Strona główna/Przesłanie dla imperatora

Przesłanie dla imperatora

W klasycznej komedii Gogola Rewizor są dwie postaci osobliwie naznaczone niezdarnością, a jednocześnie na swój sposób wzruszające – Piotr Iwanowicz Bobczyński i niemal jego klon Piotr Iwanowicz Dobczyński. Panowie są nierozłączni, niczym bliźnięta syjamskie, mówią jednym głosem, a Bobczyński daje się zapamiętać na końcu dzięki znamienitemu żądaniu, skierowanemu do fikcyjnego „rewizora”, aby przekazać w Sankt Petersburgu „różnym tam wielmożom, senatorom i admirałom, a przy okazji i samemu imperatorowi, że mieszka w takim to mieście taki sobie Piotr Iwanowicz Bobczyński”.

Dlaczego imperator lub ktoś inny miałby o tym wiedzieć – biedaczyna nie wyjaśnia, a pewnie i sam nie za bardzo rozumie. On, w przeciwieństwie do większości postaci w komedii, nie jest „funkcjonariuszem publicznym”, czyli carskim urzędnikiem, a więc od łaski ani nieprzychylności rewizora w żadnej mierze jego życie nie zależy. Bobczyński, jak jego „bliźniak” Dobczyński, to lokalni właściciele ziemscy, którzy nie muszą się podlizywać rewizorowi, a i do cara mają faktycznie tyle, co car ma do nich.

Bobczyńskiego gryzie własna znikomość i anonimowość w wielkim świecie, mizerność, granicząca praktycznie z nieobecnością. Jak zawsze Gogol świetnie odtwarza egzystencjalny dramat szarego człowieka, który rozpaczliwie zmaga się z banalnością otaczającego go bytu i własnej egzystencji. Żądanie Bobczyńskiego jest aktem desperacji, a może protestu skierowanego nie do wielmożów, senatorów, admirałów lub nawet imperatora, ale do samego Pana.

Lubię ten fragment i często przytaczam go moim zagranicznym przyjaciołom, kiedy pytają: „Co my albo nasze państwo i nasze społeczeństwo możemy zrobić dla Ukrainy?” „Przekazujcie wszystkim − podsumowuję swoją odpowiedź − że gdzieś tu, na skraju świata lub Europy, żyje sobie taki naród, ukraiński. Po prostu obserwujcie nas na ekranach swoich radarów, przypominajcie sobie o nas przynajmniej raz dziennie. I wtedy sami o wiele lepiej ode mnie będziecie mogli odpowiedzieć na to pytanie”.

To, oczywiście, odpowiedź minimum, która nie wyklucza wersji szerszej − zależnie od okoliczności. Właściwą odpowiedzią może być nazywanie rzeczy po imieniu − zajęcie nieco kłopotliwe w dzisiejszym świecie, w którym staroświecka realpolitik misternie łączy się z nowoczesną polityczną poprawnością. Jeśli jednak zdecydować się na taką ripostę, to Rosję trzeba by nazwać po prostu, bez owijania w bawełnę, państwem zbrodniczym (rogue state), jej działania wobec sąsiadów, zwłaszcza Ukrainy – agresją, a i jej przywódców – kłamcami i cynikami, którzy otwarcie plują na wszystkie umowy międzynarodowe i prawa. Wówczas odpowiedzi na kolejne pytanie są automatyczne. Co zrobić z takim krajem? Maksymalnie izolować. Co zrobić z takimi politykami? Nie wierzyć w żadne ich słowo.

Ostatnio napisał o tym bardzo trafnie Władysław Inoziemcew:

„Jeśli Zachód chce pokonać Putina sankcjami, powinien postawić na blokadę informacyjną. Kreml rządzi się prawami mediokracji, zgodnie z którymi najgorsza nie jest krytyka, ale zapomnienie. I gdyby jutro, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, światowa prasa zaczęła poświęcać Rosji proporcjonalnie tyle uwagi, ile wynosi jej udziału w światowym PKB (w 2015 − do 1,5%), żadne restrykcje kredytowe i zakazy na import sprzętu do wydobywania ropy i gazu nie mogłyby się równać z takim ciosem psychologicznym”.

