Strona główna/Liceum – pierwszy czy ostatni dzwonek by zabawić się kulturą?

Liceum – pierwszy czy ostatni dzwonek by zabawić się kulturą?

Błędem szkoły i nauczania jest traktowanie kultury jako czegoś, co wprowadza w poważny nastój. Funkcjonuje bezzasadne przekonanie o tym, że młodzi ludzie na pewno nie będą umieli na kulturę zareagować, zrozumieć jej, ani do niej się odnieść. Nie mówiąc o aktywnym w niej uczestnictwie.

Debata wokół raportu z badania „Licealiści a kultura – oceny, uczestnictwo, zapotrzebowanie” przeprowadzonego przez Fundację Teatrikon w latach 2012-2013. Raport dostępny jest na stronie Fundacji Teatrikon www.teatrikon.org.pl

W debacie udział biorą:

Michał Karapuda – Dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Miasta Lublin;

Katarzyna Pudło – koordynatorka programu „Wolontariusz Kultury”, przedstawicielka Pracowni Rozwoju Kompetencji Kadr Kultury Warsztatów Kultury w Lublinie;

Agnieszka Lewandowska – nauczycielka I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Lublinie;

Aleksandra Kołtun – członek Rady Fundacji Teatrikon, socjolog, koordynator badania „Licealiści a kultura – oceny, uczestnictwo, zapotrzebowanie”. 

Liceum – teraz albo nigdy!

Michał Karapuda: Takie badania, jak to wokół którego debatujemy, pozwalają dostrzeć, gdzie w swojej pracy w kulturze czy oświacie popełniamy błędy. Mam wrażenie, że przestaliśmy doceniać rolę szkoły jako miejsca, gdzie właściwie kształtuje się przyszły dorosły. W liceum sobie myślimy: „a co mi tam szkoła, jestem panem samego siebie, zdam maturę, pójdę na studia i dopiero tam się wszystkiego nauczę, tam się zacznie życie!”. Nieprawda. Zapomnijcie o tym. Szkoła ponadgimnazjalna to jest właśnie to miejsce, gdzie w burzliwym procesie dojrzewania kształtuje się człowiek. I to właśnie przed maturą. Przecież matura to egzamin dojrzałości, więc wróćmy do dawnego rozumienia – po maturze jest się już dorosłym. Liceum to ten moment, kiedy albo człowiek jest już na tyle ukształtowany, że może wejść w dorosłość, albo niewiele się da już zrobić. Zapomnijcie o tym, że pójdziecie na studia i dopiero tam świat się przed wami otworzy. Mam takie wrażenie, że później cała reszta, która się wydarza, na studiach i w pierwszej pracy, jest bardzo czytelną konsekwencją tych działań, które podejmujemy dużo wcześniej.

Agnieszka Lewandowska: Moim zdaniem należy upowszechnić ten raport w szkołach. Myślę tak z jednej strony, bo reprezentuję perspektywę szkoły – jestem nauczycielem, czuję się elementem pewnego wypracowanego systemu, z drugiej zaś próbuję z nim walczyć, bo nie zgadzam się z tym, że współczesna szkoła ma zadanie nauczyć „pod maturę”. Wszystko jest mierzone, potrzeba konkretnych efektów. Tego też od szkoły oczekują rodzice. A działania związane z kulturą są mierzone inną miarą, bo są traktowane, jako mniej istotne, ciężko od ręki sprawdzić ich wymierny efekt. Ja natomiast myślę, że warto różnymi działaniami atakować uczniów, bo nigdy nie wiadomo, która metoda zadziała. A może kilka jednocześnie zadecyduje o jakimś efekcie?

Kornelia Jaroć, licealistka: Jestem w klasie z maturą międzynarodową, która w swoim założeniu ma pomagać aktywizacji. Mamy program Creativity Action Service, który każe przeznaczyć sto pięćdziesiąt godzin w ciągu dwóch lat na rozwój trzech obszarów: kreatywności, aktywności fizycznej i działalności społecznej – po pięćdziesiąt godzin na każdą działkę. Mamy więc gotowe struktury, które nakazują aktywność, ale zostawiają też sporo wolności – sami wybieramy, co w ramach tych obszarów będziemy robić. W tym układzie i nauczyciel i uczeń czują się odpowiedzialni i wiedzą, że warto się angażować i jest na to najwyższa pora. W polskiej szkole to nieważne, kim uczeń jest poza szkołą. Dlatego też pomiędzy tymi wszystkimi stwierdzeniami, że warto i że się powinno, chciałam zapytać jakie są konkretne rozwiązania? Na ile szkoła powinna otwierać się na organizacje pozarządowe czy inne podmioty, a na ile powinna działać tylko w swoich własnych strukturach?

