Strona główna/Cyrk – opowieści. Opowieść pierwsza. Dobrzeń Wielki – szczęśliwe przypadki

Cyrk – opowieści. Opowieść pierwsza. Dobrzeń Wielki – szczęśliwe przypadki

Dzisiaj dzieci mają wszelkiego rodzaju zabawki, komputery… Mają dostęp do wszelkiego rodzaju zajęć, ale są nimi znudzone bo jest tego wszystkiego tak dużo, że nie wiedzą, co mają wybrać. Okazało się że w cyrku – w tej niechcianej, nie do końca uznawanej działalności – są metody, które mogą wprowadzić dzieci w świat fantazji, zachęcić do wszelkiego rodzaju działania. Poprzez ruch, gimnastykę, pobudza się między innymi ich wyobraźnię, wrażliwość, równomierny rozwój obu półkul mózgowych… Podczas dziesięciu lat pracy w Gminnym Ośrodku Kultury w Dobrzeniu Wielkim przekonałam się o tym wielokrotnie.

W stronę cyrku

Przez wiele lat zawodowo występowałam w cyrku. Ten wybór w moim przypadku nie był podyktowany rodzinną tradycją (jak się to często zdarza w tej dziedzinie sztuki), tu zadecydował szczęśliwy przypadek. Zobaczyłam w telewizji reklamę szkoły cyrkowej, bez chwili zastanowienia pojechałam na egzaminy – i już tam zostałam. Zupełnie niechcący znalazłam to, czego szukałam. Dziś, gdybym miała decydować jeszcze raz, poszłabym tą samą ścieżką.

Moją specjalizacją stał się persz. To dziedzina ekwilibrystyki – balans. Polega na tym, że jeden wykonawca bierze na czoło długą, ponad czterometrową rurę (czyli persz), a po niej wspina się druga osoba, która staje na szczycie np. na rękach (to właśnie było moje zadanie). Ćwiczenie można modyfikować: na przykład osoba podtrzymująca może być na wysokim monocyklu czy szczudłach, albo położyć persz na ramieniu. Dodatkowo, tam na górze, trzymałam w rękach partnerkę.

Po zakończeniu pracy artystycznej zajęłam się przekazywaniem swoich umiejętności dzieciom. Niestety, nie jest to typowa droga dla ludzi cyrku. Nikt z moich znajomych nie zdecydował się na pracę edukacyjną. Nawet mój mąż, którego poznałam właśnie w cyrku, po zakończeniu kariery nie chciał w żaden sposób jej kontynuować.

Od artysty do instruktora

Po zakończeniu kariery cyrkowej zamieszkaliśmy z mężem w Opolu. Dobrzeń leży dwanaście kilometrów od Opola. Przypadkowo spotkałam koleżankę, która powiedziała mi, że zwolniła stanowisko w GOK-u i zachęciła mnie do podjęcia tam pracy. Pomyślałam, że skoro chcę uczyć dzieci żonglować, to czemu nie tam? Zdawałam sobie sprawę, że mam przewagę nad innymi kandydatami. Oni prawdopodobnie zaproponują taniec, śpiew, prace plastyczne, ale nie ćwiczenia cyrkowe. Posiadałam rzadkie umiejętności i chciałam się nimi dzielić. To mnie zdopingowało. Dyrektor zapytał, czego konkretnie mogłabym uczyć. Zaoferowałam żonglerkę, chodzenie po linie, skakankę i to wszystko. Wystarczyło – zaufał mi.

Warunki do pracy okazały się skromne – do dziś dysponuję tylko salą bankietową i kinową. Salę bankietową łatwo sobie wyobrazić: cztery ściany, sufit, podłoga i nic więcej. Nie ma też żadnych zabezpieczeń – dobrze chociaż, że jest wysoka (ma ponad cztery metry wysokości). Można więc swobodnie żonglować czy robić wysokie rzuty kijami. Natomiast sala kinowa, owszem, także jest wysoka, ale jeżeli chodzi o powierzchnię ogranicza ją widownia. Okazało się jednak, że mamy w niej możliwość podwieszenia dwóch nowych rekwizytów: trapezów i modnych teraz szarf. Wszystko buduję tam sama, we własnym zakresie.

