PREMIERA. Dziennik nowojorski
Kadia Mołodowska
Z języka jidysz przełożyła Bella Szwarcman-Czarnota
Pierwszy dzień w Nowym Jorku1
15 grudnia 1939
Dzisiaj przyjechałam, w taki piękny dzień. Może to znak, że w Ameryce będzie mi dobrze. Ciotka jest bardzo podobna do mojej błogosławionej pamięci matki, ale jej uśmiech nie jest taki miły, jaki był uśmiech mojej matki. Wujek milczy, wygląda tak, jakby był niezadowolony z mojego przyjazdu. Selma ma tyle lat co ja i jest tego samego wzrostu. Powiedziała do mnie kilka słów: „jak się masz?”, „jesteś mają kuzynką”. Mówi, że więcej nie potrafi powiedzieć w jidysz. Marvin ma jakieś szesnaście lat. Rzucił tylko „hello” i wyszedł z domu. Ciotka przejrzała moje rzeczy. Ona i Selma śmiały się z moich pończoch, bluzek i sukienek. W Lublinie byłam dobrze ubrana. Czy w Ameryce zawsze będą się ze mnie wyśmiewać?
Ciotka podniosła moje sukienki i powiedziała: „To szmaty! Musimy jej kupić dres i het”. Z trudem powstrzymałam łzy. Od samego początku ciotka traktuje mnie jak ubogą krewną. Może było lepiej zostać w domu. Co będę tu robić? Wszyscy mówią po angielsku. Nic nie rozumiem. Mam wrażenie, że mowa jest o mnie, i wydaje mi się, że ogłuchłam, mając zaledwie dwadzieścia lat.
Wieczorem przyszło do nas kilka sąsiadek, żeby wydobyć ze mnie jakieś wieści „ze starego kraju”. Wszystkie miały umalowane policzki i uszminkowane usta. Boję się to wprost powiedzieć, ale w moich oczach wyglądają jak rozpustnice. Nawet kobiety czterdziesto- czy pięćdziesięcioletnie też są wymalowane. Każda z nich opowiedziała o swoim domu. Zadawały mi bardzo mało pytań. Wydawało mi się, że dopadły mnie po to, bym wysłuchała ich opowieści o „starym kraju”. Jedna z sąsiadek, ciotka zwraca się do niej Betty lub Mrs Shorr, opowiedziała, jak w drodze do Ameryki straciła narzeczonego. Mówiła o tym beztrosko. Płynęła statkiem ze swoim narzeczonym, a na tym samym statku podróżowała rodzina z Besarabii. Wieźli mnóstwo suszonego sera, którym dzielili się chętnie z okrętowymi braćmi i siostrami. Jej narzeczonemu początkowo nie smakował ten ser, ale potem bardzo w nim zagustował. Znikał co chwilę po kawałek sera z Besarabii. Ta Besarabka miała jakieś dwadzieścia osiem, trzydzieści lat. Jechała z dwójką dzieci do teścia, bo jej mąż umarł w Ameryce. Śmiała się wciąż i częstowała narzeczonego Betty serem, nazywając go łakomczuchem. Obiecywała mu serowy raj. Narzeczona też śmiała się razem z besarabską kobietą, ale po przyjeździe do Ameryki okazało się, że jej narzeczony posmutniał. Często wychodził z domu, aż powiedział Betty, że nie chce na razie brać ślubu, jest za młody i nie urządził się jeszcze. A potem ożenił się z tą besarabską kobietą. Mrs Shorr opowiadała o tym bez goryczy. Bardzo mnie to dziwiło. Gdyby mnie się coś takiego przytrafiło, na pewno bym się wstydziła i nikomu bym o tym nie opowiadała. A Betty jeszcze się potem chwaliła, że jej były narzeczony do tej pory jest biedakiem, a ona Bogu dzięki tego losu uniknęła. Sąsiadki dużo mówiły o sobie, a mnie nawet nie dawały sposobności opowiedzieć, jak zostałam bez domu. Po wysłuchaniu historii Mrs Shorr zrobiło mi się smutno. To chyba nie jest dla mnie dobry znak, że pierwsza opowieść, której wysłuchałam w Ameryce, jest o oszustwie i o nieszczęściu. Kto wie, co ze mną tutaj będzie?
