Strona główna/POLITYKA. Jak i dlaczego (mimo wszystko) pozostaję „Czechosłowakiem”

POLITYKA. Jak i dlaczego (mimo wszystko) pozostaję „Czechosłowakiem”

Mykoła Riabczuk

Jak i dlaczego (mimo wszystko) pozostaję „Czechosłowakiem”. Posłowie do pewnego eseju z roku 2008>>>

Esej pod tytułem Jak zostałem Czechosłowakiem napisałem w 2008 roku na zamówienie czasopisma „Eurozine”. Dotyczył przede wszystkim moich bardzo osobistych doświadczeń związanych z wydarzeniami (czy też raczej przeżywaniem wydarzeń) w Czechosłowacji w roku 1968, a także moich nieco naiwnych refleksji na temat solidarności (wschodnio)europejskiej lub – jak mniej patetycznie określiłby to Václav Havel – „siły bezsilnych”.

Esej opublikowano w maju – trzy miesiące przed czterdziestoleciem sowieckiej inwazji na Czechosłowację i niecałe trzy miesiące przed równie bezczelnym najazdem tejże (w swojej istocie) armii na inne drobne państwo, które również miało nieostrożność uwierzyć we własną suwerenność i w prawo międzynarodowe.

Mimo brutalności całej akcji z użyciem czołgów i lotnictwa, która doprowadziła do śmierci setek cywilów i okupacji terytorium innego państwa, w skali globalnej wydarzenie to przeszło praktycznie niezauważone. Akurat w tym samym czasie media zachodnie wychwalały chińskich dyktatorów za doskonałą organizację igrzysk olimpijskich; zachodni przywódcy, jak gdyby nigdy nic, szczęśliwie się uśmiechali, ściskając dłonie z rosyjskim prezydentem w Pekinie; społeczeństwa zachodnie rozkoszowały się urlopem, pokornie połykając serwowane przez Moskwę konfabulacje o agresywnej bezczelnej Gruzji, która napadła Bogu ducha winną pokojową Rosję i dostała, jak należy, zasłużoną odpowiedź. Cała reakcja rządów zachodnich ostatecznie sprowadziła się do wyrażenia „głębokiego zaniepokojenia” oraz szlachetnych apeli, aby obie strony powstrzymały się przed przemocą i zażegnały wszystkie problemy na drodze negocjacji. Gwałcicielowi i jego ofierze zaoferowano szansę pogodzenia się i przeżycia wzajemnego zadowolenia.

Ta reakcja, jakkolwiek przykra, a wręcz haniebna, nie zdziwiła mnie, ponieważ już wtedy wiedziałem dobrze, że w polityce interesy dominują nad wartościami, że politycy są zależni głównie od rodzimych, a nie zagranicznych wyborców, oraz że sumaryczna ilość cierpienia, nędzy i bezprawia na tym świecie przekracza możliwości percepcji, psychiki oraz adekwatnej moralnej reakcji. Nauczyliśmy się ukrywać przed nieprzyjemnymi myślami i wyrzutami sumienia pod maską zdrowego rozsądku, a odpowiedzialność osobistą zastępować tą zbiorową przy pomocy magicznych formuł niepodważalnej mądrości ludowej: „Bliższa koszula ciału niż sukmana”, „Czyja siła, tego prawda”, „Głową muru nie przebijesz” oraz „Bóg pomaga tym, co sami sobie pomagają”.

Nie oznacza to bynajmniej, że w polityce nie ma miejsca dla moralności, a tym bardziej – że nie powinniśmy cały czas przypominać politykom o wartościach i zasadach, na których właśnie zbudowano zachodni świat. Pogodzenie wartości z interesami to rzeczywiście zadanie niełatwe, a czasami wręcz niewykonalne. Należy jednak pamiętać: za każdym razem, gdy poświęcamy wartości dla interesów, w konsekwencji ryzykujemy utratą zarówno jednych, jak i drugich.

Możemy i powinniśmy krytykować Zachód za brak zasad i hipokryzję, za tchórzostwo i cynizm, ale tylko jeśli sami posiadamy zdrową dawkę samokrytycyzmu – zarówno w odniesieniu do siebie, jak i swego narodu. Nie możemy na przykład wymagać od Zachodu okazania solidarności z naszymi więźniami politycznymi w Rosji, jeśli sami nie okazujemy tego rodzaju solidarności z więźniami politycznymi w innych krajach. Zachód nie jest zobowiązany, by przejmować się naszym okupowanym Donbasem czy Krymem w większym stopniu, niż my sami przejmujemy się losem okupowanego przez Chiny Tybetu. Nie możemy zarzucać Zachodowi, że flirtuje z reżimami dyktatorskimi, w czasie, gdy sami tolerujemy oportunistyczne flirtowanie własnego rządu z podobnymi bohaterami.

