Strona główna/ESEJ. Odczytywanie krajobrazu

ESEJ. Odczytywanie krajobrazu

ESEJ. Odczytywanie krajobrazu

Na tekst ten złożyły się fragmenty eseju Lothara Quinkensteina Place Stanislas z tomu Erinnerung an Klara Blum. Essays und Kritiken aus der Mitte Europas, Röhrig Universitätsverlag, St. Ingbert 2015. Wyboru dokonała tłumaczka w porozumieniu z autorem.

Wrzesień 1994. Wisłoka leniwie toczy swe wody w bezchmurnej porze babiego lata. Szosą wśród pól i łąk przemieszcza się w stronę horyzontu fiat bambino, maleje coraz bardziej i wreszcie znika w ciemnej linii lasu, która – jakby pociągnięta delikatnym pędzelkiem – zatrzymuje spojrzenie u progu nieskończoności. Ani jednego pagórka jak okiem sięgnąć. Tu i ówdzie zarośla, pasmo krzewów na miedzy, gdzieniegdzie zagroda, rząd topól. Krajobraz to głównie niebo.

Postanowiłem wyjechać na jakiś czas, znaleźć pracę za granicą i odsunąć tym samym perspektywę poszukiwania zatrudnienia w kraju. Na czarnej tablicy ogłoszeń w budynku Uniwersytetu Alberta Ludwiga we Freiburgu znalazłem trzy kuszące oferty: miasteczko na Węgrzech, miasteczko pod Liverpoolem i miasteczko na południowym wschodzie Polski. Miejsca na Węgrzech i w Anglii zostały już obsadzone, wziąłem więc to trzecie, o które, poza mną, nikt się nie starał. I teraz, siedząc na balkonie kawalerki w internacie, skąd widać było wrześniowy zachód słońca, przyglądałem się, jak ciemnopomarańczowe światło ginęło we mgle, błękitniał rząd wierzb wzdłuż rzeki, a znad ugorów koło mostu ciągnęły pasma chłodu o zapachu wody i ziemi.

Mielec, 60 tysięcy mieszkańców, trzy godziny pociągiem z Krakowa, z przesiadką w Dębicy. Następne większe miasto na wschodzie to Rzeszów. Dalej, za niespełna 100 km, Przemyśl, tuż przy granicy z Ukrainą.

Wówczas we wrześniu nie umiałem po polsku dosłownie zliczyć do trzech, a wymówienie nazw obu ulic: Jędrusiów i Kościuszki – pierwszych współrzędnych w moim nowym świecie, przychodziło mi z trudem. Na pierwszej znajdowało się moje miejsce pracy, czyli I Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego, na drugiej – internat.

Przyjechałem tutaj z niemieckojęzycznym kanonem lektur w głowie. Wprawdzie czytałem wcześniej Solaris Lema (po filmie Andrieja Tarkowskiego), ale trudno uznać tę powieść za istotny element poznawania polskości. W walizce przywiozłem antologię Olgi Mannheimer Sny są wolne. Polska czytanka z 1993 roku, którą nabyłem u bukinisty we Freiburgu wprost z kartonu po bananach. Tutaj, w zaciszu kawalerki zamierzałem zająć się bliżej autorami antologii.

Widok na szosę i pasmo lasu na horyzoncie, wieczorna cisza zaułków przy rynku, pierwsze oznaki nadchodzącej jesieni, widoczne już w listowiu lip, stukot kopyt koni, które ciągną turkoczące na kocich łbach wozy z drewnem i fury kartofli – w tym wszystkim szukałem najbliższego mi językowo echa epoki Habsburgów, brzmienia wersów Trakla, opowieści Josepha Rotha. […]

Joseph Roth urodził się na wschodnim krańcu Królestwa Galicji i Lodomerii, w Brodach, na ziemiach dzisiejszej Ukrainy. Na tych rubieżach Karola Józefa von Trottę w melancholię wpędziła dziewięćdziesięcioprocentowa gorzałka. Rubieże te zaciążyły jak fatum nad losem cechmistrza Anzelma Eibenschütza z Fałszywej wagi. Na tych rubieżach, gdzie rozmywają się wszelkie kontury, gdzie nieskończona uległość krajobrazu kpi sobie z wszelkiego wysiłku, gdzie wreszcie nawet erotyka nie kończy się niczym innym jak tylko bezdennym smutkiem, bo jest tylko daremną ucieczką – na tych rubieżach obcy ginęli bezpowrotnie, gdzieś przepadali. Nawet słowo „przepadali” nabierało szczególnego brzmienia pod tutejszym przepastnym niebem.

