Strona główna/SZKICE. Kilka niestereotypowych wrażeń ze Stanów i z Kanady

SZKICE. Kilka niestereotypowych wrażeń ze Stanów i z Kanady

SZKICE. „Karbid” jedzie do Ameryki albo kilka niestereotypowych wrażeń ze Stanów i z Kanady

Andrij Lubka

Uważa się, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. W języku ukraińskim jest takie przysłowie: język prowadzi do Kijowa. Nie wiem kogo i  co dokąd prowadzi, ale mnie natomiast powieść Karbid doprowadziła do Ameryki – w końcu października zeszłego roku wybrałem się w literackie tourne po największych miastach Stanów Zjednoczonych i Kanady. Byłem na wschodnim i zachodnim wybrzeżu, w centrum, na południu i północy, w dużych aglomeracjach i przytulnych miasteczkach akademickich i chcę podzielić się z wami kilkoma osobistymi wrażeniami z tych krajów. A zacznę opowieść od samego początku.

Ratuj się, kto może

Szczerze mówiąc, zamierzałem trochę popracować. Samolot do Nowego Jorku leci na tyle długo, żeby zdążyć napić się darmowej whisky, zjeść, zdrzemnąć chwilę i wreszcie otworzyć laptop i zająć się pracą. Tym razem nie udało się i złożyły się na to dwie przyczyny.

Po pierwsze, samolot należał do francuskich linii lotniczych, które na starcie oferują aperitif pod postacią szampana. Kiedy stewardesa podeszła do mnie z butelką, ja przez wzgląd na wrodzony takt i odwieczną frankofilię, odkrytą w sobie w tym właśnie momencie, nie mogłem odmówić. Za piętnaście minut znowu wróciła, obeszła salon i zaproponowała dolewkę. Po pierwszym kieliszku moja frankofilia znacznie wzrosła, dlatego z radością przystałem na jej propozycję.

A po dwóch kieliszkach szampana człowiek nagle zaczyna wspominać mądre narodowe przysłowia, na przykład – o robocie, co nie jest wilkiem. Zresztą, dokąd ten wilk mógłby uciec na takiej wysokości? Włączyłem więc koncert muzyki klasycznej i z niecierpliwością oczekiwałem na lunch. Do posiłku zaproponowano białe i czerwone wino, koniak, a także soki i wodę, które akurat nawet na ziemi nie bardzo mnie interesują. Zanurzając głowę w gourmetański szal, nie mogłem skupić się na pracy.

Przypomnieli o niej sąsiedzi, którzy zajęli miejsca obok. Przerwali moją radość z ucztowania,  przejawiając dużą ochotę do rozmowy, a była tylko jedna potencjalna ofiara, czyli ja. Ale ponieważ z wyglądu przekroczyli już osiemdziesiątkę, nie mogłem odmówić – a jeśli to ich ostatnia rozmowa? Sympatyczne małżeństwo pochodziło z Libanu, byli podobni do królów ze wschodu, którzy zapomnieli złożyć darów Mesjaszowi. Na sobie mieli tyle złota, że mimowolnie pomyślałem, że ci ludzie przewożą całe złoto i walutę swego bliskowschodniego kraju.

Popijaliśmy koniak, bawiąc się rozmową. Dowiedziawszy się, skąd pochodzę, pani zapytała o religię na Ukrainie. Żeby nie wdawać się w szczegóły dotyczące patriarchatów i rodzajów cerkwi, odpowiedziałem wymijająco: chrześcijaństwo. Potem pani zapytała, czy znam imię Boga. Uważnie popatrzyła prosto w oczy i od razu wszystko zrozumiałem. Zacząłem myśleć nad sposobami odwrotu, a przytulny samolot zamienił się w klatkę, z której nie można uciec. – Jehowa, ma na imię Jehowa – powiedziała z miną zwycięzcy.

Zgodziłem się. Co mogłem więcej zrobić? Oczywiście następne pytanie dotyczyło tego, jak silna jest moja wiara.

– Jak mówią, w samolocie, który spada nie ma ateistów – niepewnie bełkotałem. – Ale ponieważ nasz samolot jeszcze nie spada, to moja wiara na razie nie jest najsilniejsza.

Troskliwie spojrzeli na siebie, jakby chcieli powiedzieć: tutaj jest nasza niekończąca się praca. I tak, ich praca stała się przeszkodą dla mojej pracy –  jest to druga i ostatnia przyczyna, dlaczego przegapiłem dedlajn.

– Czy chciałby Pan się uratować? –zapytał z powagą mój rozmówca, nalewając kolejną porcję koniaku.

„Jak można jednocześnie lubić alkohol i być Świadkiem Jehowy?” – przyszło mi do głowy. Ale ponieważ moi sąsiedzi nie wyróżniali się dyplomacją, postanowiłem pytać o wszystko wprost.

