Strona główna/DALEKI WSCHÓD. Dzieje hunhuzów

DALEKI WSCHÓD. Dzieje hunhuzów

DALEKI WSCHÓD. Dzieje hunhuzów

Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski

Hunhuzi, nazywani czerwonobrodymi, zapisali się w historii Dalekiego Wschodu jako niezwykle okrutni, ale i przebiegli bandyci. Ich owiana licznymi legendami działalność stała się kanwą oscarowego filmu. Kim byli rozbójnicy znad „rzeki czarnego smoka”?

Na jagody

Wczesną jesienią 1896 roku władywostoccy gimnazjaliści wybrali się na jagody, porastające dywanami pobliskie wzgórza. Niewysokie faliste grzbiety, wznoszące się tuż nad brzegami Zatoki Piotra Wielkiego, miejscowi określają mianem sopek; na Kamczatce nazwa ta przynależy także wygasłym wulkanom. Na jednym z nich, pod drzewem, młodzieńcy dostrzegli koszyk. Unieśli wieko, pod którym ukazały się złote monety, biżuteria oraz srebrna zastawa. Nie mieli wątpliwości, do kogo należy skarb. Hunhuzi mogli znajdować się nieopodal, więc istniało niebezpieczeństwo, że za chwilę rzucą się i poćwiartują intruzów toporami. Gimnazjaliści chwycili więc kilka garści monet i co tchu popędzili w dół zbocza. Mijając gęsto rosnące koreańskie jodły, sosny oraz wysmukłe mongolskie dęby, dotarli do rogatek nieodległego Władywostoku. Już na miejscu pokazali swą zdobycz dorosłym, którzy postanowili zorganizować wyprawę po bandyckie kosztowności. Ku rozczarowaniu wszystkich, misja zakończyła się fiaskiem. Chłopak, który prowadził na sopkę, nie wypełnił zadania. „Albo pomylił miejsce – pisze Dmitrij Jerszow, autor książki Hunhuzi. Niewypowiedziana wojna. Etniczny bandytyzm na Dalekim Wschodzie – albo właściciele skarbu, domyśliwszy się, co się święci, tym razem okazali się przezorniejsi”.

Rzeka czarnego smoka

W XIX i na początku XX wieku w chińskich dokumentach mianem hunhuza określano każdego bandytę, niezależnie od narodowości, działającego na północ od Pekinu. Jednak gimnazjaliści, którzy ruszyli na jagody i znaleźli skarb, rozumowali bardziej konkretnie. Dla nich, podobnie jak dla wszystkich podwładnych cara zamieszkujących dalekowschodnie rubieże imperium, hunhuzi nierozłącznie kojarzyli się z bezwzględnymi Chińczykami. Ponadto ci bandyci nie działali sami, lecz w szajkach, liczących od kilku do nawet kilkuset zbirów. Zazwyczaj grabili miejscową ludność, pobierali haracze od kupców, choć zajmowali się także bardziej wyspecjalizowaną działalnością, taką jak piractwo rzeczne i morskie, przemyt alkoholu, a nawet fałszerstwo. Nie od razu jednak hunhuzi zyskali złowieszczą sławę. Przed podpisaniem przez Rosjan i Chińczyków traktatu w Ajgun (1858 r.) rezydowali w Mandżurii oraz w rejonach leżących na północ od tej krainy, pastwiąc się nad koczowniczym ludem Nanajów oraz chińskimi chłopami. Lokalni włościanie, inaczej niż w pozostałych krainach Państwa Środka, przy odrobinie szczęścia mogli się tu wzbogacić, gdyż w okolicznych lasach płynęły złotonośne rzeki i rósł nie mniej cenny niż kruszec, korzeń żeń-szenia. Szybkie fortuny niczym magnes przyciągały oczywiście bandytów. Niebawem jednak w życie odwiecznych wspólnot wdarła się wielka polityka. Podpisany przez Rosję i Chiny traktat sankcjonował kolonialne zakusy Romanowów i granica między państwami została wytyczona wzdłuż Amuru. Taki podział terytorialny sprawił, że na północnym brzegu rzeki, nazywającej się w językach tungo-mandżurskich „czarną rzeką” lub „rzeką czarnego smoka”, dotychczasowi mieszkańcy stali się – nieoczekiwanie dla nich samych – poddanymi monarchy z Petersburga. W efekcie decyzji dyplomatów, usankcjonowanych kolejnym traktatem w Pekinie (1860 r.), w wydzielonych obwodach zaczęli pojawiać się także nowi gospodarze. Najwcześniej przybyli rosyjscy żołnierze, po nich dotarli cywilni osadnicy, zazwyczaj relokowani z ziem dzisiejszej Ukrainy (ok. 70 proc. przybyszów), a także carscy kupcy oraz wszelkiej maści podróżnicy i poszukiwacze przygód. W tajdze zastukały topory i obok istniejących już nanajskich koczowisk oraz tradycyjnych mandżurskich chat, nazywanych fanzami, wyrosły wojskowe posty oraz osady, z których niejedna stała się kilkudziesięciotysięcznym miastem. W sennym dotychczas regionie rozkwitł handel, a także wyodrębniła się kasta administratorów, odróżniająca się od zwykłych obywateli zasobnością sakiewki. Działający po obu stronach Amuru hunhuzi przyglądali się zachodzącym zmianom z nietajoną radością.

