Strona główna/Wołyń – papierowe pojednania

Wołyń – papierowe pojednania

Z archiwum Kultur Enter:

 Realne pojednanie jest możliwe jedynie na poziomie bezpośredniego spotkania dwojga ludzi, ofiary i skrzywdzonego, albo spadkobierców winy i krzywdy. Czy my w ogóle rozumiemy właściwie słowo „pojednanie”, jeśli zamiast bezpośrednich aktów wyrażenia win i przebaczenia odbywa się spektakl medialnych, papierowych, konwencjonalnych deklaracji?

Opadły, jak kurz po bitwie, ekstatyczne i zaangażowane rozmowy na temat Wołynia. Trudno było je śledzić ze szczególnym zaangażowaniem, bo są one w swoim wyrazie co roku takie same – jak sezonowe relacje gazet lokalnych na temat dziur w jezdni po zimie, upałów i utonięć, a potem zatruć grzybami i zaskoczonych zimą drogowców. Tyle, że tu najczęściej przerzucają się rewelacjami, kto kogo jakimi narzędziami rolniczymi zaciukał, aby w ten obrazowy sposób podeprzeć swoje stanowiska.

Poza tym debaty typu wołyńskiego są prawie zawsze i najczęściej dla biorących w nich udział i dla wszczynających je, okazją do prezentowania swego prawego, zmartwionego, nabożnego, patriotycznego oburzenia. Mniejszą wagę przykłada się do bezpośrednich uczestników i świadków dyskutowanych wydarzeń. Kwestia Wołynia, jak i inne analogiczne problemy, stają się dla uczestników tych debat pretekstem do wyrażania, tym bardziej jaskrawie prawowiernego i moralnie słusznego sądu, im bardziej sprawę, na tle której ten sąd prezentują, utragicznią i ukażą publiczności zaniedbania i niesprawiedliwości wokół niej naleciałe, a jakie w swojej gorliwej trosce o historyczną prawdę chcą naprawić, a najchętniej wywalczyć.

Wołyń został sprowadzony do instrumentalnie używanych definicji i równoważników zdań, a w najlepszym wypadku jest rokroczną okazją dla deklaracji pojednania wygłaszanych przez hierarchów kościelnych, polityków i innych poetów, łudzących się, że na tym abstrakcyjnym dyplomatyczno-religijnym poziomie jakiekolwiek pojednanie jest możliwe.

Dzisiaj, z oddalenia czasu, które to wybacza i dopuszcza uogólnienia, pozwala na zamykanie Wołynia w okrągłych definicjach, okrzepłych sądach, pojęciach i równoważnikach zdań, mówiących o winie, przebaczeniu, rozliczeniu, zapomina się, unika wejrzenia w subtelności tych wydarzeń, preparuje się je do poziomu papierowych faktów, zapomina o ich ludzkim wymiarze, o tym, że to konkretni ludzie – łeb w łeb, wieś w wieś – stoją za tymi wydarzeniami. Stawia się je, osądza i rozlicza chyba już wyłącznie w kontekście wyższych historycznych, religijnych i politycznych racji.

W tym kontekście, kontekście dyplomatycznej, religijnej, medialnej i ideowej abstrakcji pojednań i deklaracji, jakiekolwiek porozumienie w kwestii Wołynia i w ogóle w innych analogicznych, problematycznych kwestiach międzynarodowych nie jest możliwe. Wystarczy spojrzeć na nieustający impas w tej sprawie. Jakiekolwiek deklaracje o pojednaniu wygłaszane przez polityków, hierarchów kościelnych mają sens jedynie jako „dobry przykład”, bez większego realnego znaczenia dla problemu. W ogóle mają sens o tyle, jeśli wygłaszający je trybuni zdają sobie sprawę z ich właściwej rangi, mają świadomość ich rzeczywistego wymiaru. Jeśli zdają sobie sprawę, że jako reprezentanci stron (narodów), przez te narody wybrani, przepraszać mogą jedynie za te ideologie, idee narodowe, które przyświecały w historii konkretnym obywatelom, których reprezentują i których historię reprezentują i za którą trzeba przepraszać, albo której trzeba wybaczać. I to tylko tyle.

