Strona główna/Młodzież do sztandarów – rozmowa o raporcie „Licealiści a kultura”

Młodzież do sztandarów – rozmowa o raporcie „Licealiści a kultura”

„Licealiści a kultura – oceny, uczestnictwo, zapotrzebowanie” to badanie przeprowadzone przez Fundację Teatrikon w latach 2012-2013, raport z niego dostępny jest na stronie www.teatrikon.org.pl.

Z Aleksandrą Kołtun, koordynatorką badania, socjologiem, członkiem Rady Fundacji Teatrikon rozmawia Katarzyna Piwońska. 

Katarzyna Piwońska: Dlaczego Fundacja Teatrikon zdecydowała się przygotować raport dotyczący związków licealistów z kulturą – uczestnictwa, zapotrzebowania, ocen?

Aleksandra Kołtun: Nasza fundacja realizuje coraz większe projekty – jednym z ich najważniejszych odbiorców są licealiści. Pojawiła się więc potrzeba ustrukturyzowania wiedzy o tym, jak wygląda ich sytuacja i czego od nas oczekują. Brakuje naukowych opracowań mówiących o uczestnictwie młodzieży licealnej w praktykach kulturalnych. Dostępne są jedynie dane statystyczne, z których można wyciągnąć wyłącznie powierzchowne wnioski. Nie chodziło nam jednak o to, żeby w pełni dopasowywać nasze projekty do tego, czego chcą licealiści. Przede wszystkim chcieliśmy rozpoznać ich sposób myślenia o kulturze, oczekiwania wobec niej, sprawdzić jak w ogóle się poruszają na „kulturalnym terenie”.

Uczestnikami badania byli uczniowie lubelskich liceów – a więc z miasta, na terenie którego realizujecie większość swoich projektów.

Tak. Nie braliśmy pod uwagę uczniów techników czy liceów profilowanych – jedynie osoby uczęszczające do liceów ogólnokształcących. Po pierwsze: głównie do uczniów ogólniaków nasza fundacja kieruje obecnie swoją ofertę. Po drugie: wpłynęły na to względy organizacyjne – włączenie szkół o innym typie nauczania skomplikowałoby prace badawcze. Ale warto pomyśleć o tych placówkach w przyszłości.

Kto wszedł w skład zespołu badawczego, kim była ta grupa i jak funkcjonowała w trakcie badań?

Zespół badawczy miał swój stały pięcioosobowy rdzeń, a część składu była zmienna. Okresowo dołączały do nas osoby, które dowiadywały się, że prowadzimy takie badanie i jednocześnie pokazujemy mniej więcej, jak to robić. W szczytowej fazie było nas dziesięcioro. W zespole znaleźli się zarówno doktoranci z nauk społecznych, jak i studenci tych kierunków oraz sami licealiści. Praca odbywała się w ramach wolontariatu.

Samo badanie było zatem formą praktycznej nauki dla części zespołu.

Działania Teatrikonu zawsze opierają się na nieformalnych metodach animacji – chcieliśmy w ten sam sposób zorganizować badania. Pierwsze spotkania dotyczyły teorii: podstaw metodologii jakościowych, sposobów oglądu rzeczywistości – czasem były wręcz filozofujące. Wychodząc od literatury akademickiej, rozmawialiśmy o różnych kwestiach. Licealiści poznali bardzo abstrakcyjne, teoretyczne spojrzenie, ale jednocześnie odbiegające od pewnego stereotypu, który mogą znać ze szkoły. Mówię o badaniach odbywających się na zasadzie: ktoś przychodzi na lekcję z ankietką, która jest źle skonstruowana, nic nie mówi o świecie i tak naprawdę uczeń ma poczucie, że nie powiedział tego, co mógł i chciał. U nas nagle dowiedzieli się, że można wyjść do ludzi, zadawać im otwarte pytania, stawiać się w roli tych, którzy nie wiedzą. Takiego badacza można nazwać „etnograficznym głupkiem”, bo nie staje na piedestale posiadacza wiedzy, którą należy sprawdzić, tylko stwierdza, że to badani opowiedzą mu wszystko o danym obszarze.

Myślę, że dla członków zespołu było to ciekawe doświadczenie. Okazali się bardzo bystrymi obserwatorami i inteligentnymi ludźmi. Na pewno masę rzeczy zrobiliśmy źle, ale nie ulega wątpliwości, że pierwsze szlify już zdobyli i to na pewno pomoże im, jeśli chcieliby wiązać swoją przyszłość z naukami społecznymi. Choćby z tego względu, że to dziedziny, o których mają mgliste wyobrażenie – wielu licealistów nawet nie wie, czym zajmują się socjologia czy politologia.

