Strona główna/ROZMOWA (MUZYKA). Dobrze jest się stęsknić

ROZMOWA (MUZYKA). Dobrze jest się stęsknić

Ivan Davydenko rozmawia z Edim, frontmanem zespołu hai, „lubelski kosmolot zadokowany w Warszawie”.

Ivan Davydenko: Cztery lata temu w jednym z wywiadów powiedziałeś, że w Lublinie wszyscy się już znudzili waszymi koncertami. Czego zatem możemy się spodziewać po tym nowym, nadchodzącym występie w mieście, w którym zaczynaliście tworzyć swoją muzykę?

Edi: Od tamtego czasu odbyliśmy długą podróż. Teraz jesteśmy w zupełnie innym miejscu. Gdy to powiedziałem, jeszcze nawet nie opuściliśmy matecznika. W zeszłym roku – roku naszego powrotu wydawniczego, na płycie Jetta Palms EP zaprezentowaliśmy zupełnie inną stronę twórczości, odmienne podejście do muzyki i tekstów. Poza tym, przez ten czas zdobyliśmy kolejne doświadczenia, w różnych miejscach na muzycznej mapie Polski. Jeżeli chodzi o sam koncert, to mamy przyjemność zagrać w Lublinie w formule septetu ze świetnymi, zaproszonymi muzykami. Będą nowe aranżacje i szeroki przegląd naszej twórczości. Jeżeli lubelski słuchacz hai w 2022 roku mógł być nami znudzony, to tym razem na pewno usłyszy coś ciekawego i wartościowego.

Pomiędzy debiutancką płytą Dzwoń po nadzór a Jetta Palms EP minęło pięć lat. Co spowodowało taki odstęp czasowy? Kwestia presji czy potrzebowaliście czasu na poszukiwania nowego brzmienia?

Wiele aspektów miało na to wpływ. W międzyczasie musiała się dokonać jakaś transformacja nas samych, dotycząca świadomości celu, do którego wspólnie dążymy i związanego z tym podziału obowiązków. Nastąpiła dużo większa demokratyzacja w zespole, który pierwotnie był moim solowym projektem, a z czasem stał się pełnoprawnym zespołem na wielu płaszczyznach. Natomiast rok 2023, czyli moment wyprowadzki z Lublina, był rokiem gromadzenia materiału i tworzenia sobie nowego środowiska, nowego miejsca pracy, już w Warszawie. No i trochę czasu nam zajęło opierzenie się oraz zebranie doświadczeń. Później pojawiły się różne okoliczności, które pomogły nam, np. nawiązać kontakt z Maćkiem Cieślakiem (muzykiem i producentem, związanym z zespołem Ścianka – przyp. red), u którego nagraliśmy prawie wszystkie kompozycje wydane w 2025 roku. Nawiązaliśmy współpracę z labelem SZUM, który też nam trochę drzwi pootwierał i pomógł zaistnieć trochę szerzej. Widocznie po prostu potrzebowaliśmy trochę czasu, żeby obudzić to wszystko do życia na nowo, na innych zasadach i z większą skutecznością.

Czy ewolucja od kwartetu do siedmioosobowego zespołu jest naturalnym skutkiem wspomnianej demokratyzacji?

Zaczynaliśmy jako czteroosobowy zespół i dalej nim zostaliśmy. Wiolonczelistka Zuza Nierubca współpracuje z podstawowym trio już bardziej w trybie sesyjnym, ale za to Tadeusz Cieślak – saksofon, flet, syntezatory – wspomaga nas regularnie koncertowo. Rozbudowany skład jest szczególną sytuacją: chcemy, żeby muzyka jaką gramy robiła większe wrażenie, brzmiała szerzej. Jeżeli mamy możliwość wystąpić w takim rozbudowanym składzie, jak teraz w Lublinie, to bardzo się cieszymy z tej okazji.

Tym bardziej że wszyscy zaangażowani w ten wieloosobowy skład są związani z lokalną sceną muzyczną.

Dla wszystkich Lublin został w metryce w jakiś sposób, ale nie możemy powiedzieć, że tworzymy tu jakąś scenę. Nas tu nie ma od ponad 3 lat. Podobnie Natalia Marczuk. Magda Kuraś – jeszcze dłużej jest poza Lublinem. Tadzio Cieślak, związany głównie z Sektą Denta i różnymi innymi projektami, jest chyba najczęstszym bywalcem lubelskich scen, nie mniej, też pojawia się bardziej okazjonalnie.

