Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Hybrydowa nagroda w czasie wojen hybrydowych

DZIAŁ WSCHODNI. Hybrydowa nagroda w czasie wojen hybrydowych

Pewnego dnia w styczniu 2016 roku na Facebooku zostałam uznana za koleżankę noblistki Swietłany Aleksijewicz. Skłoniło mnie to do rozważań, choć czułam się skrępowana silnym poczuciem odpowiedzialności. Przecież faktycznie zostałyśmy koleżankami na Facebooku i sama o to pierwsza poprosiłam. I teraz mam dylemat – na ile mogę być szczera jako koleżanka? Mimo wszystko spróbuję uporządkować myśli.

Białorusini przyjęli „swoją” literacką nagrodę Nobla trochę jak nowe dziecko w rodzinie. Czyli najpierw zastanawialiśmy się nad pytaniami: „Jak do tego doszło?”, „Czy warto było?”, „Jak dać sobie z tym radę?”, a teraz powoli przechodzimy do pytania: „Co z tego wyrośnie?”. Można już byłoby zorganizować na Białorusi okrągły stół na ten temat i chyba stanęłabym po stronie tych, którzy powiedzieliby, że w sumie – nie wyrośnie nic specjalnego. Dziecko jak dziecko, bez wyraźnych przejawów wyjątkowości i geniuszu, i co najgorsze – nie wiadomo, czy dzieci ojca Nobla i matki-Białorusi jeszcze się przydarzą. A tak, mamy córeczkę skromną, cichą, pracowitą, jakoś specjalnie do rodziny nie przywiązaną, ale wstydu też nie przynosi. Ktoś strasznie się cieszy, że w ogóle mamy dziecko, ktoś inny tylko udaje radość, bo czy można nie cieszyć się z dziecka, ktoś nawet próbuje zespolić wszystkich członków białoruskiej rodziny wokół narodzin i chrztu, ale ktoś inny milczy, podejrzewając, że to dziecko jest adoptowane. A czego ja oczekuję po tym literackim Evereście?

Jeszcze rok temu byłam pewna, że akurat takiej prozy „okołosowieckiej”, która stałaby się przykładem literatury i rzeczywistości białoruskiej, absolutnie nie zechce mi się czytać. Mamy na Białorusi takie wspomnienia na żywo, w każdym domu i każdej rodzinnej kuchni. Sporo tego mieliśmy i mamy po staremu w programie szkolnym. Wychodzi na to, że proza Swietłany Aleksijewicz nie została napisana dla nas, ale dla świata zewnętrznego, dla tych, którzy nie widzieli, nie wiedzieli lub zapomnieli. Przy czym eksport kulturowy w jej wydaniu budzi nasz ostry sprzeciw − bo nie chcemy, żeby nas, Białorusinów, widziano tak „tragicznie na czerwono”, nie chcemy, żeby utrwalił się stereotyp o Białorusi jako o państwie zasiedlonym „czerwonymi ludźmi”. Kategorycznie nie! Protestuję! Od lat 90. XX wieku Białoruś krok po kroku się zmienia, ale nie w kierunku od „czerwonego człowieka” do Europejczyka, ale raczej w stronę odpychania od siebie „czerwonego człowieka”, który nigdy nie był nam krewnym.

Prywatnie na wieść o tej nagrodzie doznałam uczucia kolejnego gwałtu na białoruskości, bo wydało mi się, że w Europie nikt nie zauważył, że istnieje jakaś białoruska tożsamość i że pisarka-laureatka przedstawiła Białorusinów tylko jako ofiary historii, a wszyscy w Sztokholmie łatwo się z tym pogodzili. Z tego wielkiego kulturowego wydarzenia nie wynikły żadne wyrazy poparcia dla faktu, że od dawna chcemy się zdesowietyzować, a proza Aleksijewicz ani o tym nie mówi, ani tego nie ułatwia.