Agnieszka Lewandowska: Dużo zależy od odpowiednich osób na odpowiednim miejscu – nauczycieli, którzy lubią swoich uczniów i wchodzą z nimi w relacje. Wiadomo, że w szkole nie zrobimy wszystkiego, bo nie jesteśmy fachowcami od wszystkiego, prawda? Nie zrobię z uczniami profesjonalnego filmu, bo nie umiem, ale dysponuję kontaktami do osób, które to potrafią, wiem dokąd mogą się zwrócić z takimi ambicjami. Przez taki łańcuszek informacji uczniowie docierają do inspirujących osób i robią niesamowite rzeczy, o których czasem wie tylko niewiele osób w szkole. Często są znani we własnych lokalnych środowiskach, a nie są zupełnie promowani przez szkołę. I to jest właśnie efekt tego systemu edukacji: wyliczanie godzin i stawianie celów edukacyjnych. A działań kulturalnych nie rozpatruje się w aspekcie edukacyjnym. Należałoby zmienić myślenie i zacząć od własnego ogródka – od samego siebie i zarażać tym myśleniem: szkoła to nie miejsce, gdzie uczeń ma odbębnić określoną liczbę godzin, na których się przenudzi i jakoś przeżyje do dzwonka. Ma być przyjazna, stanowić miejsce otwarte dla niego także w czasie pozalekcyjnym.

Nasza szkoła  [I Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Staszica w Lublinie] jest otwarta na wszelkie inicjatywy, nawet najbardziej szalone. Jeżeli uczniowie będą się czuli częścią społeczności, co daje przeświadczenie, że współtworzą szkolny swiat, ktoś słucha ich głosu, ktoś się liczy z ich zdaniem, to przełamią swój opór – wizję szkoły jako miejsca nudy i przymusowych lekcji. Okazuje się, że naprawdę nie trzeba ich do aktywego działania namawiać. Ostatnimi laty w naszej szkole bardzo modne są wszelkiego typu „noce”, na przykład Noc Przedsiębiorczości – uczniowe włączają radio i słuchają wykładów o biznesie przez całą noc czy Noc Staszica – na wzór Nocy Kultury, podczas której w całej szkole symultanicznie odbywa się kilkadziesiąt wydarzeń artystycznych. Kilka lat temu zrobiłam swoją pierwszą „noc”, przy okazji Roku Słowackiego, który, jak wiadomo, wielkim poetą był i zwykle tyle on znaczy dla uczniów. By oswoić jego i jego poezję z jedną z klas zrobiliśmy dwudziestoczterogodzinną, z zegarkiem w ręku, lekcję poświęconą Słowackiemu. Najbardziej zapamiętałam podchody o północy ze świecami w ręku w zupełnie wyciemnonej szkole. Uczniowie wykonywali swoje zadania, a ja patrzyłam na nich oniemiała i myślałam: „Boże, ja ich w ogóle nie znałam. To są zupełnie inni ludzie”.

Często przychodzą do mnie różni uczniowie i mówią: „Sorko, ja to pomysłów nie mam, ale zgłaszam się do pomocy!” i od tego się zaczyna. Być może za dwa lata ta osoba coś w sobie przełamie, dojrzeje i już sama coś zainicjuje. Dlatego też wydaje mi się ważne to, by coś uczniom proponować, dawać możliwości. Wiadomo, że raz ktoś przyjdzie po to, aby zobaczyć i się ponudzić, ale następnym razem może stwierdzić, że to nie takie głupie. W polskiej szkole rola kultury jest niedoceniana, a jeśli już kultura funkcjonuje to w formach, które odstraszają uczniów, jak ogólnoszkolne wyjście do kina. Ono samo w sobie nie jest złe, ale ważne, żeby się z czymś wiązało; po filmie mogłaby się na przykład odbyć dyskusja. To można zrealizować, wystarczy mieć pomysł.

