Strona główna/„Alicja w Krainie Czarów” – o podróży do siebie i z powrotem

„Alicja w Krainie Czarów” – o podróży do siebie i z powrotem

Alicja: Kocie. Czy mógłbyś mi powiedzieć łaskawie, w którą stronę mam pójść stąd?

Kot: Zależy to w dużym stopniu od tego, w którą stronę zechcesz pójść.

Alicja: Nie zależy mi na tym, w którą…

Kot: Więc nie ma znaczenia, w którą stronę pójdziesz.

Alicja:…Jeżeli tylko dojdę gdziekolwiek…

Kot: Z pewnością dokonasz tego, jeżeli będziesz szła dostatecznie długo…[1]

Wyruszam w podróż do Dynowa, miasta położonego w dolinie Sanu. Od dwóch tygodni trwają tam przygotowania do premiery spektaklu plenerowego „Alicja w Krainie Czarów”.

Załatwiam w Lublinie ostatnie sprawy. Piszę do przyjaciela długiego maila, jakbym miała nie wrócić. Piszę w nim coś o książkach oraz widokach, które „pożera się” zachłannie; piszę o niezwykłej fotografii, którą znalazłam w jakimś czasopiśmie; piszę że płakałam, bo zdjęcie przypomniało mi pewną sytuację z dzieciństwa. Opowiadam mu w liście, o kotce, z którą miałam przyjemność siedzieć na parapecie, gdzieś w starej kamienicy, nad ranem. Tłumaczę mu kobieco-kocią samotność i bliskość. Powierzam mu sekret o kociej naturze: „kotka, choć tuliła się do mnie przez dłuższą chwilę, w ciągu następnych minut zupełnie nie zwracała na mnie uwagi. Bliska a zarazem nieobecna. Nie zignorowała mnie, raczej poddała się swojej naturze. Rozumiałyśmy się bez słów i pomrukiwań”.

Później, nie wiem. Jadę tramwajem? Idę przez park? A może kręcę się w spirali? Zakreślam coraz większe kręgi. Przechodzę od punktu do punktu; od mniejszych do większych przestrzeni i z powrotem, od większych do mniejszych pokoi. Raz stoję, a kiedy indziej biegnę. Teraz biegnę. Chcę „nadrobić” pracę, aby po powrocie z podróży oddać się tylko wspomnieniom. Jestem ciekawa, jakich ludzi spotkam w Dynowie?

Teatr plenerowy w tym ponad sześciotysięcznym mieście ma kilkuletnią tradycję. Od pięciu lat przyjeżdżają w te strony aktorzy, muzycy, scenografowie, choreografowie. Jednak początek tych imponujących projektów animacyjnych miał miejsce w Białymstoku. Na Wydziale Sztuki Lalkarskiej Akademii Teatralnej spotykały się Ewa Woźniak i Magdalena Miklasz; ich znajomość studencka z czasem przeobraziła się w przyjaźń i wspólną pasję – pracę nad widowiskami teatralnymi, z udziałem dzieci i dorosłych mieszkańców Dynowa.[2]

Kot z Chechire – dom Miklaszów

Miasto Dynów pochyla się lekko nad Sanem. Każdy świt tam zmierza, gdy noc kończy trwanie. Dobrze jest wstać rano, gdy tylko koty przecinają drogę. Iść nad San i nie martwić się, co będzie dalej. Rzeka we mgle jest jak sen. Tu i tam zmienia proporcje. Raz szeroko i trawy wysokie, to znów wąsko i łysy brzeg widać z oddali; raz jesteśmy duzi, a za chwilę mali. Kto zważa na proporcje? Ważne, by marzyć – i suniemy sobie z wolna[3], bo w naturze baśni-snów jest płynięcie małą łódką i tylko głupcy mocniej przyciskają wiosła, by przyspieszyć bieg zdarzeń.