Wielkie zmiany w małej miejscowości

Do tego czasu dzieci w Dobrzeniu nie miały żadnej alternatywy dla tańca i śpiewu. A tu nagle cyrk? „Nie daj Boże! Moje dziecko nigdy nie pójdzie do cyrku!”. Pomogły dopiero rozmowy z rodzicami: tłumaczyłam, że nie chodzi o to, aby wysłać dziecko do cyrku. Ono może być kimkolwiek zechce! Wymyśliłam taki slogan: „Nawet doskonałemu lekarzowi czy prawnikowi nic nie stoi na przeszkodzie, żeby żonglować!”. To absolutnie nie zaszkodzi, a wręcz może mu się kiedyś przydać. Pomału rodzice zaczęli się przekonywać. Krok po kroku zaczęłam budować swoją pozycję. Pierwszy sukces: przekonałam małą grupkę dzieci do udziału w zajęciach. Potem się okazało, że żonglerka przynosi więcej korzyści niż strat. Przyszedł tata jednej z dziewczynek i pochwalił, że ostatnio córka bardzo poprawiła się w czytaniu, a jest dyslektyczką. Bardzo mnie to ucieszyło. Dużo później mama jednego z moich wychowanków, który dziś jest już studentem, wyznała, że miał nerwowe tiki oczu. Lekarze nie mogli sobie poradzić z tym problemem, a okazało się, że po trzech miesiącach ćwiczeń na zajęciach cyrkowych – zniknęły bezpowrotnie. To mój wymierny sukces i jednocześnie dowód na to, że żonglerka pomaga.

Pierwsze nasze występy były nowością dla miejscowej publiczności – wcześniej nikt nie widział dzieciaka żonglującego podczas balansowania na wałku, chodzącego na szczudłach czy robiącego inne „dziwne rzeczy”. Wzbudzaliśmy ogólny zachwyt i ciekawość. Powoli zaczęliśmy odnosić coraz większe sukcesy, a po sześciu latach udało się nam stworzyć festiwal cyrkowy. Teraz do naszego małego gminnego Dobrzenia Wielkiego zjeżdżają dzieci z całej Polski.

O tym, że rywalizacja jest potrzebna…

W tym roku odbyła się piąta edycja festiwalu. Rywalizacja ma tu inny charakter niż w sporcie. Ale ocena jest konieczna – bo jeśli ktoś pracował, starał się i osiągnął wyniki, to powinien mieć informację zwrotną. To forma nagrody za pracę –a dzieci lubią dostawać nagrody i być chwalone. Wszyscy dostają upominki, dyplomy uczestnictwa, nikt nie wyjeżdża z pustymi rękoma. Reguły są jasne – najlepsi stają na podium, dostają nagrody, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w przyszłym roku wygrał ktoś inny.

Widzę podział na dwie grupy występujących – w pierwszej są zespoły, które wywodzą się ze sportu, drugą tworzą amatorzy. Ci pierwsi mają przygotowanie – mocne mięśnie, kondycję, potrafią się zwinnie poruszać. Świetnie opanowali technikę, co daje im podstawy do radzenia sobie z wieloma typowo cyrkowymi ćwiczeniami. Natomiast amatorzy nie mieli wcześniej do czynienia z pracą nad ciałem (często mylą nawet prawą i lewą rękę!). Podczas występów najczęściej wykonują żonglerkę, bo ona nie wymaga dużej siły i wytrzymałości. Po prostu podrzucają piłeczki. Różnica między oboma grupami zauważalnie motywuje amatorów do tego, by dorównać sprawniejszym kolegom. Usiłują poprawić umiejętności, żeby wypaść lepiej. Nie chcą zostawać w tyle, chcą być lepsi. Ich chęć zdobywania dalszych umiejętności, to też jest dla mnie sukces. Ambicje dzieci podnoszą się, a dzięki temu robią coś dobrego dla siebie. Jeżeli zobaczę te same osoby podczas kolejnej edycji festiwalu już wiem, że złapały cyrkowego bakcyla.