Michał Karapuda: Przywołam anegdotę o tym, jak nie zostałem gwiazdą rock’n’rolla. W drugiej klasie liceum dowiedzieliśmy się, że jest w naszej szkole sala prób muzycznych, przerobiona przez sprzątaczki na magazynek. Z kolegami postanowiliśmy, że założymy zespół. W sumie odbyły się dwie próby – na pierwszej zaczynaliśmy i wybieraliśmy nazwę. Stanęło na „Madison Square Garden”. Na drugiej próbie zakończyliśmy działalność, bo okazało się, że nikt z nas nie umie grać na żadnym instrumencie. Gdyby znalazł się wówczas jakiś nauczyciel muzyki, który potrafiłby tę naszą wielką pasję do muzyki przekuć w konkretne działania, sprawić żebyśmy jednak sięgnęli po te instrumenty i chociaż spróbowali, to być może miałbym teraz troszkę ciekawsze życie. A tak, muszę pracować w urzędzie! Ta humorystyczna opowieść pokazuje, że nasze kariery mogą być zależne od tego, jakich nauczycieli spotkamy w życiu, albo kto gdzieś na etapie szkoły wyciągnął do nas pomocną dłoń. Ta pomocna dłoń to odpowiedzialność nie tylko szkół, ale i instytucji kultury, organizacji działających w obszarze kultury. Jest chyba ciągle za mało takich dobrych dyrektorów, dobrych nauczycieli, dobrych organizacji, które wyciagają do młodych ludzi rękę i potrafią ich wciągać w kolejne wydarzenia. Nie tylko zaprosić na gotową Noc Kultury, ale również dać im szansę, by pasje, których mają naprawdę mnóstwo, rozwijać. Tworzyć jak najwięcej przyjaznych relacji, które na zasadzie interfejsu łączą i pozwalają na mądre ulokowanie zainteresowań i potencjału.

„Opór filharmonii”

Katarzyna Pudło: Miałam kiedyś okazję prowadzić lekcje o kulturze w szkole. Uważam, że to bardzo niewykorzystany obszar, gdzie można dużo wypracować. Zdaję sobie sprawę, że jest to tylko jedna godzina zajęć tygodniowo i tylko w pierwszej klasie liceum. Wiem też, że tematy, które są poruszane na tych lekcjach są często kontynuacją, uzupełnieniem zajęć z języka polskiego czy przyśpieszonym kursem historii sztuki. Patrząc z innej strony – może wystarczyć piętnaście minut na początku takiej lekcji, które będą czasem tylko dla uczniów. Wtedy będą mogli opowiedzieć, co ich interesuje, podzielić się swomi pasjami z resztą klasy. U mnie na zajęciach takie działanie kończyło się tym, że uczniowie sami inicjowali dyskusję pytaniem: „Sorko, a czym właściwie jest sztuka?”. Od takiego pytania dochodziliśmy do burzy mózgów na temat ich potrzegania kultury.  Okazuje się, że uczniowie potrafią zadawać tego typu pytania i szukać na nie odpowiedzi. Czasem bali się opowiedzieć o tym, że interesują się mangą i anime, bo myśleli, że to nie jest prawdziwa sztuka.

Agnieszka Lewandowska: Myślę, że ważnym problemem jest sposób mówienia o kulturze. Zauważamy „opór filharmonii”, ale z drugiej strony znam takie przykłady, kiedy uczniowie wychodzą z niej zaskoczeni, że tam może być tak „fajnie”, a teatr jest „wow”. Mam przed oczami taki obrazek – na język polski przychodzi do mnie uczeń po dziesięciu godzinach matematyki i czterech fizyki tygodniowo i trafia w zupełnie inną sferę, gdzie pojawia się słowo pisane, literatura. I blokuje się na wejściu. W klasie z maturą międzynarodową wybraliśmy do omówienia „Sto lat samotności” Marqueza, czyli lekturę nie najłatwiejszą, a usłyszałam komentarze: „sorko, ja to przeczytałem i to jest takie fajne, że jestem teraz ciekawy o czym to jest”. Myślę, że błędem szkoły i nauczycieli jest traktowanie kultury jako czegoś, co już na wstępie wprowadza w poważny nastój, a co za tym idzie – przeraża. Po obu stronach, wśród uczniów i nauczycieli, funkcjonuje przekonanie, że uczniowie na pewno nie będą umieli na kulturę zareagować, zrozumieć jej, ani do niej się odnieść. A kultura jest przecież taka szeroka – istnieje poza filharmonią, teatrem i kinem. Warto dawać uczniom możliwość mówienia o swoich zainteresowaniach i środowiskach w których funkcjonują poza szkołą, pokazania swojej barwnej osobowości w szkole. Druga rzecz to uczenie ich wyrażania swoich opinii o kulturze, bowiem często mają barierę słowa. Widać, że coś w nich jest, jakieś zmiany na twarzy, ale nie potrafią zdefiniować tego, co się w nich zadziało podczas spektaklu, który właśnie oglądali. W tym przypadku szkoła niejednokrotnie zawodzi, bo nie chodzi o nauczenie terminologii związanej z kinem, teatrem, ale o werbalizację emocji, ocenianie, wartościowanie.