Mnie, obcemu, obcy język opowiadał odwrotną stronę mitu – ludzie, których życie w tym krajobrazie nie było snem w kolorze sepii, mówili o „Galicji i Głodomerii”. Topos ten nie przynależy bynajmniej wyłącznie do historii, miejscowi do dzisiaj mają poczucie, iż zamieszkują zaniedbany region. „Polska B” – to określenie miałem usłyszeć jeszcze wiele razy; pobrzmiewała w nim gorycz.

Codzienne sprawy obcy język opatruje pewnym szyfrem i określa ich specyficzne działanie. Szczegóły, niemal niewidoczne w zadomowieniu „u siebie”, tu nagle objawiają się w powiększeniu. Aż wreszcie z łamigłówki liter zaczną wykluwać się słowa, a słowa wypełnią się dźwiękiem i znaczeniem. Każde rozpoznanie napisu nad wejściem do sklepu urasta do miary wydarzenia, a z rozbrzmiewających dookoła zdań, które dopiero co płynęły jeszcze jak czysta melodia, rodzą się momenty olśnienia – „u siebie” niewarte nawet chwili uwagi – że oto ludzie rozmawiają o swoich sprawach.

W piekarni ktoś zagaduje o pogodzie, sprzedawczyni u rzeźnika pyta klientkę o zdrowie męża, na targu ktoś zachwala słodycz skosztowanych przed chwilą śliwek… Odkrywana słowo po słowie codzienność miasta była kopalnią nowych wrażeń, a że wszystkie odległości można było pokonać pieszo, rekonesans obcego języka odbywał się dosłownie krok po kroku i prowadził od obrazu do słowa, od słowa do obrazu. […]

Jedna z moich pierwszych marszrut wiodła do księgarni Dębickich na ulicy Mickiewicza. Wystawiona tam szeroka oferta podręczników językowych odpowiadała koniunkturze, jaka panowała w owych latach na naukę angielskiego i niemieckiego – skądinąd w reakcji na zniesienie obowiązku nauki rosyjskiego. Kącik księgarni zajmowały dewocjonalia i rozmaite akcesoria życia religijnego: obrazki świętych, różańce, wizerunki Czarnej Madonny, hafty z portretem Jana Pawła II lub kalendarze ze zdjęciami papieża wędrującego po Tatrach.

U Dębickich nabyłem też pierwsze wysłane przeze mnie z Mielca pocztówki. Dużo uroku miał widok siedziby księgarni – narożnego domu z około 1900 roku. Boniowanie pasowe na parterze, a na pierwszym piętrze nietynkowana czerwona cegła efektownie skontrastowana z białym obramowaniem okien. Ornamenty, ozdobne belkowanie, ścięty narożnik zwieńczony szczytową blendą… […] Inna seria widokówek przedstawiała kościół św. Mateusza, tonący w zieleni lata albo w śnieżnej poświacie zimowego dnia.

Rano, krótko przed ósmą, u wrót kościoła św. Mateusza panował ożywiony ruch wchodzących i wychodzących. Przed lekcjami uczniowie wstępowali tu na modlitwę. Pasowało to jakoś do dewocjonaliów u Dębickich, pasowało do krzyża w każdym sklepie – w specjalnie dekoracyjnej wersji u rzeźnika na rynku, gdzie Zbawiciel w girlandzie migocących, wielobarwnych lampek usytuowany był nad pętami kiełbas i połciami słoniny. Na ścianach niektórych domów zauważyłem nisze z figurkami Maryi lub Jezusa, a w ogródkach spotykało się wybudowaną domowym sposobem i pieczołowicie zaaranżowaną niewielką grotę z Matką Boską w kolorze nieba i z Dzieciątkiem na ręku.

Lekcje religii prowadził ksiądz, który również w szkole pojawiał się tylko w sutannie. Bywało, że w czasie zajęć wypowiedzi uczniów wprowadzały atmosferę skrępowania, co prowokowało odważniejszych do ironicznych komentarzy; cała klasa wybuchała wtedy zaraźliwym śmiechem, a ja przy jednej z takich okazji poznałem znaczenie kolejnego czasownika: „Nie bluźnij!”.

Mieliśmy 15, może 16 lat, kiedy ktoś z naszej klasy przed lekcją religii napisał na tablicy wielkimi literami: „Bóg umarł!”, zamknął i ozdobił kilkoma bazgrołami jej oba boczne skrzydła, a potem czekaliśmy w napięciu, co się wydarzy. Przyszedł moment, kiedy nauczyciel chciał coś zapisać, otworzył skrzydła tablicy i objawił się napis; oczekiwaliśmy, że zacznie ciskać gromy, w końcu chcieliśmy poczuć się jak prowokatorzy – tymczasem zapytał o autora tych słów, a także o to, jak można je rozumieć. Poza „uważam, że” i „myślę, że” niewiele mieliśmy do powiedzenia. Za pełną zadufania akcją kryła się bezmyślność.