Kiedy idzie się od Rynku w kierunku Sanu, droga wiedzie nas prosto, nie trzeba o nią pytać. Jeżeli idziesz, chcąc zobaczyć łąki i pola, tuż za rogiem skręć w lewo. Tam droga jest kręta i mniej strudzona. Idąc nią, dotrzesz do stacji PKP w Dynowie. Nie oglądaj się za siebie – idź! A jeżeli chcesz odpocząć w drodze, wówczas natura nie poskąpi Ci widoków.

Jaką drogę wybrałby Kot z Chechire? To złe pytanie. Idźmy do domu Miklaszów, tam zmierza Kot, a być może już na nas czeka. Obyśmy zdążyli, zanim zniknie.

Dom, o którym mowa, z zewnątrz wydaje się niewielki. Od progu, który poprzedza długi, drewniany tarasik i mała ławeczka, a nad nią anioły, wyczuwam dobrych ludzi i ich nietuzinkowe światy. Wejdźmy do środka – drzwi są otwarte. Nagle wszystko się zmienia. Dom rozrasta się i My w nim. Czas na herbatkę! Siądź przy stole i włącz się do rozmowy. Na jaki temat? Skąd to pytanie? To nie jest łamigłówka logiczna i nie myśl, że gdzieś są ważniejsze sprawy.

Dom ma swoje życie. Czasem odpowiada nie pytany, a innym razem pyta i trwa. Rozumie życie, choć zmieniają się czasy; zaświadcza o początku i końcu ludzkiej drogi. Nie potrzebuje map, wykresów, odpowiednich skal, by nas odszukać na końcu świata. Dom nie potrzebuje linii papilarnych, by rozpoznać tych, którzy chcą nabrać sił przed kolejną walką; tych, którzy wchodzą tylko na chwilę, bo jest im po drodze; tych, którzy przybyli w tęsknocie za ciepłem, bo długo podróżowali na skrzydłach rannego ptaka. Dom rozpoznaje tych, którzy „kochają dobrą miłością”.[4]

Podczas przygotowań do spektaklu (cały lipiec) dom Miklaszów to opuszczają, to witają kolejni ludzie. Skąd są? Z Krakowa, Warszawy, Lublińca, Sławy… – ze wszystkich stron świata. Zresztą, kto by o to pytał?! Śpią na strychu, w pokojach na parterze, tam gdzie wolne łóżko i kawałek podłogi. Jacy to ludzie? Wszystkich nie sposób wyliczyć. Przyjaciele Magdy Miklasz, która reżyseruje Alicję…, a to Jej dom rodzinny. Każdy, kto przybywa do tego miejsca, w pierwszej kolejności „wpada” w objęcia Joli i Janusza – rodziców Magdy. No cóż – smakowanie życia. A Kot? Gdzie jest Kot? – oto jest pytanie.

W tym domu rodzą się pomysły, trwają rozmowy do świtu, koncepcje i plany przeobrażają się w działanie. Nocą słychać mruczenie i cichy, radosny śmiech zza pieca. W dzień z każdego kąta dochodzą szepty – „wybór drogi zależy tylko od Ciebie. Chcesz iść? Idź! Dokąd dojdziesz? Oby z powrotem do siebie”.

O rzece z tożsamością – o tożsamości jak woda, która płynie

„W językach irańskich, do których należał język alański, „rzeczka” oznaczona jest słowem „dana”, natomiast „woda” słowem „danaw” i od nich wywodzą się nazwy rzek Don, Dniestr, Dniepr, Dunaj, Dunajec (…). Podobnie Denow wyraźnie nawiązuje do irańskiego „danaw” – „woda”.[5] Badania archeologiczne potwierdziły, że wpływ alańskich Antów można odnaleźć w Dynowie i jego okolicach. Świadczą o nich chociażby ułamki ceramiki siwej z III i IV w. Historycy, których od dawna intryguje słowo „Denow” (dawne określenie Dynowa), stwierdzają, że hipoteza o starej nazwie indoeuropejskiej, związanej z wodą i rzeką[6], w wyniku rozległych badań, została potwierdzona. Oczywiście znane są również legendy wśród lokalnej społeczności, które mówią o grodzie (na miejscu obecnego miasta), który został zbudowany od nowa (łac. de novo), po tym, jak spalili go doszczętnie Tatarzy[7]. Legendy na Podkarpaciu są ciągle żywe. Uczą, a czasami bawią. Szczególne te o diabłach, demonach, duchach włóczących się po lasach, których tutaj nie brakuje. Nie trzeba sięgać do etnografii, by zaczerpnąć wiedzy na ten temat. Wielokrotnie wątek czarów i diabłów pojawiał się w moich rozmowach z mieszkańcami Dynowa. Najbardziej upodobałam sobie pogawędki z Januszem – ojcem Magdy Miklasz, albo z Mariuszem Chomą, który jest historykiem[8].