Kultura osobna

Aleksandra Kołtun: Nie chciałabym aby i z raportu i z naszej rozmowy wynikało, że obraz licealistów jest jednoznacznie negatywny. Tak zdecydowanie nie jest. Raczej trafnym wnioskiem byłoby, że licealiści po prostu stanowią inną kulturę, po prostu czego innego potrzebują i nie należy ich łatwo kategoryzować – nieinteligentni, nieprzygotowani. Należy natomiast traktować ich jako osobną, charakterystyczną grupę i starać się ją poznać – badać, pytać, rozmawiać, spisywać, strukturyzować, krytykować, konsultować, pytać nauczycieli. To ważne – pytać nauczycieli! Nasze badanie ma jedną bardzo zasadniczą wadę: nie ma w nim nauczycieli, a teraz uważam że ich zdanie to kwestia kluczowa. Brak głosu nauczyciela oznacza odcięcie się od tego, z czym zmaga się on na codzień: sterty papierów, podstawa programowa, rozporządzenia Ministerstwa Edukacji, pensum, zwolnienia i tym podobnych spraw. A przecież, żeby inspirował, wchodził w relacje z uczniem, razem z nim kreował kulturę – musi mieć czas.

Agnieszka Lewandowska: Ważny jest czas nauczyciela, ale też postawa dyrekcji, traktowanie szkoły nie jak zamkniętej instytucji, która ma program do zrealizowania i skupiona na jego realizacji istnieje sama sobie. Szkoła to część większej całości, dlatego ważne są kontakty pomiędzy nią a innymi podmiotami. Efektem takich kontaktów jest rozprzestrzeniona w szkole informacja o tym, co dzieje się w mieście, nadanie szerszego kontekstu działaniom uczniów, pokazanie ogromu możliwości. Uczniom często właśnie takiej wiedzy brakuje i to blokuje ich w działaniu.

Kultura? A gdzie ja ją znajdę?

Aleksandra Kołtun: Na rozwiązanie problemu niedoinformowania jest bardzo prosta recepta, choć oczywiście wymaga ona pewnych nakładów pracy i pieniędzy. To przede wszystkim promocja wydarzeń na portalu kultura.lublin.eu. Wystarczyłoby zrobić wlepki albo plakaty z hasłami: „szukasz miesca na weekend?”, „szukasz miejsca na wieczór?”, „niestandardowe pomysły na randkę?”, „chcesz pójść z kumplami w jakieś nowe miejsce?” – zajrzyj na naszą stronę. To jest świetny portal, a z naszych rozmów z licealistami wynika, że zupełnie im nieznany. Druga ważna rzecz to zwiększenie nakładów Lubelskiego Informatora Kulturalnego ZOOM albo umieszczenie go w formacie pdf w internecie czy w wersji na komórkę.

Katarzyna Pudło: Licealiści nie znajdują tego, co ich zajmuje, bo może źle definiują kulturę? Są niejako zrośnięci ze stereotypowym postrzeganiem kultury przez duże „K”.  W tym roku widziałam na Heineken Opener Festival spektakle teatralne, które prezentowane były w zupełnie nieteatralnej przestrzeni – wielkim hangarze. Widownię stanowiła młodzież w hipsterskich ciuchach, w wieku dwadzieścia – trzydzieści lat. I na interaktywnym spektaklu z Wrocławia, który aż prosił się o udział publiczności – taniec, klaskanie, śpiewanie z aktorami – wyrosła ogromna ściana, która podzieliła przestrzeń na scenę i widownię. Przez cały spektakl nie udało jej się przełamać. Taki problem aktywnego uczestnictwa w tym, co już jest, nie tylko kreowania czegoś na nowo to problem stary, z którym borykają się organizatorzy wielu wydarzeń.