W dawnym (1995) filmie Michaela Winterbottoma Aleja snajperów jest wymowny epizod. W oblężonym mieście dziennikarze emocjonalnie dopytują przyjezdnego oenzetowskiego urzędnika, kiedy nareszcie wspólnota międzynarodowa powstrzyma codzienne zabijanie cywilów przez serbskich snajperów i artylerzystów. Na co urzędnik gniewnie odpowiada: „Proszę mi uwierzyć, na świecie jest co najmniej 13 dużo gorszych miejsc, o które również musimy zadbać”.

Swego czasu wyciągnąłem z tego tragikomicznego epizodu dwa wnioski. Po pierwsze, powinniśmy pamiętać, że nasza sytuacja rzeczywiście jest nie najgorsza i że na świecie jest co najmniej 13 innych państw i narodów mających dużo poważniejsze problemy. Po drugie zaś, powinniśmy przy każdej okazji przypominać wspomnianej „wspólnocie międzynarodowej” o wszystkich tych 14 „najgorszych miejscach”, a nie tylko o jednym, dla nas najbliższym. Nie tylko uczyni to naszą pozycję bardziej przekonującą i moralnie jednoznaczną, lecz także odbierze wspomnianej „wspólnocie” możliwość tłumaczenia się w każdym z 14 miejsc tym samym banalnym frazesem, bez zadania sobie trudu praktycznego działania.

W 2008 roku, po rosyjskiej inwazji na Gruzję, byłem oburzony reakcją Zachodu (a raczej jej brakiem) na to wydarzenie, ale nie zaskoczony. Reakcja ta wywodziła się z dość dawnej i do dziś wpływowej tradycji Realpolitik, w myśl której jednym państwom należy się dużo więcej suwerenności niż innym, a co za tym idzie, mogą pozwolić sobie na dużo więcej w należącej do nich „prawowitej strefie uprzywilejowanych interesów”. To właśnie na tych zasadach opierał się „nowy porządek europejski” po pierwszej, a następnie po drugiej wojnie światowej; to właśnie one sankcjonowały sowiecką inwazję na Węgry (1956) i Czechosłowację (1968) oraz niedoszłą, ale zapowiadaną interwencję w Polsce w roku 1981.

Stanisław Barańczak, znany polski poeta i eseista, z gorzką ironią pisał o samousprawiedliwiającej skłonności Zachodu do przerzucania odpowiedzialności z przestępców na ich ofiary: „Wszyscy na Zachodzie zadają pytanie, czy Solidarność nie zaszła za daleko; nikt nie pyta o to, czy nie zaszedł za daleko generał Jaruzelski. Mimo całej swojej przychylności i współczucia Zachód, jak się wydaje, milcząco przyjmuje główne założenie wschodniej propagandy: że władze komunistyczne zawsze mają rację, gdy bronią swojego monopolu na władzę. Oni nigdy nie zachodzą za daleko, nawet gdy wypowiadają wojnę własnemu narodowi. To właśnie naród zachodzi za daleko, ściągając na siebie klęskę za każdym razem, gdy wymaga odrobinę czystszego powietrza – odrobinę tych podstawowych wolności, którymi cieszy się Zachód” [1].

W 2008 roku „za daleko” zaszli Gruzini, broniąc swojej suwerenności, ale w żadnym przypadku nie Rosja, która tę suwerenność naruszyła. Ona nie może „zajść za daleko” z definicji, ponieważ działa w strefie swoich „uprzywilejowanych interesów” – przynajmniej dopóki na Zachodzie nie znajdzie się uczciwy polityk, który będzie miał odwagę nazwać rozbój rozbojem, a państwo zbójeckie – państwem zbójeckim.

Tym, co rzeczywiście mnie wtedy zaskoczyło, nie była nieudolna kapitulacja Zachodu przed putinowską hucpą ani zachłanne pragnienie przywódców unijnych, aby kontynuować zwykłe prowadzenie interesów z mafią, która sprywatyzowała całe państwo. Tak naprawdę uderzyło mnie wtedy milczenie europejskiego Wschodu, przede wszystkich Czechów, Słowaków i Węgrów, którzy lepiej niż ktokolwiek inny na kontynencie mieliby odczuć podobieństwo gruzińskiej sytuacji do tej własnej z roku 1956 czy 1968. Nadaremnie. Żadnych tam pikiet, żadnych protestów, żadnych flag gruzińskich pod rosyjską ambasadą.