Kiedy w styczniu 2015 roku na okładce berlińskiego magazynu „Zitty” pojawił się bulwersujący w zamiarze tytuł Bóg jest durny, przypomniała mi się tamta lekcja, na której chcieliśmy ogłosić swą dumną prawdę – a działo się to na początku lat 80. i w Polsce sprawy „Solidarności” stały na ostrzu noża. Ów „durny Bóg” był ważnym elementem tej opozycji.

Nie mogłem uporać się z liczebnikami, a płacąc w sklepie pięciusetzłotowym banknotem, trzymałem w dłoni wizerunek człowieka, którego imię nosiła moja ulica: Andrzeja Tadeusza Bonawentury Kościuszki. […] Koleje jego losu wyłożył mi (po angielsku) przy obiedzie w internacie mój kolega z pracy i sąsiad, Dariusz Nowak. Historia z przełomu XVIII i XIX wieku, nazwiska, bitwy, daty… Pamiętałem duszną atmosferę senności na szóstej lekcji, która nie chce się skończyć, nieobecne spojrzenia na drzewa szkolnego dziedzińca, na dachy, chmury, a przez otwarte okno dobiega świergot wróbli walczących o resztkę szkolnej kanapki. Natomiast teraz, przy obiedzie w internacie, historia zdała się tak samo realna jak kapuśniak i pierogi. Ze zdumiewającą lekkością Darek (magister biologii) żonglował faktami, zdumiewający był też ton jego wywodów. Brzmiało to niemal tak, jakby nie mówił o odległych czasach, lecz raczej o dalekim krewnym. Ów zapalczywy bojownik o wolność z zadartym nosem przynależał w pewnym sensie do rodziny. W pierwszej osobie liczby mnogiej – my – mieścił się i kraj, i naród. […]

W Święto Niepodległości 11 listopada miasto tonęło we flagach. W 1918 roku Polska odzyskała polityczną suwerenność po 123 latach rozbiorów. […] Ja zaś w listopadzie 1994 roku zajmowałem się rozszyfrowywaniem codzienności. Układanie detali w większą całość, którą modyfikował kolejny szczegół – był to proces trwający lata. Przeżycia sytuują się w teraźniejszości, a próba ich zrozumienia rozgrywa się głównie w pamięci. Dopiero spojrzenie wstecz ma szansę objąć więcej, niż można było zobaczyć z perspektywy ówczesnego tu i teraz.

Jednym z takich szczegółów, które staleo bjawiały się w nowym kontekście, były flagi polskiego listopada. To ich widok sprawił, że inaczej odczytałem letnie przyjęcie z końcowych stronic Marsza Radetzky’ego. Bliższa stała mi się postać, której dotąd – skoncentrowany na Karolu Józefie von Trotta – poświęcałem niewiele uwagi, mianowicie Wojciech Chojnicki. Na tle polskiej pasji niepodległościowej sprawia on wrażenie niesłychanie opanowanego, innymi słowy – zdumiewająco mało w nim patriotyzmu. Zwraca uwagę refleksyjna powściągliwość Chojnickiego i to w momencie, kiedy rozpoczyna się kryzys monarchii, budzący nadzieję na samodzielny byt państwowy wielu mniejszości narodowych, do których cesarz miał zwrócić się inwokacją „do moich ludów”, jeszcze zanim Wielka Wojna przypieczętowała upadek Habsburgów. Złożoność tej postaci widać zwłaszcza w powieści Krypta kapucynów. Hrabia wygłasza tam piękne zdanie: „Istotą Austrii nie jest centrum, lecz peryferie”. […] Zaś jego mniemanie, iż „tylko w tej szalonej Europie państw narodowych i nacjonalizmów to, co oczywiste, objawia się jako coś szczególnego”, wyraża stanowisko samego Rotha. Podobnie zresztą jak prognoza Chojnickiego, odnosząca się do dalszego rozwoju wypadków po roku 1918 oddaje obawy pisarza: „Austria sczeźnie z tej wierności Nibelungom […]”.

W światopoglądzie hrabiego Chojnickiego obecne jest szczególne uwrażliwienie na sprawy Europy Środkowej, co zresztą przewija się w całej twórczości Rotha. Krypta kapucynów kończy się w marcu 1938 roku – w Wiedniu powiewają flagi ze swastyką. Siedem lat później Europa Środkowa legnie w gruzach. […]