Słodka strona ludzi
20 grudnia
Zauważyłam dzisiaj, że ciotka dolała wody do mojej szklanki orendż dżus [soku pomarańczowego]2. To był przypadek – stałam przed lustrem i zobaczyłam, jak ciotka dolewa wodę do szklanki, po czym mi ją podała – pij, powiedziała, orendż dżus jest zdrowy. Ale ten sok z pewnością nie dodał mi zdrowia. Przełknęłam go z trudem. „Lepsza jest gorycz, która pochodzi od Boga, niż słodycz od człowieka” – mawiała moja błogosławionej pamięci mama. Ten orendż dżus był dziś dla mnie taką słodką stroną człowieka. I jeszcze jedno powinnam dziś zapisać: Marvin potrafi mówić w jidysz, ale nie mam pojęcia, co to jest za jidysz. Zostawił wczoraj swoje buty obok mojego łóżka. Dzisiaj rano przyszedł po nie i powiedział: „To jest chazeraj [jid. świństwo]”. Co miał na myśli? Że mam mu wyczyścić buty? Może o to mu chodziło. Ale tak czy inaczej powiedział to w jidysz. Ciotka coś mu odpowiedziała po angielsku. Kilka razy usłyszałam słowo szi. Ciotka i Marvin w kółko powtarzali szi. Szi i szi. Zapytam dziś Mrs Shorr, co to znaczy szi. Wydaje mi się, że rozmawiali o butach i o mnie, bo po tej rozmowie ciotka uśmiechnęła się do mnie. „Rywko, zjedz coś” – powiedziała. Z pewnością byłoby lepiej, gdybym nie była uchodźczynią!
Eddie
25 grudnia
Widziałam dziś boja [chłopaka] Selmy. Jest wysoki, szczupły, a spodnie ma starannie wyprasowane. Przedstawiono nas sobie. Powiedział do mnie kilka słów w jidysz. „Jaka wydaje ci się Ameryka?”. Wszyscy zadają to pytanie. Ma wymowę jak goj. Podobnie pan Stefanowski, gdy wpadał do mojego ojca w związku z jego leśnymi interesami i wdawał się ze mną w pogawędkę w jidysz. Przypomniałam sobie o panu Stefanowskim i zaczęłam się śmiać. Wszyscy byli niezadowoleni z mojego wybuchu śmiechu. Ciotka powiedziała do mnie: „Lepiej, żebyś się, Rywko, nauczyła angielskiego, a nie się śmiała. To nie Lublin. Tutaj mówi się po angielsku”. Boj Selmy wstawił się za mną. Co powiedział, nie zrozumiałam, widziałam tylko, że co chwilę na mnie spoglądał i uśmiechał się. Było mi bardzo przyjemnie i żałowałam, że Selma wyszła z nim do muwis [kina]. Ciotka powiedziała mi dziś, że powinnam iść do skul uczyć się angielskiego. Jutro pójdzie mnie zapisać. Dzisiaj spotkałam na schodach Mrs Shorr. Zapytałam ją, co to znaczy szi. Mrs Shorr powiedziała mi, że szi to znaczy „ona”. Hi to „on”, a aj to – „ja”. A to oznacza, że wtedy rzeczywiście mówili o mnie. Marvin myślał, że mu wyczyszczę buty. Nie, nie zrobię tego. Nie jest królewiczem i może sam to zrobić…
Nowy Rok
1 stycznia 1940
Wczoraj wieczorem wszyscy poszli się zabawić. Wujek i ciotka wyszli do Mrs Shorr grać w karty. Selma i jej boj udali się na tańce. Marvin poszedł na Times Square. Nie chciałam nigdzie iść. Mam dziś smutny dzień. Rok temu mama jeszcze żyła. Usmażyła nam placki nie dlatego, że był Nowy Rok. O Nowym Roku nikt u nas nic nie wiedział, ale dlatego, że przyszedł gość. Wujek Zejdl przyszedł z sankami i zabrał nas na spacer, na „kulig”. Mama, błogosławionej pamięci, nie chciała go puścić bez jedzenia. Jedzenie? – wypalił wujek Zejdl. Jeśli tak, to tylko placki. Więc jedliśmy placki. A potem pojechaliśmy na kulig. Co prawda kulig nam nie wyszedł. Gdy tylko wyjechaliśmy na szeroką ulicę, nasze sanki zaczęto obrzucać śniegiem. Początkowo myśleliśmy, że rzucają w nas kamieniami, ale potem okazało się, że to były śnieżki; chuligani, żeby ich diabli wzięli, wykrzykiwali przekleństwa w naszą stronę i gwizdali. Wróciliśmy do domu przemoczeni, z ubrudzonymi twarzami. Wujek Zejdl klął na czym świat stoi, a ja o mało się nie rozpłakałam z żalu. Ale wtedy miałam dom, była mama, Lublin był i Lejzor także. Nie przyszło mi wtedy do głowy, że za rok będę w obcym domu, samotna i na łaskawym [po polsku – sic!] chlebie. I nawet nie będę wiedziała, gdzie jest tato, brat i dom. Że będę uchodźczynią – to straszne słowo „uchodźca”. Ma ono wiele wspólnego z „uciekinierem”, zbiegiem, ściganym przez wszystkich i przez wszystkich przeklętym. Dlatego też nie poszłam dzisiaj nigdzie. To nie jest dla mnie święto, ten Nowy Rok. Byłoby lepiej, gdyby ubiegłoroczny nigdy się nie skończył, albo żeby się dla mnie skończył jak dla mojej błogosławionej pamięci mamy.
