Strona główna/DZIAŁ WSHODNI. Nowości literackie – Ukraina

DZIAŁ WSHODNI. Nowości literackie – Ukraina

SAUDADE

Portugalczycy i Brazylijczycy mają słowo, którym określają mieszaninę nostalgii i melancholii, tęsknoty i smutku, graniczącą z rozpaczą. Ten stan duszy uważa się jednak za coś pozytywnego, tak pięknego jak nieszczęśliwa i nieodwzajemniona miłość, która rani duszę, ale też oczyszcza  myśli. Oni nazywają to saudade (Brazylijczycy wymawiają je bardziej miękko – saudadże). Wydaje mi się, że w naszych szerokościach geograficznych też jest coś podobnego, nasze dusze też trzęsą się i wywracają ze smutku. I dzieje się to w przybliżeniu w jednym i tym samym czasie – kiedy przychodzą pierwsze nieoczekiwane chłody, kiedy jesień bierze swój pierwszy głośny akord.

Portugalczycy w ogóle uważają saudade za swoją narodową cechę. Wyjaśnień znajdują mnóstwo: na przykład saudade wyraża tęsknotę, z jaką w średniowieczu ludzie patrzyli na morze, w które wypływały statki pionierów i kolonizatorów. To także smutek za swoim mieszkaniem tych, którzy znaleźli się w koloniach tysiące kilometrów od Lizbony. Inni wyjaśniają saudade nostalgią za czasami, kiedy Portugalia była wielką światową potęgą. To znaczy przeszłość była lepsza niż teraźniejszość i przyszłość. Z tym trudno się spierać. Zostaje posmucić się, powspominać, odgrodzić od wszystkich w sprzyjaniu własnej tęsknocie. Bo jeszcze jedna kluczowa osobliwość saudade to samotność.
Wróciłem z Portugalii i Brazylii raptem kilka dni temu. Tam też mi się zdawało, że moją duszę ogarnia to mistyczne saudade, ale jego przyczyny upatrywałem, oczywiście, nie w tęsknocie za portugalskimi pionierami; myślę, że rzecz w upale i zmęczeniu nim. Słońce grzeje tak szaleńczo, że mimo woli chce ci się siąść lub położyć, zamknąć oczy i tylko słuchać własnego oddechu, bicia serca i szumu morskich fal. W takie chwile – jesteś jak roślina: bezwolny, apatyczny, melancholijny, głos ci siada i chrypisz (daje się we znaki brak wilgoci). Jesteś senny i delikatny. To właśnie jest saudade. Właśnie w takim stanie chce się śpiewać albo przynajmniej słuchać fado, tego hymnu tęsknoty za utraconym, tej kwintesencji smutku.

W ukraińskiej duszy też jest coś takiego tajemniczego i smutnego. Wiem nawet, kiedy dokładnie ten smutek w środku zaczyna  rozkwitać różnorodnością tęsknoty i samotności. Dzieje się to akurat na początku października, w dni pierwszego chłodu pośród ciepła. Jeszcze niedawno było ciepło, a teraz prawie jest zima, potem, za dwa trzy tygodnie znowu przyjdzie ciepło, i wszyscy nagle staną się szczęśliwi dlatego, że jest jesień. Ten październikowy chłód między dwoma ciepłymi okresami, ta pierwsza smużka zimy w duszy – to właśnie jest nasze saudade. Czas, kiedy chcesz się grzać, a nie ma czym; kiedy grzejesz się wspomnieniami, kiedy stajesz się nadwrażliwy i delikatny jak listek, który lada moment zerwie się i upadnie. Taras Prochaśko ma rację – a on zawsze ma rację – kiedy w jednym ze swoich tekstów pisze, że chciałby otworzyć pensjonat dla obłąkanych gdzieś wysoko w górach, leczyłoby się tam chłodem i wspomnieniami. Przemarznąć aż do kości to znaczy znaleźć dno, nerw, szpik kostny, którym jest nasza przeszłość.  Dlatego ta tęsknota oczyszcza, pomaga, ratuje.