– A dlaczego uważacie, że Świadkom Jehowy nie wolno pić? Ponieważ Jehowa stworzył wszystko: i nas, i świat, i koniak. Gdybyście wybrali drogę zbawienia, otrzymalibyście wieczne życie pełne przyjemności, które daje nam Stwórca. Pij Pan do syta, raduj się i chwal Jehowę, i to wszystko – agitował mnie starzec.

Pomyślałem, że ta religia, przynajmniej w interpretacji libańskiej, nie jest pozbawiona sensu. Ale powiedziałem:

– Nie jestem pewien, że to będzie raj: już po drugim dniu „pij do syta”, nie tylko nie będę chwalił Stwórcy, ale nawet żyć mi się odechce.

– To jest sprawa treningu i nawyków – roześmiała się pani.

Nawet zaczynali mi się podobać. Do momentu, gdy wyjęli angielską wersja czasopisma „Obudź się”. Zamiast przebudzenia, jego widok wprowadził senność.

Tak więc chwyciłem się najlepszej taktyki: zacząłem ziewać, w miejsce odpowiedzi – kiwanie głową, w pewnym momencie przeprosiłem, obniżyłem krzesło i zamknąłem oczy. Dość szybko zasypiałem, a śniło mnie się, że po śmierci wszyscy ludzie trafią do baru. Bóg – uśmiechnięty barman – mówi, że dzisiaj pijemy na jego koszt. Na ulicy pod barem na gości czekali Świadkowie Jehowy z gazetami, więc wychodzenie z niego nie miało sensu.

Na lotnisku w Nowym Jorku, żegnając się, pani wręczyła mi plik czasopism i poprosiła rozpowszechnił radosną wieść między przyjaciółmi.

Uratować się może każdy, tak im powiedz – budująco poklepała mnie po ramieniu.

Przekazuję.

  1. Szok. Stany. 

Przestrzeń. W Stanach wszystko jest wielkie. Już na lotnisku Kennedy’ego, zaczynasz dziwić się z rozmiarów wszystkiego dookoła. Nawet kran przy umywalce – na tyle duży i masywny, że u nas służyłby jako pompa. Amerykanie nie żałują żelaza i wszystkie detale sprawiają wrażenie solidnych. Szosy są szerokie, samochody gabarytami przypominają traktory, a ciężarówki wyglądają jak przyozdobione świąteczne girlandy. Ogromny kraj, miliony ludzi – w takich warunkach wieżowce na Manhattanie prezentują się naturalnie, podobnie jak gigantyczne budynki rządowe w Waszyngtonie. Jak każde imperium, Ameryka uwielbia wysokie kolumny i takież budynki; człowiek w podobnych warunkach czuje się pomniejszony i bezbronny, mimowolnie nabiera wiary w to, że państwo jest silne i potężne, i że będzie istnieć wiecznie. Wszystkiego jest więcej i wszystko jest większe, nawet porcje w amerykańskich restauracjach (inna sprawa, że takiego jedzenia nie życzyłbym nawet wrogowi), ale też ilość chorobliwie „wielkich” ludzi jest ogromna.

Relatywne bogactwo. Amerykanie są bogaci – to prawda, ale bogaci w dość specyficzny sposób. Mogą zarabiać dwieście tysięcy dolarów rocznie, ale wydają tę sumę na codzienne potrzeby. Nabywają nieruchomość za czterysta tysięcy dolarów, czyli kilkadziesiąt lat rodzina będzie żyła w niepokoju, ponieważ wszystko zostało zakupione na kredyt. Amerykanie nie wiedzą, ile kosztuje ich samochód, ponieważ kupili go za długoterminowy kredyt, więc koncentrują się na miesięcznej kwocie, jaką muszą wpłacać. Nawet telefon w Stanach jest kupowany na kredyt, po otrzymaniu go tu i teraz, bank jeszcze rok inkasuje pieniądze z twojego konta. Jeśli dodamy potrzebę oszczędzania na emeryturę, odkładania na edukację dzieci i konieczność opłacania ubezpieczenia zdrowotnego, otrzymamy dość intensywne i stresujące życie, ale niekoniecznie bogate. Ponieważ amerykańskie społeczeństwo przeważnie jest zorientowane na konsumpcję, z pozycji obserwatora może się wydawać, że takie życie naprawdę upływa w błogim spokoju, a wyjazd na wymarzone wakacje staje się niemal sensem istnienia i synonimem sukcesu. Ale w rzeczywistości za tym wszystkim kryje się poczucie niepewności i potrzeba nie tyle pracowania, co harowania.