Wiele pytań, jakie przez wszystkie te lata stawiano mi, kiedy gościłem z wizytą w „starym kraju”, zdradzało nieprzezwyciężalną bodaj odmienność doświadczeń. Niektórzy chcieli się dowiedzieć, czy w Polsce można już „wszystko kupić” – i zdawali się być uspokojeni faktem, że istotnie tak jest. Dobrobyt uchodził za miarę „normalnego” życia i wszystkie inne pytania stawały się już zbędne. Inni pytali, czy w Polsce ma szansę powodzenia to, co nie udało się w nowych niemieckich landach – a mianowicie obrona przed inwazją „tego zasranego kapitalizmu”, dzięki czemu tam nie będzie tak jak tu. W tym kontekście Wschód […] nabierał nagle blasku utopii. Zarówno protekcjonalizm, jak i idealizacja były ledwie wyrazem własnych wyobrażeń. Zarozumiała iluzja, że się coś wie, uniemożliwiała bardziej zróżnicowane obserwacje. […]

Rok 1989 w Polsce daleki był od owego wielkiego rozczarowania utopią, co jednak bynajmniej nie wynikało z naiwności. Ludzie dobrze wiedzieli, że nie wszystko złoto, co się na Zachodzie świeci, ale idea „lepszego socjalizmu” – jak w NRD – nikogo nie porywała. „Jaka tam znowu utopia?” – pytano. „My przez dziesięciolecia mieliśmy realny socjalizm – to wystarczy”. […] NRD-owska opozycja doskonale wiedziała, że „Solidarność” była pryncypialnie antykomunistyczna. I niejeden z tamtejszych działaczy nie mógł tego przełknąć.

Pierwsze książki, z jakimi próbowałem się zmierzyć, należały do szkolnego kanonu lektur języka polskiego. Polecił mi je – jako rodzaj przyczynków do wiedzy o kraju – Antoni Rejman, mój kolega po fachu i mentor, który służył mi pomocą w setkach codziennych spraw, z niezachwianą cierpliwością wtajemniczał w arkana polskiej gramatyki, a czasem zapraszał do siebie do domu na niedzielny obiad, abym nie opadł z sił na kawalerskim wikcie w internacie. Z tomu opowiadań Marka Hłaski wyłaniał się obraz codzienności wczesnych lat Peerelu; rozmowa Hanny Krall z Markiem Edelmanem wprowadzała w stworzone przez Niemców piekło w środku stolicy. I wreszcie Antoni podsunął mi jeszcze Rozmowy z katem Kazimierza Moczarskiego w tłumaczeniu Huberta Schumanna, wydane w 1981 roku w NRD. Tutaj pojawiło się też powstanie warszawskie. O wydarzeniach tych ani słowem nie wspominał mój szkolny podręcznik do historii z 1978 roku.

Dopiero Edelman i Moczarski uświadomili mi, jakie akcenty dominowały u nas na lekcjach historii. W niemieckiej pamięci obecna jest wojna. W Polsce trwała ona trzy tygodnie. Potem kraj zniknął z doniesień frontowych. W polskiej pamięci zapisała się okupacja. „W czasie okupacji” – mówiło się potocznie, chcąc określić tamten czas, nie „w czasie wojny”.

Książki te towarzyszyły mi w długie wieczory mojej pierwszej zimy w Mielcu, kiedy to, uporczywie kartkując w słowniku przy Hłasce i Krall, popadałem w rozpacz z powodu koniugacji i deklinacji, gdyż nie umiałem rozszyfrować skomplikowanych przegłosów i znaleźć ani bezokolicznika, ani mianownika – gdy tymczasem za oknem śnieg sypał na galicyjską równinę, aż wszystko przykryła biała cisza.

Kiedy zmienia się kierunek biegu myśli? Gdzie zaczyna się ów ruch, określany niekiedy jako zmiana perspektywy? Taki punkt zwrotny trudno ustalić, a spojrzenie wstecz, które pozwala zobaczyć więcej niż w tamtym momencie, stanowi zarazem pokusę, by ex post porządkować chwile poszukiwań i wahań, skracać drogi dojścia, omijać zaułki bez wyjścia. Jednak niczego nie retuszuję, twierdząc, że książki te zapoczątkowały coś istotnego – uświadomiły mi wątpliwy stan mojej wiedzy. Bo z jednej strony lepiej znałem biografie sprawców niż życie tych, którzy narażeni byli na ich zbrodnie. Z drugiej zaś nasze zorientowane na Zachód wyobrażenia nie uwzględniały Europy Środkowej. Jej topografia zawsze oznaczała „blok wschodni” i miała tak samo negatywną konotację, jak opisał to Karl Schlögel w eseju „Środek leży gdzieś na Wschodzie”. Jego tekst, pomyślany jako „prowokacja wobec muru w głowie”, ukazał się tego samego roku, kiedy my ślęczeliśmy nad zadaniami maturalnymi. Inspiracja eseju płynęła właśnie z „bloku wschodniego”: tamtejsi intelektualiści – Milan Kundera czy György Konrád – przywoływali Europę Środka, by pojałtańskiemu porządkowi przeciwstawić inną pamięć. W Republice Federalnej Niemiec żelazna kurtyna objawiała się głównie pod postacią granicy niemiecko-niemieckiej, zaś „tragedia Europy Środkowej” wcale nie była tak odbierana. […]