Był to cichy, ale wyraźny sygnał dla Moskwy, aby iść dalej. Dla niej nigdy nie jest „za daleko”. Przynajmniej w strefie jej „uprzywilejowanych interesów”. Był to również sygnał tego, że Ukraina jest następna w kolejce. Kilka wzmianek o tym przewinęło się przez prasę, nikt jednak nie potraktował ich poważnie. Kolejna „rusofobia”, a jakże.

W sierpniu 2008 musiałbym zmienić zakończenie swojego eseju, aby nie zabrzmiało zbyt optymistycznie. I zbyt naiwnie. Nagle uświadomiłem sobie, że, wielokrotnie przeczytawszy słynny esej Kundery Zachód porwany albo tragedia Europy Środkowej, nigdy nie dostrzegłem jego głębszego, domyślnego sensu. Moje wyidealizowane wyobrażenie o Europie Środkowo-Wschodniej i hipotetycznej solidarności w jej granicach w dużym stopniu opierało się na tym eseju i na podobnych tekstach pisarzy dysydentów z regionu Europy Środkowej i Wschodniej – na ich upartym podkreślaniu naszej wspólnej (jak mi się wydawało) tożsamości europejskiej i obronie swojego prawa na „powrót do Europy”. Nie doceniłem argumentów Brodskiego, który wówczas polemizował z Kunderą, przenikliwie wskazując na jego zbyt esencjalistyczne pojmowanie „Zachodu” i zbyt ekskluzywistyczny stosunek wobec „Wschodu”.

Explicite przesłanie Kundery sprowadzało się do kilku tez: my, Czesi (Polacy, Słowacy, Węgrzy – w myślach poszerzałem ten wykaz również o Ukraińców, przynajmniej zachodnich) są Europejczykami ze względu na naszą historię i kulturę; Zachód zdradził nas w Jałcie, sprzedając Stalinowi, my jednak nigdy tego nie zaakceptowaliśmy i nie zaakceptujemy; nie należymy do przestrzeni sowieckiej, ponieważ jako mieszkańcy Europy Środkowej jesteśmy inni, jesteśmy podobni do was, ludzi Zachodu, i dlatego, podobnie jak wy, zasługujemy na wolność.

O tym, czy wszystkie inne narody w sowieckiej przestrzeni zasługują na wolność, mimo że nie są mieszkańcami Europy (Środkowej), w tekście Kundery nie było mowy. Domyślnie i raczej poza świadomą intencją autora tekst tworzył swoistą hierarchię narodów „bardziej” i „mniej” europejskich, a co za tym idzie, bardziej i mniej miłujących wolność i odpowiednio zasługujących (lub nie) na natychmiastowe wyzwolenie.

Koncepcja Kundery, zgodnie z dobitnym spostrzeżeniem Wołodymyra Jermołenki, „stała się zbawienna dla samej Europy Środkowej, ale zgubna dla Europy Wschodniej. Zamiast burzyć mur między Wschodem a Zachodem tylko przesuwała go dalej na wschód. Zamiast walczyć z totalitaryzmem jako zjawiskiem uniwersalnym, geograficznie ulokowała go na terytorium ZSRR, zamieniając naszą Europę Wschodnią w tereny na zawsze „wyklęte”. […] Zamiast dochować wierności własnej formule i dostrzegać w kontynencie europejskim możliwie większą różnorodność, Kundera rozbił go na dwie części binarne: humanistyczny Zachód i demoniczny Wschód, który porwał [środkowoeuropejską] część Zachodu”[2].

Przesadą byłoby doszukiwanie się w esencjalizmie i ekskluzywizmie Kundery przyczyny dzisiejszej pogardy i obojętności jego rodaków wobec wszystkiego, co dzieje się dalej na wschód od Pragi, Lublany, Budapesztu czy Bratysławy. Ten jego esencjalizm i ekskluzywizm jest bardziej skutkiem niż przyczyną – odzwierciedleniem lokalnej mentalności, modeli kulturowych, stereotypów etnicznych. Kundera nie wytworzył tego lokalnego poczucia wyższości wobec „wschodu”, a jedynie potraktował go jako oczywistość, nie próbując nawet dokonać jego problematyzacji i dekonstrukcji.

