Strona główna/GALICJA. Brody-Podkamień

GALICJA. Brody-Podkamień

Dawid Szkoła na łamach Kultury Enter opublikował  eseje z Galicji, które weszły go jego najnowszej książki wydanej w wydawnictwie Officyna pt. Galicyjskie żywoty. Opowieści o stracie, doli i pograniczu. Oto jeden z nich.

Wiatr wieje, a wdowa pszenice sieje. Ty nie wiesz, Josie, życie biednego człowieka trwa wiecznie. Tak jak bydlęta, co żyją prawie wiecznie w biedzie. Szczęśliwe tylko są stworzenia zrodzone z podwójnego jajka. Echo leśne też jest z podwójnego jaja. A z ptaszków to… lelek, anderduczka, kurupietek i arpaniątko. Josie, ty się nie denerwuj. Gil, słucha, gil wyfruwa wysoko nad chmury wywiadywać się o pogodę. (Leopold Buczkowski, Czarny potok)

„Miasteczko położone jest na płaskim terenie, nie ogranicza go góra, las ani rzeka. Rozlewa się po równinie. Zaczyna się małymi chatkami i na nich się kończy. Chatki ustępują miejsca domom. Wtedy pojawiają się ulice. Jedna biegnie z południa na północ, druga ze wschodu na zachód. Tam gdzie się krzyżują, leży plac targowy. Na krańcu ulicy północno-południowej leży dworzec” – pisze Joseph Roth o swoich rodzinnym Brodach. Dzisiaj to miasto, które przynależało już do Monarchii Austro-Węgierskiej, Polski, Trzeciej Rzeszy, Związku Radzieckiego, a teraz jest częścią niepodległej Ukrainy, utrzymuje swój ciężar na jednej z tych dróg – od dworca do kirkutu. Z kolei ta ze wschodu na zachód gubi się gdzieś pomiędzy krótkimi i wąskimi uliczkami ścisłego centrum. Można nią pójść od stadionu do synagogi bądź z deptaku do zamku. Wszystko się trochę pokomplikowało i rozproszyło. Jednak wysiadając z pociągu na dworcu, jeszcze tego nie czuć. Widać tylko długi pasek asfaltu ciągnący się do rynku przez prawie kilometr.

Okolice dworca kolejowego i autobusowego w Brodach są przykładem najzwyczajniejszego połączenia wiedeńskości z sowieckością, którą zauważyć można niemalże w całej byłej Galicji po obu stronach granicy. Historia miesza się tu na kilku płaszczyznach, ale nie scalając ich ze sobą w idealnej symbiozie jak we włoskich miasteczkach, lecz przypomina dwa pasujące do siebie puzzle, które jednak pochodzą z innych wzorów. Lubię ten klimat, wychowałem się na Podkarpaciu, więc znam to z przeszłości i teraźniejszości: Tarnów, Rzeszów, Łańcut, Jarosław czy Przemyśl. Większa i mniejsza historia pokryta betonem, jaskrawą farbą, bilbordem, który wyglądem przypomina okładkę Cosmopolitan i zaproszenie na najbliższy festyn. Dlatego w Samborze, Stryju czy Brodach czuję się jak w domu, wdycham zapach własnej przeszłości, sam bowiem spacerowałem po identycznych ulicach i dojeżdżałem do szkoły przepełnionym autobusem, w którym grało disco. Polskie czy ukraińskie disco niczym się dla mnie nie różni, podkarpacka czy ukraińska bylejakość jest tym samym, ta nasza „kresowość” czy raczej „peryferyjność”, „odpustowość” i „galicyjskość” odpowiada mi. Czuję się jak u siebie, ale wiem, że jestem obcy; tu jest inny język, inna kultura, inny świat. Po tej stronie pewne rzeczy są przerysowane albo stonowane: zamknięte okna w marszrutkach w gorące dni, przesadne dbanie o swój wygląd fizyczny, mocniej zarysowane formy rozpadu i przemijania, te rozklekotane samochody, zniszczone domy, ruiny zabytków. Czuję odmienność, a jednocześnie wydaje mi się, że jestem niedaleko Sanoka czy ulicy Grunwaldzkiej w Rzeszowie i pomyliwszy autobus, przejechałem tylko kilka kilometrów, więc nadal powinienem być wśród „swoich”; przecież to wszystko jest takie znajome. Jednak coś tu nie gra, małe szczegóły uświadamiają różnice. Siedząc na ławce pod dworcem w Brodach, czuję się dobrze, mam tę swobodę, której brakuje turystom. Piję piwo, nie fascynuję się zabudową, bezpańskimi zwierzętami, samochodami naprawionymi za pomocą sznurka i młotka, nie zwracam uwagi na złote zęby czy swetry dopasowane do garniturowych spodni w upalne środowe popołudnie. To moja przeszłość i teraźniejszość.