„Dopiero teraz można otwarcie o tym mówić…”. Zdanie to miało wielokrotnie powracać w rozmowach. Dotyczyło prześladowania walczących pod niewłaściwym sztandarem, dotyczyło polityki historycznej Peerelu, która zniewalała i deformowała pamięć. Ale odnosiło się też do jednowymiarowej heroizacji historii. Debatowano podówczas na temat owego my – solidarnie pojmowanego „polskiego narodu”. […] Spoglądając z dystansu, z łatwością można definiowane po polsku my odrzucić jako zasadniczy anachronizm, jeśli jednak zagłębić się w kolektywną pamięć, ferowanie rozumnych wyroków nie przyjdzie już tak łatwo. Każdego ranka, idąc z internatu do szkoły, przemierzałem przestrzenie, w których pobrzmiewało echo przeszłości. Od Kościuszki, jego zwycięstwa pod Racławicami i „Finis Poloniae” spod Maciejowic, w ciągu niespełna minuty docierałem na ulicę Jędrusiów. […]

Niemieckie dzieci nigdy nie bawiły się w partyzantów. Na pierwszy rzut oka rozpoznanie to zdaje się mało spektakularne, ale gdy sięgnąć głębiej w historię, objawiają się dwa całkowicie różne paradygmaty. W niemieckiej tradycji regularna armia wyznacza wzór wojskowych cnót. Partyzantów czy powstańców nie uświadczysz w galerii niemieckich wyczynów historycznych. Natomiast w polskiej historii motywem decydującym o tożsamości jest opór i podziemie – w warunkach okupacji i pod obcym panowaniem nie ma już regularnych wojsk. Bunt nie jest zatem czymś podejrzanym, lecz odwrotnie – aktem patriotycznego obowiązku. […]

Moje rozmowy w Mielcu nie toczyły się jednak wyłącznie wokół historii. Była ona po prostu stale obecna. Odwołania, nazwiska i wydarzenia pojawiały się na co dzień i mówiono o nich z taką samą oczywistością, jak o niskich cenach cebulek kwiatowych na targu czy o wyjątkowych o tej porze roku chłodach, które mogły zaszkodzić drzewom owocowym. W mojej niemieckiej szkole historia uchodziła za najbardziej nudny przedmiot – tym fenomenem powinna zająć się raczej socjologia i psychologia niż fachowcy od metodyki i dydaktyki. A przecież rozpoczęta przez Niemcy wojna spowodowała w Europie taki ogrom zniszczeń i tyle nieodwracalnych zmian, że nikt tu już nie może z czystym sumieniem powiedzieć, iż historia „go nie obchodzi”. A jednak z lat 80. pozostało mi w pamięci poczucie samozadowolenia w stagnacji „normalności”, która zrywała związek między wczoraj i dzisiaj. […]

Widzialne skutki wojny zostały w Republice Federalnej Niemiec usunięte za sprawą programowej „odnowy”. I to nie raz, lecz cztery, pięć, sześć razy – jak mówił W.G. Sebald w pewnym wywiadzie – kraj został „odbudowany”, zaś każde wyburzenie i każdy nowo wybudowany kompleks domów oznaczał wymazanie kawałka pamięci. Ostatecznie historia została zredukowana do przedmiotu nauczania w szkołach i przedmiotu dyskusji grona fachowców. Z obszaru osobistych doświadczeń niemalże zniknęła. Żelazna kurtyna po prostu istniała i właściwie nie przeszkadzała – w Hamburgu, Monachium czy Kolonii można było żyć, jakby jej w ogóle nie było. […]

Wspomnienie pierwszej wiosny w Mielcu wiąże się z zapachem bzu. Rósł wszędzie: w kącie podwórza, na skraju parkingu, przy nasypie kolejowym lub na skrawku ugoru. Z zapachem i światłem pierwszych cieplejszych dni znowu kojarzę flagi: 1 maja, 3 maja. W zacisznym kącie pokoju nauczycielskiego dowiedziałem się, jak rzecz się ma z tymi datami. Nieprzejednanie ze sobą konkurowały. 1 maja stanowił kwintesencję komunistycznego święta, z całym jego sztafażem niekończących się przemówień i obowiązkową obecnością. Natomiast 3 maja, święto konstytucji z 1791 roku – pierwszej w Europie, drugiej na świecie – był dniem pamięci o „polskiej” Polsce. […]

