Strona główna/offKULTURA. Chersońska lekcja

offKULTURA. Chersońska lekcja

Andrij Lubka
Z języka ukraińskiego przełożył Mateusz Mejza

– Znasz Knyhę? – zapytał mnie kolega, gdy wsiadaliśmy do auta, by wyruszyć w drogę z Mikołajowa do Chersonia.

– Jaką knyhę? – nie zrozumiałem.

– Nie jaką, tylko jakiego. Ołeksandra Knyhę, dyrektora Teatru Dramatycznego w Chersoniu.

– Nie, a powinienem?

– Myślę, że tak. Każdy powinien.

Jeszcze tego samego dnia pojąłem, że miał rację. 2023 rok. Ostatni dzień naszego małego literackiego tournée po południowej Ukrainie – Odessa, Mikołajów, Chersoń. Spotkania z ukraińskimi pisarzami w miastach, które co dzień doświadczają ostrzałów, i do których z tego powodu nie dociera większość wędrujących po kraju artystów.

Zarówno w Odessie, jak i w Mikołajowie przyjęto nas bardzo ciepło i serdecznie. Co do Chersonia zaś, mieliśmy pewne wątpliwości, dotyczące przede wszystkim bezpieczeństwa, ale i logistyki.

Życie tylko częściowo zawitało znów do tej stolicy obwodu, po jej odbiciu z rąk rosyjskich jesienią ubiegłego roku. Codzienny terror i ofiary cywilne na ulicach miasta nie sprzyjały powrotom ludzi do swoich domów. Dlatego Chersoń przypominał oblężoną twierdzę – ważny symbol oporu na mapie kraju, ale wciąż nieprzydatny do normalnego funkcjonowania.

Właśnie dlatego jechaliśmy na dwa samochody. Osobno literaci i żołnierze. Kilkanaście kilometrów od celu podróży wojskowi wydali nam kamizelki kuloodporne oraz hełmy i przeprowadzili krótki instruktaż zachowania w razie zagrożenia. Nie zważając specjalnie na przepisy, przemknęliśmy przez miasto z maksymalną prędkością. Po przybyciu na miejsce wysiedliśmy z aut i pobiegliśmy prosto do schronu. Żadnego rozglądania się i selfiaków. Spotkanie miało odbyć się w ustalonej, ale nieogłaszanej publicznie lokalizacji.

Rzecz jasna, rodziło to pytania natury organizacyjnej. Czy ktokolwiek pojawi się na naszym występie, skoro przemieszczanie się po mieście jest tak niebezpieczne? Czy ktoś w ogóle wie o tym wydarzeniu, skoro nie rozwieszono żadnych plakatów, bo przecież informacja o zgromadzeniu groziła naprowadzeniem na daną pozycję rosyjskiej rakiety? Zaprosić na wieczorek poetycki można było wyłącznie osobiście i tylko osoby, którym się w pełni ufa. A może będzie to coś na kształt rodzinnej posiadówki? Czy, biorąc pod uwagę wszystkie te okoliczności, Chersonianie potrzebują czegoś tak niedorzecznego jak wieczorek poetycki o 11 przed południem?

Następne dwie godziny zachowam pamięci jako jedne z najjaskrawszych wspomnień w moim literackim życiu. Niejednokrotnie opowiadałem później kolegom z innych krajów, że to dla tego spotkania w Chersoniu warto było zostać ukraińskim pisarzem. Darujcie banał, ale jednym z celów naszej trasy była chęć choćby nieznacznego podniesienia miejscowych na duchu, zapewnienia im rozrywki, oderwania od trudnej rzeczywistości i „naładowania”. A efekt był taki, że to oni „naładowali” nas. I to konkretnie.

Wysadzono nas pod drzewami Chersońskiego Obwodowego Teatru Muzyczno-Dramatycznego imienia Mykoły Kulisza, po czym pospieszyliśmy do znajdującego się pod budynkiem schronu. Nie wiedzieć czemu, pamiętam bardzo dokładnie, z najdrobniejszymi wręcz szczegółami, gdy, przytrzymując niezapięty hełm, biegłem do wejścia, a w głowie krążyła mi jedna myśl: dlaczego teatr w Chersoniu ma za patrona akurat Kulisza? Gdzie Charków i Teatr Berezil, a gdzie Chersoń? I czy to nie zły znak, że przyjechaliśmy występować w instytucji, która nosi imię artysty epoki Rozstrzelanego Odrodzenia?