Naturalnie chciało się nam z tej nagrody korzyści dla siebie. Ucieszyło nas uhonorowanie Białorusinki, ale początkowo wydawało się, że naród białoruski niewiele na tym zyskał. Po raz kolejny wyszliśmy na nieszczęsną część rosyjskiego miru, gdzie nawet literaci piszą po rosyjsku, nie po białorusku. Przyznam, że kiedy zobaczyłam szwedzki klip o laureatce − w kolorach błękitno-żółtych – mimowolnie pomyślałam: „Znów pomylili Białoruś z Ukrainą!”. Zapomniałam z rozdrażnienia, że szwedzka flaga też ma takie kolory. Potem usłyszałam, jak pewna szwedzka aktorka powiedziała w wywiadzie, że uważa prozę Aleksijewicz za bardzo mocną i jest jej zupełnie obojętne, czy ona jest pisarką białoruską, czy rosyjską, bo to nie jest ważne, gdzie człowiek się urodził i gdzie mieszka, i kiedy sama Aleksijewicz mówi, że jest i Białorusinką, i Rosjanką, i Ukrainką zarazem, to tak jest – ona nosi w sobie zespolone elementy kultury tych trzech narodów. I właśnie z tego „zespolenia narodów” nie bardzo potrafiliśmy się na Białorusi cieszyć, bo my ten niepodzielny „związek narodów” automatycznie odnosimy do sowieckości, a przecież nie nasyciliśmy się jeszcze wolnością i swoimi odrębnościami. Wyszło na to, że wciąż jesteśmy w Europie kojarzeni z wielkim zarumienionym, gorączkującym państwem na wschód od nas i próbuje się nas uzdrowić tym samym lekarstwem.

Trudno nam walczyć z tym stereotypem. Kiwamy smutno głową, że widocznie jeszcze nie nadszedł czas, żeby w Europie widziano Białorusinów inaczej, ale my już widzimy siebie inaczej i dlatego ten stary wizerunek nam nie odpowiada. I jak bohater w amerykańskim filmie „V jak vendetta” − jesteśmy gotowi powiedzieć, że: „nasz kraj potrzebuje nie martwych symboli, lecz nadziei”. A tu, proszę bardzo, mamy te martwe symbole uhonorowane prestiżową nagrodą, co zapewni prozie Aleksijewicz popularność przez najbliższe lata, a być może i wpisanie do programów szkolnych, na wieki wieków do czytania w smutku i żałobie.

W naszych mediach znów zagrzmiało: „autorytet moralny, który wyrósł na naszej ziemi białoruskiej”, „niesie z dumą wysokie miano laureatki, w celu rozkwitu naszej Białorusi, która tyle wycierpiała”, „męstwo pisarki, której udało się to, co nie udało się politykom”, „zasłużona dla ojczyzny postsowieckiej”. W pewnym sensie odbyliśmy podróż do przeszłości, mimowolnie − przez te sowieckie wspomnienia – powróciliśmy na chwilę do sowieckiej rzeczywistości. A tak by się chciało pochodzić na bosaka po rosie, po polu z bławatkami, gdzie samotnie rośnie w miedzy dzika grusza, pod czystym błękitnym niebem… Tak by się chciało poczytać o „pierwszej damie białoruskiej prozy”, piszącej, to oczywiste, w ojczystej melodyjnej białoruszczyźnie… Szkoda, że nie wyszło.

Staram się znaleźć jeszcze jakieś metafory obrazujące reakcję Białorusinów na Literacką Nagrodę Nobla 2015. A może tak − oto, córka wyszła za mąż za bogatego obcokrajowca; bo u nas Nagrody Nobla za „swoją” się nie uważa. Przeprowadziłam szybki sondaż wśród znajomych. Wiele osób nie wie, co to, dla kogo, czy na pewno w Szwecji, w jakich dziedzinach się przyznaje; w szkole tego nie uczą, nie mieliśmy też wcześniej ojczystego przykładu. Niektórzy przyznanie literackiego nobla Białorusince interpretują jako próbę ingerencji Zachodu w nasze wewnętrzne sprawy. Wrażenie robi wysokość nagrody, tak, to dużo pieniędzy, każdy chciałby tyle dostać.