Kiedy w myślach przywołuję spacery oswojonymi już ulicami aż do kresu tamtych dni, gdzie domy były niższe, ogrody bardziej bujne, a brukowane kocimi łbami ulice niepostrzeżenie przechodziły w polne drogi – tym wędrówkom towarzyszy muzyka. Darek podsunął mi poezję śpiewaną, nagrania grupy Stare Dobre Małżeństwo. Były to głównie piosenki do tekstów Edwarda Stachury – z książką ze szkolnej biblioteki w ręku przerobiłem kolejną lekcję nauki języka. U Darka słuchaliśmy też płyty Msza wędrującego, z muzyką do poetyckiego cyklu Stachury. Dzisiaj wszystko to łączy się w jedną całość, […]na teraźniejszość nakładają się wizje przeszłości: głos Anny Chodakowskiej – i już widok pustej mieleckiej ulicy w południe przechodzi w przestrzeń słów, tak jakby to, co zobaczone, i to, co przeczytane stanowiło dwie strony tej samej rzeczywistości… Na przykład proza Schulza: „Przez ciemne mieszkanie na pierwszym piętrze kamienicy w rynku przechodziło co dzień na wskroś całe wielkie lato: cisza drgających słojów powietrznych, kwadraty blasku, śniące żarliwy swój sen na podłodze; melodia katarynki, dobyta z najgłębszej złotej żyły dnia: dwa, trzy takty refrenu”… (Sierpień).

W początkach galicyjskiego lata […] zmierzyłem się z Weselem Wyspiańskiego. W wielu miejscach musiałem kapitulować. Faktura językowych splotów wysoko stawiała poprzeczkę: dosadny socjolekt, poetycka finezja, gęsta sieć odwołań. Ale kiedy w pokoju nauczycielskim podczas kolejnych imienin wspomniałem przy karpatce, że biedzę się nad Weselem, zaraz rozgorzała ożywiona dyskusja.

Samo wesele, które zainspirowało Wyspiańskiego, odbyło się w 1900 roku w Bronowicach pod Krakowem, a więc „tutaj”, zaś argumenty i kontrargumenty, jakimi przerzucano się w dyskusji (bo nauczyciel muzyki znał sztukę równie dobrze jak matematyczka, a nauczycielka francuskiego nie chciała bynajmniej uznać pierwszeństwa polonisty w kwestiach interpretacji) potwierdzały tylko to, co ogłosił już Darek przy zupie ogórkowej i gołąbkach – że sztuka ta jest na wskroś polska. Szlachecka samowola, bezsilność chłopów pozbawionych przywódcy, miejska inteligencja lubująca się w podniosłych mowach, lecz stroniąca od czynów, całe weselne towarzystwo jako psychodrama narodu bez państwa, powstanie, które ponosi klęskę, zanim się jeszcze zaczęło, mity i fantomy, zjawy z przeszłości – senny i zarazem przytłaczająco realny korowód, jaki miałem później odnaleźć na obrazach Malczewskiego.

Jakie dzieło literackie mogłoby w niemieckim gronie nauczycielskim wywołać tak żywą rozmowę przy kawie z ciastkiem? A co ważniejsze: przy jakim dziele można by założyć, że każdy z nauczycieli zna je na tyle, iż mógłby zeń cytować? Czy byłby to Faust Goethego? Zbójcy Schillera? Wilhelm Tell? Büchner? Heine? Czarodziejska góra? Po 1945 roku ze zrozumiałych względów nie znalazłoby się już nic porównywalnego, bo właśnie tutaj zdania co do my są podzielone, muszą być podzielone. Helmut Schmidt, zapytany pewnego razu, czy mógłby wymienić miejsce, w którym bez reszty czuje się Niemcem, odpowiedział, że poza Auschwitz nigdzie. Natomiast prezydent Horst Köhler rozpętał debatę, wypowiadając zdanie, które w ustach polskiego polityka nie wzbudziłoby żadnego zdumienia: „Ja kocham ten kraj”. Ale i tak zwana literatura rozliczeniowa – z Blaszanym bębenkiem na czele – nie jest w stanie wywołać żadnej debaty, gdyż może być zaledwie impulsem do skwapliwego przytakiwania. Jak to dobrze, że mały Oskar tak wcześnie rozpoznał, gdzie jest zło. O takie książki nie ma co się spierać.