Ktoś otworzył drzwi i wtargnęliśmy do wąziutkiego pomieszczenia, na końcu którego zaczynały się schody. Dalej nie dało się przejść, bo już na tym etapie tłoczyli się ludzie. W tym miejscu przywitał nas chuderlawy mężczyzna z bystrym spojrzeniem.

– Dzień dobry! Ołeksandr Knyha – jestem dyrektorem tego teatru. Dziękuję, że przyjechaliście. Bardzo, ale to bardzo miło was widzieć – mówił z niekłamaną szczerością gospodarz wydarzenia, obejmując po kolei każdego z nas. Na koniec nie odmówił sobie docinki: – Widzę, że zebraliście się jak na wojnę!

Istotnie, nasz wygląd znacznie kontrastował z tym, co zastaliśmy wewnątrz. Wszyscy obecni wyglądali uroczyście, jak gdyby przyszli na wieczór walca do wiedeńskiego ratusza. Panowie – w białych koszulach i błyszczących lakierkach, wymalowane panie – w sukniach wieczorowych i eleganckiej biżuterii oraz kilkoro dzieci i nastolatków z wymuskanymi fryzurkami. Nie zabrakło i żołnierzy w mundurach oraz kamizelkach kuloodpornych, którzy przyjechali z okolicznych pozycji. My – cywile, „turyści” w hełmach i kamizelkach, wyglądaliśmy na tym tle co najmniej nieadekwatnie, dlatego czym prędzej pozdejmowaliśmy z siebie niepotrzebne akcesoria. Pan Ołeksandr torował drogę w dół, energicznie przesuwając się pomiędzy ludźmi zgromadzonymi na schodach i w piwnicy. Pokazał nam ciągnącą się niczym kiszka podziemną „salę” teatralną, improwizowany bar, kawiarnię, gdzie zaproponowano nam herbatę i espresso, oraz garderobę i toaletę. Po drodze udawało mu się zamienić słówko z każdą z mijanych osób, zapytać o dzieci lub pracę, czy przekazać jakieś lokalne nowinki.

Była to przestrzeń ciasna i niewygodna, zaciemniona i chłodnawa, ale pełna życia. Dało się odczuć, że zebrani nie są tu po raz pierwszy i czują się jak u siebie w domu. Zeszła się cała miejscowa śmietanka: inteligencja, lekarze, wojskowi, emeryci, biznesmeni, przedstawiciele władz i zagraniczni dziennikarze. Z nimi wszystkimi zapoznawano nas mimochodem.

Raptem dotarło do mnie, że to miejsce, to nic innego jak agora. To tu gromadzą się wolni obywatele polis, dyskutują, radzą, podejmują decyzje. Tutaj plotkują i omawiają sprawy zawodowe. To punkt, w którym „dzieje się” demokracja w pierwotnym znaczeniu tego słowa. I, jakże symbolicznie, miejsce, gdzie zlewają się wszystkie ludzkie potoki wyzwolonego Chersonia. Teatr.

Symbolicznie, lecz nie przypadkowo. A to za sprawą magnesu, który zebrał mieszkańców w tej piwnicy i przywrócił teatrowi życie. W kilka minut zdążył on wszystkich nam przedstawić, odpowiedzieć na moje pytania o Kulisza i zapoznać z życiorysami innych wybitnych postaci pochodzących z Chersońszczyzny, zorganizować techników do uruchomienia sprzętu na scenie, streścić, czym żyje ostatnimi czasy lokalna społeczność oraz jak wyglądają realia życia w przyfrontowym mieście. A do tego wszystkiego poprosił nas, abyśmy byli głosami zranionego Chersonia na „wielkiej Ukrainie”.

Przyjechaliśmy tu rzekomo po to, by odczytywać swoje wiersze, ale niemniej ważne było co innego. Mianowicie to, żebyśmy rozpowiadali potem urbi et orbi o życiu cierpiącego Chersonia i sąsiednich wyzwolonych terenów. „Chersoń się nie poddaje i nie traci ducha. Nie zapominajcie o tym!” – podkreślał dyrektor teatru. Jeszcze przed rozpoczęciem wydarzenia, przy herbatce, pan Ołeksandr opowiedział nam o okupacji, o zbrodniach popełnianych przez Rosjan i próbach zaprowadzania ruskiego miru, o wyzwalaniu miasta i tytanicznej pracy na rzecz ponownego przystosowania regionu do normalnego funkcjonowania. Mówił o tym, jak zabrał się za odnawianie teatru i jak odszukiwał członków personelu i kolektywu aktorskiego. „Nie było to proste – wojna porozrzucała ludzi po wszystkich kontynentach. Ja mam zapewnić działalność teatru, bo tylko wtedy możemy mówić o mieście, a nie punkcie wojennego oporu. Tylko wtedy odrodzi się tu prawdziwe życie”. Mniej więcej tak wyłożył swoją misję dyrektor.