Dworzec w Brodach idealnie oddaje czasy Franciszka Józefa, natomiast jego okolice są typowo sowieckie, jeśli miałbym je do kogoś porównać, to na myśl przychodzi mi od razu Chruszczow w dresie Adidasa. Jednopiętrowe budynki, zamykające pobliski dworzec autobusowy z dwóch stron tworzą literę L, znajdują się w nich sklepy, w których kupić można niemalże wszystko. Obskurne i prowizoryczne, ale trzymają się już zapewne kilkadziesiąt lat, istnieją dla potomnych jako idealny przykład kapitalizmu z lat 90 XX wieku. Sam dworzec kolejowy jednak dumnie się pręży, przypominając o austriackiej przeszłości tego miasta, która to rozpoczęła się 5 sierpnia 1772 roku. Wcześniej mieszkali tu głównie Ormianie i Żydzi, ale ci pierwsi, wraz z rozwojem pobliskiego Lwowa i wielkim pożarem Brodów z roku 1742, kiedy to całe miasteczko spłonęło, a kilkadziesiąt osób spaliło się żywcem, wyprowadzili się. Przez okres panowania austriackiego nad tymi ziemiami Brody były, jeśli można tak powiedzieć, wzorowym miasteczkiem położonym na skraju Galicji, o której z przekąsem pisał Kazimierz Bartoszewicz 1905 roku: „Galicja, część ziemi odkryta przed 130 laty, zamieszkała przeważnie przez wychodźców z Jerozolimy oraz dzikie plemiona Stańczyków, Demokrytów, Stojałowczyków. Pod względem zawodowym ludność Galicji dzieli się na znawców sztuki (5,000), agentów asekuracyjnych (7,500), cyklistów (25,000), doktorów (około 50,000), prezesów i dyrektorów (100,000), sekretarzów, radców i wydziałowych (1,106,315), analfabetów (2,000,000) i głodomorów (3,000,000). […] Klimat byłby znośny, gdyby nie wiatry wiedeńskie, które oziębiają powietrze i przynoszą woń niemiłą. Z ciał kopalnych najpospolitsze są: szlachcic przedpotopowy, hrabia galicyjski itd. Główny produkt: bryndza (odmiany: majowa, umysłowa, kieszeniowa, literacka). Z owoców najlepiej udają się gruszki na wierzbie”. Autor Słownika prawdy i zdrowego rozsądku zwraca jeszcze uwagę na szerzącą się chorobę, jaką jest kołtun polityczny. Według satyryków obywatel Galicji miał się modlić słowami: „Wierzę w potulność naszą, w świętą apatię powszechną, w galicyjski patriotyzm, w orderów i podatków pomnożenie”. To tylko żarty, ale jak to zwykle bywa, jest w nich trochę prawdy. Nie bez powodu krainę te nazywano Galicją i Głodomorią, niechętnie się tutaj zapuszczano, na terytoria na wschód od Tarnowa traktowano jako miejsce zesłania. Wśród żydowskiej, ukraińskiej i polskiej biedoty nie było to najlepsze miejsce do narodzin i życia. Galicja była typowym przykładem całkowitego rozwarstwienia: kilka wielkich majątków należało do najbogatszych Polaków z warstw wyższych, urzędnicy cesarscy zarabiali nieźle, podobnie fabrykanci z większych miast. Jednak liczba „głodomorów” i „analfabetów” była przerażająca (nie ukrywajmy, że II RP czy komunizm w pierwszych latach po wojnie coś tutaj zmieniły). Brody nie były wyjątkiem, a nawet przysłowie „przepadł w Brodach”, co znaczyło, że los rzucił kogoś w miejsce smutne i bez perspektyw, potwierdza ten stan rzeczy.

Ciepłe powietrze wymieszane z kurzem i spalinami sprawia, że kieruję swoje kroki prosto do najbliższego baru. Mam widok na dworzec kolejowy i autobusowy. W tym pierwszym panują pustki, drugi jest oblegany przez kilkanaście osób. Brakuje turystów, ludzie jeżdżą w różne strony raczej z powodów ekonomicznych lub urzędowych. Panuje w Brodach klimat typowy dla niewielkich miast na zachodniej Ukrainie, gdzie bieda miesza się z apatią, a kamienice i ludzie wyczekują lepszych czasów. W barze parę osób pije kawę, ale większość piwo, które kosztuje niewiele więcej niż w sklepie. Wszyscy palą papierosy. Zwykłe, proste przyjemności. Przypominam sobie identycznie miejsce w Jaśle. Tu jednak jest ciszej. Niewiele jestem w stanie zrozumieć, dlatego bezskutecznie próbuję wtopić się w otoczenie, pić to samo piwo i palić te same papierosy, myśleć, że tak naprawdę niewiele nas dzieli, bo jeszcze sto lat temu bylibyśmy poddanymi tego samego cesarza, a kilka lat później żylibyśmy w tym samym kraju, ale wiem, że to nieprawda. Jesteśmy podobni, wychowani w niewielkiej odległości od siebie, w zbieżnych miejscach, lecz coś tu nie gra. Niby znam to picie bez sensu i okazji, siedzenie bez celu, wyczekiwanie na lepsze minuty, ale tu jestem jak dodatkowy element z innego zbioru –  niby pasuje, ale nie do końca. Co było, już nie wróci, raz przerwanej jedności, która w rzeczywistości jest tylko mitem, naprawić nie można. Kiedy Lucyfer powiedział „ja” coś się skończyło, sytuacja ta w przestrzeni wieków pomiędzy ludźmi ciągle się powtarzała – inaczej być nie mogło. Narody pragnęły stanowić o sobie, choćby i po trupach. Jednak kiedy o tym zapomnimy i spojrzymy na to, co mamy przed sobą – ludzi i architekturę, jest to Galicja po przejściu komunistów. Podobnie jak w Rzeszowie czy Tarnowie, jednak tam zapukała wspólna Europa, a ten kraj pozostawiony został na samotną walkę. Szarpie się i wije, walczy, ale bez wsparcia zostanie zjedzony przez większe zwierzę – tak działa historia, nie patrzy na słabszych, nie ocenia ich nawet, tylko poświęca dla dobra własnego. Znamy to z przeszłości.