Powróćmy jednak do legend związanych bezpośrednio z samym miastem i jego pradawną historią. Na obszarze, o którym mowa, spotykają się tradycje wielu kultur i nawet badacze gubią się czasem w swych przypuszczeniach, co do nazw rzek i miejscowości. Jako przykład należy podać rzekę San i miasto Dynów. Imię rzeki prawdopodobnie jest pochodzenia trackiego[9] i pojawiło się zanim narodziła się alańska nazwa „Denow”. Zatem następowały po sobie grupy etniczne jak Trakowie, Ilirowie, Celtowie oraz kultury kręgu indoeuropejskiego – alańscy Antowie i wiele innych. W odróżnieniu od kultur, rzeka San trwa tu od pradziejów. Dynów i jego prastare imię również związane jest z wodą i w tym nierozerwalnie łączą się ze sobą. Staje się to inspiracją do tworzenia legend, nawet obecnie.

W ogólnopolskim konkursie literackim dla uczniów gimnazjów oraz szkół ponadgimnazjalnych nagrodzono pracę licealistki z Dynowa pt. „Legenda o Dynowie i Sanie”[10]. Autorka pracy literackiej, choć oparła swą opowieść na znanych wątkach historycznych i ludowych, stworzyła legendę, w której San chroni ludzi, ale i karze, gdy nie rozumieją jego praw. Rzeka, zgodnie z legendą, strzegła grodu od wschodu, płynęła blisko murów obronnych, gotowa w każdej chwili pogrzebać licznych wrogów w swych głębinach. Czasy jednak się zmieniły po śmierci właściciela Zamku i okolicznych włości. Trzej jego synowie rozpoczęli walkę o ziemie. Najbardziej krwawo i zaciekle walczyli o miasto Dynów. Zachłanni bracia ostateczną walkę stoczyli nad Sanem. Najstarszy z synów – Kazimierz – zabił w okrutny sposób brata – rywala, a zwłoki zepchnął do rzeki. Po owych wydarzeniach na miasto spadły liczne nieszczęścia: choroby, srogie zimy pożary, wojny, a w samym grodzie zamieszkały wilki. Rzeka oddaliła się od miasta, przestała ostrzegać ludzi przed wrogami. San z prastarą tożsamością wiedzie nas poprzez Krainy Czarów wielu kultur. Światy przedziwne pojawiają się, to znikają za kolejnym wzniesieniem, albo doliną. Nie można być jednak Sanem, bo to nie nasza historia, ale można płynąć jak woda. Wyobraźnią kierować jak statkiem, by odsłoniła przed nami drogi do nieznanych lądów i wysp zaczarowanych oraz do domów postaci osobliwych – o naturze pięknej i strasznej.

Temat tożsamości wiąże się z powieścią Carrolla Lewisa „Alicja w Krainie Czarów”. Podróż Alicji w krainę snu zainspirowała Magdę Miklasz (reżyseria) i Ewę Woźniak (senografia) do stworzenia spektaklu plenerowego w Dynowie. Zgodnie ze scenariuszem, Alicja, czytając książkę, zasypia. W tym czasie chór ukryty przed widownią, przygotowuje się do wyjścia. Oczywiście za chwilę wszystko zmieni proporcje, na statku ze snu przypłyną postaci osobliwe. Rzeka nagle zmieni nurt i statek, pchany siłą wody-wyobraźni, zakotwiczy w Krainie Czarów o płynnej konsystencji.