Pociecha
5 stycznia
Przez ostatnie kilka dni wujek i ciotka rozmawiali po angielsku i wiele razy powtarzali słowo szi. Już wiem, że mowa była o mnie. „Ona”, „ona”. Wychodzi na to, że postanowiono zwolnić Czarną, która codziennie przychodzi wykonywać domowe roboty. Dziś ciotka poleciła mi wyprać kilka sukienek, halek i pończoch Selmy, jej i moich. Ciotka mi pomagała, ale ja czułam, że zostałam służącą w ich domu. To nie była dla mnie zbyt ciężka praca, jedynie moje serce było ciężkie jak kamień. Czarna, jak powiedziała ciotka, zachorowała, kto wie, kiedy będzie mogła przyjść do pracy. Byłoby mi lżej w domu prać kamienie z bruku, zamiast tutaj prać Selmy sukienki. I chwilami przychodzi mi na myśl – kto wie, co teraz stało się z moim domem… Może to, że tu jestem i mogę prać suknie w czymś, co się nazywa Lux, jest rajem, bo mój dom w Lublinie – to teraz piekło. Jedyna pociecha w tym, że chodzę do skul, nauczycielka podchodzi do mnie co chwila i patrzy, co napisałam. Mam wrażenie, że nauczycielka jest Żydówką, ale nie mogę jej o to zapytać. Nie potrafię jeszcze w ogóle mówić po angielsku, z wyjątkiem kilku słów, których nauczyliśmy się w skul. Angielski jest trudnym językiem, kto wie, czy kiedykolwiek nauczę się mówić po angielsku?
Mendel Puszkart3
8 stycznia
Czarna służąca nie wróciła jeszcze. Jest chora i kto wie, kiedy wyzdrowieje. Wczoraj była u nas „kart party” [gra w karty]. Wujek jest zupełnie innym człowiekiem, gdy gra w karty. Dużo mówi i dowcipkuje. Wygrał dolara, możliwe, że dlatego był w takim dobrym humorze. Podałam herbatę. Ciotka powiedziała: „Skoro nie grasz w karty, nalej chociaż szklankę herbaty. Człowiek musi przecież coś robić”. Mendel Puszkart zawracał mi głowę częściej niż komukolwiek innemu z obecnych (celowo wymieniam jego prawdziwe nazwisko; niech każdy wie, o kim mowa), wypił nie mniej niż pięć, sześć albo nawet więcej szklanek herbaty. Wlewał w siebie jak w beczkę i za każdym razem kiwał na mnie, żebym podała mu kolejną szklankę. Zachowywał się tak, jakby mi za to płacił. Z powodu tego jednego wieczoru znielubiłam go jak samą myśl o wieprzu. I nawet pomyślałam, że nigdy nie wiadomo, co się kryje w człowieku.
Nie dość, że Mendel Puszkart pije tyle herbaty, to opowiada jakieś historie, nie dopuszczając nikogo do głosu. Gada bezustannie. I sypie żarcikami – wprost wylewają się z niego jeden po drugim. Opowiedział wszystkim, że jego córka otrzymała wyróżnienie za grę na skrzypcach, i dosłownie nosili ją po koncercie na rękach. A teraz jest największą znawczynią gry na skrzypcach i wszyscy profesorowie zasięgają u niej porad co do grania. Później wspomniał, że jego córka, właśnie ta skrzypaczka, smaży pitczes [placki] tak jak nikt na świecie, i dla wszystkich profesorów to jest zaszczyt być zaproszonym do niej na pitczes. Ale gdyby teraz miał tyle pieniędzy, ile kosztowała go nauka córki, byłby wielkim bogaczem i nie mieszkałby tu, na Grand Street. Potem opowiedział, jak jego córka dwadzieścia lat temu, zanim przyjechali do Ameryki, mówiła płynnie po rosyjsku i odezwała się do generała, który chciał ją aresztować, bo podróżowała bez paszportu: „Wasze priewoschoditielstwo [wasza ekscelencjo], dobry człowiek jest zawsze dobrym człowiekiem”. Tak się to spodobało temu generałowi, że uścisnął jej rękę. Kiedy Mendel Puszkart opowiadał tę historię, aż lśniła mu twarz, a po jego czole spływały krople potu. Początkowo wierzyłam mu, ale potem skinął, żebym podała mu szklankę herbaty. Domyśliłam się, co to za człowiek z niego, i już nie dawałam wiary żadnemu jego słowu. Przy szóstej szklance herbaty nie mogłam już wytrzymać, i kiedy Mendel Puszkart mrugnął do mnie, zerkając na swoją szklankę, nie wiem, skąd wzięłam tyle stanowczości, że powiedziałam jak jego córka do generała: „Wasze priewoschoditielstwo, niech pan sam sobie weźmie herbaty”. Wszyscy się zaśmiali. Ciotka sama poszła nalać mu herbaty. Mendel Puszkart spojrzał na mnie i powiedział: „Aha, ona wcale nie jest zielona4”. Poczułam, że mam w oczach łzy, i żeby nikt tego nie widział, wyszłam z pokoju i położyłam się spać. Nie usnęłam, czułam, jak mocno mi serce bije, niczym młotem. Ciotka przyszła i przyniosła mi cząstkę pomarańczy, widziała, że łzy spływają mi po policzkach; dont bi fulisz [nie bądź niemądra], powiedziała i wyszła z pokoju. Co to takiego? Czy to była kpina, czy słówko pociechy? Kto wie, co to znaczy w tej Ameryce?