Skoro dla licealistów to często nieznany teren, to skąd się wzięli w waszym zespole?

Fundacji najłatwiej dotrzeć do licealistów, którzy już z nią współpracowali wcześniej w jakiś sposób. Choćby przez nieformalne rozmowy, w których mówimy: „przyjdźcie sprawdzić, czy was to zainteresuje”. Nie wywiesimy przecież w szkołach ogłoszeń typu: „Nabór do grupy badawczej prowadzącej jakościowe badanie społeczne” – bo nic by to nie mówiło.

Czy udało się ich zainteresować na tyle, żeby zostali na stałe?

Część osób tak. Chociaż działania wolontaryjne traktujemy w fundacji bardzo poważnie, nie jako zabawę, to równocześnie rozumiemy, że każdy ma studia, szkołę czy pracę zawodową i to priorytety – są okresy, w których trzeba się skupić wyłącznie na tym. Badanie trwało cały rok, więc część osób wyłączała się w niektórych okresach, na przykład z powodów takich jak sesja czy matury. W działaniach Teatrikonu musimy pamiętać, że dla licealistów pewne okresy sprzyjają większej aktywności pozaszkolnej, a pewne wymagają zupełnej koncentracji na nauce. Cieszy nas to, że członkowie naszego zespołu badawczego deklarują, że chcieliby tworzyć na stałe grupę, która przeprowadzałaby różnego rodzaju badania.

Czy badaniu przyświecał cel użytkowy – to znaczy rozpoznanie terenu, na którym chce działać wasza fundacja?

Najważniejsze były cele poznawcze, czyli dowiedzieć się kim są licealiści i na czym polegają ich praktyki kulturalne. Chcieliśmy zdobyć ogląd tego wycinka rzeczywistości z perspektywy badanych. Posłużyliśmy się metodami jakościowymi, ale nie zastosowaliśmy ich w sposób naukowy, bo nie byliśmy w stanie pilnować tego proceduralnie, a przede wszystkim nie było potrzebne, żebyśmy śledzili proces powstawania hipotez, czy ich modyfikacji. To badanie ma charakter eksploracyjny: chodzi w nim o nakreślenie terenu, podstawowych zjawisk i zachowań, które w nim zachodzą. Nie może to być traktowane, jak obiektywny twardy fakt, to po prostu coś, co zrekonstruowaliśmy. Badanie jest bardzo mocno wpisane w potrzeby naszej fundacji i trzeba pamiętać o tym, że stoi za nim określona wizja funkcjonowania kultury. Nie unikniemy tego i nie chcemy się tego wstydzić.

A jak ma według Teatrikonu działać kultura?

Wyrastamy ze środowiska, które traktuje kulturę przede wszystkim w aspekcie życia codziennego: jako coś, co może integrować ludzi, pokazywać nowe możliwości, ujawniać pewne treści dotyczące ludzi. Dla nas kultura przede wszystkim objawia się w działaniu, w pewnej praktyce społecznej, a nie w budynkach, określonych wydarzeniach i instytucjach. Ma więc wymiar animacyjny, społecznikowski – niektórym obcy. Ludzie często podchodzą do niej jako zjawiska, które zakłada pewien poziom kompetencji do odbioru i zamykają ją w ściśle określonych dziedzinach (muzyka poważna, malarstwo, literatura piękna), podczas gdy my za kulturę uznajemy nawet projekty o charakterze społecznym i edukacyjnym. Nasza wizja kultury bardzo mocno wiąże się z edukacją, ale nie na zasadzie niesienia kaganka oświaty, tylko nauki przez działanie.

W badaniu cytujecie wypowiedzi licealistów, które wskazują, że także oni wyodrębniają dwa rodzaje kultury. Rozróżniacie je stosując zapis wielką i małą literą k.

Licealiści bardzo dobrze umieli to rozpoznać. Pytaliśmy ich o to, jakby zdefiniowali kulturę. Definicji było tyle, ile osób – trudno było wyciągnąć z tego coś wspólnego. Szybko się jednak okazało, że wszystkie odpowiedzi można podzielić na dwie grupy. Jedne mówią o kulturze, która stawia oczekiwania, wymaga pewnego przygotowania i dostosowania się do warunków zewnętrznych. Licealiści mówili o niej przede wszystkim w kategoriach obcości, nawet egzotyki. Typem idealnym była tu dla nich filharmonia. Trzeba tam być na określoną godzinę – to już jest problem – i spełnić podstawowe wymagania dotyczące stroju. Trzeba zająć określone miejsce i mieć bilet. Nie można gadać – a licealiści podkreślali, że muszą na bieżąco komentować i konfrontować ze znajomymi to, co odbierają. Po to z nimi idą, żeby mieć kontakt. Nie chcą czekać, aż koncert dobiegnie końca. Oni bardziej postrzegają uczestnictwo w kulturze w kategoriach społecznych niż w kategoriach jakiegoś katharsis, wewnętrznego przeżycia.