Coś jednak zawdzięczamy temu wydarzeniu. Na Białorusi nobel dla Aleksijewicz pobudził czytelnictwo i uaktywnił krytykę literacką. W prasie pojawiły się artykuły o innych noblistach i w ogóle o świecie; trochę szerzej otworzyliśmy się na świat.

Swietłana Aleksijewicz została okrzyknięta klasykiem i najważniejszym pisarzem białoruskim, a czytanie jej książek zalecono bez dyskusji. Wygrała też bezapelacyjnie ranking na Białorusina Roku 2015 (prezydent Łukaszenka był dopiero trzeci). Przy okazji zaczęto wspominać o innych noblistkach, choć zdarzało się, że nazywano je „kobietami Nobla”. To z kolei pobudziło do działania aktywistki ruchu feministycznego i zainicjowało żarliwe dyskusje o roli kobiet w społeczeństwie. Teraz toczy się na łamach prasy dysputa o tym, jak z dziewczynki „wyhodować” laureatkę nobla, na przykładzie losów 46 noblistek.

Żeby nie było tak wspaniale, 12 stycznia 2016 roku, w dniu urodzin japońskiego pisarza Haruki Murakamiego, w internetowym wydaniu jednego z białoruskich magazynów dziennikarz Paweł Abramowicz przeprowadził porównanie prozy laureatki i nominata i wyszło mu, że oboje są w swoich ojczyznach niczym ciało obce. Już wcześniej pisano, że Swietłana Aleksijewicz jest skutkiem, wytworem, ofiarą rusyfikacji, ale znów przy okazji zaczęto przypominać najtragiczniejsze wspomnienia wojenne, odkrywać czarne karty historii, bo takie przemilczane tematy podejmuje nasza noblistka. To ona podsyciła ten żar.

Tymczasem w Szwecji odbyła się premiera sztuki radiowej na podstawie książki Czasy secondhandu[i]. Reportaże zaadaptował dla radia białoruski literat Zmicier Płaks, a na antenie zabrzmiały głosy znanych szwedzkich aktorek Pernilli August oraz Leny Endre. Wprawdzie na początku 2015 roku, jeszcze przed ogłoszeniem werdyktu sztokholmskich jurorów, teatr dramatyczny w Mohylewie też wystawił sztukę nawiązującą do tej samej książki, jednak wtedy spektakl nie zyskał rozgłosu.

Specyficzną odsłoną dyskusji o nagrodzie dla Swietłany Aleksijewicz są reakcje środowisk prorządowych. Tajemnicze milczenie głowy państwa białoruskiego oraz negatywne wypowiedzi niektórych pisarzy i publicystów rosyjskich, a też niektórych białoruskich sugerują duży dystans. Mówi się, że przyznanie literackiego nobla Białorusince może być aktem politycznym, a polityzacja nagród literackich oraz wciąganie pisarzy do działalności politycznej mogą przynieść negatywne skutki zarówno nagrodzonym, jak i tym, którzy nagradzają. Przyznaję, że nie przejęłam się tymi głosami. Zadowoliło mnie naiwne tłumaczenie, że „Prezydent milczy, ale ważne, że naród się cieszy”. Przykuła za to moją uwagę prosta i jasna myśl dziennikarki Hanny Trubaczowej, która napisała, że w okresie zagrożenia trzecią wojną światową warto wsłuchać się w to, co mówią bohaterowie książek Aleksijewicz. Jej proza jest wciąż aktualna.

To prawda – jej proza nie jest może wyjątkowa i nie w duchu narodowym, ale aktualna, idealna na teraz. Aktualna proza. Tylko tyle wystarczyło, żeby zdobyć najbardziej prestiżową literacką nagrodę? Przecież, jak zawsze, czekaliśmy efektu olśnienia, spodziewaliśmy się wyróżnienia dla dzieła fascynującego, rewelacyjnego, a tu mamy − dzieło aktualne. Czyli, w pewnym sensie „korzystne”. W dodatku z naszego białoruskiego punktu widzenia tych korzyści nie dostrzegamy wiele. No jasne, w swoim testamencie Alfred Nobel rygorystycznie nakazywał, żeby przyznawano nagrody tym, „którzy w roku poprzedzającym przynieśli ludzkości największe korzyści”. Ale przecież w literaturze miały się liczyć również „tendencje idealistyczne”, chociażby ich odrobinka.

