegała właśnie na niepewności. Ponieważ każdy więzień musiał zakładać, że może być obserwowany, zaczynał sam kontrolować własne zachowanie i dostosowywać je do obowiązujących norm. Władza nie musiała więc stosować ciągłej przemocy, wystarczała możliwość obserwacji.

W XX wieku koncepcję tę rozwinął francuski filozof Michel Foucault, który uznał panoptykon za metaforę nowoczesnego społeczeństwa. Według niego nowoczesne państwa nie opierają się wyłącznie na represji, lecz przede wszystkim na systemach nadzoru i kontroli.

Jeszcze bardziej znaną koncepcję państwa totalnej kontroli przedstawił George Orwell w słynnej powieści Rok 1984. W świecie wykreowanym przez pisarza władza nie tylko obserwuje obywateli, lecz także kontroluje przepływ informacji i kształtuje rzeczywistość poprzez manipulację językiem. Centralnym symbolem tej rzeczywistości jest Wielki Brat, wszechobecny symbol władzy, która wszystko widzi, wszystko wie i wszystko kontroluje. Teleekrany w mieszkaniach obywateli nie tylko sieją propagandę, lecz także obserwują mieszkańców. Jednostka nie ma prywatności, a każde odstępstwo od obowiązującej ideologii może zostać wykryte i ukarane.

Współczesny świat stał się niepokojąco bliski takim wizjom. Współczesne technologie nadzoru przybliżają nas do świata, który kiedyś wydawał się czystą fantazją. W świecie gęsto zainstalowanych w miastach kamer monitoringu, usieciowionych danych telekomunikacyjnych, historii przeglądania Internetu i systemów analizy danych (big data) człowiek funkcjonuje w przestrzeni, w której niemal każda aktywność pozostawia cyfrowy ślad.

Nowoczesne państwo funkcjonuje w dużej mierze jako system gromadzenia i przetwarzania informacji. Administracja publiczna posiada dziś ogromne bazy danych dotyczące obywateli: rejestry ludności, systemy podatkowe, dane zdrowotne, informacje o nieruchomościach czy dane z systemów ubezpieczeń społecznych. I nie mówimy tu tylko o systemach autorytarnych, takich jako np. Chiny, Rosja czy Korea Północna, ale również w państwach liberalnej demokracji, jak Stany Zjednoczone, Japonia czy kraje Unii Europejskiej.

Z punktu widzenia funkcjonowania państwa jest to w pełni uzasadnione. Bez takich informacji trudne byłoby skuteczne zarządzanie gospodarką, prowadzenie polityki społecznej, kontrolowanie procedur, skuteczne ściąganie podatków czy egzekwowanie prawa.

Jednocześnie jednak skala gromadzonych danych rośnie w tempie, które jeszcze kilkanaście lat temu wydawało się niewyobrażalne. Cyfryzacja administracji sprawia, że państwo ma dostęp do coraz bardziej szczegółowych informacji o życiu obywateli i działalności przedsiębiorstw.

Przykładem takiego systemu w Polsce jest Krajowy System e-Faktur (KSeF), który ma stać się centralną platformą wystawiania i przechowywania faktur elektronicznych. Z punktu widzenia administracji skarbowej jest to narzędzie skutecznego poboru podatków, walki z oszustwami podatkowymi i sposobem na usprawnienie kontroli obrotu gospodarczego.

Jednocześnie oznacza to, że państwo uzyskuje dostęp do ogromnej bazy danych dotyczącej relacji gospodarczych między firmami. W systemie znajdują się informacje o kontrahentach, wartości transakcji, strukturze sprzedaży i zakupów przedsiębiorstw. Osoba mająca dostęp do tych danych jest w stanie w znacznym stopniu zrekonstruować model biznesowy danego przedsiębiorcy i go powielić, wykorzystując te informacje dla siebie lub sprzedając je osobom, które zechcą z nich skorzystać, aby powielić dany model i stać się konkurencją, ewentualnie będąc tą konkurencją dojść do danych, które pozwolą na zdobycie przewag konkurencyjnych.