Czyli nie podchodzą do kultury jednostkowo: staję sam na sam z dziełem i konfrontuję się z nim, tylko odbieram je poprzez filtr grupy rówieśniczej.

Tak. Dla nich kultura jest sposobem spędzania czasu. Grupa rówieśnicza stanowi punkt odniesienia i kultura, o której piszemy używając małej litery uwzględnia ten aspekt: to są wszystkie formy towarzyszące spędzaniu czasu w gronie znajomych, ale równolegle wiążą się z tworzeniem czegoś. Idealnie, jeśli polegają na kreowaniu czegoś we własnej grupie. Tam sami stawiają granice i dzięki temu czują się dobrze. Jeżeli natomiast chodzi o wydarzenia zewnętrzne, nie tworzone przez nich, to szczególnie często przywoływali na przykład Noc Kultury czy Carnaval Sztuk-Mistrzów, które odbywają się na zasadzie: możesz przyjść, kiedy chcesz i wyjść, jeśli coś ci nie odpowiada, żeby poszukać czegoś innego. Takie „dla każdego coś dobrego”.

Noc Kultury jest trochę takim supermarketem, w którym można sięgać na różne półki z wydarzeniami i odłożyć natychmiast, jeśli się nie spodobają, a potem szukać dalej czegoś innego.

Nawet przemieszczanie się od jednego do drugiego wydarzenia jest formą uczestnictwa. Natomiast często ludzie przechodzą przez Noc Kultury bez świadomości, ile mają do wyboru. Najgorszym wariantem jest pojawienie się na tym wydarzeniu tylko po to, żeby pić piwo na rogu, dlatego, że coś się dzieje, jest dużo ludzi i łatwiej robić pewne rzeczy bezkarnie. Więc postawa polegająca na przebieraniu w wydarzeniach wcale nie stanowi najgorszej.

Zastanawiałam się, czy dla licealistów Noc Kultury funkcjonuje jako wydarzenie, które pozwala im zetknąć się z tym, co dzieje się w mieście, jako taki przegląd oferty Lublina, dzięki któremu mogą zetknąć się z czymś nowym, odkryć to dla siebie i kontynuować to zainteresowanie. Szukają dalej już na własną rękę w danej dziedzinie – na przykład oglądają spektakl taneczny, a potem sami sprawdzają, co dzieje się w Lublinie w tym nurcie teatru.

Nigdy to nie wybrzmiało w wywiadach. Muszę jednak zaznaczyć, że nie pytaliśmy o konkretne wydarzenia, bo nie to było naszym celem. Imprezy, o których mowa w raporcie, to spontaniczne wskazania licealistów.

Z badania wynika, że rolę, o której tu wspominasz może pełnić lider – człowiek z ich grona, który już gdzieś był, widział to, oni mu ufają. Licealiści potrzebują pośrednika, żeby dotrzeć do nowych dla siebie miejsc, zjawisk czy wydarzeń. Może to być nauczyciel, rodzic, kolega. Lider jest osobą działającą na zasadzie tworzenia zachęt – pokazywania jasnych stron aktywności. Często wystarczy prosta podpowiedź, w stylu: „Nie wiesz, gdzie pójść ze znajomymi, pójdź tu”, „Nie masz ochoty spędzać wieczoru na browarze, sprawdź to” i ludzie odkrywają dla siebie nowe terytoria.

Czyli to najbliższe otoczenie, a zwłaszcza grupa rówieśnicza stanowi dla nich najważniejszy punkt odniesienia.

Tak. Być może wydarzenie takie jak Noc Kultury może spełniać podobną funkcję, bo pozwala im postawić pierwszy bezpieczny krok. Jeśli okaże się, że nie trafiłeś, możesz się wycofać.

Tu dotknęłaś sprawy, która mnie trochę zaskoczyła podczas lektury raportu – wynikało z niego, jakby uczestnictwo w kulturze w odczuciu licealistów wiązało się z pewnego rodzaju zagrożeniem. Kultura może być czymś, co pozbawia ich komfortu i oni się tego obawiają.