Różnorodność. Spacerując po Nowym Jorku, pomyślałem: to jest prawdziwa Ameryka! Jednak później pojechałem do przytulnej i pięknej aglomeracji Filadelfii, gdzie zurbanizowane życie nie łączy się z tak szalonym tempem, i skonstatowałem, że tutaj jest lepiej, tutaj jest prawie idealnie! W State College, miasteczku akademickim w Pensylwanii, gdzie domy są małe, a wieczorem ulice stają się puste, odniosłem wrażenie, że większość Amerykanów właśnie tak żyje, w ustalonym spokojnym rytmie. Kansas City, położone w centrum USA, łączy w sobie ambicje wielkiej stolicy regionu, a zarazem przyjemny powab spokojnej prowincji, zaś Los Angeles – to miasto słońca, lenistwa i hedonizmu. W Urbano-Champaign niełatwo znaleźć miejsce, aby zjeść kolację, ale znajduję tutaj obszerną bibliotekę w podziemiach. W Chicago – dużo wiatru i Słowian. Wszystkie te miejsca są tak różne, że w Europie trudno byłoby coś takiego sobie wyobrazić w jednym państwie. Natomiast ta rozmaitość tworzy istotną cechę Ameryki – jej siła tkwi w tym kulturowym, politycznym i nawet klimatycznym bogactwie. Nadzwyczajna różnica w stylu życia, poglądach politycznych albo w sposobie marynowania mięsa na grilla, jest tym, z czego Amerykanie naprawdę są dumni.

Domniemanie wolności. Stany Zjednoczone – państwo wolności. Coś, co czujemy już w powietrzu, sama przestrzeń, krajobraz są stworzone, żeby wyeliminować samą myśl o jakimkolwiek ograniczeniu. Państwo zaufania, gdzie działa domniemanie twojej racji. Trudno to wyjaśnić, rzecz istnieje na poziomie instynktu, intuicji. Przykład: możecie wejść gdziekolwiek – do budynku federalnego lub Biblioteki Kongresu, i nikt nie będzie sprawdzał waszych dokumentów i nie zapyta o cel wizyty. Owszem, zostaniecie sprawdzeni przy wejściu, jak na lotnisku, względy bezpieczeństwa, ale nikt nie poprosi o okazanie wizy, paszportu lub uzasadnienia, dlaczego akurat chcesz tutaj wstąpić. Wszystko utrzymuje się z waszych podatków, a urzędnicy państwowi to wasz obsługujący personel, więc z założenia macie rację, i korzystacie z wielu przynależnych obywatelom praw.

Trochę cudów. Z filmów hollywoodzkich i innych przyjętych wyobrażeń kulturowych zbudowaliśmy obraz USA jako centrum wszelkich zaawansowanych technologii, państwa pod tym względem nadzwyczajnego. Ale tak nie jest do końca: społeczeństwo amerykańskie przeważnie jest konserwatywne i nie są rzadkością patriarchalne poglądy. Gadżety, jakie wszędzie możemy podziwiać są tylko instrumentem służącym wygodzie, ale to nie oznacza, że Amerykanie są „ludźmi przyszłości”. Na przykład istnieje tutaj powszechny zwyczaj wydawania tradycyjnych papierowych czeków. Kiedy instytucja zechciała zapłacić mi w ten sposób honorarium, musiałem wyjaśnić, że w Użhorodzie, jeśli pokażę czek w którymś z banków – zwyczajny, ręcznie podpisany papierek – najpewniej zdziwieni pracownicy zechcą zrobić sobie ze mną pamiątkowe zdjęcie. Zwykły przelew bankowy, wykonywany najwyżej w dwie minuty, to nadal dla zbiurokratyzowanej Ameryki nie taka prosta sprawa. Nie mówiąc już, że w tym ultra-nowatorskim i dostatnim państwie większość ludzi nie ma w domu pralki, dlatego tak rozpowszechnione są pralnie publiczne. Trudno sobie wyobrazić, ale w państwie, gdzie znajduje się Silicon Valley, do tej pory jeżdżą miejskie autobusy, w których pociągnięciem za sznurek powiadamiamy kierowcę, że chcemy wysiąść na kolejnym przystanku. My Ukraińcy często (i niesłusznie) uważamy swój kraj za zacofany, ale uwierzcie, że na ulicy naszego prowincjonalnego miasteczka łatwiej znaleźć dostępną sieć Wi Fi, niż w Stanach.

III. Dreamland. Kanada

 Pewien znacznie starszy, żeby nie powiedzieć stary, polski poeta kilka lat temu dał mi radę: nie pisz wierszy, kiedy jesteś zakochany. To powinno być zakazane. Ponieważ człowiek w podobnym stanie jest zbyt wrażliwy, emocjonalny, po prostu oderwany. Dlatego wiersze wychodzą nieudane, chociaż wyjątkowo szczere. Jest w tym ziarno prawdy. Ale nic tutaj nie poradzę i muszę się oświadczyć… Kanadzie.