Naturę snu w poetycki sposób tłumaczy Clarissa Pinkola Estes. Pisze ona: „Sen jest symbolem odrodzenia. W mitach kreacyjnych dusze kładą się spać, podczas gdy dokonuje się przeobrażenie, bo we śnie jesteśmy stwarzani na nowo, odnawiani”[11]. W rozmowie z reżyserką spektaklu szukałam odpowiedzi na wiele pytań. Mijały godziny, a dysputy o Alicji oraz Kocie wciąż się toczyły. Dołączały do nas kolejne osoby, gdyż akurat byłam gościem w domu Miklaszów, a tam zawsze można spotkać rozmawiających ze sobą ludzi. Jedno z moich pytań brzmiało: dlaczego w spektaklu występują cztery Alicje i czy zna jakieś adaptacje teatralne na podstawie powieści Lewisa, w których grało kilka aktorek różniących się wzrostem? Odpowiedziała: „nie znam takiej sztuki teatralnej. Poza tym, cztery aktorki to rozwiązanie czysto techniczne, aby przeprowadzić spektakl plenerowy. W ten sposób wyraźnie widać, jak Alicja się zmienia …, ale tak czy inaczej, jest tylko JEDNA”. Wtedy pomyślałam: no tak – rzeka San, choć płynęła przez wiele kultur, które rozpoczynały i kończyły swe trwanie nad jej brzegami; choć zmieniała swój nurt (na początku była blisko, później dalej od miasta), wciąż płynęła i płynie, niezmiennie ta sama.

Rzeka San, jako jedna z dynowskich Alicji, ma swoją tożsamość, ugruntowaną i silną, wprowadza ludzi w Krainę Czarów, gdy chcą płynąć po niej powoli, bez pośpiechu. Zobaczyć ją we mgle, to jak zapaść w sen, pełen magii. Z drugiej strony, pradawny „Denow”- woda, uczy o naturze tożsamości. Przemawia do każdego, kto zawita w jego strony. Uważny wędrowiec usłyszy słowa skierowane tylko do niego: „Przybyłeś tutaj, bo jestem Krainą Czarów, wiedzie do mnie rzeka, wody stare i mądre. Pozwalam, by na jej falach wpływały do mnie postaci osobliwe. Jestem jak sen, nie doszukuj się we mnie twardych murów, żelaznych konstrukcji – pewności, że będę trwał niezmiennie przez wieki. Spójrz na mnie choć raz oczami dziecka i uśmiechnij się NA NOWO (de novo). Szukaj i poznawaj światy („dziwów” pięknych i strasznych) każdej z postaci, którą tu spotkasz. Stań wobec każdej z osobna i OKREŚL SIEBIE – manifestuj swoją odwagę i siłę. Mów jasno, jakich wrogów masz pokonać, jakich strzec tajemnic. A jeżeli nie rozumiesz tego, co się z Tobą dzieje, zapytaj, każdy „coś” Ci powie, choć odpowiedzi różnią się od oczekiwań. Zatem płyń, płyń z wolna i pamiętaj o Domu – Kocie, którego będziesz szukać i znajdywać, będziesz gubić i odnajdywać. Pamiętaj o Kocie– Domu, który będzie się pojawiał i znikał, bo i Ty będziesz zmieniał proporcje ze względu na czas, który płynie. Zatem idź! Dokąd dotrzesz? Poranek rozjaśni”.

Najważniejsza nauka, jaka płynie z „Alicji…” to ta o zadawaniu pytań: Jeżeli nie jestem sobą, następne pytanie brzmi: Kim jestem? „Odpowiedź pojawi się z czasem, jeżeli będziesz szedł wystarczająco długo” – tak mówi Kot-Dom i uśmiechając się kończy: „a jeżeli nie możesz określić się wobec świata, pozwól, by on określił się wobec ciebie”.