Faktycznie pojawiały się takie głosy. Licealiści mówili na przykład, że podczas wydarzeń często czują się niechciani przez innych uczestników. Czują się przede wszystkim niekomfortowo z tego względu, że ludzie zwracają uwagę na ich młody wiek, a za tym idzie sugestia, że nie mają kompetencji, żeby interpretować pewne konteksty kulturowe. Inna sprawa z tym związana odnosi się do zamkniętych środowisk: są takie rodzaje wydarzeń, na których zawsze pojawia się to samo towarzystwo, w którym wszyscy się świetnie znają, bawią. Ludzie spoza tego grona (także dorośli) natychmiast wyczuwają, że jest to sytuacja dosyć domknięta.

Licealistom przeszkadza to, że się gubią, nie wiedzą, jaka jest treść wydarzenia – nie chodzi o to, żeby organizator zdradzał puentę, ale określił, na czym będzie ono polegać. Organizatorzy często słabo opisują swoje wydarzenia, brakuje podstawowych informacji: gdzie można kupić bilety, w jakiej cenie, ile coś trwa… Zbudowanie prostej wersji mobilnego serwisu sprzedaży biletów, to inwestycja, która na pewno się zwróci.

Jeżeli chodzi o zagrożenia, – ku naszemu zdziwieniu – pojawiały się kwestie braku bezpieczeństwa podczas wydarzeń. Myśleliśmy, że tylko rodzice martwią się o to, czy bezpiecznie jest wypuszczać dziecko na pewnego typu wydarzenia. Tymczasem licealiści sami obawiają się, do czego może doprowadzić przebywanie wśród pijanego tłumu (mówili nawet „pijackiej hołoty”).

Bezpieczeństwo w sensie własnego komfortu ma duże znaczenie. Począwszy od komfortu fizycznego: „kończę lekcję, mieszkam daleko (lub pod Lublinem) i co tu robić do tej 18 czy 19, kiedy jest wydarzenie”? Ci uczniowie nie mają się gdzie podziać i to jest tak oczywiste stwierdzenie, że aż straszne. To wyjaśnia, w jaki sposób licealiści trafiają do centrum handlowego. W bibliotece trzeba być cicho, czasami są komputery, ale generalnie biblioteki są dość hermetycznymi miejscami. Zostają więc knajpy, w których jednak trzeba za coś zapłacić, i centra handlowe, gdzie można pójść, posiedzieć, pochodzić w cieple, bezpieczeństwie, nie leje się na głowę, można gdzieś usiąść, pogadać. Brakuje miejsc, które stanowiłyby alternatywę. Nie chcę powiedzieć świetlic, ale brakuje miejsc przejściowych.

Brakuje czegoś na wzór BUW-u [Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego].

Dokładnie. Nie ma miejsca, w którym jest dostęp do czegoś uznanego za kulturę wyższą, w otoczeniu, które wymusza dostosowanie się do pewnych reguł, ale pozostawia dużo swobody. I jednocześnie jest nowoczesne, więc i w ten sposób atrakcyjne.

Bo BUW działa też na zasadzie prestiżu. To jest miejsce, w którym dobrze się pokazać.

Ma to także walor lansu. Pytanie, czy taki BUW mógłby w Lublinie powstać? To by pozytywnie zadziałało także na grupę studentów. Chodzi o odpowiednie zakreślenie warunków brzegowych. W bibliotece UMCS jest strasznie sztywno, trzeba być cicho, wszyscy muszą siedzieć na widoku. To nie może wywoływać fajnych skojarzeń.

Trzeba realizować schemat zachowania, który jest dla obu stron niekomfortowy. BUW wychodzi naprzeciw nie tylko potrzebom edukacyjnym, ale i towarzyskim, nawet usługowym. Można zjeść, odpocząć na trawie w ogrodzie, oczywiście poczytać, ale i kupić książki, a nawet ubrania. W jednym miejscu realizuje się wiele potrzeb.

Tak, nasze lokalne biblioteki nie kojarzą się ze spędzaniem czasu w inny sposób, niż ściśle związany z ich przeznaczeniem. Wyobrażam sobie, że kupuję gazetę na mieście i idę ją czytać w BUW-ie, ale nie w bibliotece jakiejś lubelskiej uczelni.

Brak takiego miejsca przejściowego wiąże się z utrudnieniami dla tych, którzy chcą brać udział w różnych praktykach kulturalnych. Podczas lektury raportu rzuciło mi się w oczy, że licealiści traktują kulturę jako pewien rodzaj wysiłku. Dlatego, jak mówi jedna z osób łatwiej jest pójść do KFC. Samo zestawienie wypadu do KFC i wyjścia do teatru było dla mnie znamienne.