W miasto wchodzę jak w stare spodnie. Doskonale wiem, czego się mogę spodziewać, ale mimo to czuję ale mimo to nowe miejsce budzi ciekawość. Idę w przeciwnym kierunku niż Joseph Roth, który tą drogą, prowadzącą na dworzec, opuszczał Brody. Mijam więc sklepy i nieotynkowane budynki, po lewej stronie straszy niezbyt urodziwy katolicki kościół. Jest ogromny, wcześniej ludzie modlili się w małym, drewnianym budynku. Różnica pomiędzy nimi jest olbrzymia. Droga w stronę centrum przypomina plac budowy i przypadkowe dzieło stworzenia zarazem, jest ukończona, mniej więcej zabudowana, ale posklejana z elementów tak różnych i przypadkowych, że trudno się w tym wszystkim odnaleźć. To jest ta galicyjska apatia i bylejakość, którą zaobserwować można również po drugiej stronie granicy. Może nie w Krakowie, ale na odcinku Tarnów-Przemyśl odnajdziemy bez trudu te ślady. Nadal tę „prowizorkę” można odnaleźć w wielu miasteczkach na tych terenach. Nie uważam, aby była czymś gorszym, jest naszą częścią, podobnie jak zamiłowanie do jaskrawych kolorów. Gałganiarstwo w ubiorze, uniżenie przed urzędnikiem przy własnym poczuciu wyższości, wykonywanie niektórych prac na „słowo boże”, widoczne jest po obu stronach granicy. Typowa galicyjskość, która przejawia się w niepewności, pracowitości i poczuciu kruchości przy jednoczesnej świadomości przemijania, peryferyjności i własnej znikomości.

Przedwojenną zabudowę w centrum miasta zastąpiły niewysokie bloki. Żydowskie miasteczko na krańcu cesarstwa Austro-Węgierskiego przybrało nową formę. Złożyło się na to wiele elementów. Miasto palili i niszczyli Kozacy, czerwonoarmiści, naziści. Żołnierze różnych armii przechodząc przez otaczające to miasto pola, zadeptywali powoli pamięć o przeszłych mieszkańcach tego miasta, wprowadzając swoje prawa. Dawniej nazywano je „Jerozolimą Austro-Węgier”, dziś przypomina o tym synagoga, która w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie całkiem się rozpadnie. Pozostały po niej tylko trzy zrujnowane ściany i puste przestrzenie pomiędzy belkami. Plotka głosi, że miała ona zostać wyremontowana, ale burmistrz miasta za pieniądze uzyskane od Żydów z zagranicy postawił dom swojej córce. Przy synagodze znajduje się plac zabaw, więc przyszłość zajmuje miejsce przeszłości. Dzieci bawią się dwa metry od rozpadających się ruin, rodzice doglądają swoich pociech, życie toczy się swoim torem. Jest piękny majowy wieczór i ja sam bardziej odczuwam chęć do zabawy niż spacerowania wokół tych czerwonych cegieł czy resztek dachu, wyglądającego jakby miał się do końca rozpaść przy najbliższym deszczu. Jeszcze niedawno w niewiele lepszym stanie była synagoga w Drohobyczu, a dziesiątki mniejszych nie istnieje już od lat. Jedno życie umiera, inne życie się rodzi, jest czas na pierwszy i ostatni oddech, czas biegnie przed siebie, niewielu chce pamiętać o tak dalekiej przeszłości. Jeszcze pod koniec XIX wieku niemalże 90 proc. mieszkańców Brodów to byli Żydzi. Tu silny był ruch Haskali, ale również chasydyzmu – postęp kontra mistycyzm. Dziś jest tu już inny świat, o którym nikt nie dyskutuje, podobnie jak dzieje się w Rzeszowie. Dzieli nas nie przeszłość, a historia i jej interpretacje. W przeszłości bowiem zanurzeni jesteśmy wszyscy i tak samo przez nią pokrzywdzeni. Straciliśmy dużo, nawet sami nie wiemy jak dużo.

Chętniej niż synagodze przyglądam się ludziom bawiącym się i rozmawiającym na placu zabaw. Jest w tym wszystkim coś fascynującego, jak bardzo przyzwyczajamy się do przemijania i kruchości każdego istnienia. Od najmłodszych lat nie robimy nic innego. Gdybym był rodzicem albo dzieckiem, również nie siedziałbym, wpatrując się w tę ruinę, lecz spędzał czas na przyjemnościach. Jestem jednak wśród tych pustych, przekrzywionych ścian i duchów, jestem turystą szukającym śladów przeszłości. Wiem, że to miejsce zbrodni, ale wszystkie znaki zostały już zatarte, a to, co przetrwało, dogłębnie zostały spisane już przez innych. Dlatego bardziej interesuje mnie to, co żywe. Przecież w moich rodzinnych stronach też nie brakuje resztek zaginionej, wieloetnicznej przeszłości, jednak wcale nie śledzę tych losów, ale siedzę i piję, kopię piłkę ze znajomymi albo po prostu spaceruję bez celu. Taki już jest los każdego człowieka, każdego istnienia, wszystko bowiem zostanie zapomniane, porzucone, zaginione bez przyczyny i powodu. Nie ukrywajmy tego, przeszłość jest mroczna, w całej Galicji widać te wzbudzające zgrozę, ale zarazem fascynujące ślady zniszczenia z niedalekiej przeszłości. Ślady te – często niezbyt widoczne, ale też ogromne – mają wpływ na teraźniejszość. Być może nawet większy niż jesteśmy w stanie do tego się przyznać.