Ludzie o duszach dzieci

Na pytanie: kim, według Niej, jest Alicja, Magda odpowiedziała: „dla mnie to nie jest dziecko, nie robię spektaklu dla dzieci. Ona jest dorosłą osobą, tylko o duszy dziecka”.

Autorka „Biegnącej z wilkami” – która jako psychoanalityk, antropolog oraz poetka jest (według mnie) ekspertem w dziedzinie snów i baśni – pisze: „Gdyby przyszło nam spojrzeć na najbardziej nieczułego i bezlitosnego, najokrutniejszego człowieka pod słońcem podczas jego snu i w chwili przebudzenia, przez jeden krótki moment zobaczylibyśmy w nim nieskalaną dziecięcą duszyczkę, czystą niewinność. Sen przenosi raz jeszcze w stan słodkiej błogości. We śnie następuje przemiana. Sen wywraca podszewką do góry, daje świeżość dziecka”[12]. Wiemy zatem, że sen potrafi każdego z nas obdarzyć niewinnością dziecka, takie ma właściwości. Sami jednak decydujemy, na jak długo.

Ludzi o dziecięcej wrażliwości poznałam podczas pobytu w Dynowie. Najwięcej czasu spędziłam z nimi pomagając Ewie Woźniak przy scenografii do spektaklu. Podczas trzech tygodni spędzonych na Podkarpaciu tego lata rozmawiałam z nimi o marzeniach, planach na przyszłość, miłości oraz samotności. Prace przy konstrukcji scenografii, próby chóru i próby do piętnastu scen „Alicji…” odbywały się w różnych miejscach Dynowa. Najczęściej na starej stacji PKP, gdzie Stowarzyszenie „De – Novo”[13] dzierżawi jedno z pomieszczeń. Na pytanie: jak to się dzieje, że wszyscy bardzo dobrze odnaleźli się w rolach, w których zostali obsadzeni, reżyserka odpowiada: „Długo myślałyśmy z Ewą Woźniak, kto jakie role zagra. Zawsze tak się dzieje przed spektaklami, które robimy wspólnie. Tak było przed „Snem nocy letniej”, „Kotem w butach” i „Skrzypku na dachu”. Pomysł na „Alicję…” podsunęła mi Ewa. Marzyła od dawna, żeby zrobić taką wielką, magiczną scenografię. Upłynęło trochę czasu zanim siadłyśmy i zaczęłyśmy głośno rozmawiać o ludziach stąd i o tym, jakie postacie z baśni najlepiej do nich pasują. W spektaklu grają również zawodowi aktorzy – nasi przyjaciele. Z nimi trzeba było rozmawiać o wiele wcześniej”. W całym przedsięwzięciu teatralnym wzięło udział pięćdziesiąt osób, w tym spora gromadka dzieci z Dynowa, które wniosły do spektaklu wiele świeżości i czaru. Niestrudzenie, dzień w dzień, noc w noc, trwały przygotowania do premiery. Podczas wolnych chwil chodziliśmy nad San, który płynie w odległości pięciuset metrów od stacji.

Wiele było takich osób, które przybyły do miasta na dwa, trzy dni, by poprowadzić z dziećmi warsztaty teatralne, plastyczne, muzyczne i taneczne. Niektórzy z nich pomagali przy scenografii, „wpadali” na stację PKP i malowali karty, szyli na maszynie kostiumy, kleili filiżanki oraz rybie ogony i kwiaty do sceny indyjskiej, zbijali deski potrzebne do budowy wielkich konstrukcji zwanych „kubikami” i znikali. Ewa czasem mówiła: „nie zdążyłam się nawet z nimi pożegnać i podziękować za pracę”.