Myślę, że nie tylko licealiści wybiorą fast food zamiast teatru – przeciętny człowiek zrobi podobnie. Bo może z niego wyjść w dowolnym momencie, ma przystanek autobusowy, który obserwuje z okna – nie da się zaprzeczyć, że to wygodniejsze.

Czy kultura wiąże się z wysiłkiem? Pewnie trochę tak. Ci licealiści, którzy już coś robią w obszarze kultury, właściwie pomijają początki swojej aktywności. Nie nazywają jej trudem. Natomiast ci pasywni utożsamiają kulturę z czymś, do czego się nigdy nie zbliżyli, albo czego im się po prostu nie chce robić. Ale to nie oznacza, że gdyby był do ich dyspozycji taki BUW, nie zyskaliby motywacji. To kwestia włożenia tych samych treści w odpowiednie opakowanie – bez uszczerbku dla zawartości.

Żyjemy w czasach, w których opakowanie pomaga sprzedać dowolną zawartość.

Nie chcę, żeby na sam koniec wyszło, że licealiści są strasznie leniwi i czekają, aż cały świat się dostosuje do ich potrzeb. Myślę, że gdybyśmy przepytali na podobny temat dorosłych Polaków, nie byłoby wielu różnic. Młodzi ludzie mają już bardzo sprecyzowane poglądy, obszary zainteresowań i nie muszą koniecznie stawiać na kulturę.

Zaczęłyśmy naszą rozmowę od skupienia się na negatywach, trudnościach. Niemniej jednak w raporcie nie brakuje i pozytywnych przejawów myślenia o kulturze. Choćby potrzeba przejmowania odpowiedzialności za szkolne wydarzenia kulturalne przez uczniów.

W tych wywiadach mocno zaznaczyło się rozróżnienie na szkołę i czas wolny. To, co spontanicznie nazywali kulturą, w ogóle nie dotyczyło szkoły. Dla nich kultura wiąże się z czasem wolnym. Oni chcieliby robić w szkole cokolwiek, co realizuje ich zainteresowania i potrzeby. Tak się jednak na ogół nie dzieje. Jednocześnie licealistom było bardzo trudno sformułować, jakiego rodzaju działanie by to miało być. Z drugiej strony myślę, że i dorosły zapytany o to, jak wyobraża sobie dobry spektakl miałby problem z odpowiedzią. To trudne.

Co więcej, licealiści to osoby, które dopiero rozglądają się pośród możliwości uczestnictwa w kulturze, poznają je, więc trudno oczekiwać, że sami będą z miejsca proponować. Potrzebują kogoś lub czegoś, co pokaże im dopiero wachlarz możliwości – jak Noc Kultury.

To prawda. Nie znaczy to jednak, że źle oceniają wszystkie wydarzenia, które odbywają się w murach szkoły. Najmniej atrakcyjne z perspektywy licealistów są najczęściej te objęte obowiązkiem uczestnictwa. Zawsze jednak można go uniknąć – wykręcając się lewym zwolnieniem.

W naszym raporcie pojawia się przykład dziewczyny, która podczas wydarzenia miała trzymać sztandar. Wyobrażaliśmy sobie, bo sami tak działamy, że wiązało się to także z jakimś obszarem odpowiedzialności (planowanie jak coś zrobić, kiedy i po co, organizowanie potrzebnych materiałów). Tymczasem ona po prostu przez kilka godzin trzymała sztandar. Nic więcej się z tym nie wiązało i nic z tego nie wynikało.

Licealiści, których nauczyciel nie angażuje we współtworzenie wydarzenia, którym nie zostawia pola inicjatywy, raczej nie będą chętnie realizowali jego wizji. Ale spytajmy też: czy nauczyciele, którym dyrektor powierza organizację apelu, mają w ogóle na to ochotę? Może woleliby przygotować coś wynikającego z ich zainteresowań? Każdy z nas chciałby skupiać się na tym, co sam lubi. Odrębna sprawa: na ile pozwala na to system edukacji.

Tu na myśl przychodzi mi inna ważna kwestia – kto właściwie powinien brać na siebie odpowiedzialność za wprowadzanie młodzieży w uczestnictwo w kulturze. Nie ma w szkole takiego przedmiotu jak ‘Kultura’, ona jest rozdzielona między różne zajęcia, ale najczęściej spada na polonistę. Instytucje takie jak filharmonie czy teatry zaczynają otwierać działy edukacji. Ogólnie rzecz ujmując: to zadanie „tuła się” pomiędzy różnymi podmiotami i brak skoordynowania, brak jasno określonego miejsca czy ścieżki rozwoju.