Brody są świetnym tego przykładem, jak życie wypiera pamięć. Przeszłość bowiem musi wzbudzać w nim zgrozę, ponieważ jasno wskazuje, gdzie jest jego cel. Miasta zmieniają swój charakter, szczególnie te pograniczne i peryferyjne, dlatego są tak interesujące. Miasteczka galicyjskie doskonale wiedzą, że ich los jest niepewny i prowizoryczny. Teraz niemal wszystkie, w tym również Brody, ale też Boguchwała, Sambor czy Leżajsk, poubierały się w szaty karnawałowe, więc gdzie nie spojrzeć, można w nich wziąć kredyt, kupić nowy telefon, zjeść pizze i potańczyć, wystarczy tylko przejść pomiędzy tymi dziwacznymi targami i uliczkami dawniej zamieszkałymi przez innych ludzi, aby trafić w centrum tej rozpusty nazywanej życiem. Wtedy na chwilę można się poczuć częścią tego wielkiego świata, mitycznego Zachodu, który jest jakby na wyciągnięcie ręki. Doskonale jednak wiemy, że tak nie jest – tu jest wschód, widać to po tych wszystkich galicyjskich reklamach, barach, głównych ulicach. To nasza namiastka tamtego świata – równie zmyślonego, jak to wyobrażenie, że jesteśmy od niego niedaleko. „Pojęcie o krajach Wschodu, gdzie Żyd jest albo cadykiem, albo handlarzem, cała ludność chrześcijańska składa się z chłopów, którzy mieszkają razem ze świniami, oraz z panów, którzy nieustannie wyruszają na polowania i piją – te dziecinne wyobrażenia są równie śmieszne, jak rojenia Żydów ze Wschodu o zachodnioeuropejskim humanizmie” – pisał Joseph Roth. Wschodnie miasta, niezależnie gdzie żyjemy w środkowej Europie, wyobrażamy sobie jako miejsca zesłania, tandety, zimna i biedy. One są jednak odbiciem tego, co istnieje w nas samych – raz dokładniejszym, raz nie, ale zawsze prawdziwszym niż to, co znajduje się na Zachodzie, a raczej są realniejsze niż wyobrażenia, które mamy na temat Zachodu. Dzisiaj Ukrainiec będzie dla nas chłopem albo robotnikiem, a dla niego wszystko to, co w Unii Europejskiej będzie kojarzyło się ze złotą erą. Mylimy się jednak. Mylimy się od wieków.

Idąc na wschód od synagogi i mijając rynek, trafiam, chcąc nie chcąc, na główny deptak w mieście, czyli ulicę Złotą. Wzdłuż niej, po obu stronach chodnika, wybudowane są niskie, jednopiętrowe kamienice. Partery obstawione są różnymi sklepami, barami i salonami usługowymi. Jest zatem kolorowo, wręcz odpustowo. Budynki mają różne barwy: od białych, przez pomarańczowe i pastelowo zielone, aż po róż. Zobaczyć na nich można jeszcze różne ozdoby przypominające przedwojenną przeszłość. Mijam banki, apteki i szpetne reklamy, jakie spotkać można w większości takich uliczek w Galicji, dzięki czemu czuję się tutaj swojsko. Jest środek tygodnia, godzina wieczorna, powoli wszyscy sprzedawcy i pracownicy zamykają drzwi. Młodych nie widać zbyt wielu. Raczej przesiadują po bocznych uliczkach. Miasto idzie spać wcześnie, ponieważ nocą nie dzieje się tu za wiele. Można zejść po schodach do pizzerii, znajdującej się w piwnicy, zobaczyć dwie czy trzy osoby o lekko zblazowanych twarzach i tyle. Nawet kelnerkom niezbyt się śpieszy. To jest właśnie galicyjskie miasteczko, typowe miejsce, gdzie trudno oszukać swój los i od najmłodszych lat człowiekowi przypisana jest pewna rola. Można zostać, przy dobrych wiatrach, emigrantem, urzędnikiem albo przedsiębiorcą, ale najczęściej egzystencja ta jest uboższa i spokojniejsza, choć nie na tyle spokojna, aby wolna była od trudów i trosk. Jedno życie bowiem nie okazuje się lepsze od drugiego, małomiasteczkowa dola dla wszystkich jest mniej więcej taka sama. Widać to doskonale po policjantach palących papierosy przy komisariacie. Znudzeni, zmęczeni obserwują okolice zabytkowej wierzy zegarowej, zerkają na wschód i zachód wzdłuż ulicy Złotej, ale niewiele się tu dzieje (a nawet jeżeli by się coś działo, to zawsze większego od nich, więc nie mieliby na to wpływu). Słońce zachodzi, robi się niemal ciemno, na deptaku już widać tylko starsze kobiety wychodzące ze sklepów. Zwykłe życie, człowieczy los zaklęty w krąg narodzin i śmierci, przemijania, zapominania i odnawiania.