Członkowie kapituły noblowskiej na pewno przestrzegają tych zaleceń, nie ma co do tego wątpliwości, i te „tendencje idealistyczne” swoim wyborem sygnalizują. Jednak od epoki Nobla świat się zmienił i „tendencje” też. Po raz pierwszy wręczono Nagrodę Nobla w 1901 roku. Od tego czasu w ślad za zmianami społecznymi zmieniały się kryteria jej przyznawania, również w literaturze. Pierwsi literaci nobliści otrzymywali nagrodę za „wybitne osiągnięcia poetyckie”, a także za idealizm, wzniosłość poglądów, czystość ducha, doskonałość artystyczną, świeżość natchnienia, oryginalność, bogactwo wyobraźni i poetycką fantazję. Z czasem duch został zdominowany przez intelekt, który zaczęto cenić wyżej. Tak więc nie muzy i natchnienie, ale głęboka wiedza, krytyczny umysł i poszukiwanie prawdy zaczęły się liczyć. A jeszcze dalej współczucie, niezależność sądów, ostre widzenie spraw socjalnych oraz twórcza śmiałość w ich opisywaniu. Nad poprzednim wysokim pojęciem czystego ducha zaczęła się wznosić flaga ducha wolności, ducha narodu, losu narodu. Proza stawała się co raz bardziej szczera i gorzka, a poezja co raz bardziej intensywna, nierzadko zaprawiona czarnym humorem.

Z indywidualnej, niepowtarzalnej i czasem tchnącej naiwnością fantazji poety wyrosły takie pojęcia jak człowiek, lud, naród. Pojawiło się słowo ludzkość, a z niego – ludzkie losy, ludzkie wartości i ludzkie sumienie. Zaczęto cenić literaturę z odpowiedziami na fundamentalne pytania, która oddziałuje na nasze czasy. Proszę się zastanowić: „literatura ma wpływać na czasy”, nie na duszę osoby czytającej książkę w ogrodzie, nie na jednostkę, ale na czasy; czasy przełomowe, burzliwe, zagrażające katastrofami, wojnami, czyli takie, którym nie wolno dać się powtórzyć. Z natchnienia dorastaliśmy do siły moralnej, z fantazji do skrupulatnego oglądu rzeczywistości, z losów jednostki do losów chłopów polskich duńskich, chińskich, z losów narodów do losów kontynentów, teraz już mówimy o losach kosmosu, a przecież zaczynaliśmy od tej kropli rosy na polu z samotną dziką gruszą w miedzy. Po co nam twórcza oryginalność? Potrzebujemy jasnych wskazówek w świecie ostrych konfliktów na przestrzeni kontynentów i kosmosu.

Kochani Białorusini, nie ma się czego spodziewać – Swietłana Aleksijewicz nie zadziwi was malowaniem twórczych fantazji, nie odrodzi poetyckiego świata białoruskiej tradycji. Nie ma co ubolewać, że pisarka nie odkryła przed czytelnikami nowego literackiego białoruskiego kontynentu, bo to nie czas na to, to nie jest aktualne, nie na topie. Przecież wchodzimy teraz w kolejne międzywojnie i trzeba ratować kosmos, a o gwiazdach na niebie będziemy myśleć potem. Aleksijewicz pokazała tragiczną sytuację ludzi zamieszkujących połowę kontynentu. Dała świadectwo dramatu życia w „czerwonych” warunkach. Nie ma w tym poezji, ale idealizmu trochę się ostało. Trzeba zrozumieć tamte czasy, ale jak, skoro sama autorka trochę mataczy. Zebrała tysiące świadectw i nie formułuje prostych wniosków, nie rzuca haseł, nawet podczas wystąpienia w Sztokholmie cytowała swoich informatorów, zamiast wykrzyczeć wprost: kontynenty stoją na progu wojny, a „czerwony człowiek” jest zniewolony, bezbronny, tak więc podatny na manipulacje, a stąd do wojny niedaleko.