W wywiadzie dla Czwórki powiedziałeś, że określenie muzyka alternatywna jest mocno wyświechtane. Program, jaki zagraliście w Teatrze Starym w Lublinie nazywa się post eclectic i dla osób, które śledzą działalność zespołu, nie jest tajemnicą, że za pomocą tego autorskiego neologizmu określacie grany przez was styl muzyki.

Możemy traktować to określenie jako wytrych, słowo, które brzmi może nieco egzotycznie, albo nawet frapująco. Przypominam sobie sytuację sprzed kilku lat, kiedy pojawiła się moda na post-punk. To był taki moment, gdy jak nie wiadomo co grasz, to najlepiej wpisać, że post-punk. I trochę ironicznie, a trochę nie, wymyśliliśmy sobie ten post-eclectic jako określenie, pod które możesz tak naprawdę podpiąć wszystko. Tak samo, jak wszystko możesz podpiąć pod tą sławetną alternatywę. Ale można to różnie interpretować. Z jednej strony, nie ogranicza cię do jakiejś szufladki, albo do jakiejś bardzo wąsko rozumianej tożsamości, daje ci dużą swobodę ruchu. Z drugiej, może to być coś bardzo konkretnego, co jednak zawiera wpływy wielu różnych nurtów i tradycji muzycznych. Przez długi czas mieliśmy problem ze skanalizowaniem tego, jak dokładnie ma brzmieć nasza muzyka, którą inni dość często nazywali eklektyczną.

Filozoficznie termin post zakłada w swoim znaczeniu reakcje. Na co reagujecie tworząc mieszankę jazzu, rocka, psychodelii, nu soulu, brazylijskich beatów i hip-hopu? Czym jest ten tajemniczy post-eklektyzm i jak sam go pojmujesz?

Z tymi brazylijskimi bitami to bym nie przesadzał. Chociaż tak, w jakimś radiu kiedyś padło, że mieszamy wpływy gitarowych brzmień, afrobeatu i czegoś tam jeszcze (gdzie afrobeat był w materiałach prasowych wymieniony jedynie jako inspiracja), ale to nieistotne. Nam dobrze zagrała ta nazwa i wymyślenie sobie gatunku. To taka trochę ironiczna odpowiedź na określenia typu alternatywy i jej podobne, która dla mnie ładnie brzmi. – Co gracie? – Post-eclectic, mordo. Daje to pewną dodatkową swobodę co do wyborów artystycznych, chociaż… teoretycznie zawsze masz tą swobodę.

Prawda stara jak świat – wraz z wiekiem zmieniają się też gusta. Zaczynasz słuchać innej muzyki, nasiąkasz nią i chcesz dołączyć coś nowego do tej, którą tworzysz.

Oczywiście. Już w momencie wydania Dzwoń po nadzór mieliśmy poczucie, że już trochę nie słuchamy takiej muzyki, jaką tam nagraliśmy. Inspiracje również się pozmieniały, to zawsze jest bardzo płynne. Inna sprawa jest taka, że nie każdy na przykład hołduje czemuś takiemu i lubi sobie nagrać dziesięć podobnych płyt i pływać pół życia w tym samym sosie. W naszym konkretnym przypadku, myślę, że te zmiany będą bardziej zauważalne.

Wspomniany debiut Dzwoń po nadzór nazwano jednym z najlepszych albumów 2020, a utwory z następnego wydania, na którym te wpływy mieszały się bardziej wyraźnie, już zdobyły znacznie szerszy rozgłos.

Label, z którym nawiązaliśmy współpracę pomógł skuteczniej dobić się do niektórych drzwi. Myślę też, że nowy materiał był dojrzalszy i jednocześnie trochę przystępniejszy dla słuchaczy i radiowych decydentów – co miało swoje przyjemne konsekwencje. Jedną z takich rzeczy było to, że podczas zeszłorocznych premier zawsze z dobrymi słowami puszczali nas, np. w Trójce. W pewnym momencie odnaleźliśmy swoich kibiców w Radiu Nowy Świat, które zaczęło mocno stawiać na nasze utwory, udało się nawet zagrać u nich koncert. To było bardzo nobilitujące doświadczenie, że jednak stacja, która ma ogarniętego słuchacza mówi: jesteście super, zapraszamy was serdecznie!
Nie wiem czy określiłbym naszą obecność w eterze jako stałą, ale regularnie tam gościmy, drążąc sobie tę skałę. I to bardzo miłe doświadczenie.