Na ulicy Złotej można wziąć kredyt, kupić leki, piwo i jedzenie, kartę do telefonu, pójść do fryzjera, zjeść coś smacznego, złożyć donos, przymierzyć nowe ubranie, usiąść na ławce – panuje tu typowy miszmasz, który niczym nie może zaskoczyć, ale zawsze znajdzie się coś niespodziewanego. Czuć tutaj aurę rezygnacji zmieszanej ze spokojem i pewnością, że nic nowego pod słońcem nie ma i nic wyjątkowego się nie wydarzy. Dni tygodnia mijają, przychodzi sobota i niedziela, krótki czas odpoczynku, ale nic ponadto, bowiem tak wygląda prawdziwe życie, istnieją marzenia, nadzieje, ale one nie wychodzą poza pewną ramę codzienności i przyzwyczajeń, są w telewizji i na tych wszystkich reklamach zrobionych z jaskrawych kolorów. Czasami zdarzają się wakacje, wyjazdy, ale wszystko to, co ważne dzieje się w pewnym rutynowym kwadracie życia, poza który nikomu wyjść nie można ze strachu przed przegraną, odrzuceniem czy wstydem. Życie dla setek tysięcy ludzi w takich miejscach jest, było i będzie takie samo, znikają wraz z przeszłością, podobnymi miasteczkami i własnymi domami modlitwy. Rozpadają się czasami już za życia i nic tego pochodu śmierci i zapominania nie jest w stanie przerwać.

Spacerując pomiędzy niskimi budynkami i wąskimi ulicami, przyglądam się nocy tego miejsca. Gdzieniegdzie małe grupy młodych ludzi popijają alkohol i palą papierosy. Dziewczyny z dziewczynami, chłopcy z chłopcami, czasami ktoś podjedzie samochodem, zamieni parę słów i pojedzie we własną stronę. Trwa majowy czas podchodów, idę pod gimnazjum, gdzie uczył się Joseph Roth, a następnie na południe. Spaceruję wśród widm, wspomnień i iluzji, których nie odróżniam od rzeczywistości, bo wraz z oddaleniem od domu, a zarazem odczuciu, że jestem w nim, moja percepcja szwankuje. Czekam aż zza rogu wyjdzie ktoś znajomy, że przejdę parę kroków, przez most i rzekę, znajdę się na znanym mi podwórku. Ciągle jednak coś tracę i podejmuję złe decyzje, bo chyba dobrych nie ma, w małych miastach, miasteczkach i wioskach, idzie się po prostu przed siebie, szczególnie na tych peryferiach. Pcha się ten wózek doświadczeń, tragedii i marzeń, bo inaczej nie można, oddalając się przy tym od tego, co było dawniej, a to – jak wiadomo –, przynajmniej w naszych głowach, zawsze jest lepsze i wartościowsze niż teraźniejszość. Wdychając nocne powietrze na granicy dawnej Galicji, odczuwam więc tęsknotę nie za cesarzem, ale własną przeszłością.

W końcu trafiam na otwarty stadion drużyny piłkarskiej, który kilkadziesiąt lat temu, jeszcze za czasów komunistycznych, wyglądał pewnie całkiem okazale, ale tej nocy betonowe ogrodzenie i poszczerbione, drewniane ławki, pokazywały z całą dokładnością proces rozkładu. Po drugiej stronie murawy daje się słyszeć ciche piski i rozmowy, po mojej lewej stronie również śmiechy, czyli te trybuny służą teraz do miłosnych schadzek. Siedzę zatem wpatrując się w południową flankę stadionu, nad którą góruje księżyc. Piję kolejne piwo, które już mnie nie tylko upija, ale powoli ścina z nóg, chociaż mam nadzieję, że mnie orzeźwi. Minuty mijają, ilość żarzących się papierosów na trybunach maleje, podobnie jak przerywane rozmowy coraz bardziej cichną.

Od kilku godzin spacerowałem po Brodach, oglądając dokładnie to samo, co w wielu innych, podobnych miasteczkach. Beznadziejność, apatię, spokój – te najczystsze przykłady zwykłej codzienności w byłej Galicji. Amerykański styl widoczny na reklamach wiszących na sklepach, w pstrokatości wystaw, restauracjach udekorowanych według wzoru „Charków spotyka się z Paris Hilton” – to z kolei sposoby zakrywania tej peryferyjności oraz codzienności tak, jak dziecko przykrywa plakatem dziurę w ścianie. A wokół wszędzie ten beton, rozpadające się ławki, tynk odpadający od ścian, zwykła sowieckość ręka w rękę ze wczesnym kapitalizmem kontra zwykli ludzie, aby przypadkiem nie odkryli, że są, być może, czymś więcej niż tylko maszynami do konsumowania i umierania. Żeby nie myśleli, że odejdą i niewiele po nich zostanie, może kilka przedmiotów, ale również to nie jest pewne. Po poprzednich mieszkańcach tego miasta przecież niewiele pozostało. A nawet jeśli – nikt już o tym nie pamięta.

***

Idąc na północ prosto z dworca kolejowego w końcu trafi się na kirkut. M. mówiła, że jest wielki, ale czegoś takiego się nie spodziewałem. Macewy rozciągają się na długości kilkuset metrów, niektóre są zbite w duże grupy, inne pojedynczo wystają znad trawy, ciągną się aż po nieodległy las. Wszędzie macewy, wysokie, masywne, poruszanie się między nimi jest problemem. Tworzą prawdziwy labirynt grobów. Im dalej jednak się idzie, tym bardziej rzedną, zaczyna się łąka, trzeba uważać, aby nie stanąć na jednym z nich. Słońce świeci niemiłosiernie, trudno wytrzymać pomiędzy tyloma pomnikami śmierci. Idąc przed siebie w stronę lasu, obracam się i widzę z lekkiego wzniesienia te wszystkie mogiły, których ogrom trochę przeraża, ale od razu do głowy przychodzi pytanie, co się stało z pozostałymi grobami? Przecież ten kirkut był ogromny, podobno największy w tej części Ukrainy, w Brodach żyło tysiące Żydów. Jest tam też zbiorowy grób, w którym pochowano kilka tysięcy osób rozstrzelanych w tym miejscu przez nazistów.