Teoretycznie dostęp do tych danych jest ściśle reglamentowany, jednak skoro będą miały do nich dostęp tysiące urzędników, nie trudno sobie wyobrazić, że znajdą się wśród nich tacy, którzy ulegną pokusie zdobycia łatwego pieniądza „na boku”. Tak duża koncentracja danych w jednym miejscu stwarza po prostu ryzyko nadużyć lub wycieku informacji. Centralizacja ogromnych baz danych, takich jak KSeF może być atrakcyjnym celem dla obcych wywiadów, ponieważ zawiera szczegółowe informacje o gospodarce kraju.

W demokratycznym państwie prawo o gromadzeniu informacji o obywatelach podlega ograniczeniom. W polskim systemie prawnym kluczowe znaczenie ma konstytucyjna zasada ochrony prywatności, a przede wszystkim zasada proporcjonalności, mówiąca, że władze publiczne nie mogą pozyskiwać ani gromadzić innych informacji o obywatelach niż te, które są niezbędne w demokratycznym państwie prawa. Oznacza to, że państwo może zbierać dane tylko wtedy, gdy jest to konieczne do realizacji określonych celów publicznych. Zbieranie informacji musi być więc proporcjonalne do zagrożenia lub problemu, który ma zostać rozwiązany. Gdzie jednak kończy się uzasadnione gromadzenie danych, a zaczyna nadmierna inwigilacja?

Jednym z najbardziej kontrowersyjnych obszarów jest działalność służb specjalnych. W walce z przestępczością i zagrożeniami dla bezpieczeństwa państwa, zarówno wewnętrznymi, jak i zewnętrznymi, służby mogą stosować różne formy kontroli operacyjnej, takie jak podsłuchy, monitoring komunikacji czy analiza danych telekomunikacyjnych.

Formalnie takie działania wymagają zgody sądu. W praktyce jednak kontrola działalności służb jest ograniczona, a skala pozyskiwania danych przez instytucje państwowe bardzo duża. Zazwyczaj sądy nie analizują dokładnie wniosków ze strony służb o zgodę na zastosowanie narzędzi inwigilacyjnych. Zdarza się też, że wnioski te są tak pisane, aby sąd nie dopatrzył się nieprawidłowości. Prawdopodobnie też niekiedy stosowane są rozmaite nielegalne sposoby zdobywania informacji, o których najczęściej wiemy z filmów lub książek sensacyjnych, a których prawdziwość po latach potwierdzają otwarte archiwa.

Dane mówią, że rocznie zakładanych jest około 8–10 tysięcy podsłuchów, a służby pobierają ponad milion danych telekomunikacyjnych rocznie. W zależności od perspektywy można stwierdzić, że to dużo albo mało. Niemniej problemem jest słaba, iluzoryczna kontrola nad służbami, ponieważ zarówno sądy, jak i ich cywilni zwierzchnicy, opierają się głównie na materiałach przedstawionych przez te służby. Eksperci zwracają uwagę na brak niezależnego organu nadzorującego inwigilację, brak informacji dla obywatela, że był inwigilowany oraz na ograniczoną możliwość zaskarżenia takich działań.

Informacja może stać się ważną przewagą w walce o władzę. Wystarczy przywołać tu najsłynniejszą swego czasu aferę związaną z nielegalnymi podsłuchami wykorzystywanymi w kampanii wyborczej. Mam tu na myśli aferę Watergate, w której ludzie powiązani z ówczesnym prezydentem USA Richardem Nixonem, za jego wiedzą i zgodą, nagrywali i podsłuchiwali przeciwników politycznych, co dało mu zwycięstwo wyborcze. Sprawa jednak wyszła na jaw i pod wpływem narastających śledztw i nacisku opinii publicznej Nixon podał się do dymisji. Afera ta mocno wpłynęła na amerykańskie życie publiczne. Powstały przepisy ograniczające możliwość nagrywania i podsłuchiwania przez służby, a same procedury stały się bardziej transparentne, przynajmniej teoretycznie.