Niestety, nie ma na to nadziei, jak i podstaw do wiary w pojawienie się nowego Ronalda Reagana, zdolnego otwarcie stwierdzić, że Rosja to imperium zła. Musimy więc nadal żonglować mglistymi eufemizmami, nazywając brutalną agresję jednego państwa przeciwko innemu „kryzysem ukraińskim”, a starania napadniętego, aby odeprzeć atak – „konfliktem na Wschodzie Ukrainy”. I musimy udawać, że nie istnieje obiektywna prawda, a jeśli jest, to leży gdzieś pomiędzy „jednakowo” subiektywnymi ukraińskimi i rosyjskimi punktami widzenia. W ten oto sposób wypowiedzi i komentarze rosyjskich polityków zasługują na „bezstronne” cytowanie w światowych massmediach, w takim samym stopniu co równie „subiektywne” ukraińskie twierdzenia. Rzekoma bezstronność i zachodnich mediów okazuje się farsą, skoro przez takie podejście całkowicie zaciera się fundamentalną różnicę pomiędzy naturalną subiektywnością ukraińskiej strony i najbezwstydniejszym kłamstwem strony rosyjskiej.

Dyskursywna strategia Zachodu jest jasna: chce on − jak napisała wicemarszałek parlamentu ukraińskiego Oksana Syroyid − „żeby to przestało być wojną”, za którą powinny wziąć odpowiedzialność także kraje gwarantujące Ukrainie integralność terytorialną w memorandum budapesztańskim. Świat chce, aby wojna na wschodzie Ukrainy stała się „konfliktem wewnętrznym”, politycy są bowiem zmęczeni i woleliby pozbyć się wreszcie tego na wskroś niewygodnego tematu.

Ukraińcy żyją w tak cynicznej przestrzeni politycznej już od wieków, a właściwie od kiedy określili się jako Ukraińcy i zrozumieli, że nikogo to ich samookreślenie się nie obchodzi. Bo dla świata ich samoświadomość, czyli tożsamość, to nacjonalistyczna obsesja garstki prowincjonalnych intelektualistów. Prawda może pochodzić tylko z Moskwy i Petersburga. Właśnie ta prawda − że żadnej Ukrainy jako niezależnego państwa nie ma, nie było i nie może być – szerzyła się przez ponad dwa stulecia we wszystkich stolicach świata i ośrodkach akademickich, z niepodważalnym statusem prawdy obiektywnej i naukowej. Teza wygłoszona przez Putina w 2008 roku w Bukareszcie na szczycie NATO: „Wiesz, George[i], to nawet nie kraj” − łatwo zapadła w świadomości zachodnich przywódców właśnie dlatego, że zawsze się tam tliła, choć nie zawsze, ze względu na polityczną poprawność, była wypowiadana. Swego czasu podobne przekonanie pozwoliło bezboleśnie oddać Polakom Ukrainę Zachodnią (ZUNR), a Ukrainę Naddnieprzańską (UNR) bolszewikom oraz przemilczać informacje na temat Wielkiego Głodu – żeby nie drażnić rządu sowieckiego (taki argument znaleźć można w tajnych zapiskach brytyjskiego ministerstwo spraw zagranicznych). Z tego samego powodu nawet nie wspomniano o Ukrainie podczas konferencji jałtańskiej w 1945 roku.