Tylko tyle dlatego, że realne pojednanie jest możliwe jedynie na poziomie bezpośredniego spotkania dwojga ludzi, ofiary i skrzywdzonego, albo spadkobierców winy i krzywdy. Czy my w ogóle rozumiemy właściwie słowo „pojednanie”, jeśli zamiast bezpośrednich aktów wyrażenia win i przebaczenia odbywa się spektakl medialnych, papierowych, konwencjonalnych deklaracji? Przecież jeśli ja lub moja rodzina wyrządzę komuś krzywdę, to pojednać mogę się ze skrzywdzonym tylko osobiście, nie przez pana prezydenta, czy najzacniejszego choćby przedstawiciela władz kościelnych. Czy nie jest tak, że właśnie jedynie w bezpośredni sposób, w bezpośrednim akcie wyznania win indywidualnego człowieka i bezpośredniego przebaczenia mu przez indywidualnie skrzywdzonego może nastąpić pojednanie? Że tylko takie pojednanie ma realne przełożenie? Czy sens ma nasze międzynarodowe medialne rokroczne jednanie się w świetle kamer, które od dziesięcioleci w ogóle nie ma odzwierciedlenia w rzeczywistości, a tym bardziej nie ma żadnego znaczenia dla indywidualnych, konkretnych winowajców i konkretnych ofiar lub ich potomków, dla losów konkretnych ludzi? Brak tego realnego bezpośredniego porozumienia pozwala różnym grupom i autorytetom instrumentalizować problem Wołynia i występować „w imieniu” niepojednanych, ugrywając swoje interesy.

Zgubiliśmy skalę sprawy. Poruszamy się w ideowej, światopoglądowej, politycznej, prawnej i religijnej fikcji. Tu konkretnie wołyńskiej, ale i w innych podobnych sprawach także. Zamiast kwestię rozwiązywać na najbardziej bezpośrednim, wymiernym, znaczącym, międzyludzkim poziomie, robimy to za pośrednictwem historycznych ustaleń, dyplomatycznych komunikatów i medialnych opinii.

Pozostając przy tym międzyludzkim, bezpośrednim poziomie, jako warunku pojednania, zapytać trzeba nie poprzez trybunał, nie poprzez scenariusz przemówienia premierów i prezydentów, ale wprost ludzi, czy ofiara i kat są gotowe do pojednania, czy pojednania chcą. I pozostawmy także tym bezpośrednio zainteresowanym – jeśli żyją, lub spadkobiercom ich win i krzywd – decyzję, sąd, stanowisko, emocje. Nie ujmujmy się na wyrost za nimi dekretem państwowym, kościelnym orędziem, arbitralnie podciągając ich anonimowe stanowiska pod oficjalne deklaracje, z którymi w sercu swoim nic wspólnego mieć wcale nie muszą, bo może nie są gotowi, lub niczego w tej sprawie nie chcą.

W tym spektaklu słusznych oburzeń i nabożnych, pełnych abstrakcyjnej, papierowej empatii pojednań zapomnieliśmy, że to za konkretnymi ludźmi stoją konkretne realne problemy, uczynki, przewiny, nie za politykami, hierarchami kościelnymi, czy publicystami. I to konkretni ludzie mają jedynie możność i moc przebaczenia, wyznania win i pojednania, nie ideowe deklaracje i przeprosiny, których symboliczny charakter nie ma żadnego realnego znaczenia, nikogo nigdy tak naprawdę nie pojedna, nikomu nigdy tak naprawdę nie wybaczy. Chyba, że na papierze, jeśli o taki spokój corocznych zaręczeń nam chodzi. O erzac.

Paweł Laufer

Czerwiec 2012.