Oczywiście przykłady nielegalnego nagrywania czy podsłuchiwania zarówno przeciwników politycznych, jak i sojuszników można mnożyć. Kilka lat temu wybuchł skandal, kiedy okazało się, że służby amerykańskie przez lata nagrywały Angelę Merkel, kanclerz Niemiec, a więc w sumie najpotężniejszą polityk w Unii Europejskiej. I w gruncie rzeczy, poza naruszeniem zaufania wobec partnerów amerykańskich, nic się nie stało. Zresztą, biorąc pod uwagę obecne możliwości techniczne, inwigilacja służb jest prawdopodobnie powszechna. Przykładów jest dużo więcej, choćby zakaz działalności chińskiego koncernu Huawei w Stanach Zjednoczonych podejrzewanego o działalność szpiegowską na rzecz rządu chińskiego.

Działa to oczywiście w różne strony; ostatnio wyczytałem, że Chińczycy będą prawdopodobnie wymieniać miliony kamer ulicznych, jakie zainstalowane są w chińskich miastach. Powód jest następujący: otóż okazało się, że Izrael zhakował system kamer znajdujących się w Iranie i podgląda przez nie, co się dzieje u swojego śmiertelnego wroga. Kamery te, produkcji chińskiej, to te same modele, jakie działają w imperium smoka.

To też oczywiście dotyka nasz kraj. Kilka miesięcy temu polski rząd wydał komunikat, że wprowadza zakaz wjeżdżania na tereny wojskowe aut produkcji chińskiej, właśnie z obawy o inwigilację tajnych obcych służb.

Wyłania się obraz, że współczesne zdobycze techniki z jednej strony niezwykle ułatwiają nam życie i dają duże możliwości, z drugiej jednak ciągle nas inwigilują. Nie ma znaczenia, o jakim sprzęcie mówimy: telefony, telewizory, laptopy i wiele innych podsłuchują nas dzień i noc. Można zaryzykować tezę, że wybór, jaki stoi przed nami, to nie to, czy ktoś będzie nas podsłuchiwać, bo to pewne, tylko służby którego kraju. Biorąc pod uwagę popularność poszczególnych marek, możemy wybrać, czy podsłuchują nas służby amerykańskie, chińskie, japońskie czy południowokoreańskie.

Zresztą wywiad gospodarczy czy technologiczny to niezwykle ważny aspekt działania służb nie od dziś. I dający czasami ogromne sukcesy, które mogą przesądzić o zwycięstwie w wojnie bądź dać bardzo silny impuls rozwojowy danemu krajowi. Sowiecka broń atomowa była wynikiem skutecznej działalności szpiegowskiej radzieckich agentów w USA. Inny przykład to podpułkownik Tadeusz Kobylański, który był prawdopodobnie szpiegiem sowieckim, a jednocześnie najbliższym doradcą ministra Józefa Becka. W wyniku działań agenta minister Beck nie wierzył, że Polska mogłaby zostać zaatakowana przez ZSRR w trakcie zmagań z agresją niemiecką. Ostatni przykład to niezwykły rozwój Chin w ostatnich dekadach. Został on osiągnięty m.in. dzięki agentom chińskim, którzy byli w stanie nielegalnie zdobywać informacje o wielu technologicznych rozwiązaniach w przemyśle, które zaimplementowali u siebie. Teraz w wielu dziedzinach przodują, również dzięki kradzieży technologii.

Problem podsłuchiwania, podglądania, nagrywania i wreszcie wykorzystywania informacji przez służby w celach politycznych nie jest nam, Polakom, obcy. W teorii powinno to służyć ochronie państwa i jego obywateli. Zdarzają się jednak nadużycia. W ostatnich latach największe kontrowersje wzbudziły zakup i wykorzystanie przez polskie służby izrealskiego programu Pegasus. To szpiegowskie oprogramowanie podobno pozwala nawet na przejęcie pełnej kontroli nad telefonem komórkowym osoby inwigilowanej. Umożliwia odczytywanie wiadomości, podsłuchiwanie rozmów, dostęp do mikrofonu czy aparatu. W praktyce oznacza to możliwość śledzenia niemal każdego aspektu życia użytkownika. Problemem jest także to, że do zdobytych przez polskie służby danych o polskich obywatelach mają prawdopodobnie dostęp również służby izraelskie.