Świat jeszcze nie jest dla mnie zamknięty
10 stycznia
Przed chwilą przyszłam z muwis. Dziś czuję, że świat jeszcze nie jest przede mną zamknięty. Do muwis poszłam z Selmą i jej bojem. Przyniósł dodatkowe tikets [bilety] i prosił, żebym poszła z nimi. Selma też dodała: „Chodź, co ci zależy”. Jednak widziałam, że nie jest zbyt rada. Kiedy Selma jest niezadowolona, jak gdyby puchnie jej podbródek. Twarz u dołu stała się jakby szersza i chociaż Selma się uśmiechała, od razu mogłam to po niej poznać. Ciotka milczała. Zaczęli mnie stroić na wyjście do muwis. Założyłam swoją dres, a Selma wcisnęła mi na głowę jeden ze swoich kapelusików. Powiedziała: „Widzisz, mamo, nawet na Rywce wygląda ładnie”. Ale ja udawałam, że nic nie słyszę ani nic ani nie rozumiem. Gdybym chciała na wszystko odpowiadać, musiałabym zacząć pakować manatki i pójść sobie. Ale dokąd? Do Lublina? Do mojej matki leżącej w grobie. Boj szedł między mną a Selmą, ale Selma szła z nim pod rękę. Szłam obok, a wtedy on wziął mnie pod ramię także. Selma spojrzała na nas, ale nie powiedziała ani słowa. I znowu zobaczyłam, że jej policzki opadają, a twarz u dołu robi się szersza. Nie robiło to dobrego wrażenia; szczerze mówiąc, wyglądała brzydko.
Boj ma na imię Eddie. On i Selma rozmawiali po angielsku, a ja przez cały czas milczałam. Ale Eddie uśmiechnął się do mnie miło i odezwał się: „Ty nic nie rozumiesz”. Selma powiedziała, że jest zmęczona i nie chce iść na lody, więc wróciliśmy do domu. Dziś jest mi lżej na sercu. Tak, jakby świat nie był przede mną zupełnie zamknięty.
Rocznica śmierci dziadka
20 stycznia
Dziś jest rocznica śmierci mojego dziadka. Ciotka zapaliła świecę w kuchni, tak aby paliła się cały dzień. Kręciła się w koło, wzdychając, wspominając swojego ojca. Może dlatego poczułam, że jest mi bliższa, a w domu było bardziej przytulnie. Było jasne, że i ona coś przeżywa, nawet płakała z powodu śmierci mojej mamy. „Tak oto – powiedziała – rodzina się rozpadła”. I gdy tak stała, wycierając nos w kwiecistą chusteczkę, wyglądała bardziej na kobietę z Lublina niż jak jedna z tych nowojorskich pań. A w południe uczesała się, nałożyła róż, umalowała usta jak zawsze i wyszła. Zostałam w domu, żeby posprzątać. Dziewczyna od sprzątania nie wróciła, widać już zawsze będzie chora.
Gdy tylko ciotka wyszła, przybyła pani Shorr. Trudno orzec, czy jest ona dobrym człowiekiem, czy nie. W każdym razie jest dziwna. „Czemu ta wasza służąca już nie przychodzi?”. Kiedy jej powiedziałam, że jest chora, Mrs Shorr parsknęła [po polsku – sic!], tłumiąc śmiech. „Czy nie ma już innych Czarnych w United States? Nie, twoja ciotka chce po prostu zaoszczędzić, skoro ma na utrzymaniu uchodźczynię”. Tak właśnie powiedziała, po czym wyjęła ze swojej torebki papierosa i zapaliła. Mrs Shorr, paląc, wypuszcza powoli dym przez nos. Ponieważ nie palę papierosów, Mrs Shorr dała mi czuing gam [gumę do żucia], żebym ją żuła. Mówi, że to pomaga w trudnych chwilach, uspokaja nerwy… Mówiąc to, mrugnęła do mnie, jakby była kimś dla mnie bliskim. Zauważyłam, że Amerykanie, kiedy mówią jakąś gorzką prawdę albo zrobią świństwo, osładzają to cząstką pomarańczy albo gumą do żucia. Tak postępuje ciotka, tak też robi Mrs Shorr.