Michał Karapuda: Badania, o których dyskutujemy idealnie formułują pytania, z którymi sam budzę się co rano i wracam co wieczór z pracy. Pytania, które pozostają bez odpowiedzi. Co to jest kultura? Po co jest kultura? Dla kogo jest kultura? To są takie kwestie, na które rozwiązanie każdy człowiek w toku swojego życia w społeczeństwie musi sam znaleźć rozwiązanie.

Oceniam współpracę i współodpowiedzialność miasta i miejskich instytucji całkiem dobrze. Lublin wydaje co roku na działania w sferze kultury około czterdziestu milionów złotych, nie biorąc pod uwagę inwestycji, wynoszących około pięciuset milionów złotych. Jest to największa pozycja w budżecie miasta. Aktualnie remontowane są biblioteki, przed chwilą oddaliśmy do użytku Centrum Kultury, chwilę wcześniej Teatr Stary. Dzięki tym remontom pokazujemy, że instytucja kultury to nie musi być jakiś stary, odrapany budynek. To może być miejsce, do którego fajnie przyjść. Kawiarnia w Centrum Kultury to miejsce, które ma zachęcać, by przyjść, usiąść, wypić kawę, przy okazji najpierw zobaczyć afisz, potem może wybrać się na spektakl. W tej chwili nie ma właściwie takiej dobrej instytucji kultury, pełniącej rolę miejsca, do którego po prostu fajnie by się przychodziło, by posiedzieć, spotkać się. W mieście mamy rozbudowany program wolontariacki – prawie każdy festiwal ma swoje grono wolontariuszy, każda instytucja kulturalna korzysta z ich pomocy. Badania pokazują co innego – nie wiadomo, jak do licealisty dotrzeć. Czy te informacje, które my przygotowujemy, newslettery, plakaty czy inne formy reklamy nie działają? To też należałoby zbadać. Pojawienie się tej otchłani pomiędzy ogromną ofertą, która jest w mieście a oczekiwaniami licealistów, to coś z czego sobie wszyscy zdajemy sprawę. Takie badania pokazują nam jak zbudować relacje, znaleźć drogę najlepszego dostępu do tych aktywności, które młodzi chcieliby podejmować.

Moja strefa komfortu 

Katarzyna Pudło: Z prezentowanych badań wynika, że dla odbiorców kultury bardzo ważny jest tak zwany obszar komfortu. Lubimy miejsca, w których już byliśmy, cenimy to, co znane, nie boimy się tego, co przewidywalne. Trochę w tym racji, bo o ile łatwo jest obytemu widzowi, będącemu w środku tego świata, studentowi historii sztuki czy dziennikarzowi wejść bez skrępowania na wystawę, to człowiek „z zewnątrz”, gdy wchodzi na wystawę – jest przerażony. Mówią o tym wszyscy kuratorzy, którzy czuwają nad ekspozycjami. Taki odbiorca się chyli, kuli i sprawdza czy zaraz ktoś na niego nie wyskoczy z pytaniem, co myśli o pezentowanej sztuce. Taka bariera może też pojawić się fizycznie – jeśli przed instytucją kultury jest brama, zamknięte wejście, domofon – to jest coś często nie do pokonania, szczególnie przez młodych ludzi. Dlatego otwartość możemy rozumieć metaforycznie, ale też zupełnie dosłownie – by można było wejść bez trudu.

Michał Karapuda: Ludzie, którzy potrafią wychodzić poza swoją strefę komfortu, osiągają w życiu sukces. To może mieć związek z tym, że mają rodziców, którzy ich wyciągają do filharmonii, a może być związane z tym, że mają świetnych znajomych czy przyjaciół, którzy takie wyjścia inicjują. A może ci młodzi ludzie sami w sobie znajdują taką potrzebę i szukają w życiu nowych wyzwań. Często czują, że powinni zmieniać rzeczywistość wokół siebie. To tak jak z nauką języków – jak się nie zacznie uczyć jezyka przed dziesiątym rokiem życia, jak pokazują badania psychologiczne czy lingwistyczne, to później ten język będzie już czymś dodatkowym, naddanym, nie będzie naturalną zdolnością. Podobnie jest z potrzebą uczestnictwa w kulturze i nauką z niej korzystania.

Lider potrzebny od zaraz!