Widok tylu macew jest fascynujący, to nie jest normalny cmentarz – zadbany, ze zniczami i kwiatami, to nie jest też zwykły kirkut – odnowiony przez władze miejskie, niewielki, z przystrzyżoną trawą i kamieniami na macewach. To miejsce ciągłego przemijania, odchodzenia, zapominania. Trudno znaleźć słowa, by opisać ten widok. Ogromna przestrzeń z wyspą macew i pojedynczymi grobami leżącymi gdzieś w oddali, które jakby zostały wygnane z centrum. Wszystkie porasta trawa, niektóre stele nagrobne – wydaje się, że stoją dzięki łasce pańskiej, inne utrzymuje jeszcze wiatr, ale zaraz rozlecą się na niewielkie kamienie, runą na ziemię i zginą pomiędzy chwastami. Taki ich los, dobrze jednak, że wiele z nich jeszcze przetrwało, dzielnie opierają się historii, nowym porządkom, temu ciągłemu festynowi idei, zasad i nie oglądania się za siebie. Istnieją nieprzerwanie, jako znaki przeszłości. Kiedyś w Drohobyczu starsza kobieta zapytała mnie, czy w Polsce jest taki sam nieporządek, odpowiedziałem , że tak, na co ucieszona stwierdziła, że wszędzie jedna wieś. I my wszyscy jesteśmy z tej wioski, a raczej ze sztetla, z tej biedy, nijakości, ciągłego niespełnienia. Nikt się z nami nie liczy, jesteśmy cyframi, procentami, obywatelami peryferii. Kiedyś nasze groby również się rozpadną, a wcześniej tak samo będą zaniedbane i opuszczone, później zacznie je porastać trawa, a beton będą rozsadzać chwasty. Wszystko zniknie pod powierzchnią ziemi ostatecznie, jak wysiłek tych ludzi tutaj pochowanych. Te macewy, dzbanki i świeczniki, wyryte na nich ręce złożone w geście modlitwy – wiem, cały trud ludzi tu pochowanych z dnia na dzień został przerwany, nić łącząca ich z historią gwałtownie przecięta. Jeszcze ich potomkowie żyją w różnych częściach świata, ale już nie są obywatelami sztetla, Galicji, tych rozległych, podmokłych i lesistych przestrzeni. Żaden z nich nie pójdzie w drugą stronę, w kierunku dworca, nie pojedzie na zachód i nie zostanie wielkim pisarzem albo pijakiem, bo tego świata już nie ma. Teraz można tu przyjeżdżać, aby obcować z duchami i przeszłością, być niemym świadkiem tego rozpadu. Stoję zatem pośrodku kirkutu, czując na twarzy promieni słońca, czas jakby wolniej płynie, odczuwam w sobie pustkę i bezradność wobec tego, co było i tego, co nadejdzie. Nie zobaczę świata, gdzie Żyd niewiele różnił się od chłopa, gdzie Żyd, jak pisał Roth: „Zrośnięty jest ze swoją «ziemią» jak chłop. Sam jest na wpół chłopem. Jest arendarzem, młynarzem albo szynkarzem. Nigdy się nie uczył. Często zaledwie umie czytać i pisać”. Ten świat ludzi bez ojczyzny, chłopów, Żydów, drobnych handlarzy, mówiących dziwną zbitką języków, żyjących pomiędzy tymi polami i lasami, wśród wiosek i sztetli, którzy czasami się mordowali, a czasami wchodzili w związki małżeńskie, jest już daleką przeszłością. Ich wspólne pijaństwa, bitki, ale też interesy i miłości, nie były niczym wyjątkowym, choć czasem wzbudzały powody do „gadania”. Żaden badchan nie opowie już ich historii. Kto by zresztą chciał ich wysłuchać?

Wracam na dworzec, jeszcze raz pokonując tę trasę, trzymam się równej drogi z północy na południe, mijam cerkwie, zadbany miejski cmentarz, bary i sklepy. Widzę świat, który był i ten, który jest, obydwa współgrają i pasują do siebie. Lubię te opuszczone i rozpadające się budynki, tak jak zawsze z radością przejeżdżam obok dworca w Boguchwale. Jedna wieś. Lubię wygrzać się w marszrutce, wypocić się zdrowo będąc w polarze i spodniach, chociaż w środku panuje upadł powyżej trzydziestu stopni. Wiem, że wyróżniam się od tych mężczyzn w swetrach, spodniach i butach garniturowych swoim ubiorem, bardziej kolorowym i europejskim. Jadę z nimi jak to dziwo, do jakiejś zapyziałej wioski, patrząc się przez okno, to wpatrując się w ich zmęczone twarze poszarpane czasem i chłopskimi zmartwieniami. Kiedy patrzę na kobiety opatulone w czarne chusty i kurtki, aby „czasami nie zawiało”, widzę własnych przodków, z tymi siatkami wypakowanymi warzywami i białym serem. Niemo pytają mnie, po jaką cholerę jadę z nimi, zamiast siedzieć po drugiej stronie granicy; czemu, do jasnej cholery, nie siedzę w klimatyzowanym autobusie, który pędzi po wyremontowanych drogach, oglądając przez okno bardziej zadbane i odnowione domy? Nie wiedziałbym, co odpowiedzieć. Tłukę się wraz z nimi po tych dziurach i szutrowych drogach, jadę w kierunki Podkamienia, pot leci mi po plecach, śmierdzę piwem i milczę jak reszta. Z dywanów położonych na skrzyni biegów i podłodze przy każdym wertepie unosi się kurz, kierowca jednak nie zwalnia, przez okno nie wlatuje świeże powietrze, bus skrzypi i charczy, ale dzielnie pokonuje wyboje i wzniesienia. Wygląda z zewnątrz i wewnątrz, że swoje już przeżył i zasłużył na emeryturę. Ewidentnie ma dość, trzyma się jednak dzięki różnym zaklęciom i szczęściu, innego wytłumaczenia nie ma, jak ten samochód ściągnięty siłą z Niemiec, kiedy już tam nie nadawał się do jazdy, na Ukrainie wytrzymuje dziury w drogach, wyboje i czasami brak asfaltu. Tutaj chyba można znieść więcej.