Kiedy oceniam dzieci, staram się dowiedzieć, czy mają jakąś pasję. Uważam, że tylko z pasjonatami można zrealizować dowolny cel. Jestem przekonana, że osoby, które od najmłodszych lat mają w sobie zakorzenioną potrzebę poznawania i ciekawości, w przyszłości osiągną sukces. Są bowiem otwarte, gotowe do życia, nie boją się wyzwań. Dzieci pozbawione zainteresowań same nie wiedzą, czego w życiu szukają. Żyją sobie a muzom. Często kończy się to w ten sposób, że trafiają na złą drogę. Ale tak naprawdę, to każdy moment jest dobry, żeby te dzieci czymś „zarazić”.

a ruch – niezbędny!

Jak wytłumaczyć rodzicom i młodym ludziom, że w dobie komputerów aktywność ruchowa to wielka dla nich korzyść? Nasze pociechy mają dziś wszystko: komputery, przy których siedzą non stop, wszelkiego rodzaju zabawki – to jest katastrofalne w skutkach dla ich kondycji i stanu zdrowia. Mniej ruchu w czasie wolnym to mniejsza sprawność. Dodatkowo mamusie wspaniałomyślnie zwalniają dzieci z lekcji wychowania fizycznego. Moje zajęcia udowadniają, że, niechciana, wstydliwa sztuka cyrkowa jest na tyle atrakcyjna, że potrafi oderwać dzieci od „komputerowego” trybu życia i wprowadzić je w świat fantazji i ruchu.

Odrębną kwestię stanowi fakt, że wychowanie fizyczne w polskich szkołach to często zajęcia na skandalicznym poziomie, nie wpajają dzieciom nawyku zdrowego i tak potrzebnego ruchu: bardzo często, zajęcia ograniczają się tylko do gry w piłkę. Kiedy prowadzę warsztaty w sali gimnastycznej i chcę podwiesić linkę, często okazuje się, że nie ma gdzie. To jednoznaczny komunikat: ta sala przeznaczona jest tylko do gier w piłkę. Nie przewiduje się na niej akrobatyki, gimnastyki. Nie widzę tutaj żadnego sprzętu (poza jednym starym kozłem i skrzynią) nawet materacy. Nie mam nic przeciwko piłce nożnej, koszykówce czy ręcznej ale – na litość boską – nie wszyscy chcą w nią grać! Gdyby nauczycielka umiała trochę żonglować, ruszać pojkami, czy kręcić hula-hopami, dziewczynki nie uciekałyby tak szybko z WF-u i nie prosiły mam o zwolnienie. Podejrzewam, że gdybym starała się o wprowadzenie do szkoły godziny cyrkowej, nie znalazłabym aprobaty we władzach jak i u rodziców.

Gdyby wuefiści byli bardziej elastyczni i chcieli trochę urozmaicić zajęcia, mielibyśmy zupełnie inną sytuację w zakresie sprawności dzieci. Powinni uczyć się współpracować z innymi, zapraszać osoby, których kreatywność mogliby wykorzystać. Trzeba ruszyć głową, zamiast rzucić piłkę i mieć lekcję z głowy. To nie wymaga rozwiązań systemowych, tylko wyobraźni i zdrowego rozsądku. Oczywiście, z niewolnika nie ma pracownika. Jeżeli ktoś nie lubi dzieci, nie lubi pracować w szkole, a pracuje, nie ma szans na to, żeby cokolwiek zmienić.