Selma
24 stycznia
Selma była dziś bardzo zdenerwowana, a wujek milczał jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Jego lubię najbardziej ze wszystkich domowników, choć ciotka jest siostrą mojej błogosławionej pamięci mamy, ale to on jest bliższy memu sercu. Nie jest mrukiem [po polsku – sic!], chociaż prawie cały czas milczy, z wyjątkiem gry w karty. W domu, to znaczy w Lublinie, mówiono o nim, że jest wykształcony i ma uprawnienia rabina, ale on nie chciał zostać rabinem i wyjechał do Ameryki. Tutaj jest agentem ubezpieczeniowym, ale wciąż mi się zdaje, że bardziej by pasowało do niego, gdyby był rabinem. Dzisiaj Selma ni stąd, ni zowąd zaczęła płakać. Gdy się ubierała, żeby wyjść z domu, nie mogła się zdecydować, które buty ma założyć – czy czarne, czy niebieskie. Wujek powiedział: „To byłaby trudna kwestia nawet dla naszych mędrców” i uśmiechnął się zupełnie jak rabin. Kiwnął przy tym głową i dodał: „Jeśli nie ma się głowy, to i buty nie pomogą”. Ciotka zaczęła krzyczeć: „Zostaw dziecko w spokoju, zostaw ją, to nie Europa!”. Selma płakała. Nie rozumiem całego tego zamieszania, ale coś się dzieje w tym domu, o czym nie wiem, a co ma związek z Selmą.
Siedemdziesiąt pięć centów dziennie (chce mi się płakać)
25 stycznia
Marvin postanowił nauczyć się tańczyć jak Benny Goodman. Nastawia radio i zaczyna tańczyć i trwa to całą godzinę. Kręci gałką radia i tańczy. Tańczy i kręci gałkami. Głowa mnie od tego boli. Kiedy Marvin tańczy, myślę tylko o tym, że moja mama zginęła od bomby i nie wiem, co stało się z moimi braćmi, choć jestem pewna, że nie tańczą. Nie mam też pojęcia, co dzieje się z moim ojcem. Uciekłabym na koniec świata, żeby nie patrzeć, jak Marvin tańczy, ale właściwie dokąd mam pójść?
Wieczorem przyszła Mrs Shorr i znowu dała mi gumę do żucia, a ja czekałam, aż spyta: „Jeszcze nie ma dziewczyny do sprzątania?”. Chwilkę później powiedziała: „Widziałam dziś waszą dziewczynę na ulicy. Nie jest chora, tylko twoja ciotka chce zaoszczędzić siedemdziesiąt pięć centów dziennie, tyle ile jej płaciła, dat’s oll [to wszystko]. Rywko, jeśli byś chciała przychodzić do mnie, płaciłabym ci. Czemu nie? Nie musiałabym się martwić, że coś zginie”. Nie wiem, czy się poślizgnęłam, czy też nogi się pode mną ugięły , ale upadłam. Nie potłukłam się, ale chciało mi się płakać. Ciotka weszła i powiedziała coś po angielsku, na co Mrs Shorr odpowiedziała kłamstwem: „Myślę, że twoja siostrzenica tęskni”. Ciotka zobaczyła, że jestem naprawdę nieswoja, a kiedy dotknęła mojego czoła, poczuła, że jest gorące. Położyłam się i wzięłam aspirynę i naprawdę byłam wdzięczna ciotce, bo powiedziała, że jestem chora. Przeleżałam w łóżku aż do wieczora.
Świat, który zniknął
28 stycznia
Selma płacze, a Marvin tańczy. Czuję się tak bardzo nie na swoim miejscu w tym domu. Dobrze, że co wieczór wychodzę na dwie godziny do skul. Nauczycielka zauważyła, że martwię się czymś, i chyba chciała mnie pocieszyć. „Ju’r jang [jesteś młoda]”, powiedziała. To prawda, jestem młoda, ale wiele przeżyłam. Nauczycielka nie wie nic o Lublinie, matce, ojcu, braciach, Lejzorze i naszych spacerach po lesie, wujku Zejdlu i jego koniu i wozie czy też saniach. A teraz nie ma nic. Zostałam odcięta od swojego świata i ten świat zniknął. Co ma być dobrego w tym, że jestem młoda?
