Strona główna/Tylko bez ślubu, proszę. O kulturze niezależnej na Białorusi

Tylko bez ślubu, proszę. O kulturze niezależnej na Białorusi

Gdyby ktoś chciał wywnioskować, czym żyje dziś Białoruś i jego obywatele na podstawie wyglądu stolicy, być może doszedłby do wniosku, że wydarzyło się u nas coś smutnego. Ludzie są przygaszeni, bez energii, żyją trochę szeptem. Ale to tylko pozór. W rzeczywistości Białorusini są spragnieni działania i wydarzeń kulturalnych. Kiedy odbywa się ciekawa impreza, szybko przyzwyczajają się do święta i oczekują powtórki. Ich stosunek do artystów przypomina przywiązanie bezdomnego psa do człowieka, który go nakarmił – są w stanie poświęcić dla nich bardzo dużo. W skali dwumilionowego miasta każde wydarzenie kulturalne mogłoby być feerią radości i energii, mimo to eventy kampanii reklamowych nie cieszą się powodzeniem, nadal mamy teatrzyki rewiowe, cyrk z prowincji i – zalegającą wszędzie jak mgła w dolinach – zwykłą nudę.

Tałaka

A przecież większość z nas pragnie, szczególnie młodzi, aktywności, chce coś zrobić, chce działać. Przy czym nie chcemy być sami w tym działaniu i szukamy się po całym kraju. Dlatego ogromną popularnością cieszą się crowdsourcingowe platformy internetowe, za pomocą których poszukuje się ludzi i środków do społeczno-kulturalnych projektów. Czasem można usłyszeć, że takie platformy robią furorę, gdyż są bezpośrednim nawiązaniem do wiejskiej tradycji na Białorusi, która wciąż jest nam bliska. Tak przecież kiedyś zbierali się, zwoływali, ludzie do wspólnej pracy i nazywało się to tałaką, gromadką.

Związek tak, tylko bez ślubu, proszę

Być może jest w tym ziarno prawdy − ale moim zdaniem − popularność tych stron wynika raczej z braku możliwości działania w oparciu o inne struktury i organizacje, państwowe i pozarządowe, na których w realizacji planów można byłoby się oprzeć. Jakby państwo bało się długoterminowych zobowiązań − platforma internetowa natomiast wiąże ludzi na krótko, skupia wokół konkretnych projektów, bez długofalowych planów. Jakby państwo mówiło w ten sposób działaczom kulturalnym (platformy mają przecież oficjalną zgodę na funkcjonowanie): związek tak, tylko bez ślubu, proszę.

Zrzuta na mandat i Ogińskiego

Za pomocą platform crowdsourcingowych poszukuje się ludzi i funduszy do bardzo różnorodnych projektów. Czasem chodzi o wydanie książki dla dzieci, innym razem ktoś szuka pomocników do wyremontowania ławek w parku albo próbuje skrzyknąć grupę ekologów do budowania domków dla ptaków. Można w ten sposób zbierać nawet pieniądze na mandat, licząc na współczucie osób o podobnych doświadczeniach. Obok zrzutki na mandat dwóch chłopaków zachęca do wsparcia projektu artystycznego z okazji 250. rocznicy urodzin Michała Kleofasa Ogińskiego. Ciekawe, że nie ma struktur społecznych odpowiedzialnych za te inicjatywy. Nie ma Towarzystwa Parkowych Ławeczek ani Klubu Domku dla Ptaków, ani Stowarzyszenia lub Towarzystwa Przyjaciół Michała Kleofasa Ogińskich.

Ruch amatorów

Nie ma organizacji, są za to pojedynczy ludzie, często amatorzy i pasjonaci, którzy się skrzykują i – co symptomatyczne – skrzykują się do konkretnego projektu (związek, tylko bez ślubu). Tych ludzi jest bardzo dużo, coraz więcej i wszyscy wręcz kipią energią. Można już chyba mówić o ruchu społecznym aktywistów platform crowdsourcingowych. W dużym stopniu to oni tworzą dziś kulturę na Białorusi. Pytanie – kim są? Muszą być wśród nich socjolodzy, designerzy, malarze, kulturoznawcy, manadżerowie kultury – jednym słowem ludzie różnych zawodów. Wychodzi na to, że przestrzeń kulturalną na Białorusi w bardzo dużym stopniu kształtują społecznicy − nie oficjalni pracownicy kultury.