Swoim przyjaciołom będę mówił: nie wybierajcie się do Kanady, zwłaszcza jesienią, ponieważ to niesamowicie piękny kraj. Kolory – jak na obrazie, liście na drzewach i pod stopami tak pomarańczowe i czerwone, że chciałbym wszystkie spakować do walizki, bo lepszego i piękniejszego suweniru nie da się wyobrażić.

Mapa świata, jak przeważnie bywa, daje nieco zniekształcony obraz rozmiarów Kanady. To niesamowicie wielkie państwo. Drugie, co do wielkości, na świecie. Do pewnego czasu: jak wreszcie, zgodnie z logiką, zakończy się proces rozpadu imperium rosyjskiego, Kanada wysunie się na prowadzenie. Zasługuje na pierwszeństwo we wszystkim.

Klimat, zapytacie, klimat nie jest najlepszy. Zgadzam się z wami: w wielu miastach kanadyjskich nawet istnieje rozległa sieć podziemnych labiryntów, przejść i korytarzy – i ludzie mieszkają, funkcjonują pod ziemią, i nie wychodzą na ulicę, gdzie może być  minus 40°C. Tak naprawdę nie USA, a Kanada powinna była zrezygnować z umowy o przeciwdziałaniu globalnemu ociepleniu – byłoby tak dla niej korzystniej. Ale Kanada nie zrezygnowała, ponieważ to kraj odpowiedzialny.

Najlepiej mieszkać w państwach, z których prawie nie ma żadnych newsów. Ponieważ nowiny w naszych czasach są przeważnie kiepskie. Dlatego niezwykle cieszy fakt, że z Kanady do opinii publicznej na świecie trafiają zdjęcia Trudeau, zamiast wiadomości o katastrofach, atakach terrorystycznych lub wstrząsach na scenie politycznej. Kanadyjczycy zbudowali państwo dla siebie – dla ludzi. Tutaj panuje już nie socjalizm, ale socjaldemokracja. Darmowa medycyna, niedroga, ale wysokiej jakości edukacja, idealna infrastruktura, imponujący dochód narodowy, przyjazne społeczeństwo – czego jeszcze potrzeba do szczęścia?

Kanada robi wrażenie, a jeśli przyjedziesz do niej ze Stanów, wrażenie będzie jeszcze mocniejsze. Wydaje się, że zrobiłeś krok do przodu – tutaj bez porównania jest bezpieczniej (ludzie nie posiadają broni) i konflikty na tle rasowym prawie są niewidoczne. Oczywiście można do woli zachwycać się Manhattanem, jednak istnieją tam odrębne narodowe enklawy, co przywodzi na myśl strukturę getta. W Kanadzie tak nie jest – ludzie są bardziej dobroduszni i otwarci na inne kultury, języki; tutaj panuje prawdziwa wielokulturowość.

Myślę, że obecność tych wartości ułatwiły ukraińskim emigrantom zadomowienie się w Kanadzie. Trudno ich nazywać diasporą – to jeden z narodów, który sformował i zbudował to państwo. Stanowią oficjalnie 5 proc. ludności, podkreślmy: tylko oficjalnie. Ukraińcy w Kanadzie osiedlali dzikie prerie, wykorzystując swoje rolnicze talenty i doświadczenie. Jakkolwiek zabrzmi to paradoksalnie zakorzenili się, karczując lasy. Rąbali drzewa i zasiewali ogromne pola. Prawie jak na ukraińskim stepie.

Wybitny ekonomista diaspory, Iwan-Swiatoslaw Koropiecki zaproponował swego czasu ideę, żeby wszystkich Ukraińców, którzy zamieszkują w obu Amerykach, zebrać razem i osiedlić w jednej z kanadyjskich prowincji, gdzie na terenach odludnych jest dużo darmowych gruntów. Można byłoby zebrać kilka milionów – i tak powstałaby prawdziwa (w odróżnieniu od sowieckiej) Ukraina: z językiem ukraińskim, naszą cerkwią, instytucjami i organizacjami.

Szkoda, że idei nie udało się urzeczywistnić, bo każdy Ukrainiec, od czasu do czasu, chce odwiedzić prawdziwą Ukrainę.

Andrij Lubka

Tłumaczenie Sergiej Hładyszuk, redakcja stylistyczna Krzysztof Bąk

Andrij Lubka – ukraiński poeta, prozaik, eseista i tłumacz. Oficjalna strona w internecie: lyubka.net.ua.

 

Kultura Enter, 2018/04 nr 85
PIOTR ŁUCJAN DLA KULTURY ENTER: Portret Andrija Lubki, 2018.

PIOTR ŁUCJAN DLA KULTURY ENTER: Portret Andrija Lubki, 2018.