W Polsce pojawiły się zarzuty, że narzędzie to było stosowane wobec polityków opozycji, prawników czy działaczy społecznych. Sprawa ta stała się symbolem sporu o granice państwowej inwigilacji i o to, czy system kontroli nad służbami specjalnymi jest wystarczający. Takie sytuacje wzmacniają obawy, że technologie stworzone w celu walki z przestępczością mogą być wykorzystywane do celów politycznych. Historia pokazuje, że każda władza, niezależnie od deklaracji, ma pokusę rozszerzania swoich możliwości kontrolowania społeczeństwa.

Z drugiej strony szczególnie w dzisiejszych czasach rozszerzenie uprawnień organów państwa do inwigilacji obywateli i innych osób wydaje się w pełni uzasadniona. Wojna na Ukrainie czy Bliskim Wschodzie, rozbudowana agentura rosyjska w Polsce, jak również działalność innych wywiadów, nie mówiąc już o korzystającej z coraz lepszych narzędzi przestępczości zorganizowanej, przekonują, by ograniczyć naszą wolność, wzmacniając uprawnienia służb, byśmy czuli się i byli bezpieczniejsi. To jednak cienka linia, z której łatwo się ześlizgnąć. Pokusy są bowiem bardzo silne.

Współczesna rywalizacja między państwami coraz częściej toczy się nie tylko na polu militarnym, lecz także informacyjnym. Wywiad gospodarczy, cyberataki czy operacje wpływu stały się ważnym elementem strategii wielu krajów. Obce służby specjalne starają się zdobywać informacje o gospodarce, technologii czy infrastrukturze innych państw. Dane te mogą mieć ogromną wartość strategiczną. Pozwalają przewidywać decyzje polityczne, analizować kondycję gospodarki, czy zdobywać przewagę w rywalizacji technologicznej. Mogą też wpływać za pomocą odpowiednich komunikatów na procesy wyborcze. Istnieją dobrze udokumentowane przykłady ingerencji obcych wywiadów w wybory, np. w USA, na Ukrainie czy w Rumunii.

Centralne systemy informatyczne, które gromadzą ogromne ilości danych, mogą być atrakcyjnym celem operacji służb wywiadowczych. Włamanie do systemu zawierającego informacje o milionach transakcji gospodarczych czy danych osobowych obywateli może mieć poważne konsekwencje dla bezpieczeństwa państwa. Kradzież danych technologicznych, dostęp do baz danych administracji czy przechwytywanie komunikacji mogą przynieść ogromne korzyści strategiczne. W tym kontekście systemy gromadzące ogromne ilości danych, zarówno państwowe, jak i prywatne, stają się potencjalnym celem działań obcych służb. Ochrona informacji przestaje być więc tylko problemem prywatności. Staje się także elementem bezpieczeństwa państwa.

Dlatego kwestia ochrony danych staje się dziś jednym z kluczowych elementów bezpieczeństwa narodowego. Ogromne bazy danych umożliwiają w niezwykle wysokim stopniu ulepszyć funkcjonowanie różnych segmentów gospodarki czy funkcjonowania państwa. A gdy dodamy do tego coraz doskonalsze modele AI to mieszanka wybuchowa. Nowe technologie umożliwiają przewidywanie wielu trendów, zachowań czy zjawisk. Mogą też nimi manipulować, a nawet samodzielnie je kreować, a obywatele nie zdają sobie z tego sprawy, jak bardzo mogą być wodzeni za nos.

Państwo nie jest jednak jedynym podmiotem gromadzącym dane. W wielu obszarach życia większą wiedzę o naszych zachowaniach mają prywatne korporacje.

Media społecznościowe, wyszukiwarki internetowe, sklepy internetowe czy aplikacje mobilne zbierają ogromne ilości informacji o użytkownikach. Dane te obejmują nie tylko historię zakupów czy aktywność w sieci, lecz także lokalizację, zainteresowania, relacje społeczne czy preferencje polityczne. Każde kliknięcie, wyszukiwanie czy zakup stają się elementem ogromnego zbioru danych, który pozwala tworzyć szczegółowe profile użytkowników. Dzięki analizie tych danych firmy mogą bardzo precyzyjnie profilować użytkowników. Algorytmy potrafią przewidywać, jakie produkty ktoś kupi, jakie treści go zainteresują, jakie emocje wywołają określone komunikaty, a nawet kiedy jest najbardziej podatny na określone treści reklamowe.