To bardzo ważne pytanie: jak wygląda polityka kulturalna w szkołach? Gdzie ma swoje miejsce w systemie instytucjonalnym? Faktycznie: szkoła rozczłonkowała ją na jakieś WOKi, plastykę, muzykę, a poziom, na jakim są te zajęcia realizowane, zależy od typu szkoły czy profilu klasy. Nie wiadomo, czy to kuratorium wyznacza kierunki edukacji, czy sami nauczyciele, czy urzędy miast, czy może rady rodziców? Wydaje mi się, że to pole interesów różnych stron i nie ma wyznaczonych kierunków rozwoju. Same instytucje kultury też nie wyznaczają kierunków. Rzadko kiedy pojawia się oferta specjalnie skierowana do licealistów.

Z drugiej strony: może dobrze, że zamiast systemowej, jasno określonej ścieżki mamy mieszankę różnych sił? Nie ma konkretnej polityki, którą szkoły czy inne instytucje muszą realizować, ale można się wpisywać ze swoimi projektami w ogólne wytyczne. Myślę, że ta masa krytyczna dopiero się buduje i wzajemnie napędza przez różne strony. Instytucje kultury otwierają się na kontakt ze swoimi przyszłymi odbiorcami. Ministerstwo, wydziały kultury – także w Lublinie, chyba coraz wyraźniej widzą, że kultura przynosi korzyści i jest motorem rozwoju. Być może, jeśli powtórzymy badania za dwa czy trzy lata, licealiści powiedzą nam coś zupełnie innego. Dopiero niedawno zaczęły przecież powstawać pierwsze organizacje pozarządowe, które z nimi współpracują.

Nie widzę więc problemu w braku instytucjonalnego usystematyzowania edukacji kulturalnej. Nie chciałabym wyznaczania obowiązków wobec edukacji kulturalnej. Wolałabym, żeby nagradzano to, co już dzieje się dobrego w tym obszarze, tym samym pochwalając pewną formułę, po którą wtedy chętniej sięgną inni. Narzucenie jakiegoś modelu może zgasić kiełkowanie nowych ciekawych inicjatyw. Dlatego lepsze rozwiązanie stanowią stypendia dla młodzieży o zacięciu animacyjnym. Dlaczego nagradzamy dobrze uczących się licealistów, wysportowanych, pięknie malujących, ale nie tych, którzy animują życie swoich kolegów?

To się zaczyna powoli dziać. Kuratorium czy prezydent przyznają patronaty, widać pewne próby, ale na dobrą sprawę – wszystko jeszcze przed nami.

A więc nagradzać liderów?

To lepsza ścieżka niż sztuczne wyznaczanie tego, co trzeba. Na poziomie instytucjonalnym dotarcie do osoby, która niczym się nie interesuje, jest nierealne. Trzeba władować koszmarne pieniądze w promocję, która niekoniecznie będzie trafiona. Liderzy mają największą siłę oddziaływania. Przykład? Słyszymy, że kolega Janek wciągnął licealistkę w jakiś projekt dotyczący mody i wyszło nie do końca dobrze, ale w sumie było przecież fajnie, a w tym roku ona sama robi projekt – i o to chodzi! W liderze skupiają się wszystkie cechy, o jakich mówiłyśmy – on jest punktem odniesienia pod względem wieku, zainteresowania, doświadczenia, jest też „pod ręką”. Wzmacniajmy liderów. Niech będą stypendia, nagrody… Trzeba wymyślić system dla odnajdywania ich i wspierania. Nie chodzi wyłącznie o uczniów, ale i nauczycieli. Nie skupiajmy się na tym, że ludzie czegoś nie chcą, są źli, i wszystko jest słabe, tylko pokazujmy szerokiemu gronu spektrum możliwości. Nie zmuszając ich przy tym, żeby się kierowali określoną wizją świata. Docierajmy do nich przez innych ludzi, którzy już są w ich otoczeniu i już to robią, bo chcą to robić. I będą robić jeszcze więcej, jeśli się tylko pokaże, że to ma wartość, że ktoś to docenia.

Niemniej jednak zahaczenie o szkołę pozwala na zyskanie wymiaru powszechności.

To prawda. Ale według mnie newralgiczny etap to w tym wypadku gimnazjum. Bo, mimo że edukacja szkolna w Polsce obowiązuje do 19 roku życia, szkoły średnie pozwalają na wybór różnych typów kształcenia. Do gimnazjum idzie każdy i nie ma tam takiego zróżnicowania organizacyjnego i programowego.

To też czas – nieraz burzliwego – dojrzewania, czyli okres, w którym uczestnictwo w kulturze mogłoby stanowić dla młodych ludzi wsparcie w tym, co się z nimi dzieje.