Podkamień, to osiedle typu miejskiego, czyli radziecki wynalazek na określenie większej wsi, która zamieszkiwana jest przez co najmniej dwa tysiące ludzi, przypomina mi moją rodzinną miejscowość. Teren jest lekko pagórkowaty, ludzie senni, na wzniesieniu znajduje się monastyr. Siadam na razie pod sklepem, aby odsapnąć po podróży i nawdychać się świeżego powietrza. Niedaleko babcie handlują różnymi towarami, chłopcy z komórek na przystanku słuchają rapu i disco, mężczyźni piją piwo przy sklepie. Normalna, miła, choć uciążliwa monotonia codzienności. Nie jest dobrze się tu urodzić, kiedy duży i bogaty świat istnieje, chociaż wiem, że można trafić w o wiele gorsze miejsca. Tu bieda miesza się każdym dniem, ale ludzie, jak na wielu galicyjskich wioskach, radzą sobie całkiem nieźle – bez fanaberii, ale godnie. Uciążliwe jest to w każdym wieku, jednak z czasem akceptuje się sytuację. W moich stronach też mężczyźni rano idą do sklepu, siedzą tam, wracają do domu, idą spać, po południu znowu powtarzają ten sam szlak, tutaj chyba jest podobnie, ludzie mają swoje prace, przyjemności i obowiązki, które pozwalają im zapomnieć o własnym położeniu. Czasami śnią się lepsze miejsca i możliwości, komuś nawet udaje się zrealizować małe marzenia, to normalność wioski, a tak śluby, dzieci, praca, akceptacja, milczenie i czasami krzyk.

Idę pod górę Różańcową, na której znajduje się kościół i klasztor Pochodzenia Drzewa Krzyża Pańskiego, należący do grekokatolickiego zakonu Sudytów. Wcześniej klasztor należał do ojców Dominikanów, ale to było dawno. Mijam małe domki wymalowane na niebiesko i te nowsze w różnych kolorach, jest upalnie, więc ludzie się w nich pochowali, rzadko ktoś chodzi wokół gospodarstwa. Krowy leniwie się pasą na łąkach. Na podobne wzniesienie sam kiedyś wyprowadzałem krowę, ale może mi się tylko wydaje. Może pamięć płata mi figle, że chodziłem z dziadkiem pod górkę na pole, posiedzieć i ze wzniesienia oglądać naszą wioskę i zbierać chwasty albo stonkę. Mijałem jeszcze podobne domy, dziś już ich nie ma, istnieją tylko nowsze, większe i bardziej zadbane. Tutaj jeszcze ta historia nie dotarła, ale nie jestem jedynym turystą, bowiem mija mnie w pośpiechu autobus, chyba z niemiecką wycieczką, ale co robiliby tutaj Niemcy? Droga pod górkę, butelki tłuką mi się w plecaku a wieża monastyru jest coraz większa. W końcu udaje mi się wejść na szczyt, omijam wejście na dziedziniec klasztoru i siadam na końcu wzniesienia. Słońce świeci mi w plecy i moim oczom ukazuje się Diabelski Kamień – samotny głaz wystający z sąsiedniego wzniesienia. Ma on około 17 metrów, wydaje mi się z daleka, że ktoś jest na jego szczycie. Jest to fragment byłej rafy koralowej morza, które pokrywało kiedyś tę ziemię i nie ma powodu sądzić, że kiedyś znowu nie zostanie ona zalana. Podobnych samotnych skał w Europie jest sporo, pewnie większość z nich ma diabelskie nazwy. Ta tutaj jest wymowna, bo w klasztorze podczas wojny schowali się Polacy, ale wśród nich było kilku Ukraińców, jak głosi legenda, bo tak naprawdę żyjemy wśród legend i mitów, każdy ma własną i przekazuje ją innym. W marcu 1944 roku ludzie ukrywający się na wzgórzu mieli widzieć radzieckie samoloty, więc wyczekiwali końca koszmaru. Członkowie oddziału UPA wpadli zatem na pomysł, aby kilku z nich przebrało się za sowieckich lotników. Podstęp się nie udał. Bramy klasztoru zostały zdobyte po walce. Na terenie Podkamienia i okolicznych wsi podczas antypolskiej akcji zostało zamordowanych nawet kilkaset osób. Po miasteczku krąży opowieść, że kiedy kilka dni później sowieci weszli do klasztoru, zobaczyli rozkładające się ciała mężczyzn, kobiet i dzieci, wrzuconych do jednej z wież.