Czerwonobrodzi

Rosjanie zjeżdżający na początku lat 60. XIX wieku do obwodu amurskiego oraz przylegających doń Krajów Nadmorskiego (zwanego niegdyś od rzeki Ussuri – Ussuryjskim) i Chabarowskiego nie mogli nie dostrzec grasujących tam hunhuzów. Co ciekawe, bandyci początkowo nie atakowali przybyszów, skupiając się na łupieniu ziomków. Carscy poddani mieli więc okazję lepiej przyjrzeć się lokalnym rzezimieszkom. Intrygująca wydała się już sama nazwa: w językach chińskich ‘hunhuz’ oznacza „czerwonobrody” i istnieją co najmniej trzy genezy tego określenia. Po pierwsze, wśród męskich przedstawicieli tak zwanej rasy żółtej nie występuje rudy zarost i nazwa może być świadectwem działalności europejskich kolonizatorów, którzy miewają czerwonawe brody. Mogli oni zasłynąć na terenie Mandżurii swą pazernością i okrucieństwem, zaś niejako na ich cześć miejscowi przestępcy nazwali się hunhuzami. Kolejna wersja odwołuje się do rodzimej tradycji. Około XIII wieku na północy Chin popularny stał się teatr plebejski, którego artyści barwili swój zarost na czerwono. Wielu badaczy sądzi, że mandżurscy rozbójnicy mogli czerpać inspiracje ze sceny. Koncepcja ta nabiera prawdopodobieństwa w świetle postępowania hunhuzów: atakując większe skupiska, dokonywali swego rodzaju teatralizacji. Umalowani i przystrojeni niczym aktorzy odgrywający postaci demonów, z wrzaskiem wpadali między ofiary. Posługiwali się też nietypowym rynsztunkiem i w drugiej połowie XIX wieku, gdy niemal wszędzie była już broń palna, siekli ofiary tradycyjnymi chińskimi mieczami i dziurawili pikami. „Archaiczne, ale faktycznie groźne w fachowych rękach narzędzia – pisze Jerszow – sprawiały niezwykłe wrażenie i budziły lęk w ofiarach hunhuzkich nalotów”. Nie znaczy to bynajmniej, że „czerwonobrodzi” nie posiadali strzelb i rewolwerów, ale ten oręż rezerwowali do walki z lepiej wyekwipowanymi przeciwnikami. Trzecie wyjaśnienie nazwy odwołuje się właśnie do długiej broni palnej, którą hunhuzi mieli w zwyczaju dekorować czerwonymi sznurami i koralikami. Aby frędzle nie przeszkadzały w celowaniu, przygryzali je zębami i znajdującym się po drugiej stronie muszki nieszczęśnikom jawili się niczym czerwoni wąsacze. Zanim jednak przybysze spod Pińska, Odessy czy Tuły doświadczyli prawdziwej „gościnności” hunhuzów, dowiedzieli się, jak z bandytami postępują chińskie władze. Granica na Amurze nie była szczelna aż do hunhuzjady (1896 r.), kiedy to oba imperia zorganizowały wspólną akcję przeciw „czerwonobrodym”. Do tego czasu między brzegami „czarnej rzeki” kursowali nie tylko Mandżurowie, lecz także carscy obywatele, w tym kozacy, przekonani, że po chińskiej stronie szybciej dojrzewają warzywa, a łąki lepiej nadają się do wypasu bydła. Półlegalne rajdy przeprowadzały także rosyjskie ekspedycje badawcze. W jednej z nich znalazł się Nikołaj Garin. Ten inżynier i podróżnik swoimi doświadczeniami dzielił się na łamach książek, publikowanych pod pseudonimem Michajłowski. W tomie Po Korei, Mandżurii i Półwyspie Liaotuńskim opisał przeprowadzaną przez Chińczyków egzekucję. Ścięte głowy hunhuzów powieszono w workach przy drodze, a ciała ułożono w jamach tak, aby szyja dotykała tylnej części kolejnych zwłok. „Robimy to, żeby się wszyscy śmiali” – wyjaśnił stróż prawa.