W jego słowach nie było wynikającej z patosu przesady. Już po kilku minutach znalazły potwierdzenie w atmosferze pełnego katharsis, gdy czytaliśmy ze sceny swoje wiersze przed miejscową publiką. Widać było, że widzowie chłonęli naszą poezję, a jednocześnie wydawało się, że i oni występują dla nas, i pokazują, jak piękny może być człowiek pośród ruin i śmierci, w czasach przepełnionym strachem i trwogą.

W tej improwizowanej sali szpilki nie było gdzie wcisnąć. Brakowało światła i powietrza. Gdzieś pomiędzy nami krążyło jednak coś magicznego, niewysłowione poczucie, że wszyscy bierzemy udział w potajemnym i uroczystym rytuale, że odprawiamy zapomniane, starożytne obrzędy, które budzą w nas człowieczeństwo. Ci ludzie nie przyszli tu dla nas. Wielu z nich po raz pierwszy usłyszało nasze nazwiska. Większość nawet nie czyta poezji. Przywiodła ich chęć uczestnictwa w wydarzeniu kulturalnym, po to, by choć na moment zapomnieć o strasznej codzienności, zamanifestować swój opór i po prostu odpocząć.

Scena i widownia tworzyły jedność. Siedzieliśmy, stykając się nogami z osobami z pierwszego rzędu. Byliśmy razem, jeden przy drugim, kolano w kolano. Telefony poszły w ruch i na sali zajaśniało ich ekranami. Nagrywali prawie wszyscy. Pewna pani w bordowej marynarce, do której przypiętą miała jaskrawą broszkę, wyjaśniała mi później, że wyśle wideo do córki: „Mieszka w Kanadzie, niech wie, jak my tu w Chersoniu żyjemy!”

Żyjemy – to słowo zakłuło i poruszyło mnie do żywego. Mnie, człowieka, który przyjechał z bezpiecznych tyłów, gdzie ludzie przesiadują w ogródkach restauracyjnych i nawet nie reagują na dźwięk syreny alarmowej, aż zabolało, bo to, co zobaczyłem, trudno było nazwać życiem. Z drugiej strony, odczułem na własnej skórze, po której dziesiątki razy w ciągu tych dwóch godzin przeszedł dreszcz, że życia jest tu o wiele więcej, niż w wygodnych i sennych miejscowościach z dala od frontu. To tutaj żyje się pełnią życia, wyciska, co się da z każdej minuty, bo właśnie ona może być tą ostatnią.

Pozazdrościłem wtedy Ołeksandrowi i jego ekipie. Czy to nie szczęście dla artysty – wiedzieć, że ludzie spieszą do teatru po to, by żyć? Że sztuka daje poczucie „pełni”, oraz że kultura przywraca ludziom poczucie godności? Dla takich chwil warto urodzić się poetą! Choć raz usłyszeć, że ktoś przyszedł wysłuchać twojej poezji, po to, by dowieść, że żyje, że nie umarł, nie zmalał od strachu i żalu, oraz że pozostał człowiekiem, który oprócz bezpieczeństwa, pożywienia i ciepła, łaknie też kultury.

Rzeczywiście, ten poranny wieczorek poetycki stanowił formę oporu, rodzaj buntu. Podczas gdy armia walczyła, ludność cywilna pomimo terroru pozostawała w mieście, demonstrując swoim niepokornym zachowaniem sprzeciw wobec agresora. A najwyższą formą zuchwałości było żyć w pełnym tego słowa znaczeniu, a nie wegetować, chować się po norach i trząść ze strachu. Nie! Założyć białą koszulę, wypsikać się perfumami i słuchać poezji. Chodzić do teatru we własnym mieście. Pozostać człowiekiem – to najbardziej śmiała forma oporu wobec okupanta.