Hobby dla kultury

Obserwujemy właśnie żywiołowy rozwój kultury niezależnej, kiedy ludzie aktywni działają pojedynczo i nie traktują działalności kulturalnej zawodowo. Jest to ich pasja, której poświęcają wolny czas. Czasem mówią, że kultura to dla nich bóstwo, więc przynoszą ofiarę na jej ołtarz. W ten sposób różnego rodzaju „hobby” pojedynczych obywateli zaczynają kształtować kulturę narodową. Przypomina to działalność charytatywną na rzecz chorych, słabych i umierających zjawisk kulturalnych. I tak udaje się wydać wartościową książkę, wyremontować park lub włączyć na powrót postać Michała Kleofasa Ogińskiego do naszej świadomości kulturowej. A wszystko to dzięki platformie internetowej, którą prowadzi – jakżeby inaczej – zespół wolontariuszy, czyli grupa nieobojętnych na rzeczywistość młodych ludzi, którzy nie tworzą organizacji społecznej, ale chcą działać, chcą coś ważnego dla siebie i kraju zrobić.

Kultura prywatna

W celu naukowego monitorowania tej specyficznej sytuacji skrzyknęłyśmy się i my w gromadkę. My, czyli moja koleżanka Tamara Matyl, architektka i specjalistka pracująca w Instytucie Problemów Kultury, oraz ja − dyrektorka działającej od pięciu lat prywatnej instytucji Centrum Studia-Movia, promującej polską kulturę.

Skrzyknęłyśmy się i zaczęłyśmy rozważać. Natychmiast przypomniała się nam historia z renowacją szesnastowiecznego zamku Kiszkówi w Lubczy nad Niemnem. W 2003 roku Jan Pieczyński, białoruski oficer polskiego pochodzenia, na własną rękę zaczął odnawiać wielki kompleks i powoli zamek podnosi się z ruin. To prawdziwy cud. Każdego lata znajdują się po kropelce środki i materiały budowlane, przyjeżdżają wolontariuszeii i razem z zamkiem odnawia się Białoruś historyczna. Co prawda nie wszystkim podoba się nowe oblicze zamku, krytykuje się metody prowadzenia renowacji, ale ruina, z której dawno temu zrezygnowało państwo, odżyła.

Takich przykładów prywatnych inicjatyw kulturalnych jest więcej. Odbył się festiwal architektury, będzie miesiąc literatury, Kreatywna Przestrzeń „Cech” zaprasza na wykłady z historii sztuki. Powstała nawet prywatna galeria obrazów w Mińsku, lepsza niż Muzeum Narodowe, gdyż zapowiadają wystawy Chagalla, Dalego, Matisse’a. Coś się dzieje. Ale kiedy uświadomisz sobie, że najciekawsze wydarzenia są skutkiem działalności pasjonatów, nie oficjalnych instytucji kulturalnych, masz prawo poczuć niedosyt.

Kino czy dom obrazów

Postanowiłyśmy z koleżanką prześledzić sytuację. Znalazłam przez internet 20 różnych państwowych instytucji kulturalnych w Mińsku. Sprawdziłam, co proponują: filmy, koncerty, wystawy, konferencje, festiwale – w większości imprezy wydawały się nudne i zachowawcze. Koleżanka poszukała w tym czasie struktur niepaństwowych − wypisała ponad 60. Dwie konstatacje: niezależnych inicjatyw jest znacznie więcej, obie strefy kultury różni nawet język. W tej pierwszej mamy: muzeum, klub, kino, teatr, w drugiej: anty-kawiarnia, dom obrazów, folk-fest, wspólnota astronomiczna, wolna art-placówka, freemarket, galeria literacka, art-projekt i inne. W prywatnych przedsięwzięciach kulturalnych nazwy są kreatywne, inspirujące, mają zaskoczyć, zaciekawić, przyciągnąć. Pytanie: ile z tych niezależnych inicjatyw przyjmuje jakąkolwiek formę prawną, ile jest zarejestrowanych jako działalność oficjalna, a co za tym idzie – ile ma szansę utrzymać się przez dłuższy czas.