Lublin wciąż istnieje
2 luty
Lublin wciąż istnieje! Dziś otrzymałam pocztówkę od taty. Żyje i brat także jest zdrowy. O mamie ani słowa, i chociaż wiem, jaki los ją spotkał, to serce mnie boli, bo nie było o niej ani słowa. Ale Lublin istnieje. Miasto, mój dom, las także chyba jest. Ojciec nie napisał też nic na temat Lejzora i nie wiem, co z nim się stało. Próbuję o nim nie myśleć. Co tu jest do myślenia? Prawdopodobnie nigdy go już nie zobaczę, jednak chciałabym wiedzieć, czy żyje. Dziś nawet mnie nie dotknęło, że Marvin znów postawił swoje buty obok mojego łóżka. To żaden kłopot. Pocztówka nadeszła rano, więc wyczyściłam buty Marvina. Skoro miasto nadal istnieje, a nawet mój dom, to mój świat wciąż jest, i pewnego dnia pozbędę się butów Marvina.
Jest piątek, więc moja ciotka zrobiła gefilte fisz i upiekła kukis [ciastka]. Tutaj wieczór piątkowy bardziej przypomina szabat niż sam sobotni dzień. Później gra się w karty, ale o zmierzchu moja ciotka zapala świece. Tego wieczoru martwi się o Selmę. Selma nie czuje się dobrze, konieczna jest operacja. Ona też się martwi. Wygląda na to, że każdy się boi, gdy chodzi o własne życie. A co z moją matką? Pocztówka nic o niej nie mówi. Chciałabym chociaż zobaczyć jej miejsce spoczynku i przeczytać nazwisko na nagrobku.
Takie mam uszy
3 lutego
Moja błogosławionej pamięci mama zawsze na mnie krzyczała, że podsłuchuję. Człowiek nie musi wiedzieć wszystkiego, mawiała. Ale co mam poradzić, skoro takie mam uszy, nie podsłuchuję, ale i tak słyszę. W nocy słyszałam, jak wujek w drugim pokoju powiedział: „Czy potrzeba mi tu w domu bękarta?”. Ciotka syknęła na niego i powiedziała coś po angielsku. A potem znowu słyszałam, jak powtarzają w kółko szi. Ale tym razem mowa była nie o mnie, ale o Selmie. Wygląda na to, że coś jest z Selmą nie tak, a ta operacja nie jest taką zwykłą operacją. Chyba Selma ma prawdziwy kłopot… I dlatego Eddie nie przychodzi. Nie było go chyba już dziesięć dni. Selma jest moją kuzynką, ma na imię tak jak ja, Sara Rywka. Selma to jej angielskie imię. Chciałabym móc się nad nią litować, ale nie wychodzi mi to. Ma takie piękne suknie, torebki, pantofle, wszystko, czego potrzebuje, wyjmuje z torebki. Szminki, puder, lakier do paznokci, grzebyk, chusteczkę do nosa, szpilkę do włosów, agrafkę do sukni, opaskę, adres. Wydaje mi się, że cokolwiek się z Selmą zdarzy, wyjmie zaraz z torebki coś, co jej pomoże. Lekarstwo, poradę, Selma ma wszystko w swoich pięknych torebkach, więc jak mogłabym się nad nią litować? Ale jednak płacze. Dziś rozmawiała z Eddie’em przez telefon. Eddie, Eddie, wołała wciąż do niego po imieniu. O czym mówiła, nie wiem. Po angielsku. Ale po rozmowie poszła do swojego pokoju, i znów moje nieznośne uszy usłyszały, że wyciera nos, bo płakała.
U ciotki na Grand Street
5 lutego
To niemądre z mojej strony, że myślę o Lejzorze. Wspominam, jak chodziliśmy do sosnowego lasku. Z pocztówki ojca wiem, że coś na miejscu pozostało. Zapewne sosnowy las także istnieje. A Lejzor? Gdzie on jest? Pojechał z Polakami do Rumunii? Został tam, gdzie Niemcy? A może jest w Lublinie? Chciał jechać do Ziemi Izraela. Może tam rzeczywiście wyjechał? Ale czy żyje? Zapytam tatę. Może mi odpowie. Dziś w szkole nauczyłam się kilku nowych słów. Rozumiem już trochę, kiedy mówi się do mnie pomału, ale kiedy Marvin mówi, nie rozumiem nic.
Mrs Shorr znowu dziś przyszła, kiedy ciotki nie było w domu. Chce mnie zabrać do lubelskiego ziomkostwa. „Powinnaś widywać się z ludźmi – powiedziała – po co masz tu siedzieć na Grand Street?”. Mrs Shorr jest dziwna. Ma niebieskie oczy, jedno oko jest prawie stale zmrużone, i wydaje się, że jedno jest większe od drugiego. Nie wygląda na dobrego człowieka, ale kiedy przychodzi, czuję się swojsko. Dziś powiedziała do mnie: „Masz już dwadzieścia lat? W Ameryce to pora, żeby wyjść za mąż. Tutaj, gdy dziewczyna ma dwadzieścia lat, jest prawie starą panną”. I się zaśmiała. Poczułam w sercu ukłucie. Przypomniałam sobie, jak Lejzor powiedział mi kiedyś, że się pobierzemy, kiedy on skończy dwadzieścia pięć lat, a ja dwadzieścia dwa. A tutaj jestem już starą panną. Nie wiem, czy Lejzor żyje. Lublin jest na drugim końcu świata. A ja jestem w Ameryce u ciotki na Grand Street, pucuję buty Marvinowi. Z mojego powodu zwolniono służącą. Och, mam o wiele więcej niż dwadzieścia lat, może trzydzieści, może czterdzieści. Jestem już bardzo, bardzo stara, chociaż jestem w tym samym wieku co Selma, ale nad Selmą też trzeba się użalić.