Mogłoby być narzędziem dialogu. Nie kojarzę zbytnio pozytywnych przykładów zaangażowania dotyczących gimnazjów – a z liceów takie sygnały płyną.

W waszych badaniach mowa o otwierającym i domykającym modelu szkoły. Czym one się od siebie różnią?

Szkoła jest strukturą ustaloną przez zewnętrzne aspekty systemu (kuratorium, ministerstwo). Tego się nie da przeskoczyć. Ale wewnątrz niej pewne rzeczy można realizować w większym lub mniejszym stopniu. Nie podam konkretnych nazw szkół, natomiast wyodrębniły się wyraźne typy. W jednym misja edukacyjna jest traktowana absolutnie priorytetowo: w szkole dzieją się tylko rzeczy związane z edukacją, ale też nie docenia się tego, że uczniowie robią coś poza szkołą, bo to koliduje z nauką. To zabiera ich czas, który mogliby przeznaczyć na utrwalanie wiedzy. W modelu otwierającym mamy do czynienia z większą elastycznością. Więcej w nim miejsca na potrzeby uczniów, ich zainteresowania. Prawdopodobnie dzieje się tak za sprawą konkretnego składu osobowego, który się w danej szkole spotyka. Były przykłady szkół, w których nauczyciele często robią coś z uczniami. Oczywiście nie wynikają z tego na ogół spektakularne sukcesy, ale licealiści mają szansę realizować swoje zainteresowania, są doceniani, promowani jako posiadający talenty.

Dobrym przykładem aktywności pozaedukacyjnej uczniów wydały nam się klasy międzynarodowe: jak można zrównoważyć pewną obowiązkowość działań ze swobodą wyboru. Chodzi mi tutaj o obowiązkowe godziny (około 150 w ciągu roku), które uczniowie tych klas nazywali służbą publiczną (voluntary service). W ich ramach każdy licealista podejmuje działanie wolontaryjne w dowolnie wybranej przez siebie dziedzinie, na przykład w klubie sportowym, domu opieki społecznej, instytucji kultury. I wielu z nich uznaje, że 150 godzin to za mało.

To świetne, bo wytwarza obowiązek rozejrzenia się poza szkołą, poza narzucone, wąskie ścieżki przedmiotowe. Obowiązkowe jest podjęcie działania, ale nie jego rodzaj.

Zastanawia mnie tylko, czy sukces nie wynika z tego, że do klas międzynarodowych trafia specyficzna młodzież, która też umie się odnaleźć w takiej sytuacji. Czy gdyby wprowadzić ten voluntary service w zupełnie innego typu szkołach i programach nauczania, to on by też działał? Nie chcę powiedzieć, że my jesteśmy za jakąś segregacją, tworzeniem elitarnych klas. Natomiast może tak być, że ten mały system tak świetnie działa, bo wzajemnie się wzmacnia.

Może w szkole też pełniłby funkcję wzmacniającą, ale przede wszystkim na początku otwierającą. Być może szkoła czegoś takiego potrzebuje, bo sama wspomniałaś, że uczniowie nie zawsze wiedzą, co można robić poza.

Być może. Pozostaje jednak pytanie: czy licealiści chcieliby rzeczywiście poświęcać na coś takiego swój czas? Uważa się, że polska szkoła pochłania uczniowi masę czasu. Czy gdyby wlepić mu dodatkowe kilkadziesiąt godzin służby publicznej, to rodzice nie powiedzą w końcu „Basta! Wolontariat mojego dziecka jest dobrowolny”. Bo skoro mówimy o obowiązku, to czy nadal jest to wolontariat? Praktyk studenckich, które działają na podobnej zasadzie, nie uznajemy za wolontariat.

Czy dałoby się stworzyć coś takiego jak listę barier i zachęt do uczestnictwa w kulturze?

Zacznę od barier, bo to trudniejsze. Bez wątpienia brak informacji. To wszyscy uznają za oczywistość, tylko nikt później nic z tym nie robi. Miasto nie dba o to, aby do liceów docierały wiadomości o wydarzeniach, które byłyby interesujące z perspektywy nastolatka. Instytucje kultury mogą informować szkoły mailowo, ale w praktyce wygląda to tak, że wiadomości często są odczytywane po wydarzeniu lub odbierane przez kogoś, kto olewa temat. Znam szkoły, w których trzeba płacić za powieszenie plakatu wydarzenia z bezpłatnym wstępem. Dochodzi więc do absurdu, w którym jedna publiczna instytucja płaci innej instytucji publicznej za coś, co jest darmowe.