Dawaj, droga pani Aleksijewicz, palnij słowem, przecież jesteś z tych „czerwonych ludzi”, jesteś z Białorusi, jesteś najbliżej tego źródła zamętu. Ach tak, rzeczywiście, przecież pisała pani, że „wojna nie ma w sobie nic z kobiety”[ii], jednak sytuacja tego wymaga, pani Swietłano, uszyliśmy już mundurek dla Pani, czasy tego wymagają, Białoruś musi głośniej się wypowiedzieć, musi wystąpić w obronie pokoju, i to pani ma stanąć na czele, pani: Pułkownik, Litwinka, dziewica-bohater[iii] − jak pisał Mickiewicz. W naszym pułku działaczy kultury wystąpi pani z szeregiem rozmówców – teraz to pani wojsko. Przyrównamy pisarskie pióro do bagnetu. Śmiało, pani Swietłano, śmiało! – powiedziało jury. Niech pani odkryje ludziom przepaść pod tą polifoniczną gadaniną, zapisaną w pani książkach, niech pani wezwie tych wszystkich „czerwonych”, żeby wyszli z zamkniętej przestrzeni ucisku. Niech wreszcie nazwie pani rzeczy po imieniu − nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy, trzeba działać, pani Swietłano, trzeba działać.

Chyba się nie pomylę, jeśli powiem, że komisja noblowska „zagrała” Swietłaną Aleksijewicz na polu swoiście rozumianego mesjanizmu kulturowego, że tegoroczny literacki nobel jest narzędziem w staraniach o utrzymanie pokoju w Europie, elementem kampanii propagującej ład i bezpieczeństwo w świecie, kampanii mającej zapobiec upadkowi świata, zapobiec kolejnej światowej wojnie. Tylko wtedy można się zgodzić z tym, że „aktualność” godna jest tak wysokiego uhonorowania.

Wtedy jednak Literacka Nagroda Nobla bardziej przypomina Nagrodę Pokojową. Wyszła z tego hybryda: nagroda za literaturę, która wzywa do pokoju. Ale przecież żyjemy w czasach wojen hybrydowych. W sytuacji niestandardowej musimy reagować w równie niestandardowy sposób. Zresztą, ten sposób też można nazwać hybrydowym: udajemy, że to jest literatura piękna, a nie bomba informacyjna, choć dla państwa prowadzącego rzeczywistą wojnę hybrydową, sądząc po reakcji jego elit, to oczywista prowokacja. Ależ to żadna prowokacja, to zaledwie kilka książek, niektóre zresztą wydane jeszcze w Związku Radzieckim. Że co, że to niby partyzantka kulturowa z bliskiego terenu, z Białorusi? Ależ z jakiej Białorusi? Swietłana Aleksijewicz nie zgłasza żadnych pretensji do białoruskości. Równie dobrze można powiedzieć, że uderza z Ukrainy i Rosji, ze wszystkich miejsc, w których mieszkają ludzie z takim sercem mówiący po rosyjsku.

Powtórzę: uważam tegoroczną Nagrodę Nobla za bardzo mądrą kulturową strategię umacniania pokoju w Europie i świecie, strategię w stylu sowieckim, sprytną i taką, jaką ludzie z naszych ziem najlepiej zrozumieją. Dlatego milczą przywódcy Białorusi i Rosji. A może są obrażeni, że pokój w krajach postsowiecki przybrał oblicze Swietłany Aleksijewicz, a oni chcieliby, żeby pokój miał ich twarze.