Jadę zobaczyć swoich ziomków
11 lutego
Wczoraj Selma wróciła ze szpitala. Przebywała tam dwa dni. Wieczorem przyszedł Eddie. Przywitał się ze mną: „Hello, zielona!” i przesunął dłonią po moich włosach. Widziałam, że Selma była zazdrosna. Uśmiechała się, ale znowu powiększył się ten jej podwójny podbródek, a twarz stała się jakby szersza. Ciotka przypomniała sobie, że musi iść na zebranie lubelskiego „Lejdis Sosajety” [Stowarzyszenie Kobiet]. Ciotka chciała, żebym z nią poszła. „Chodź, poznasz ziomków”. Założyłam swoją dres. Ciotka dopasowała mi kapelusik, a Selma pożyczyła torebkę. Pojechałyśmy metrem. Nie mogę się przyzwyczaić do jazdy metrem. Robi mi się tam niedobrze. Jednak nie mówiłam o tym ciotce. I tak jestem zanadto „zielona”. Siedziałam w metrze i dzwoniło mi w uszach. W końcu wyrwałam się na świeże powietrze.
„Twoja mama, obyś ty żyła dłużej niż ona, też była słaba” – zwróciła się do mnie ciotka. „Widzę, że ty też dyszysz w metrze”. „Nie, czuję się dobrze”, natychmiast odparłam, zaprzeczając ciotce, sama nie wiem, dlaczego tak powiedziałam. Dotarłyśmy na zebranie. Zebrało się około pięćdziesięciu niewiast, niemal wszystkie siwowłose. Przyszło tylko kilka młodszych kobiet i paru mężczyzn. Kobiety były wystrojone i miały w suknie wpięte broszki, wiele z nich nosiło na ręku złote zegarki. W domu [tzn. w Lublinie] nigdy nie widziałam tak ubranych starszych kobiet.
Nie pojmuję, dlaczego nazywają to zebraniem. Cały wieczór niemal upłynął na piciu kawy i jedzeniu kejk. Przewodnicząca mówiła po angielsku. Nie rozumiałam, o czym ona mówi, ale czasami, ni stąd, ni zowąd, wtrącała parę słów w jidysz. „Kto nie usłucha, zapłaci więcej”, albo „zostawcie jedzenie na później”. „Najlepsze ciasto nagrodzimy całusem”. Rozległy się oklaski i zaczęły się pytania: „Od kogo? Od kogo ten całus?” Przewodnicząca coś im jeszcze wyjaśniała po angielsku, a potem wypaliła w jidysz: „Ten, kto przyniesie butelkę wina z Palestajn, nie zostanie wyrzucony za drzwi”. Myślałam, że szykują ucztę na Purim, ale wyjaśniono mi, że ma odbyć się zbiórka na rzecz ofiar wojny. Ale było raczej wesoło. Żartowano i jedzono kejk. Na urodziny jest kejk, na zebraniu na rzecz tych, co ucierpieli w wojnie – kejk. Powiedziano mi, że kiedy ktoś umiera, po pogrzebie też jest ciasto, ale w to nie uwierzę, chyba że zobaczę to na własne oczy. Kobiety próbowały każdego rodzaju ciasta. Najpierw był piernik, potem kawałek sernika, a potem kawałek ciasta kawowego i znów kukis. Po jedzeniu – westchnęły: „Tam, w starym domu, to dopiero jest nieszczęście stronie”. I znowu zjadły kawałek ciasta kawowego. Potem grały w karty. Całą wygraną sumę zawsze wysyła się do starego domu, do Lublina.
Spotkałam tu Hankę Piekarkę. Słyszałam o niej wiele historii jeszcze w domu. Była kiedyś bardzo piękna. Wcześnie wyszła za mąż. Potem rozwiodła się i weszła do kółka politykujących. Została mówczynią i ważną działaczką. Podczas jednego z zebrań aresztowano ją i wysłano do więzienia. Uciekła stamtąd i wyjechała do Ameryki. Na zebranie przyniosła najlepsze kukis. Gdy jej powiedziałam, że opowiadano u nas wiele historii o niej, było jej miło i odpowiedziała, że teraz też jest w czymś dobra, bo w Lublinie była najlepszą pokerzystką. (Poker to taka gra w karty.)