Nic dziwnego, że kolektywna tożsamość traktowana jest w Niemczech z krytycznym sceptycyzmem (mogłoby raczej dziwić, gdyby było inaczej), ale zdumiewa przy tym, że nawet momenty, które miały szansę zrodzić narrację liberalną – na przykład rok 1848 – nie stały się inspiracją do dyskursu o tożsamości. A przecież z pamięci o klęsce rewolucji mogła powstać narracja na europejską miarę, tym bardziej, że była to historia – często całkowicie zapominanego –polsko-niemieckiego zbliżenia. Data ta tkwi w niemieckiej kolektywnej pamięci w podobnym osamotnieniu jak szyld z napisem „Plac 18 marca” przy Bramie Brandenburskiej. […]

„Przed wojną żyło tu wielu Żydów” – to zdanie z uczniowskiego wypracowania na temat rodzinnego miasta mogłoby dotyczyć setek miejscowości II Rzeczypospolitej. Sztetl kształtował oblicze krajobrazów Europy Środkowej. Przestylizowany obraz tego żywego świata (z carskiej Rosji) zaprezentował nam Saarländisches Staatstheater, na którego deskach wystawiono musical „Anatewka”. W teatralnej scenografii owiana tchnieniem egzotyki historia Anatewki objawiała się niemal baśniowo. Jej kres to emigracja do Ameryki. Gdybym był bogaty… śpiewaliśmy na lekcji śpiewu, słyszeliśmy ze sceny – a potem tutaj, pośrodku pleniącego się rumianku i śmieci, zobaczyłem potrzaskane macewy z resztkami inskrypcji, których nie umiałem odczytać.  Dalszym ciągiem historii Anatewki była niemiecka okupacja.

Na internetowej stronie KehilaLinks można odnaleźć sporo wpisów o Mielcu. Są tam rubryki z dokumentami i relacjami o życiu przed wojną, rubryki z relacjami i zdjęciami z okresu okupacji. Zaraz po wkroczeniu Niemców do Mielca w 1939 roku przemoc stała się codziennością. Bieda regionu stanowiła rasistowski dowód na „niższość” jego mieszkańców, tak więc każdy akt przemocy był ideologicznie uzasadniony. W miejscowościach, które przez stulecia kształtowała żydowska umysłowość, gdzie „szewc był poetą, zegarmistrz filozofem” (Słonimski), młodzi Niemcy, hołdujący pojęciu kultury wywiedzionej w ich mniemaniu z Goethego i Schillera, nie widzieli nic poza prymitywizmem.

13 września, w przeddzień Rosz Ha-Szana, niemieccy żołnierze wpędzili grupę około 60 mieleckich Żydów na dziedziniec przed mykwą, otworzyli ogień z pistoletów maszynowych, ciała pomordowanych oblali benzyną i podpalili. Ogień objął budynek mykwy, koszerną rzeźnię, dwa domy modlitwy po obu stronach synagogi i samą synagogę. Na zdjęciu z zimy 1939 roku widać zaśnieżony szkielet świątyni, obok wypalony „klois”, jeden z dwóch domów modlitwy, z osmalonymi murami i bez dachu. Pozostałości budynków zostały wyburzone po wojnie.

W 1942 roku Mielec podzielił los innych sztetli: okupant ogłosił go pierwszym „wolnym od Żydów miastem” w Polsce. Już 9 marca 1942 roku, zaledwie kilka tygodni po konferencji w Wannsee, nastąpiła deportacja. Na zdjęciach ze strony KehilaLinks, które dokumentują ten dzień, rozpoznaję tu i ówdzie fragment ulicy, fasadę domu. Tymi ulicami chodziłem na targ, do księgarni Dębickich, na dworzec autobusowy, na pocztę, do kina „Bajka”, do kina „Metalowiec”. W pracy Raula Hilberga Zagłada Żydów europejskich znalazło się zdjęcie z deportacji w Mielcu. Widać na nim grupę ludzi pod obstawą niemieckich żołnierzy na zaśnieżonym polu. Musiało to dziać się gdzieś za miastem. Gdzieś tam w bezchmurnej porze babiego lata chodziłem na pierwsze spacery z wersami Trakla w głowie.

W zestawianiu liczby ofiar zawsze jest coś niestosownego – każde pojedyncze życie jest całym światem, ale rozmiar zbrodni trudno przekazać inaczej niż za pomocą liczb. WIllingen, gdzie chodziłem do szkoły, gmina żydowska w okresie największego rozkwitu, w połowie lat 20. XX wieku, stanowiła od 4 do 5 proc. ogółu mieszkańców. W Melitz (bo tak nazywał się Mielec po żydowsku) w 1945 roku nie było połowy ludności miasta.

W wypowiedziach o Żydach mogłem z czasem wysłyszeć specyficzną mieszaninę żalu i nieufności. To prawda, straszliwie cierpieli za Niemców – ale czy nie przyłączyli się do komunistów i nie prześladowali nas, Polaków? A czy my, Polacy nie cierpieliśmy tak samo pod okupacją? I o czym dzisiaj pamięta świat? Wszyscy mówią o Auschwitz – a gdzie są Polacy deportowani z Kresów w latach 1939–1940 na Syberię czy do Kazachstanu, gdzie Katyń, gdzie armia Andersa, powstanie warszawskie, AK? Co będzie, jeśli teraz, po otwarciu granic oni przyjadą z Ameryki i odbiorą nam domy, które kiedyś do nich należały?