Gwardia Matyldy

Rosjanie nie uznawali opium za używkę i osiadli na północ od Amuru Chińczycy bezkarnie produkowali narkotyk, a hunhuzi szmuglowali go do Mandżurii. Tam zaś, choć oficjalnie zakazany, znany był i cenionyniemal przez każdego. W drugą stronę bandyci wozili suli, zwaną też hansziną. Owa pszenna wódka cieszyła się wielką popularnością wśród kozaków, gdyż kosztowała dwa razy mniej niż rosyjska. Nie tylko w kontrabandzie wyspecjalizowali się „czerwonobrodzi”. W dorzeczu Ussuri oraz na leżącej nieopodal Władywostoku wyspie Askold znajdowały się pokłady złota. Pierwsi dotarli do nich hunhuzi i to oni rozpoczęli wydobycie. Z kruszcu bili potem fałszywe monety, które zawartością szlachetnego metalu nie różniły się od oryginalnych pięciorublówek. Pomimo tego koszt wyprodukowania podróbek był o jedną trzecią niższy niż autentyków. Udział bandytów w takich interesach nieuchronnie doprowadził do konfliktu z carskimi służbami i od połowy lat 60. XIX wieku kozackie oddziały urządzały na hunhuzów obławy. Ci zaś zerwali z zasadą nieatakowania Rosjan, grabilii, mordowali z równą determinacją co swych współbraci. Wciąż jednak region był zbyt ubogi i mało zaludniony, żeby mogli pokazać, aby mogli zaprezentować w pełni swoje możliwości. Sytuacja zmieniła się wraz z rozpoczęciem budowy Kolei Wschodniochińskiej. Jej pomysłodawca, minister finansów Siergiej Witte, jako zwolennik tak zwanego pokojowego podboju, przekonał cara do wytyczenia magistrali z zabajkalskiej Czyty do Władywostoku poniżej linii Amuru, czyli biegnącej częściowo przez ziemie należące do Chin. Cesarz Guangxu nie był skory do wydzielenia eksterytorialnego korytarza, ale niekorzystny wynik wojny z Japonią (1894–1895) zmusił go do przyjęcia oferty Petersburga. W 1896 roku Mandżuria zaroiła się od rosyjskich inżynierów. Za nimi przybył ciężki sprzęt oraz tysiące specjalistów. Wyrobników rekrutowano zaś wśród miejscowej ludności. Jedno z największych przedsięzwięć budowlanych XIX wieku przyciągnęło również obcy kapitał, dzięki czemu kolejowe węzły przekształcały się w handlowe centra; przykładem jest Harbin, który po kilku miesiącach od założenia (1898 r.) liczył już sto tysięcy mieszkańców. Tak bujny rozwój uczynił z Mandżurii istne Eldorado. W tym czasie hunhuzi zwiększyli liczebność do kilkudziesięciu tysięcy (najczęściej mówi się o ok. 30 tys.) i dokonali swoistej wewnętrznej specjalizacji. Istniały szajki zajmujące się kradzieżą materiałów budowalnych oraz rabowaniem inżynierów. Inne dostarczały siłę roboczą do pracy, przy okazji pobierając haracz od ludności. Grupy przestępców-komandosów trudniły się zaś napadami na wagony pocztowe, przewożące wypłaty dla robotników. Wszystko to działo się na terenie Chin i rosyjskie wojsko nie mogło interweniować. Próżno byłoteż liczyć na pomoc żołnierzy chińskich, którzy przymykali oko na działalność „czerwonobrodych”, a niekiedy nawet ich wspierali. W takiej sytuacji Witte nakazał powołanie organizacji militarnej, nazywającej się dla niepoznaki Strażą Ochrony Kolei. Liczyła ona 25 tys. świetnie wyekwipowanych funkcjonariuszy i mogła działać na terenie Mandżurii. Owi bojownicy, zwani też od imienia żony ministra – Gwardią Matyldy – prowadzili „niewypowiedzianą wojnę” z hunhuzami, która tylko pozornie zakończyła się zwycięstwem. W czerwcu 1903 roku otwarto trasę z Czyty do Władywostoku.