Z punktu widzenia biznesu jest to niezwykle cenne narzędzie marketingowe. Pozwala dostosować ofertę do potrzeb klienta, zwiększyć skuteczność reklamy i budować długotrwałe relacje z konsumentami. Jednak ta sama technologia może być wykorzystywana do manipulowania decyzjami użytkowników.

Algorytmy rekomendacyjne decydują dziś o tym, jakie informacje widzimy w mediach społecznościowych, jakie filmy pojawiają się na platformach streamingowych i jakie produkty są polecane w sklepach internetowych. Z jednej strony ułatwia to korzystanie z Internetu. Z drugiej – może prowadzić do zamknięcia użytkownika w tzw. bańce informacyjnej, w której widzi on tylko treści zgodne ze swoimi wcześniejszymi preferencjami.

W skrajnych przypadkach takie mechanizmy mogą wpływać nie tylko na decyzje zakupowe, lecz także na poglądy polityczne. Analiza danych pozwala bowiem bardzo precyzyjnie dobierać komunikaty do określonych grup społecznych. W efekcie informacja staje się narzędziem wpływu, subtelnym, często niewidocznym dla odbiorcy, ale niezwykle skutecznym.

Bywa to coraz częściej wykorzystywane podczas kampanii wyborczych. Wybory amerykańskie o prezydenturę w 2016 roku, w których wygrał Donald Trump, są uznawane za pierwsze, gdzie na szeroką skalę wykorzystano te dane do fokusowania przekazu wyborczego do poszczególnych społeczności i grup społecznych.

Współczesne społeczeństwa stoją przed trudnym dylematem. Z jednej strony potrzebujemy informacji, aby zapewnić bezpieczeństwo, rozwój gospodarczy i sprawne funkcjonowanie państwa. Z drugiej, nadmierna koncentracja danych może prowadzić do nadużyć i ograniczenia wolności obywatelskich.

Historia pokazuje, że systemy nadzoru mają tendencję do rozszerzania się. Narzędzia wprowadzone w celu walki z przestępczością czy terroryzmem często zaczynają być wykorzystywane w coraz większym zakresie. Dlatego jednym z największych wyzwań współczesnych demokracji jest stworzenie skutecznych mechanizmów kontroli nad tym, kto i w jakim celu gromadzi informacje.

W tym kontekście warto przybliżyć nieco system inwigilacji, jaki obecnie istnieje w Chinach. Bywa on określany mianem „systemu kredytu społecznego”. Jest to rozbudowana sieć różnych narzędzi administracyjnych, technologicznych i prawnych, a nie tylko spójny mechanizm punktowy obejmujący wszystkich obywateli. Jego głównym celem jest zwiększenie kontroli państwa nad przestrzeganiem prawa oraz budowanie zaufania w relacjach gospodarczych i społecznych. W praktyce polega to na gromadzeniu danych o obywatelach i firmach oraz przypisywaniu im określonego statusu wiarygodności, który może wpływać na ich codzienne życie. Przypomina to świat opisany przez Janusza Zajdla w „Limes Inferior”.

Jednym z kluczowych elementów tego systemu są tzw. listy zaufania i czarne listy. Osoby lub przedsiębiorstwa, które naruszają przepisy, na przykład nie spłacają długów lub dopuszczają się oszustw, mogą zostać wpisane na listę podmiotów niewiarygodnych. Taki wpis nie jest jedynie symboliczną sankcją, lecz wiąże się z realnymi konsekwencjami, takimi jak ograniczenia w podróżowaniu, trudności w uzyskaniu kredytu czy utrudnienia w prowadzeniu działalności gospodarczej. Z kolei podmioty uznane za wiarygodne mogą korzystać z pewnych ułatwień administracyjnych.