Powstanie niepodległej Ukrainy w 1991 roku wywołało więcej zdziwienia i zaskoczenia niż entuzjazmu. Martin Sieff w szanowanej amerykańskiej gazecie nazwał „niechcianym bękartem radziecki pierestrojki”, Jack Matlock określił ją w „New York Review of Books” jako „naród znikąd” (nowhere nation), Abraham Brumberg na okładce tego samego magazynu zapowiadał tekst hasłem Obrzydliwa Ukraina (Nasty Ukraine) – chodziło w szczególności o niechęć ukraińskiego rządu do zwrócenia Rosji broni jądrowej, odziedziczonej po ZSRR. A przecież przy innym nastawieniu zachodnich polityków Ukraina mogłaby się rozwijać według paradygmat postkomunistycznych Bałkanów. Wystarczyłoby, żeby na przykład Unia Europejska potraktowała ją tak samo jak Rumunię lub Bułgarię i dała jej odpowiednie wsparcie polityczne oraz instytucjonalną opiekę. Jednak dla Zachodu cała przestrzeń postsowiecka ograniczała się do Rosji i wszystkie stosunki z tą przestrzenią (z wyłączeniem państw bałtyckich) były jedynie realizacją priorytetów w relacjach z Moskwą.

Ukraińska samotność polityczna zawsze była pochodną bezpaństwowości Ukrainy i rosyjskiej umiejętności kreowania mitów. Bezpaństwowość zakończyła się, mit pozostał i w wykonaniu kremlowskiej propagandy urósł do niebywałych rozmiarów. Walka z mitem za pomocą kontrpropagandy nie ma sensu. Ukraina nie ma ani kremlowskich środków, ani tym bardziej kremlowskiego cynizmu i bezczelności. Jesteśmy za to kreatywni i mamy poczucie humoru, dzięki czemu umiemy kremlowską hucpę sparodiować i ośmieszyć do granic absurdu. Uda się nam zniszczyć fundament rosyjskiej mitologii, jeśli pokażemy, że Ukraina może być udanym projektem europejskim: krajem zamożnym i w pełni demokratycznym.

Polityczna samotność nauczyła Ukraińców liczyć przede wszystkim na własne siły. Nie rezygnujemy z pomocy sojuszników, ale też nie polegamy tylko na nich. Ostatnie dyskusje na temat zmian w konstytucji (które przewidują specjalny status dla regionów Donbasu zajętych przez rosyjskich najemników) pokazują granice ustępstw, na które Ukraina gotowa jest przystać, aby utrzymać dobre relacje z zachodnimi partnerami, usilnie skłaniającymi ją do kompromisu z separatystami. Za tymi dyskusjami przemknęła prawie niezauważona informacja, być może ważniejsza od uchwalonych pod rosyjsko-amerykańskim naciskiem zmian w konstytucji: „Ministerstwo Rozwoju Regionalnego poinformowało, że budowa umocnień we wschodniej Ukrainie została zakończona. (…) Ogólnie na trzech liniach obrony zbudowano 300 umocnień i 600 km fortyfikacji, przy użyciu 12 tysięcy betonowych konstrukcji ”.

Dla mnie jest to o wiele bardziej praktyczne rozwiązanie problemu Donbasu niż umowy w Mińsku i zmiany w konstytucji. To odpowiedź także dla sceptyków, którzy uważali Ukraińców za zbyt ufnych i uzależnionych od niemiecko-francusko-amerykańskich kaprysów.

Samotność polityczna − okropna rzecz, za wszelką cenę powinniśmy jej przeciwdziałać. Ale szukając najlepszego wyjścia z sytuacji, musimy być przygotowani na najgorsze. Bóg, jak wiadomo, pomaga przede wszystkim tym, którzy sami sobie pomagają. Na szczęście świat współczuje na ogół nie tym, którzy biją, ale tym, którzy się bronią. Przypuszczam, że i cesarz zwraca uwagę nie na każdego Bobczyńskiego, lecz tylko na tego, który zasłużył sobie na uwagę.

Mykoła Riabczuk

Z języka ukraińskiego tłumaczył Paweł Laufer

[i] George Bush – prezydent Stanów Zjednoczonych.

No comment. Fot. Misha za: Wikipedia

No comment. Fot. Misha [za: Wikipedia]