Po tropikach i brazylijskim saudade wróciłem w ukraiński chłód. Kiedy deszcze za oknem, a podłoga jest taka zimna, że boisz się rano wyjść spod koca i stanąć na niej bosymi stopami. Trzeba przeżyć to saudade, doczekać się ciepła, wtedy będzie lżej.  Przy czym wspominasz tylko to, co przyjemne, pozytywne –  tak jakby to tylko było. Chce się wybaczać i obejmować. Samotność w te dni jest taka ostra, że najłatwiej popełnić miłosną pomyłkę i znowu poparzyć się lub odmrozić.

Leżysz pod kocem z głową, nadmuchujesz sobie ciepła oddechem, tak zasypiasz. Budzisz się smutny, wspominasz, żałujesz: cały czas chce ci się zadzwonić pod numer, który dawno usunąłeś z telefonu, ale który znasz na pamięć. Stajesz bosymi nogami na zimną podłogę. Czujesz, jak smutek podnosi się i kłuje cię pod sercem. Samotność, jesień i wiatr, taki zimny, że marzną od niego oczy. Zamykasz więc oczy i patrzysz w siebie, w przeszłość, wspominasz i żałujesz, oddychasz i nie możesz się zagrzać. Te dwa tygodnie chłodu przed ciepłem. Chłodu przede wszystkim wewnętrznego. Saudade

BIBLIJNA HISTORIA W WIĘZIENNEJ CELI

Jedenaście lat temu trafiłem za kraty. Był marzec 2006 roku, miałem dziewiętnaście lat, a Aleksandr Łukaszenka enty raz został Prezydentem Białorusi. Właśnie to ostatnie zdarzenie zaprowadziło mnie do celi.
Pamiętam, że tamten marzec był diabelsko zimny – aż nie chciało się wierzyć, że zima  może trwać tak długo. Ziąb sobie banalnie tłumaczyłem tym, że Mińsk znajduje się znacznie bardziej na północ niż moje tereny, a zatem i zimy tutaj mają prawo być dłuższe. To był czas, kiedy bardzo chciałem wyglądać na poetę (zresztą kiedy, jak nie w dziewiętnaście lat, mają się rodzić takie pragnienia?). Poeta w moim wyobrażeniu miał długie włosy, chodził w czarnym płaszczu i w czarnym berecie.  Skąd wziął się ten obraz i czemu teraz bardziej pasuje mi  do egzaltowanego malarza?  Nieważne, a z pociągu na dworcu w Mińsku wyszedłem właśnie tak, w płaszczu i czarnym berecie,  pod którego wystawały loki włosów.

Jeszcze jedną cechą biografii prawdziwego, żywego, niegabinetowego poety wydawała mi się tragiczność jego – stale graniczącego ze śmiercią – życia. Poeta musi płonąć i spłonąć. Jego życie powinno być pełne przygód i miłości, jego śmierć powinna być szybka, jak błyskawica. A jakie mogą być przygody, jeśli masz dziewiętnaście lat, mieszkasz w prowincjonalnym miasteczku i studiujesz na wydziale filologii? Dobrze, może jakaś książka się zgubi, po czym przez dziesięć minut słuchasz wywodów starej bibliotekarki. No albo pierwsze dwa zajęcia prześpisz, po czym wstyd ci jest już iść na trzecie. Takie „perypetie” nie szlifują męskiego charakteru, poetyckiej biografii nie tworzą. Dlatego szczególnego wyboru nie miałem: najbliższa geograficznie wielka awantura była na Białorusi.
Tak więc pojechałem jako obserwator na wybory prezydenta czy – jak wtedy po prostu mówiono – na wybory Łukaszenki. Z wyborów nic ciekawego nie zapamiętałem, bo i wyborów jako takich nie było. Natomiast przygody zaczęły się wraz z  powyborczymi mityngami. Protestujących w centrum Mińska było niewielu, choć Białorusini mówili o rekordowej ilości niezadowolonych na ulicach. Dwa czy trzy wielkie mityngi, a potem protest zaczął gasnąć. Najzagorzalsi patrioci Białorusini (wśród nich i ja) na centralnym placu postawili namiotowe miasteczko, imitując rewolucję. Już trzeciej nocy zmył je tamtejszy Berkut, a nas, buntowników, pobito i wrzucono za kraty.