Równolegle funkcjonuje bardzo rozbudowany system nadzoru technologicznego. W przestrzeni publicznej rozmieszczone są miliony kamer, mówi się nawet o liczbie 700 milionów. Kamery te zwykle współpracują z systemami rozpoznawania twarzy i analizy zachowań opartymi na sztucznej inteligencji. Dzięki temu możliwe jest szybkie identyfikowanie osób oraz śledzenie ich aktywności w czasie rzeczywistym. System ten obejmuje również sferę cyfrową, gdzie monitorowana jest aktywność internetowa, a dostęp do wielu zagranicznych treści jest ograniczany przez mechanizmy cenzury znane jako „Wielki Firewall”. W niektórych miastach testowano także lokalne systemy punktowe, w których mieszkańcy mogli zdobywać lub tracić punkty za określone zachowania, jednak nie są one jednolicie wdrożone na poziomie całego kraju.

W przypadku przedsiębiorstw system jest jeszcze bardziej sformalizowany. Firmy podlegają szczegółowej ocenie zgodności z przepisami, a ich działania są analizowane pod kątem podatków, bezpieczeństwa produktów czy przestrzegania regulacji branżowych. Negatywna ocena może skutkować poważnymi sankcjami, włącznie z zakazem prowadzenia działalności.

Ocenie podlegają rozmaite zachowania, nawet te najdrobniejsze. Legenda głosi, że po wejściu w życie systemu pierwszy Chińczyk, który został ukarany przez ten system, przeszedł przez przejście dla pieszych na czerwonym świetle. Nie zdążył jeszcze dojść na drugą stronę przejścia, a już otrzymał SMS z informacją, że złamał przepisy, że otrzymał mandat, który już został ściągnięty w czasie rzeczywistym z jego konta bankowego. Pełna inwigilacja i perfekcyjna sprawność systemu w jednym!

W porównaniu z tym podejściem systemy nadzoru w Europie i Stanach Zjednoczonych działają w innej logice, są też mniej rozwinięte technologicznie. W Unii Europejskiej nadzór podlega ścisłym regulacjom prawnym, szczególnie w zakresie ochrony danych osobowych. Kluczową rolę odgrywa tu rozporządzenie RODO, które ogranicza możliwość gromadzenia i przetwarzania danych oraz daje obywatelom prawo do kontroli nad swoimi informacjami. Mają oni prawo do dostępu do informacji na swój temat i ich poprawiania, w wielu wypadkach także cofnięcia zgody na ich przechowywanie. Monitoring wizyjny istnieje, ale jego stosowanie jest regulowane i zwykle wymaga uzasadnienia oraz spełnienia określonych warunków.

W USA nadzór ma bardziej rozproszony charakter i często jest realizowany przez różne agencje rządowe oraz sektor prywatny. Po wydarzeniach takich jak zamachy na World Trade Center z 11 września 2001 zwiększono uprawnienia służb do monitorowania komunikacji, co doprowadziło do rozwoju programów masowej inwigilacji. Jednocześnie duże znaczenie mają firmy technologiczne, które gromadzą ogromne ilości danych o użytkownikach, głównie w celach komercyjnych. Nie istnieje jednak jednolity system państwowy, który przekładałby te dane na formalną ocenę obywatela wpływającą na jego prawa, choć pewne mechanizmy funkcjonują w sektorze prywatnym, na przykład w systemach oceny zdolności kredytowej.

Współczesne technologie sprawiają, że wizje Benthama, Foucaulta czy Orwella przestają być jedynie filozoficzną metaforą lub literacką dystopią. Monitoring miejski, analiza danych telekomunikacyjnych, systemy identyfikacji biometrycznej czy algorytmy sztucznej inteligencji tworzą środowisko, w którym niemal każda aktywność może zostać zarejestrowana i przeanalizowana.

Między fikcją a naszą rzeczywistością oczywiście istnieją istotne różnice. Przede wszystkim nie mamy do czynienia z jednym nadzorcą, ale z wieloma, z których każdy może czyhać na nasze dane, aby na nas zarobić lub zdobyć nasze zainteresowanie albo władzę przejąć nad nami. Jest to więc nie jeden Wielki Brat, ale chmara rozproszonych sióstr i braci, którzy chcą naszego dobra. A my musimy trzymać te nasze dobra mocno, aby nikt ich nie przejął.