Nie, bo nie

Najgorsze, że państwowe instytucje kulturalne nie chcą korzystać z potencjału inicjatyw niezależnych. Argumenty nie są wyszukane: „nie wolno” i „nie ma sposobu prawnego”. Dlatego imprezy niepaństwowe nie stanowią integralnej części działalności społeczno-kulturalnej państwa. „Kultura państwowa” organizuje imprezy na innych uliczkach niż „kultura niepaństwowa”, obie nie mają miejsca wspólnego.

Państwo demonstracyjnie ignoruje prywatne inicjatywy. Aktywność urzędników ogranicza się do zakazów. Można nie wydać zgody na zorganizowanie imprezy albo zamknąć ją tuż przed przyjściem gości. Można reglamentować dostęp do wydarzeń, czyli cenzurować listy zaproszonych na konferencję i wykreślać czerwonym markerem niemile widzianych artystów lub naukowców, albo zaakceptować listę uczestników, a potem tym niechcianym nie wydać wizy, z krótkim uzasadnieniem: zakaz państwowy – nawet jeśli chodzi o zaproszenie na konferencję literacką lub krajoznawczą.

Zakazana awangarda

Najgorsze, że reakcję władz trudno przewidzieć, bo przecież prawo mamy europejskie – na przykład podpisaliśmy konwencję w sprawie ochrony i promowania różnorodności form wyrazu kulturowego. Formalnie jest zgoda na swobodę twórczą, ale w praktyce – w granicach ustalonych przez państwo. Wydaje się, że najostrzejszym zakazem objęta jest artystyczna awangarda, która drażni elitarnością.

Szukając stosownych do tematu wypowiedzi głowy naszego państwa, znalazłam taką z konferencji prasowej w grudniu 2011 roku, kiedy Aleksander Łukaszenka powiedział: „Publikujecie wyniki centrów, które nie są zarejestrowane, i są to działania poza prawem. Ale Bóg z wami, jakoś to przeżyjemy. Nie dam pozwolenia na zakłócanie porządku i stylu życia ludzi, którzy przyzwyczaili się widzieć Mińsk spokojnym miastem”. Wielu bardzo się stara tego wskazania przestrzegać. Mińsk jest naprawdę spokojnym miastem.

Ale młodzi marzą o czymś więcej − przynajmniej raz w miesiącu chcieliby imprezy w rodzaju nocy muzeów. Szukając odtrutki na nudę, sami próbują działać. I nieważne, że na razie robią to na skalę podwórkową.

Prawie jak w Warszawie

Gadamy tak sobie z koleżanką, że już nadszedł czas przewagi efektów tych małych inicjatyw nad zesztywniałym aparatem kultury państwowej. Pojawiły się i zaczynają dominować białoruska tradycja oraz europejska stylistyka. Coraz częściej, będąc na wystawie lub festiwalu, możemy z koleżanką powiedzieć: „prawie jak w Warszawie lub Wilnie”.

Przy czym ta nowa kultura białoruska z założenia jest elitarna. Tworzą ją artyści niezależni jako przeciwwagę do kultury sowieckiej z elementami chłopskiej białoruskości, wciąż wzorcową w państwowych instytucjach kulturalnych. Jednak ten nowy styl w białoruskiej kulturze zaczyna się upowszechniać. Widać go coraz częściej w księgarniach, klubach, szkolnych lub wiejskich bibliotekach.