O niebywałym zimnie przy końcu marca 2006 pamiętam dzięki wspomnianemu beretowi. W więzieniu było tak zimno (zdaje się, że temperatura była minusowa), że kładłem się spać w butach i w płaszczu, a beret naciągałem na głowę całkiem, aż po kości policzkowe, jak dziecięcy czepek. Po dwóch dniach zawieźli mnie do sądu, który wydał wyrok: piętnaście dób aresztu i zakaz wjazdu na Białoruś przez dziesięć lat.

Po rozprawie więźniów rozdzielono do różnych cel więzienia Akrestina pod Mińskiem. Trafiłem do tak zwanej „międzynarodowej”, w której już siedziało siedmiu uczestników antyłukaszenkowskiego buntu. Był wśród nich jeszcze jeden Ukrainiec z Wołynia, Rosjanin, Koreańczyk, dwóch Gruzinów, Łotysz i Kanadyjczyk. Kanadyjczyk pochodził z Quebecu, nazywało się go Fredem. Tak się składało, że urodziny Freda przypadały akurat na czas uwięzienia. W ten dzień odwiedził nas konsul Kanady i przyniósł z sobą całą torbę rozmaitego jedzenia.

Po więziennej polewce byliśmy tacy głodni, że nie mogliśmy wzroku oderwać od tej torby i wszyscy czekaliśmy, kiedy konsul wreszcie pójdzie. W torbie był torcik ze świeczkami, chleb, kiełbasa, czosnek, kiszone pomidory,  smażone bitki,  gotowane jajka i karton soku. Wszystko to szybko pokroiliśmy i zaczęliśmy obchodzić urodziny naszego nowego przyjaciela.  Trochę pojadłszy, otworzyliśmy sok i – cud – sok okazał się czystą wódką! Sprytny konsul przyniósł nam litr wódki przechodząc przez wszystkie kontrole! Trochę później odkryliśmy sposób: sok z kartonu wyciągnięto strzykawką, a potem tak samo wlano tam wódkę i zalepiono dziurkę ceną. Byliśmy wzruszeni i szczęśliwi.
Rozlaliśmy, piliśmy i po kolei składaliśmy Fredowi życzenia. Nie miałem nic na prezent: w więzieniu nawet sznurówki zabierali. Dlatego podczas toastu podarowałem przyjacielowi obietnicę: powiedziałem, że nigdy nie zapomnę tej wspaniałej chwili, a jeszcze – jako początkujący pisarz – obiecuję, że kiedyś w przyszłości ją opiszę. Nie mogłem długo mówić, bo wszyscy bardzo chcieli wypić. Fred łyknął i nieszczerze się uśmiechnął, podejrzewając, że ta obiecanka nigdy nie zostanie spełniona. Ale ja dotrzymuję słowa – i opisuję urodziny mojego przyjaciela Fredericka. I sok, który całkiem po biblijnemu uczynił ten dzień niezapomnianym.

Andrij Lubka
Przełożył Bohdan Zadura

 

Andrij Lubka i jego tłumacz Bohdan Zadura w Lublinie na festiwalu Inne Brzmienia. Fot. Dorota Mościbrodzka, VII 2015.

Andrij Lubka i jego tłumacz Bohdan Zadura w Lublinie na festiwalu Inne Brzmienia. Fot. Dorota Mościbrodzka, VII 2015.