Papierowy tygrys

„Komu wojna, a komu mat’ rodna”, czyli „Komu wojna, a komu matka rodzona”, głosi stare rosyjskie powiedzenie. I faktycznie, rozpoczęty w 1904 roku konflikt między Japonią a Rosją stał się dla hunhuzów początkiem „złotego wieku”. Początkowo jednak dowódcy z Kraju Kwitnącej Wiśni próbowali wykorzystać panazjatyckie sympatie i nakłonić „czerwonobrodych” do wspólnej walki przeciw carskiemu imperium. Najliczniejsze i najpotężniejsze z bandyckich oddziałównie zamierzały ryzykować życiem w imię idei, zaś małe i średnie bandy w ogóle nie opowiedziały się po żadnej ze stron. Wówczas Japończycy zaproponowali konkrety. W zamian za działalność dywersyjną na magistrali wschodniochińskiej „czerwonobrodym” obiecano dostarczyć nowoczesne uzbrojenie, w tym broń artyleryjską. Jak podają różne źródła ok. 5 tys. bandytów przystało na tę propozycję i do 1905 roku przeprowadzili dziesiątki ataków na nowo wybudowaną linię kolejową. Trasa stanowiła jedyną drogę zaopatrzenia oblężonego przez Japończyków Port Artur, w którym stacjonowały główne siły carskiej Floty Oceanu Spokojnego. Baza morska, nękana przerwami w aprowizacji, ostatecznie została zdobyta od strony lądu. Jej upadek przypieczętował porażkę wojsk rosyjskich i car Mikołaj II zgodził się przyjąć warunki cesarza Mutsuhito. Na mocy pokoju z Portsmouth Rosja straciła przyczółki w Chinach, musiała oddać część Sachalinu, a także przyjęła dotkliwe sankcje ekonomiczne. Kraj Kwitnącej Wiśni, mimo taktycznego zwycięstwa, również odczuł negatywne skutki konfliktu. Walka ze światową potęgą nadwyrężyła gospodarkę i na wyspach zapanował kryzys. Z perspektywy hunhuzów rzeczywistość jawiła się zgoła inaczej. Osłabione potęgi uzbroiły ich po zęby i teraz „czerwonobrodzi” mogli pozwolić sobie na najśmielsze ataki. Swą działalność zintensyfikowali na terenach „papierowego tygrysa”, jak nazywali Rosję po przegranej wojnie, i w większości dalekowschodnich miast przejęli władzę w chińskich dzielnicach. Zwłaszcza we Władywostoku tamtejsze China Town, rozciągające się wzdłuż ulicy Millionej, stało się miejscem zakazanym, do którego Rosjanie bali się zaglądać. Władze podejmowały próby rozprawienia się z hunhuzkimi „burmistrzami”, ale nawet jeśli udało się pochwycić herszta, najczęściej za sprawą łapówki już po kilku tygodniach znów był na wolności. Korupcja i indolencja rosyjskich decydentów sięgnęły szczytów w czasach pierwszej wojny światowej. I gdy wydawało się, że sytuacja nie może być już gorsza, przez kraj przetoczyła się rewolucja, a po niej – wojna domowa. Na Dalekim Wschodzie, niczym w kotle wymieszali się zwolennicy ancien regime z bolszewikami, sojusznicy Rosji, Amerykanie, Anglicy i Francuzi, a także Japończycy przejęli władzę we Władywostoku, a setki kilometrów kolei transsyberyjskiej dostały się w ręce Czechosłowaków. Niegdysiejsi stróże prawa zniknęli i zwykłym obywatelom pozostały modlitwy, aby „czerwonobrodzi” oszczędzili ich domostwa. Jednak każda prosperita ma swój kres i niemal dwadzieścia tłustych „bandyckich” lat właśnie dobiegało końca.