Trzeba być właśnie Ołeksandrem Knyhą, żeby zrozumieć, że działa to dokładnie w taki sposób. Człowiek teatru może walczyć o przetrwanie swojego miasta na wielu płaszczyznach. Nie tylko z murów buduje się gród, ale też z teatru – agory, która gromadzi mieszkańców. Językiem teatru można omówić z ludźmi ich sprawy, troski i marzenia. Gdy dookoła szaleje wojenna dżuma, tworzenie współczesnej ukraińskiej kultury jest jednym z tych heroicznych czynów, które zasługują na szczególne uznanie. Rola dyrektora teatru w niczym nie ustępuje roli dowódcy oddziału, bo przecież opiera się na podobnych założeniach: być ze swoimi ludźmi, razem, i służyć przykładem.

Żałuję, że nie powiedziałem tego panu Ołeksandrowi osobiście. Wtedy miałem wrażenie, że te słowa trąciłyby patosem. Nie pasowałyby do prostego i zmęczonego, ale uśmiechniętego człowieka, którego miałem przed sobą. Który jest na właściwym miejscu i napawa się tym, że robi swoją robotę. Ma już swoje lata, ale widać, że mąż to z rodu Eneasza, potomek sławnych i dzielnych herosów. Na marginesie – nieumiejętność powiedzenia „dziękuję” i przeświadczenie, że wszystko się nam należy, to jeden z największych grzechów Ukraińców. Niechaj więc ten tekst posłuży za publiczne podziękowanie panu Ołeksandrowi.

W drodze powrotnej długo myślałem o doświadczeniach z Chersonia. Zachwycałem się tymi ludźmi, ich hartem ducha, nastrojem i obiecałem sobie, że jak „urosnę”, to będę taki jak Chersonianie. Ciągle jednak nie przestawało nurtować mnie jedno pytanie: co stałoby się, gdyby pośród tych ludzi nie było Ołeksandra Knyhi? Jak wyglądałaby ta forteca, gdyby zabrakło jej stróża i duchowego przewodnika?

Powyższe kwestie to dla Ukrainy sprawy fundamentalne. Spoglądając wstecz, nie tylko na lata wojny, ale i na cały okres Niepodległości, można dostrzec, jak wiele niosą na swoich barkach konkretni ludzie. Wszystko trzyma się na niewyczerpanej energii entuzjastów, którym zależy. Takie osoby stają się kluczowymi ogniwami łańcuchów, łączących ze sobą różne jednostki i grupy społeczne. Scalają pojedyncze gwiazdki w całe gwiazdozbiory i zszywają kraj od środka. To ludzie-instytucje, którzy biorą na siebie niebywały ciężar i odpowiedzialność, uczą się osiągać rezultaty „pomimo wszystko”, często zaniedbując własne sprawy i rodziny, bo pochłania ich praca dla dobra wspólnego.

Ale i te jaskrawe osobowości mogą kiedyś spłonąć. Jako państwo i społeczeństwo doprowadzamy do ich wypalenia, licząc, że system będzie trzymał się w ryzach na bezinteresownym zaangażowaniu. Dopóki są tacy ludzie, można nie obciążać się pracą nad zmianami i reformami, no bo jakoś to przecież będzie. Dopóki tacy bohaterowie harują, samemu można nie kiwnąć palcem. Mam wrażenie, że przez ostatnie 35 lat Niepodległości bardzo dobrze przyswoiliśmy ów schemat i umiejętnie z niego korzystamy.

To samo tyczy się niebywałego rozkwitu wolontariatu po wybuchu pełnoskalowej wojny. Wspaniały fenomen dojrzałości obywatelskiej i świetny przykład solidarnego wsparcia był zarazem objawem poważnej choroby instytucji państwowych. Nie były one w stanie uporać się z wyzwaniami i całe sfery odpowiedzialności przerzucały na barki obywateli, którym zależało.

Innymi słowy: to cudownie, że mamy Ołeksandra Knyhę, ale jego tytaniczna praca uwidacznia jednocześnie, na ile niezdatne i nieruchawe okazuje się w tych warunkach państwo ukraińskie. Knyha dowoził tam, gdzie instytucje państwowe buksowały w miejscu lub w ogóle nie wyjeżdżały na trasę. Wykonywał zadania, które powinny być realizowane przez ogromne zespoły ludzi i stojące za nimi wielkie budżety.