Dodatkowo narzędzia inwigilacyjne, którymi dysponują rządy lub międzynarodowe korporacje, są znacznie bardziej inwazyjne i mają znacznie większe możliwości niż to się śniło wspomnianym uczonym czy pisarzom.

Borykamy się również z nadmiarem informacji i problemami z weryfikacją ich prawdziwości. Informacji, które nas otaczają, jest coraz więcej, jesteśmy wręcz nimi zalewani. Już ćwierć wieku temu podawano przykład, że jedno wydanie dziennika „The Times” zawiera mniej więcej tyle informacji, z iloma spotkał się przeciętny osiemnastowieczny Europejczyk przez całe swoje życie. To było jednak dopiero preludium do tego, co mamy teraz.

Komunikaty krótsze i dłuższe uderzają w nas niemal bez przerwy, właściwie tylko sen daje od nich przerwę. Powszechność używania smarfonów sprawiła, że kolejne pokolenia są bombardowane informacjami, opiniami i relacjami cały czas. Zauważono już, że dzieci i młodzież są narażone na uzależnienie od mediów i jest to szkodliwe, że nadmierne używanie mediów społecznościowych czy smartfonów przynosi negatywne rezultaty dla mózgu. Wprowadza się prawne ograniczenia w kolejnych krajach na całym świecie, prowadzące nie tylko do ograniczenia używania tych narzędzi, ale wręcz ich zakazujące do osiągnięcia pewnego wieku. Problem w tym, że to jest nie mniej groźne dla dorosłych i dotyczy w krajach rozwiniętych właściwie całej populacji.

Wiarygodność poszczególnych informacji też jest różna. A my mamy coraz mniej możliwości rozróżnić, co jest prawdą, co reklamą, co opinią, manipulacją, a co oszustwem, nieprawdą czy kłamstwem. Sprzyja temu silny rozwój sztucznej inteligencji w ostatnich latach. Komunikaty tekstowe, słowne, obrazkowe czy ruchome są coraz doskonalsze, wraz z rozwojem modeli AI. Coraz trudniej odróżnić, co jest prawdą, tym bardziej, że w grę wchodzą wielkie interesy i wielkie pieniądze. Ludzie zaczynają powielać otrzymane informacje, nie mając pewności, czy są prawdziwe, czy jednak nie jest to tzw. fake. Zjawisko jest tak powszechne i perfekcyjne, że nawet filmy ze znanymi postaciami życia publicznego mogą być nieprawdziwe (tzw. deepfake). Konsekwencje bywają ogromne: nietrudno sobie wyobrazić wygenerowanie np. wiodących polityków mówiących treści szkodliwe dla nich czy dla określonych grup, które nie miały miejsca, a szeroko rozpowszechnione mogą nawet zmieniać bieg dziejów.

Jednak społeczeństwa demokratyczne dysponują narzędziami, których brakowało w totalitarnych systemach opisywanych w literaturze. Niezależne sądy, wolne media, organizacje społeczne i instytucje ochrony danych osobowych mogą pełnić rolę strażników wolności obywatelskich. Pytanie brzmi, czy te mechanizmy nadążą za tempem rozwoju technologii.

Nie ulega wątpliwości, że w XXI wieku informacja pozostanie jednym z najważniejszych zasobów świata. O jej zdobycie i kontrolę rywalizują państwa, korporacje i organizacje wywiadowcze. To, w jaki sposób społeczeństwa poradzą sobie z tym wyzwaniem, zadecyduje o kształcie przyszłej demokracji. Jeśli mechanizmy kontroli nad gromadzeniem danych okażą się niewystarczające, technologia może stać się narzędziem dominacji i manipulacji.

Jeśli jednak uda się stworzyć system równowagi między bezpieczeństwem, interesami gospodarki a prawem do prywatności, informacja może pozostać przede wszystkim narzędziem rozwoju.

W przeciwnym razie wizja świata, w którym Wielki Brat nas obserwuje niczym oko Saurona, może przestać być tylko literackim ostrzeżeniem.

Kultura Enter 2026/02
nr 118

Kolaż Julii Cimafiejewej, 2025