Polacy w krainie Hunhuzów

W 1932 roku w okupowanych przez Japończyków prowincjach Chin było ponad 60 tys. hunhuzów. W tym czasie w Związku Radzieckim ich liczba sięgała kilku tysięcy, ale tylko garstka cieszyła się niegdysiejszą swobodą. Sztuka ta udała siębolszewikom dzięki wprowadzonemu terrorowi i konsekwencji, z jaką wysyłali pojmanych bandytów do kolonii karnych. Około 1930 roku w Magadanie rozpoczęto eksplorowanie dużych pokładów złota i okręty z hunhuzami brały kurs nawybrzeże Morza Ochockiego. Te działania nie mogły jednak ostatecznie rozwiązać problemu „czerwonobrodych”, gdyż bandyci rekrutowali się spośród rodaków. W 1935 roku radzieccy decydenci postanowili więc wysiedlić wszystkich Chińczyków i Koreańczyków zamieszkujących północne brzegi Amuru oraz Ussuri. Tym razem akcja zakończyła się absolutnym sukcesem, choć pamięć po nich nie zaginęła.

W 1915 roku carscy dowódcy, kierując się nieodgadnionymi motywacjami, nazwali jeden z pancernych pociągów „Chunchuz”. Opancerzony skład walczył później na frontach pierwszej wojny światowej i był wykorzystywany przez bolszewików podczas rozprawy z białymi. Historia „czerwonobrodych” ożyła także na srebrnym ekranie. Na motywach autobiograficznych powieści Garina-Michajłowskiego reżyser Akira Kurosawa, zdobywca Oscara, nakręcił w 1975 roku film Dersu Uzała. Obraz ten, uznany przez specjalną papieską komisję za jeden z czterdziestu najważniejszych filmów w historii kina, porusza między innymi problematykę „czerwonobrodych”. Historia hunhuzów miała także polskich propagatorów. Jednym z nich był Ferdynand Antoni Ossendowski. Ten podróżnik i badacz w książce Zwierzęta, ludzie, bogowie (pierwsze wydanie ukazało się w 1923 r.) opisał swą ucieczkę z trawionej rewolucyjną pożogą Rosji. Marszruta wiodła między innymi przez obwód amurski i Mandżurię, gdzie obserwował działalność hunhuzów. Podkreślił ich związek z naturą i zanik strachu przed śmiercią. Wyeksponował także związki z bolszewikami, choć historycy twierdzą, że relacje te były marginalne. Ale największe zasługi w pielęgnowaniu legendy rozbójników z Dalekiego Wchodu miał Alfred Szklarski. W Tajemniczej wyprawie Tomka (1961 r.) opisał walkę i pogoń za „czerwonobrodymi”. „Dwóch chunchuzów, w krótkich kożuszkach i szerokich, stożkowatych kapeluszach na głowach, usiłowało uprowadzić konie przywiązane obok szopy” – czytamy, po czym następuje opis ataku całej bandy na Tomka i jego towarzyszy. Dla miłośników tych książek nazwa, którą określa się bandytów, będzie już na zawsze zawierać dwa „ch”, zgodnie z rosyjską pisownią. I tak zawiłości fonetyczne, dotyczące zapisu nazwy tych bądź co bądź malowniczych zbirów stanowią dopiero zaczątek całej serii hunhuzkich domysłów i zagadek, które wciąż czekają na rzetelne opisanie.

Marta Panas-Goworska, Andrzej Goworski

Dorzecze Amuru leży na terytoriach Rosji, Mongolii i Chin. Źródło: commons.wikimedia.org.

Dorzecze Amuru leży na terytoriach Rosji, Mongolii i Chin. Źródło: commons.wikimedia.org.

Rosyjski pociąg pancerny "Chunchuz", od którego wziął nazwę cały typ ( 1915 r.). Źródło: Maksym Kołomijec: "Pociągi Pancerne Armii Rosyjskiej 1914 - 1917", Militaria Vol.1 Nr 4 (1993), za: http://derela.republika.pl.

Rosyjski pociąg pancerny "Chunchuz", od którego wziął nazwę cały typ ( 1915 r.). Źródło: Maksym Kołomijec: "Pociągi Pancerne Armii Rosyjskiej 1914 - 1917", Militaria Vol.1 Nr 4 (1993), za: http://derela.republika.pl.

Hunhuzi w kajdanach na dworcu moskiewskim w 1903 r. Źródło: ru.wikipedia.org.

Hunhuzi w kajdanach na dworcu moskiewskim w 1903 r. Źródło: ru.wikipedia.org.