Największy sentyment mam właśnie do czasu spędzonego w towarzystwie Ewy, która w spektaklu grała jedną z czterech Alicji. Wspominam wspólne rozmowy przy maszynie do szycia, winie i dobrej muzyce. Czasem pracowałyśmy do późnej nocy w starej parowozowni na stacji PKP, gdzie scenografia zmieniała swoje kształty. Z dnia na dzień „Alicjowe światy” nabierały „ciała i ducha”. Tydzień przed premierą dołączył do nas Marcowy Zając (urodzony w tym magicznym miejscu), przyjaciel Ewy z Dynowa. Okazało się, że nie trzeba śnić, by dostać się do Krainy Czarów i Magii. Często zdarza się, że ludzie o dziecięcej wrażliwości tworzą Ją dookoła siebie, zupełnie nieświadomie. Podobnie jak Alicja z powieści Lewisa pokazuje nam świat swojego snu, tak ludzie o wrażliwej, wolnej duszy, do których z pewnością należy Ewa i Marcowy Zając, sprawiają, że w ich obecności, ponownie patrzymy na świat oczami dziecka. Należy jedynie pojawić się w odpowiednim miejscu i czasie.

Zatem możemy wyróżnić przynajmniej cztery osobowości zwane ALICJAMI. Po pierwsze, są to Ci, których sen zmienia na chwilę, dając niewinność dziecka. Po drugie, są tacy, którzy przemierzają krainy snu i czarów dla czystej przyjemności. Oni również potrafią realizować twórczo swoje życie, a podczas codziennym obowiązków nie zapominają o magii ukrytej, choćby pod rumianym obrusem w letnie popołudnie. Dwie ostatnie „Alicjowe osobowości” mają „coś”, co ich do siebie ciągnie, woła, mimo że charakteryzują się odmiennymi postawami wobec świata. Zatem, po trzecie, możemy wyróżnić tych, którzy mają duszę dziecka. To ciekawość wobec świata prowadzi ich poprzez światy straszne i piękne, a ufność dziecięcą dziedziczą od serca a nie rozumu, dlatego szybko uczą się na błędach. Obserwując ich, ma się wrażenie, jakby trwali w dobrej magii, która rozpromienia wszystko dookoła. Wreszcie po czwarte, są tacy, którzy patrzą na świat oczami dziecka tylko wówczas, gdy znajdują się w obecności ludzi o duszy dziecka. Wtedy jakby zapadali się w sen, budzą się w nich pragnienia, jakich dotąd nie znali. Pojawia się energia i siła do twórczej pracy. Pytanie tylko, co się dzieje z nimi, gdy czar pryska i sen się kończy? Powracają do siebie!… Czyli do kogo?

O podróży do siebie i z powrotem

Wyjeżdżam z Dynowa 4 sierpnia, na drugi dzień, po premierze spektaklu „Alicja w Krainie Czarów”. Kilka godzin przed wyjazdem biegam to tu, to tam, żegnając się z przyjaciółmi, znajomymi oraz tymi, którzy przyjechali tylko na premierę. W pewnej chwili staję i mam wrażenie, że o kimś zapomniałam, o kimś bliskim – moim, oswojonym. Gdzieś znajduję miejsce, żeby popłakać. Później idę jakąś drogą, łąką, torami… A być może stoję w miejscu przez dłuższą chwilę i te wszystkie drogi, łąki idą przeze mnie? Prawdopodobnie jestem nad Sanem, choć nie wiem tego na pewno. Rzeka znów stoi przede mną we mgle i robi się jakoś strasznie i dziwnie. Czuję, że czas powracać do siebie, czas pożegnać postaci osobliwe, które zdążyły się we mnie zadomowić, a magię i czary porzucić gdzieś na rozstajach… Bo cóż mi po nich, skoro opuszczam to miejsce?

W powrotnej drodze zachodzę do Miklaszów po Anioła, którego Jola – mama Magdy – namalowała mi na drewnie. „Anioł Artysta” – bo takiego chciałam. Popatrzył na mnie z uśmiechem. Pomyślałam: oj wariatko, wariatko, czyżbyś niczego się nie nauczyła…?