Pytanie bolesne

Nowe białoruskie inicjatywy społeczno-kulturalne, choć zawładnęły przestrzenią osobistą, niedostatecznie są reprezentowane w przestrzeni publicznej. Rzadko mają za partnera państwo i z obawami popiera je biznes. Pojawia się więc pytanie bolesne dla wszystkich działaczy kulturalnych, i tych państwowych, i niepaństwowych − skąd brać fundusze. Kultura niezależna jest tu w szczególnie trudnej sytuacji. Nawet wsparcie organizacji międzynarodowych nie rozwiązuje problemu. Wydatkowanie finansów jest na Białorusi ściśle kontrolowane, zwłaszcza środków z zagranicy. Władze przyjęły zasadę, że pewnych inicjatyw nie można realizować z zagranicznych funduszy i na przykład za pieniądze amerykańskie nie można postawić pomnika Kościuszki; fundusze musiałyby pochodzić od białoruskich obywateli. Czasem, żeby storpedować jakieś działania, władze mówią: nie możemy pozwolić na renowację części zamku, bo zaplanowaliśmy odbudowę w całości, ale na całość pieniędzy na razie nie ma.

Armia Prometeuszy

Kulturze niezależnej brakuje nie tylko funduszy. Nie ma prawa regulującego działalność ani przepisów o wolontariacie, brakuje też specjalistów i edukacji. Uczelnie nie kształcą działaczy kulturalnych, nie proponują takich studiów. Mimo że w strukturach państwowych odczuwa się dzisiaj brak sprawnych menedżerów kultury, nie można ich zatrudnić, bo oficjalnie takiego zawodu na Białorusi nie ma, przynajmniej nie figuruje na liście specjalizacji. Nic dziwnego, że tempo rozwoju naszej kultury nikomu nie zaimponuje, a na podniesienie jakości imprez będziemy musieli jeszcze długo poczekać. Z tej też przyczyny praca w obszarze kultury nadal nie jest ani prestiżowa, ani dobrze opłacana.

Jednak współczesną kulturę białoruską ratują dziś niezależne inicjatywy pojedynczych obywateli, które pojawiają się już na taką skalę, iż można mówić o armii kulturowych misjonarzy, o ruchu społecznym białoruskich Prometeuszy. Wszyscy, którzy chcą zmian, zaczynają po cichu budować nowy „białoruski dom”, wykorzystując tałakę, czyli tradycję sąsiedzkiej samopomocy w nowoczesny sposób.

Inesa Kuryan

i Zbudowany pod koniec XVI wieku, prawd. przez Jana Kiszkę; od 1606 do początku XIX wieku należał do Radziwiłłów; kilkakrotnie niszczony i przebudowywany.

ii Przy odbudowie zamku pomagało już prawie 700 osób.

dr Inesa Kuryan – tłumaczka literatury polskiej, założycielka i kierownik niezależnej instytucji kulturalno-oświatowej Centrum Studia-Movia w Mińsku. Redaktor naukowy i współautorka przekładów m.in. Adama Mickiewicza na język białoruski. Autorka antologii przekładów polskiej poezji dziecięcej Kolorowa krowa. Nagrodzona w Białorusi za tekst poświęcony Józefowi Czechowiczowi w Słobódce (Jeździłam łodzią po Słobódce, „Scriptores” 2009, nr 37).

Lekcje sztuki w Kreatywnej Przestrzeni "Cech" cieszą się powodzeniem. Fot. [dzięki uprzejmości autorki tekstu]

Lekcje sztuki w Kreatywnej Przestrzeni "Cech" cieszą się powodzeniem. Fot. Tamara Matyl [dzięki uprzejmości autorki tekstu]

"Galeria" wprost na ulicy. Fot. Tamara Matyl

"Galeria" wprost na ulicy. Fot. Tamara Matyl

Zamek w Lubczy po renowacji. Fot. veday.by

Zamek w Lubczy po renowacji. Fot. veday.by

Białoruski Tydzień Architektoniczny. Fot. Tamara Matyl

Białoruski Tydzień Architektoniczny. Fot. Tamara Matyl

Duch Moskwy? XI Narodowy Festiwal Architektury Mińsk. Fot. Tamara Matyl

Duch Moskwy? XI Narodowy Festiwal Architektury Mińsk. Fot. Tamara Matyl

Galeria Dom Obrazów; największa prywatna galeria sztuki w Mińsku. Fot. Aleksander Wasiukowicz

Galeria Dom Obrazów; największa prywatna galeria sztuki w Mińsku. Fot. Aleksander Wasiukowicz