Gdzie było państwo ukraińskie, rząd, ministerstwo kultury, administracja obwodowa oraz inne odpowiedzialne organy w momencie agresji? Dlaczego ani zwykli pracownicy, ani kierownicy znaczących instytucji kultury, jak choćby muzeum albo teatru w Chersoniu, nie otrzymali protokołów postępowania na wypadek ewakuacji? W przypadku muzeum, zabrano nam całą kolekcję. Teatr stracił coś więcej niż dzieła sztuki – swój zespół, którego członkowie rozpierzchli się po świecie.

Umówmy się, instytucje państwowe, delikatnie mówiąc, przespały moment agresji. Ale dlaczego nie uczymy się na własnych błędach i tak samo przespaliśmy oswobodzenie terytoriów i ludzi?

Kiedy Ołeksandr Knyha opowiada w wywiadzie, że przyjechał do Chersonia tydzień po wyzwoleniu miasta, starał się sprawić, by teatr znów ruszył, na własną rękę odnajdywał swoich pracowników i za pieniądze sponsorów wydrukował pierwszy afisz, który mówił: Wróciliśmy! – to jest to piękna i inspirująca historia.

Jednak skłania do zadania sobie pytania: czy naprawdę Ukraina nie może przeznaczyć pieniędzy na druk plakatów teatralnych w dopiero co odzyskanym mieście? Już nie mówiąc o programach pomocy finansowej dla specjalistów, którzy gotowi są wrócić z bezpiecznych tyłów lub zza granicy. Przykład ten po raz kolejny potwierdza, jak dobrzy jesteśmy w romantyczne odruchy serca i pospolite ruszenia, ale nie potrafimy wyciągnąć wniosków i odrobić zadania domowego ze stałego rozwoju. Rewolucja – jak najbardziej! Ewolucja – a komu to potrzebne?

Właśnie w tym widzę jedno z głównych wyzwań poeuromajdanowej, a teraz już wojennej (a kiedyś – mam nadzieję – powojennej) Ukrainy. Gdyby tak tylko zwalczyć tę niechęć do państwa i ustroju. Innymi słowy, przywłaszczyć sobie państwo i pojąć, że jest ono narzędziem. Narzędziem w naszych rękach, a nie cudzym i postsowieckim tworem; nie budzącym lęk kafkowskim Zamkiem, ale sposobem (samo)organizacji naszego życia.

Jak się tak zastanowić, to wydaje się, że co kilka lat pojawia się u nas, niezależnie od sfery działalności, pokolenie młodych entuzjastów, którzy pchają całą pracę do przodu, ale ich energia szybko gaśnie i z różnych przyczyn odchodzą. No nic. Przyjdą nowi, chociaż z każdą generacją ich ubywa, ale będzie można choć trochę jeszcze przejechać na ich zapale. I tak dalej, aż do momentu, gdy doprowadzimy do pełnego wyczerpania i upadku.

Wyjść z tego chorobliwego kręgu można wyłącznie w jeden sposób – należy zmienić reguły gry i sam system. Zapewnić, by wewnątrz doszło do zrośnięcia ludzi-instytucji z samymi instytucjami, a nie, jak to często u nas bywa, wyrzucać sprawdzonych urzędników po każdej zmianie władzy. Stworzyć warunki, w których fachowcy będą realnie odczuwać wsparcie instytucjonalne oraz państwową (nie tylko finansową) podporę.

I najważniejsze – zabezpieczyć ciągłość i zachowanie pamięci instytucjonalnej. Tak, by za każdym razem nie zaczynać od czystej kartki. By praca poprzedników stanowiła fundament kontynuacji dzieła przez następców. Już czas wyjść z trybu cyklu przerywanego i odnaleźć opokę w stabilności.

Jesteśmy poniekąd narodem Knyhy. Ołeksandra Knyhy. I podobnych mu ludzi bez względu na miejsce zamieszkania i wykonywany zawód, których chata nie z kraja i na których wszystko się wspiera. Mocna to konstrukcja i piękna. Pamiętajmy o niej i za nią dziękujmy.

Nie zapominajmy jednak, że posiadanie tego niezawodnego szkieletu – niezastąpionych ludzi, nie zwalnia nas z odrobienia pracy domowej. Trzeba wylewać fundament i stawiać solidne, ceglane ściany. Brać przykład, uczyć się, a gwiazdozbiory zmieniać w galaktyki. Nauczyć instytucje robić to, co robią dziś ludzie-instytucje. Będzie to doskonała i trwała inwestycja w naszą przyszłość.

Kultura Enter 2026/02
nr 118

Kolaż Julii Cimafiejewej, 2025.