Cieszy mnie fakt, że zespół nie zwalnia tempa. Po Jetta Palms EP ukazały się kolejno jako single Cukier na spodeczkach, Pif-paf i Papierki po bajecznych. Ten pierwszy, Cukier na spodeczkach, moim zdaniem mocno nawiązuje do Twojej solowej przeszłości – wokal i gitarą są wysunięte na pierwszy plan i brzmieniowo przypomina lubelskie początki projektu.

Ciekawe, że to powiedziałeś, ja nawet o tym nie myślałem w ten sposób. To jest numer bardzo osobisty, który powstał w wyniku doświadczanego przeze mnie osobistego kryzysu. Jest to też pierwsza piosenka, za którą jestem w całości odpowiedzialny, od nagrań po aranżacje, miks i tak dalej. Pozostałe rzeczy, które planujemy wydać w tym roku będą również wyprodukowane przez nas. Zależało nam, żeby w międzyczasie rozwijać umiejętności producenckie i stworzyć sobie warunki, żeby być w miarę samodzielnymi na polu nagrań, dochodząc finalnie do momentu, w którym jest to realne
Ciekawie to zgrało się jeżeli chodzi o tytuły, najpierw Cukier na spodeczkach, potem Papierki po bajecznych. Chociaż to są numery zupełnie różne i opowiadają o innych rzeczach, ale można byłoby je jakoś tam połączyć – od czerni do jakiegoś tam światełka.

W piosenkach zespołu jest sporo nieoczywistych zabiegów językowych. Czy myślisz o języku, jako kolejnym instrumencie w orkiestrze?

Trochę tak. Tym bardziej ze względu na ich brak dosłowności w sferze przekazu. Traktuję je trochę jak impresje, które mają wywrzeć pewne wrażenie. Albo jak znaki na drodze, po których samemu dojdziesz sobie w różne osobiste miejsca, które przyciągną cię do swoich skojarzeń i historii. Mój kompas, twój biegun. Czy jakoś tak… Ale to też jest miecz obosieczny – z jednej strony nie dostajesz rzeczy podanych na tacy, one nie są zrozumiałe w jednoznaczny sposób, co daje im pewną dozę uniwersalności. Z drugiej strony ktoś może odebrać to jako minus i powiedzieć, że te teksty są średnio komunikatywne. Myślę jednak, że dzięki tej abstrakcyjności, grom słownym i temu że czasami mogą brzmieć jak strumień świadomości, nabierają jakiegoś dodatkowego wymiaru.

Z drugiej strony, dzięki tym tekstom można zaliczyć hai do tej słynnej polskiej szkoły pisania tekstu piosenki alternatywnej, którą reprezentują m. in. Ścianka i Kombajn do zbierania kur po wioskach. Z resztą nie kryłeś się z miłością do tych zespołów, wymieniając je kiedyś jako inspiracje.

Są to zespoły, które miały na mnie szczególny wpływ, zwłaszcza we wczesnych latach. Ale też jest to większy poziom abstrakcji i tego strumienia świadomości. Byłoby mi bardzo miło jakby moje teksty wstawili w jednym szeregu z tekstami muzycznych bohaterów mojej młodości. Były ważnym dla mnie punktem odniesienia. Nie mam jednak ambicji powielania tamtych schematów i wolę tworzyć własny język.

Czym zaskoczycie nas w najbliższym czasie?

Jesteśmy w trakcie planowania trasy na wiosnę i lato. Mam nadzieję, że uda nam się to jakoś sensownie rozegrać. Planujemy wydać kilka nowych utworów i płytę długogrającą. W pierwszym kwartale tego roku ukaże się nasz wspólny utwór z innym reprezentantem lubelskiej sceny z naszych czasów, fajna piosenka nam wyszła. Inne nowe rzeczy też zapowiadają się zachęcająco, więc polecam sprawdzać co jakiś czas jak się u nas sprawy mają.

W takim razie będę musiał zadzwonić do radia i zamówić sobie waszą nową piosenkę. Pamiętajcie, że są tu osoby, które czekają na was, słuchają was, może nawet kochają.

Kultura Enter 2026/02
nr 118