Wróciłam do Lublina i nie upłynęły dwa tygodnie, jak z powrotem byłam w Dynowie. Zostałam zaproszona na autorski spektakl Magdy Miklasz i Żanety Małkowskiej pt. „Mercedes Benz” – dwie siostry, wariatki z antykwariatu we Lwowie, żyją pośród staroci minionych lat i wspomnień, które podsycają opowieścią o miłości babki Marii i dziadka Karola. Tło fabuły tworzy Lwów tuż przed II wojną światową: ostatnie pikniki, ostatnie szczęśliwe lata i miłość – sielanka ostatnich ciepłych dni lata. Gdyby wiedzieli, co się wydarzy, czy kochaliby jeszcze mocniej?

Po spektaklu na drewnianym tarasiku z Jolą Miklasz rozmawiałyśmy o „Alicji…”, ale w sumie o życiu. „Wiesz – mówiła do mnie – tego tak się nie da wszystkiego rozwikłać. Po co? Tu nie można zastosować jakichś mądrych teorii psychologicznych. Po co? Kogo to obchodzi? Ważne, by stawiać pytania – właśnie to robi Alicja i znajduje ostatecznie drogę do domu. Najważniejsze jednak jest to, by uśmiechnąć się do życia, traktować je z przymrużeniem oka. Wiesz o co chodzi!… wiesz?” I spojrzała na mnie z miną nauczycielki. Tak, wiem – odpowiedziałam i obydwie zaśmiałyśmy się głośno.

Aneta Pepaś


[1] Fragment ze scenariusza do spektaklu „Alicja w Krainie Czarów”, scena 8 – Kot z Chechire. Scenariusz na podstawie powieści Carrolla Lewisa pod tym samym tytułem.

[2] Premiera spektaklu odbyła się 2 i 3 sierpnia 2008 roku, na terenie starej stacji PKP w Dynowie w woj. podkarpackim. Reżyseria: Magdalena Miklasz, scenografia: Ewa Woźniak, muzyka: Marek Papaj, Daniel Maziarz, koordynator projektu: Ewa Zielińska. Zob., Internet: http://www.dynow.pl/

[3] Pochylony druk w niniejszym tekście oznacza cytaty z „Alicji w Krainie Czarów”.

[4] Zob. Clarissa Pinkola Estes, Biegnąca z wilkami, Poznań 2001. W rozdziale 10 –Czyste wody: pielęgnowanie energii twórczej – Czytelnik znajdzie więcej na temat „kochania dobrą miłością”.

[5] B. Jaśkiewicz, A. Meissner (red.), Dynów – studia z dziejów miasta, Dynów 1995, s. 92.

[6] Ibidem.

[7] Zob. G. Szajnik, Dynowskie legendy zaklęte w rzeźbie, „Dynowina” 2005, nr 7, s. 9-10.

[8] Na marginesie chcę dodać, że obydwaj moi rozmówcy grali w „Alicji…” postaci osobliwe, i tak w kolejności Janusz Miklasz – Żółwiciela, a Mariusz Choma – Pana Gąsienicę.

[9] Jaśkiewicz A., Meissner A., (red.) Dynów…op.cit., s. 88

[10] Konkurs został ogłoszony przez Społeczne Towarzystwo Oświatowe w ramach programu operacyjnego MKiDN „Patriotyzm jutra”, http://www.patriotyzmjutra-legendy.sto.org.pl/

[11] Clarissa Pinkola Estes, op. cit., s. 166-167.

[12] Clarissa Pionka Estes, op.cit., 167.

[13] Stowarzyszenie „De-novo” powstało w styczniu 2007 roku w Dynowie i jest organizatorem festiwalu „Letnia Arena Dynów”, który kończy się spektaklem plenerowym z udziałem dzieci i dorosłych mieszkańców Dynowa i okolic, studentów i absolwentów szkół teatralnych z całej Polski. Zob., Internet: www.de-novo.denow.pl

Kultura Enter
2008/10 nr 03

plakat przedstawienia Alicja w Krainie Czarów, fot. D. Gąsecki

scena z przedstawienia; fot. D. Gąsecki

Dynów; fot. D. Gąsecki