W lutym 2014 roku, podczas ostatnich dni Euromajdanu, zatelefonowała do mnie młoda dziennikarka z Pragi z prośbą o skomentowanie wydarzeń w Kijowie. Jej pierwsze pytanie było pod wieloma względami wymowne: „Jak pan sądzi, to, co dzieje się teraz na Ukrainie – to rewolucja czy pucz?”.

Mnie zamurowało. Nie to, że pytanie było całkiem bez sensu. Ale sam fakt, że dziennikarka opiniotwórczego czeskiego tytułu prasowego po trzech miesiącach dramatycznych wydarzeń w sąsiednim państwie nie potrafiła w końcu wyrobić pewnego zdania o tym, co tak naprawdę tam się dzieje, wpędzała mnie w depresję. Niestety ta młoda pani nie stanowiła wyjątku. Dziesiątki dziennikarzy w całej Europie bezmyślnie powielały narzuconą z Moskwy narrację, piorąc kremlowskie kłamstwa w przyzwoitych liberalnych mediach – dokładnie tak samo, jak pierze się putinowskie pieniądze w zachodnich bankach. Cokolwiek im odpowiem, nie uda mi się wyrwać z narzuconego mi schematu informacyjnego. Będę prowadził głupawe debaty według pisanego na Kremlu scenariusza, których jedynym celem jest zmącić wodę i odwrócić uwagę od rzeczywiście poważnych problemów i znaczących wydarzeń. Od rosyjskich czołgów i najemników, od zestrzelonego malezyjskiego samolotu, od zagarniętego Krymu, od represjonowanych Tatarów krymskich, od dziesięciu tysięcy zabitych Ukraińców, od dwóch milionów uchodźców. Ten, kto kontroluje dyskurs, kontroluje wszystko.

Na tego rodzaju pytania można odpowiadać tylko pytaniami.

„A co tam było u was, w Pradze, w osiemdziesiątym dziewiątym?”

Moja rozmówczyni ewidentnie nie oczekiwała takiego zestawienia. Takiej bezczelności. No bo rzeczywiście, jak można porównywać ich piękną, legendarną, sławioną w wierszach i w prozie Aksamitną Rewolucję w sercu Europy z dzikim puczem faszystowskim gdzieś na barbarzyńskich peryferiach cywilizowanego świata?!…

„To była rewolucja! – wykrzyknęła głosem obrażonego dziecka. – Aksamitna Rewolucja!”.

„A gdyby w tym czasie na Kremlu był nie Gorbaczow, a Putin?”.

„To była rewolucja – powtórzyła zamiast odpowiedzi. – To była rewolucja!…”.

Po czterech latach przezwyciężyłem swoje ówczesne przygnębienie i zająłem bardziej wyrozumiałe stanowisko. Po części dlatego, że zauważyłem u swoich rodaków ten sam grzech poczucia wyższości i obojętności wobec innych, którym tak zasmucili mnie spadkobiercy Kundery. Po części zaś (i to jest chyba ważniejsze) zauważyłem, że Europa Środkowa – a także Europa w ogóle, jako „kultura i los”, posługując się wyrażeniem tegoż Kundery – ponownie okazała się zagrożona. Zagrożenie to pochodzi (jak na razie) w mniejszym stopniu z Rosji, za to w dużo większym stopniu jest wynikiem naszej własnej bezmyślności, egoizmu, zaściankowości oraz nadmiernej koncentracji wszystkich tych cech w lokalnych powszechnie wybranych politykach.

Dlatego też mam, by tak rzec, osobiste powody, aby nadal być z Czechami i Słowakami, z Polakami i Węgrami – przynajmniej z tymi, którzy przeciwstawiają się określonym wyżej zagrożeniom – dla wyobrażonej „Europy” Kundery, Havla, Miłosza. I dla tej setki – ba! już kilku tysięcy Ukraińców, którzy zginęli między innymi też dla niej.

Mykoła Riabczuk, sierpień 2018

Z ukraińskiego tłumaczył Andrij Saweneć

[1] Stanisław Barańczak, Breathing Under Water and Other East European Essays>>[2] Mriyi pro Evropu>>

 

Kultura Enter, 2018/04 nr 85
Gruzja, Rewolucja róż w Tbilisi, 2003. Źródło: pl.wikipedia.org.

Gruzja, Rewolucja róż w Tbilisi, 2003. Źródło: pl.wikipedia.org.