Katarzyna Pudło: Liderzy, którzy pracują z nami (w programach wolontariackich) co jakiś czas przyprowadzają do nas nowe osoby, swoich znajomych. Opowiadają im, jak fajnie jest się angażować w wolontariat kulturalny i że dzięki temu można wejść na koncert ulubionego zespołu za darmo, albo podejrzeć jak się produkuje festiwal teatralny. Nowe osoby przychodzą, nie dlatego, że o nas gdzieś przeczytały, tylko dlatego, że ktoś im to opowiedział. I po pierwszym spotkaniu (które trwa pół godziny, a czasem nawet piętnaście minut) – wzajemnym poznaniu możliwości i oczekiwań młody człowiek potrafi mi powiedzieć „Mój Boże! Zmarnowałem dwa lata swojego życia, bo nie wiedziałem, co wspaniałego mogłem robić przez ten czas!” Licealiści przekazują sobie wieści z ust do ust i tak komunikat dociera najlepiej. Liderzy to takie „łączniki” między instytucją, szkołą i pozostałymi uczniami. Są najlepsi jeśli chodzi o werbowanie nowych ludzi i uczenie ich, że można po prostu fajnie bawić się kulturą. 

Michał Karapuda: Dzisiejsi licealiści za kilka lat będą odpowiadali za to, jak będzie wyglądała rzeczywistość. Sam też jestem młodym człowiekiem i zauważam, że właściwie w tej chwili kultura jest zarządzana przez bardzo młodych ludzi. To pokazuje jak duża odpowiedzialność ciąży na młodzieży, na licealistach, którzy już za kilka lat dostaną odpowiedzialność za świat we własne ręce. Brak liderów z jednej strony, a z drugiej ciągle podkreślana ich rola pokazuje, że może my gdzieś popełniamy błąd, nie potrafimy ich wykreować? Pochodzę z małego miasteczka, z Krasnegostawu, w moim liceum uczyło się około stu siedemdziesięciu osób, a wśród nich było kilknanaście takich, które były wszędzie i robiły wszystko. Niezależnie od tego czy to wyjazd na zawody w koszykówkę czy do  Warszawy na spektakl. Ich aktywność nie miała nic wspólnego z ocenami, były tam osoby z piątkami i szóstkami na świadectwie, ale też takie, które ledwo zdały maturę. Kiedy dziś wracam w rodzinne strony okazuje się, że właśnie grupa liderów z tego niewielkiego środowiska dzisiaj zajmuje wpływowe pozycje – są prezesami, właścicielami dużych firm, kancelarii prawniczych. A cała reszta? Nie wiem.

Aleksandra Kołtun: Osoby, które na poziomie liceum angażują sie w działalność wolontariacką czują się bardzo związane ze swoim miastem. Może warto to wykorzystać w planowaniu długofalowej polityki miasta? Sama widzę, że studenci to głównie osoby spoza Lublina, z małych miejscowości i miasteczek w województwie. Najlepsi licealiści z Lublina natychmiast wyjeżdżają z uwagi na słaby poziom uczelni, które w rankingach szkół wyższych figurują nisko. Nam udało się zatrzymać w Teatrikonie jedną licealistkę, która została w Lublinie, mimo że zastanawiała się nad tym, czy nie wyjechać do innego miasta. Dla nas to było święto i informacja – została, będzie czynić dobro w tym mieście. 

Michał Karapuda: Może młodzieży dzisiaj brakuje cierpliwości w tym świecie skrótów, smsów, lajków, tweetów? Cierpliwości takiej, żeby sobie zaplanować coś na tydzień, a czasami na kilka czy kilkanaście lat i później konsekwentnie to realizować. Tak jest przecież w wielu programach i projektach, oferowanych np. przez Fundację Teatrikon czy Warsztaty Kultury – mam tu na myśli długofalowe szkolenia i działania wolontariackie między innymi w programach, które powtarzały się w badaniu, jako najlepiej spełniające oczekiwania młodzieży – Wolontariuszu Kultury i Lokomotywach.

Ta debata jest kluczem do przygotowania się w Lublinie do pewnej odpowiedzialności wspólnej kultury i oświaty. Duża jest tu rola szkół, ale też instytucji publicznych i samorządu, który reprezentuję, a który tę pracę organizuje, by stwarzać możliwości dyskusji, wspierać i inicjować podobne badania. One są pierwszym krokiem – pokazują braki i w jaki sposób można działać, by te braki niwelować. Teraz możemy podjąć bardzo konkretne działania, które w perspektywnie nie tygodniowej, nawet pewnie nie miesięcznej, ale kilkuletniej będą dawały konkretne rezultaty.

Redakcja: Katarzyna Krzywicka, współpraca: Agata Sztorc