Nietrudno wskazać irracjonalny element tych wypowiedzi. Podobnie nietrudno dostrzec uproszczenia w takim szablonowym spojrzeniu. Ale próba opisania stosunków polsko-żydowskich według wzoru niemieckich „obrachunków” może tylko prowadzić do nieporozumień. Z błędnych przesłanek wynikają błędne wnioski, i jakkolwiek uczona nie byłaby argumentacja, musi ona zamienić się w zarzut zdejmujący część winy: „Polacy też nie byli lepsi…”. Nie ma nic bardziej mylnego niż owo „też”, przenosi ono bowiem odium niemieckich zbrodni na kraj, w którym zostały dokonane. […]

Macewy, które wówczas, w połowie lat 90., po części leżały w zielsku na ugorze na ulicy Jadernych, w czasie okupacji zostały rozproszone po całym mieście. Po wojnie pojawiały się na placach budowy, znajdowano je w Wisłoce, ostatnio ujawniły się podczas zmiany wystroju mieleckiego rynku w 2010 roku. Czas kamieni – taki tytuł nosi wydany w 1982 roku album Moniki Krajewskiej. Dokumentuje on żydowskie cmentarze – pozostałości żydowskich cmentarzy – w Polsce. Może ktoś, patrząc na te zdjęcia, uświadomi sobie, jaki fragment historii kultury kryje się pod określeniem „Żydzi polscy”. Wówczas, w 1995 roku […] nie byłbym w stanie wymienić ani jednej postaci, która przyczyniła się do rozkwitu tejże kultury.

Z początkiem kolejnego roku szkolnego powróciłem do Mielca i przywiozłem ze sobą dwie książki, dzięki którym moje habsbursko-galicyjskie skojarzenia wzbogaciły się o polskie wątki:Sklepy cynamonowe w niemieckim tłumaczeniu i Po Galicji Martina Pollacka. Zwłaszcza Schulz był przeciwwagą dla Rotha, ale kiedy Mielec w ciągu tych wszystkich lat – dzisiaj to już wspomnienie – powracał w kontekście nowych lektur, narastało we mnie odczucie, że wszystko tutaj stapia się w jedną całość. W zrozumieniu tego fenomenu pomogli mi Józef Wittlin i Julian Stryjkowski, zaś w szczególny sposób Claudio Magris. Dopiero po jego studium Daleko, ale od czego miałem poczucie, że powoli zbliżam się do tej krainy, która późnym latem 1994 roku była dla mnie zaledwie projekcją własnych wyobrażeń. Splotły się konteksty: Habsburgowie, Polska, Pojln, Polin… Im dłużej, spoglądając wstecz, próbuję porządkować wspomnienia, w myślach siadam znowu przy kuchennym oknie kawalerki i widzę szosę, horyzont, niebo i pasmo lasu, jakby pociągnięte delikatnym pędzelkiem na tle nieskończoności – tym więcej odkrywam znaczeń. Pierwsze spojrzenie na ten krajobraz nie wymagało wysiłku. Na jego rozszyfrowanie potrzeba było lat.

Lothar Quinkenstein

Z niemieckiego przełożyła Ewa Czerwiakowska*

*Ewa Czerwiakowska, Bliska obcość środkowoeuropejskiej topografii, czyli w poszukiwaniu zdefraudowanej pamięci [Lothar Quinkenstein: Erinnerung an Klara Blum. Essays und Kritiken aus der Mitte Europas. St. Ingbert 2015], „Borussia” 59/2017, s. 252–259.

Lothar Quinkenstein – ur. w 1967 r. w Bayreuth. Studiował germanistykę i etnologię w Freiburg im Breisgau. W latach 1994–1996 pracował jako nauczyciel języka niemieckiego w Mielcu. W 1998 r. obronił doktorat na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, od 1999 r. jest pracownikiem tamtejszego Instytutu Filologii Germańskiej. Od 2012 r. pracuje w ramach studiów „Interkulturelle Germanistik”. Od 2011 r. mieszka w Berlinie. Ostatnie książki jego autorstwa: Erinnerung an Klara Blum. Essays und Kritiken aus der Mitte Europas (Röhrig Universitätsverlag, St. Ingbert 2015), mitteleuropäische zeit (Gedichte, Lyrikedition 2000, München 2016). Publikuje w licznych czasopismach literackich oraz przekłada z języka polskiego. W 2017 r. otrzymał nagrodę Jabłonowskich za zasługi w zakresie polsko-niemieckiej wymiany kulturowej oraz nagrodę Spiegelungen-Preis für Lyrik za cykl poetycki Most z papieru.
Krajobraz widziany w podróży. Fot. Piotr Łucjan.

Krajobraz widziany w podróży. Fot. Piotr Łucjan.