Te moje powyższe supozycje można by uznać tylko za literacką fantazję, gdyby nie książka, która ukazała się pod koniec 2015 roku w Szwecji, kraju Nagrody Nobla. Otóż na półkach szwedzkich księgarni pojawił się właśnie Pamiętnik z lat 1939−1945, autorstwa Astrid Lindgren, która zmarła w 2002 roku. Pisarka, znana przede wszystkim z książek dla dzieci, zanotowała w nim o zbliżaniu się drugiej wojny światowej i „pokojowych” działaniach ZSRR w Finlandii. I oto ktoś w Szwecji uznał, że właśnie teraz warto wydać takie stare zapisy; dodajmy, zapisy bez większych wartości artystycznych i nie dla dzieci. Być może chodziło o przypomnienie sytuacji sprzed dekad, być może ku przestrodze. Tak literatura wspomaga starania o pokój. Przypomina to literackiego nobla dla Swietłany Aleksijewicz. Czyż nie o „korzyściach dla ludzkości” pisał w swoim testamencie fundator nagrody. Bez wątpienia w decyzjach szwedzkiego jury wciąż obecne są jego idee.

Pokój, pokój, pokój narodom. Powinien to teraz powtarzać każdy „czerwony” i nieczerwony człowiek, a ja, mówiąc szczerze, zazdroszczę, że w Polsce znowu wydano książkę Marii Konopnickiej o Marysi i krasnoludkach, nie zaś kolejny zbiór reportaży o „czerwonym człowieku”.

dr Inesa Kuryan, Mińsk (Białoruś)

[i] Swietłana Aleksijewicz, Czasy secondhandu. Koniec czerwonego człowieka, tłum. Jerzy Czech, Czarne 2014.

[ii] Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, tłum. Jerzy Czech, Czarne 2010 i 2015.

[iii] Adam Mickiewicz, Śmierć Pułkownika – wiersz z lat 30. XIX wieku, o śmierci Emilii Plater.

Oprócz pieniędzy, laureaci Nagrody Nobla otrzymują również złoty medal i dyplom honorowy. Medal Nagrody Nobla na tle flagi Republiki Białorusi

Oprócz pieniędzy, laureaci Nagrody Nobla otrzymują również złoty medal i dyplom honorowy. Medal Nagrody Nobla na tle flagi Republiki Białorusi

Swietłana Aleksijewicz, laureatka literackiej Nagrody Nobla w 2015. Fot. Elke Wetzig (2013) za: Wikipedia

Swietłana Aleksijewicz, laureatka literackiej Nagrody Nobla w 2015. Fot. Elke Wetzig (2013) [za: Wikipedia]

A tak by się chciało pochodzić na bosaka po rosie, po polu z bławatkami, gdzie samotnie rośnie w miedzy dzika grusza, pod czystym błękitnym niebem… Jezioro Strusto (obw. witebski). Fot. Zedlik za: Wikipedia

A tak by się chciało pochodzić na bosaka po rosie, po polu z bławatkami, gdzie samotnie rośnie w miedzy dzika grusza, pod czystym błękitnym niebem… Jezioro Strusto (obw. witebski). Fot. Zedlik [za: Wikipedia]

Mińsk, "czyste miasto"; centrum, Plac Niepodległości, z lewej siedziba rządu. Fot. Zedlik [za: Wikipedia]

Mińsk, "czyste miasto"; centrum, Plac Niepodległości, z lewej siedziba rządu. Fot. Zedlik [za: Wikipedia]

Po białoruskiej stronie na granicy polsko-białoruskiej w Puszczy Białowieskiej; 2012. Fot. RIA Novosti za: Wikipedia

Po białoruskiej stronie na granicy polsko-białoruskiej w Puszczy Białowieskiej; 2012. Fot. RIA Novosti [za: Wikipedia]

Władimir Putin i Aleksandr Łakszenka na Kremlu w 2012. Fot. Kremlin.ru za: Wikipedia.

Władimir Putin i Aleksandr Łakszenka na Kremlu w 2012. Fot. Kremlin.ru [za: Wikipedia].

Flagi białoruskiej opozycji na koncercie "Solidarni z Białorusią" 12 marca 2006 w Warszawie. Fot. kasia-jot [za: Wikipedia]

Flagi białoruskiej opozycji na koncercie "Solidarni z Białorusią" 12 marca 2006 w Warszawie. Fot. kasia-jot [za: Wikipedia]