Tymczasem ja robię dalej swoje, zdobywam nowe rekwizyty, przyciągam kolejne dzieci, i myślę, że to się nie zmieni, dopóki moje możliwości na to pozwolą.

Wystarczy pomocna dłoń

Pedagogika cyrku pozostanie pewnie dalej na uboczu. Ale ja cieszę się, że ciągle znajduję choćby pojedyncze osoby, które gotowe są pracować na sukces małymi kroczkami choć wtedy, trudno liczyć na szybkie efekty. Bez wsparcia z zewnątrz można latami walić głową w mur i nigdy go „nie przebić”. Nie chodzi o gratyfikacje, ale o uzyskanie chociażby aprobaty, o pomocną dłoń. Wystarczy zauważyć człowieka, przedstawić go innym: „Słuchajcie, ten człowiek tutaj działa, dołączcie do niego”.

Dyrekcja GOK-u docenia pracę, jaką wykonałam w naszej miejscowości. Uważam, że oferta domu kultury może i powinna być nietypowa, różnorodna, atrakcyjna – to jest w interesie dzieci i musimy o to walczyć. Dotyczy to zwłaszcza małych miejscowości, gdzie możliwości są ograniczone. Chociaż gmina Dobrzeń Wielki liczy około czternastu tysięcy mieszkańców, w GOK-u mamy obecnie ponad trzydzieści aktywnych sekcji dla dzieci młodzieży i dorosłych. Nasz Dom Kultury działa najprężniej na Opolszczyźnie – nawet w samym Opolu żadna tego typu placówka nie jest tak rozbudowana. Moim argumentem w rozmowach z dyrekcją o dotacje są wymierne sukcesy. Jak udział Krzysztofa Riewolda w IV edycji programu „Mam Talent”. Doszedł aż do półfinału, w którym przegrał z zawodowcem z pokrewnej dziedziny – iluzjonistą. To, że zorganizowałam jedyny w Polsce DZIECIĘCO-MŁODZIEŻOWY FESTIWAL SZTUKI CYRKOWEJ, a nasza grupa świętowała już dziesięciolecie. Po tylu latach pracy mogę powiedzieć, że wychowałam „minipokolenie”: pierwsi moi wychowankowie opuścili zespół, są już studentami. Zaczynam więc od nowa – wracam do pracy z małymi dziećmi. Starsi radzą sobie sami i potrafią zrobić użytek ze zdobytych umiejętności.

Chciałabym, żeby moja praca zataczała kręgi: wyszkoleni już studenci prowadziliby własne warsztaty. Chętnie skupiłabym u siebie w jednym miejscu takie osoby. Ale nikomu nie chcę zamykać drogi. Jeśli ktoś chce zostać artystą cyrkowym, stworzę mu warunki, podzielę się wiedzą. Najbardziej zależy mi jednak na działalności wychowawczej – tak, aby objąć nią nawet małe miejscowości.

Mimo dotkliwego braku zainteresowania z zewnątrz cyrk był, jest i będzie, a wszystko dlatego, że artyści cyrkowi to pasjonaci. Zwykły zjadacz chleba nie odnalazłby się w cyrkowym zespole, który składa się z ludzi trochę zakręconych, chodzących z głową w chmurach… Cyrkowcy nie zrażają się, że wybrali dziedzinę, której kultura wysoka zamknęła drzwi przed nosem – od zawsze ich dyscyplinę traktuje się jak coś gorszego, przeznaczonego dla „plebsu”. A jednak dziś coraz częściej okazuje się, że z tej sztuki można czerpać niesamowite pomysły – wykorzystywać je w innych formach artystycznych czy nawet w pedagogice. Takiego obrotu sprawy nikt się nie spodziewał! Mnie, jako osobę, która poświęciła cyrkowi część życia, podbudowują te zmiany. A dzieciaki się cieszą.

Grażyna Chmielowicz

współpraca: Monika Kalinowska