Kiedy wróciłyśmy do domu, był tam jeszcze Eddie. Przystanęłam z boku i wkładałam Selmy kapelusik do pudełka (Selma trzyma wszystkie swoje kapelusiki w pudełku, a w jej pokoju znajduje się na nie specjalna półka), podszedł do mnie Eddie i głośno powiedział: „No, jak, spotkałaś swoich ziomków?” – i ciszej dodał: „Jesteś piękna”. Zmieszałam się i przestraszyłam, że ciotka albo Selma to usłyszą. Nie słyszały, ale ciotka jednak podeszła do nas i powiedziała: „Bardzo tam endżojowałyśmy”. Przed wyjściem od nas Eddie mocno ścisnął mi palec. Wydawało mi się potem, ze czuję ten palec bardziej niż całą rękę, choć mnie nie bolał, tylko palił – aż w końcu usnęłam.
Pożyczony świat
14 lutego
Gorzko jest być na łaskawym [po polsku – sic!] chlebie. Selma w ogóle nie patrzy na mnie, a ciotka stała się jakaś sztywna [po polsku – sic!]. Rozmawia ze mną, ale jak gdyby miała pretensje. Nie wymawiam się od żadnej roboty. Pucuję buty Marvina i przygotowuję warzywa na kolację, zanim ciotka mnie o to poprosi. Ale i tak czuję się, jakby cały dom miał do mnie żal. W nocy nawet mi się śni, że jestem pośrodku pokoju, a wszyscy oni stoją wokół mnie i krzyczą: „Wyjdź z tego domu. Wyjdź stąd!”. Podwójny podbródek Selmy przypomina wymię krowy. Te sny są głupie, a kiedy się budzę, serce mnie boli , ale jestem szczęśliwa, że to tylko sen. Bo dokąd miałabym pójść?
Moja ciotka chyba powiedziała coś Mrs Shorr, bo kiedy spotkałam ją na klatce schodowej, wyglądała tak, jakby umyślnie [po polsku – sic!] czekała na mnie. Objęła mnie w pasie i zaprosiła do swojego mieszkania. Tam poprosiła, żebym usiadła na kanapie i wyjaśniła, że chce ze mną porozmawiać o czymś ważnym. Naprzeciwko mnie na ścianie wisiał obraz tureckiej księżniczki z koroną na głowie. Księżniczka była otoczona dwórkami siedzącymi u jej stóp, które podawały jej owoce. Mrs Shorr dała mi gumę do żucia, a sama zapaliła papierosa. I powiedziała: „Posłuchaj, Rywko, Ameryka jest takim krajem, w którym najlepszym przyjacielem człowieka, a także najbliższym krewnym, jest dolar. Po co masz siedzieć w domu ciotki? Selma jest dziewczyną, ty także. Dwa koty w jednym worku – to nie jest dobry układ. Byłoby lepiej, gdybyś znalazła pracę, a wtedy będziesz miała własne pieniądze i cały świat będzie stał przed tobą otworem”.
Siedziałam i słuchałam, czułam, że serce wali mi jak młotem. Gdzie miałabym szukać pracy? Jakiej pracy? Pomyślałam, że skoro Mrs Shorr zaprosiła mnie do swego mieszkania, by ze mną porozmawiać, to prawdopodobnie wie, co robi. Nagle poczułam, że cały ten świat jest dla mnie jak wypożyczony. Kanapa Mrs Shorr była dla mnie jak pożyczona, abym przez chwilę mogła na niej siedzieć. Moje łóżko zostało mi wypożyczone na przespanie kilku nocy. Nawet schody mi pożyczono, żebym weszła po nich kilka razy i nie wróciła. Pożyczony świat jest tak samo gorzki, jak pożyczona suknia czy buty – kilka razy się w nich przespaceruję i muszę je zwrócić. A dokąd mam pójść, żeby znaleźć stały świat? W jaką stronę się zwrócić? Nie wiem, jak długo tak siedziałam ze spuszczoną głową. Nie zauważyłam nawet, że Mrs Shorr poszła do kuchni i przyniosła dla nas dwa kubki kawy. Potem przyniosła jeszcze kukis. Podniosła moją głowę i powiedziała:
„Nie martw się; świat jest duży”.
1 W całości tekstu używam fonetycznego zapisu zwrotów angielskich, gdyż tak słyszy je, nie zawsze adekwatnie, Rywka Zylberg. W tekście jidysz – który z natury zapisuje alfabetem hebrajskim słowa obce fonetycznie – terminy angielskie są zaznaczone kursywą. Wyjątek robię dla nazw własnych.
2 Wyjaśnienia zwrotów angielskich dodaję w nawiasach kwadratowych, jeśli czyni to autorka – w okrągłych.
3 Pushcart to mały wózek na kółkach. Imigranci często sprzedawali swój skromny towar z takich właśnie wózków.
4 Greenhorn – tak określano nowo przybyłych emigrantów.
Kultura Enter 2026/02
nr 118