Wraz z M. wpatrujemy się w panoramę Podkamienia i pijemy piwo. Spędzamy miło czas, planując, co zjemy na kolację. Jeszcze nie wiemy, że w Podkamieniu znajdował się wtedy znakomity polski pisarz, Leopold Buczkowski, któremu udało się przeżyć tę zbrodnię, ale gorszy los spotkał jego dwóch braci. W tym samym klasztorze zaś świadkiem mordów był obraz Matki Boskiej Podkamieńskiej, po wojnie przeniesiony do jednego z wrocławskich kościołów, który, odkąd wyprowadziłem się ze swojej podkarpackiej miejscowości na Dolny Śląsk, znajduje się pięć minut drogi na piechotę od miejsca, gdzie mieszkam. Dowiaduję się o tym dopiero na tym wzgórzu. Ja, chłopak z Galicji, podobnej osady, przypadkowo przemierzam dziwne szlaki w przestrzeni, historii i literaturze, co rusz natrafiając na przypadki i opowieści, które łączą się i mówią, że życie nie jest warte by je przeżyć i człowiek też nie jest istotą godną przeżywania wieczności. Widzę, że to spustoszenie i przemijanie jest ciągłe i bezsensowne, a ludzie tylko je przyśpieszają, małe szczęścia i większe nieszczęścia ich losu są przerażające. Dziwnie się czuję, patrząc na te rozległe i piękne przestrzenie, błyszczące się w oddali kopuły cerkwi w Poczajowie, więc kończę piwo i idę na dziedziniec monastyru. Wszystkie drzwi są pozamykane, czasami tylko słyszę dobiegające z otwartych okien ciche i przejmujące pojękiwania roznoszone przez wiatr. Widzę kilka wież, krzyży dużych i małych – drewnianych, kamiennych i żelaznych, na niektórych z tych mniejszych, leżących na ziemi, wisi Chrystus, który w żadnym wypadku nie jest cierpiący, ale zamyślony i smutny. Zaczynam odczuwać głód, idę więc jeszcze raz popatrzeć na widoki rozciągające się ze wzniesienia. Palę papierosa i nagle widzę dwie kobiety zmierzające w moim kierunku. Rozdzielają się, jedna z nich, czarnowłosa, tyle pamiętam, zaczyna się we mnie wpatrywać, a ja kieruję wzrok na Diabelski Kamień. Przypominam sobie, że po wojnie w klasztorze było więzienie dla politycznych, a teraz jest tam szpital dla nerwowo chorych kobiet. Widok jest ładny, ta kobieta ma również swój urok, ale coś w człowieku jest zepsute na amen.

Na przystanku chłopcy nadal słuchają disco-rapu, panowie piją piwo pod sklepem, tylko handlarki powoli zabierają swoje towary z bazaru. Słońce zaczyna prażyć tak mocno, że z trudem nie zasypiam. Jednak głód i uśmiech M. rozlewający się na jej spalonej słońcem twarzy, przypominają mi jeszcze o czymś ważnym.

Dawid Szkoła

Dawid Szkoła – ur. 1985 r. w Rzeszowie. Pochodzi z miejscowości Zgłobień. Ukończył kierunek Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna na Uniwersytecie Wrocławskim. Doktor nauk humanistycznych. Wydał dotychczas książki eseistyczne: Eseje (2015); Ciemno, coraz ciemniej (2017). Drukował swoje teksty m.in. w takich czasopismach jak: „Twórczość”, „Odra”, „Więź”, „eleWator” czy „Rita Baum”. Pisał też dla „Laboratorium Więzi, Przekroj.pl, Action-Mag.

Bartoszewicz Kazimierz, Słownik prawdy i zdrowego rozsądku, Warszawa 1905.
Buczkowski Leopold, Czarny potok, Warszawa 1994.
Roth Joseph, Żydzi na tułaczce, przeł. Małgorzata Łukasiewicz, Kraków-Budapeszt 2017.

Opracowanie redakcyjne tekstu – Krzysztof Bąk

Kultura Enter, 2018/04 nr 85
Cmentarz w Brodach, kwatera wojskowa z ok. 3 tys. grobów polskich żołnierzy poległych w lipcu 1920 r. w bitwie z armią konną Budionnego, fot. i oprac. Krzysztof Bąk, Archiwum Grupa Mowa Żywa, 2013.

Cmentarz w Brodach, kwatera wojskowa z ok. 3 tys. grobów polskich żołnierzy poległych w lipcu 1920 r. w bitwie z armią konną Budionnego, fot. i oprac. Krzysztof Bąk, Archiwum Grupa Mowa Żywa, 2013.

Ogromny cmentarz żydowski wyrzucony daleko poza obręb miasta. Fot. (i kolejne) Marcelina Jakimowicz.

Okładka do najnowszych esejów Dawida Szkoły.

Okładka do najnowszych esejów Dawida Szkoły.

Dworzec kolejowy w Brodach.

Dworzec kolejowy w Brodach.

Wielka Synagoga w Brodach z XVIII w.

Wielka Synagoga w Brodach z XVIII w.

Główny plac miasta, w oddali kopuła Cerkwi Najświętszej Bogarodzicy, oprócz kopuły cerkwi z lewej strony jest pomnik Tarasa Szewczenki, ukraińskiego wieszcza.

Główny plac miasta, w oddali kopuła Cerkwi Najświętszej Bogarodzicy, oprócz kopuły cerkwi z lewej strony jest pomnik Tarasa Szewczenki, ukraińskiego wieszcza.

Fragment pływy nagrobnej z miejskiego XIX-wiecznego cmentarza.

Fragment pływy nagrobnej z miejskiego XIX-wiecznego cmentarza.