Licealiści często nie uczestniczą w wydarzeniach nie dlatego, że są zbyt leniwi, żeby się na nie wybrać, ale dlatego, że o nich nie wiedzą. Docierają do nich szczątkowe wiadomości, głównie dotyczące największych wydarzeń. Lepiej działa ścieżka informowania się wzajemnie o tym, co robią ich znajomi. Ale nie powinna być jedyną. Plakaty to dziś za mało, żeby przykuć uwagę potencjalnego widza. Licealiści nie wiedzą nawet o istnieniu portalu kultura.lublin.eu. Nie wiedzą o Lubelskim Informatorze Kulturalnym ZOOM.

A co z kwestiami finansowymi?

Pieniądze nie zawsze były ujmowane w kategoriach największego problemu. Oni traktują to bardziej relacyjnie – „mogę iść do teatru albo KFC, co okaże się dla mnie bardziej atrakcyjne”? Czas też nie był barierą. Ale było nią bezpieczeństwo, słaba jakość połączeń komunikacyjnych, brak możliwości zagospodarowania czasu pomiędzy szkołą a wydarzeniem.

Na dobrą sprawę nie widzieliśmy znów tak wielu barier. Bardziej widzę brak zachęt.

Czy udało wam się ustalić, co licealistom, którzy już coś robią, daje chęć działania?

Podkreślę, że nie wychodzimy z poziomu minus: istnieją bariery, więc licealista, żeby wziąć w czymś udział musi najpierw je pokonać. Zaczynamy z poziomu zerowego, w którym albo coś jest albo tego nie ma. Wystarczy rodzaj zachęty, żeby oni zaczęli działać. Aktywne były osoby z klas międzynarodowych, szkół artystycznych, ale też licealiści, których znajomi w coś wciągnęli i oni już w tym zostali. Były też osoby, które brały udział w programach animacyjnych jak „LOkomotywy” czy „Wolontariusz Kultury”. I jeden i drugi pokazuje, jak robić coś samemu, wpisując się w pewne otoczenie społeczne. Wbrew pozorom system daje sporo możliwości, by robić to, co jest dla mnie atrakcyjne. Do każdego trzeba mówić językiem korzyści.

Á propos korzyści: co badanie dało samej Fundacji Teatrikon? Czy wnioski wpłyną na zmianę kierunku waszego działania?

Raport będzie pomocny przede wszystkim na etapie planowania nowych projektów, pisania wniosków. Nie będą to jednak radykalne zmiany kierunku działania, bo badania w dużej mierze potwierdziły to, co jest naszą misją. Samo doświadczenie konfrontacji z odbiorcą naszych działań skłania nas do dalszego sprawdzania i weryfikowania tego, co my myślimy. Bo przeczucie, że ludzie są mało aktywni, leniwi lub czegoś nie chcą może być złudzeniem, a prawdziwy powód braku działania okaże się inny. Musimy patrzeć na sprawy z szerszej, niż tylko teatrikonowa, perspektywy.

Chciałabym, żeby na sam koniec wybrzmiała ważna dla mnie rzecz: że nie każdy musi uczestniczyć w kulturze. To nie jest nadrzędny cel społeczny. Co by było gdyby każdy wuefista powiedział, że wszyscy powinni biegać, a polonistka, że każde dziecko ma znać inwokację z „Pana Tadeusza”?

Ale już misja: „Ruszajmy się wszyscy” jest szczytna, podobnie „czytajmy”.

Właśnie – zobacz, ile już jest misji społecznych. Misja ruszania się, czytania, uczestnictwa w kulturze, obycia w historii swojego kraju… lista rośnie. Nie bądźmy totalitarnymi animatorami. Nie każdy musi chcieć tego, co my, lubić i odnajdywać się w tym. Nie oszukujmy się, że kultura stanowi panaceum na wszystkie problemy społeczeństwa. Nigdy nie dojdziemy do jednej wspólnej wizji tego, co dobre dla społeczeństwa i jednostek. Nie usiłujmy zaktywizować tych, którzy świadomie rezygnują z udziału w czymś – mają prawo wyboru. Jako fundacja chcemy odpowiadać na potrzeby tych, którzy je mają i pokazywać pozostałym, że mogliby je mieć, ale nie muszą. Ludzie mają prawo powiedzieć sobie: nie lubię teatru, nie lubię organizować wydarzeń. Dla mnie gorzej, jeśli nigdy nie stanęli przed możliwością zastanowienia się nad tym, czy czegoś chcą, czy nie.

Dziękuję za rozmowę.

Katarzyna Piwońska, Aleksandra Kołtun