Strona główna/Wschód: taki daleki, taki bliski… (notatki, pisane na kolanie)

Wschód: taki daleki, taki bliski… (notatki, pisane na kolanie)

Alicja z Krainy Czarów pytała: „Gdzie zaczyna się dzień? Jeśli przemierzam ziemię razem ze słoneczkiem, to gdzie kończy się wtorek, a gdzie zaczyna środa?”
Od dawna zadaję sobie to pytanie: Gdzie kończy się Wschód? I gdzie zaczyna się Zachód? Gdzie przechodzi ta granica? Znacie odpowiedź na to pytanie?

Jest Wschód geograficzny. Wschodnią i Zachodnią półkulę rozdziela południk zerowy. Jest Wschód geopolityczny. I – odpowiednio – „wschodnia polityka”. Jest Bliski Wschód i Daleki Wschód. Ale kiedy gościłem na Dalekim Wschodzie, stał się dla mnie niespodziewanie bliskim. A wszystko, czym żyła ukochana Europa – dalekim i nieaktualnym. Stałem na brzegu Morza Japońskiego i patrzyłem na Wschód, skąd do Władywostoku przylatują amerykańscy katoliccy kapłani i mnisi.
W życiu nie raz przecinałem kontynent euroazjatycki ze wschodu na zachód i z zachodu na wschód. A nawet udało mi się odwiedzić zachodnią półkulę: wschodnie wybrzeże Ameryki. Od czasu do czasu notuję coś w dzienniku, starając się odgadnąć zagadkę Wschodu i Zachodu ….

* * *

W dzieciństwie trochę zazdrościłem swojemu kuzynowi Wowce. Jego tata był marynarzem. Przywoził mu wiele niezwykłych rzeczy. Na przykład, gumę do żucia z historyjkami o Myszce Miki. Z Zachodu. Ale i wiele wschodnich cudów: począwszy od słodyczy, kończąc na niezwykłych magicznych maskach, straszących nas w ciemności, kiedy nocowałem w domu kuzyna. Przywoził jeszcze – mnóstwo historii o Wschodzie. Lubiłem słuchać opowiadań o „nich” i o „tam”, póki pewnego razu nie zrozumiałem, że oni – to ja. Tak jak dziecko – najpierw nazywa siebie w trzeciej osobie, dopóki pewnego dnia nie zrozumie, że wszystko, co jest powiedziane w ten sposób – odnosi się do niego.
Ta świadomość, że jestem „ze Wschodu” po raz pierwszy przyszła do mnie, kiedy przyjechałem uczyć się w Lublinie jako „student z Wschodu”. W 1991 roku dostałem się na Wydział Teologii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Usłyszawszy, że jestem z Odessy, mój polski kolega z roku zamyślił się na chwilę, a potem powiedział: „Odessa, Odessa … Ach, to na Krymie! To znaczy że jesteś z Gruzji?!”.
Wtedy otrzymałem pierwszą lekcję: Wschód jest tym, o czym nigdy nic nie wiadomo.

* * *

Na lekcję drugą czekałem rok. Dosłownie parę dni przed Bożym Narodzeniem byłem na konferencji w Bratysławie. Oczarowany chodziłem ulicami starego miasta, padał śnieg, a ja piłem gorący glintwein i błąkałem się pośród bożonarodzeniowego jarmarku. Do domu, na Wschód, jechałem przez Warszawę. O piątej nad ranem, jeszcze senny, wysiadłem na stacji Warszawa Zachodnia, i szedłem długim zimnym tunelem.
– Która godzina? – zawołał mnie po rosyjsku stojący niepodaleku chłopak.
– Piąta – automatycznie odpowiedziałem po rosyjsku.
Dookoła mnie otworzyło się ciasne koło, kilku mocnych chłopaków z ogolonymi głowami, i usłyszałem: – Znajduje się Pan na terenie bandy Wasyla Czornego z Kijowa. Za przejście przez nasz teren żądamy opłaty w wysokości dziesięciu procent od kwoty, którą ma Pan przy sobie. Ile ma Pan pieniędzy?
Stałem przy ścianie długiego przejścia podziemnego z Warszawy Zachodniej. Wschodnie ukraińskie chłopaki grzebali w mojej torbie i przeszukiwali mi kieszenie. Obok nas, do pracy, szybko przemykali mieszkańcy Warszawy. Starali się nas nie zauważać. Pieniędzy tym razem mi nie odebrano. Z cennych rzeczy miałem przy sobie dwie butelki słowackiego piwa i dziesięć dolarów. Dziesięć procent od dziesięciu dolarów – niewielki zarobek. A zabrać wszystko nie pozwalał bandycki honor.
Otrzymałem lekcję: Spotkanie ze Wschodem może być niebezpieczne.

* * *

W 2003 roku w składzie grupy kierowników organizacji pozarządowych wyjeżdżałem na staż do USA. W ramach spotkań przygotowawczych długo nas instruowano jak trzeba i jak nie trzeba zachowywać się w Ameryce. Otrzymaliśmy szczegółowe instrukcje o tym, co koniecznie trzeba… Codziennie myć się, wkładać czyste ubrania, nie korzystać zbyt obficie z kosmetyków, nie zbliżać się do innego człowieka więcej niż na pół metra i tak dalej. Wszystko po to, abyśmy nie sprawiali kłopotów ludziom, którzy nas będą przyjmowali. Bardzo długo przygotowywano nas do tego, jak poprawnie przeżyć szok kulturowy. Być może to przygotowanie było dobre, bo szoku nie przeżyłem. Ale byłem jego świadkiem, w drugim tygodniu pobytu w Ameryce. Na jedno ze spotkań zaproszono specjalistę od fundraisingu. Swoje wystąpienie zaczął łatwo i błyskotliwie. Ale w jakiejś dziesiątej minucie zaczął mówić o tym, jak można ułatwić procedurę zdobywania finansów za pomocą kart kredytowych. Na tym było zbudowane całe jego wystąpienie. Wtedy ktoś z audytorium nieśmiało podniósł rękę i powiedział: „U nas nie korzysta się z kart kredytowych”. – „Nie?! A jak przechowujecie wasze pieniądze?”- spytał zaproszony specjalista. – „Cash” – odpowiedziano mu. – „Cash?” – pytał z kolei on, skonsternowany. – „Cash? I nie ma kart kredytowych?” Patrzyłem na niego z litością. Szkolenie zakończyło się po dziesięciu minutach. Była to dla mnie kolejna lekcja. Do spotkania ze Wschodem trzeba być przygotowanym.

* * *

W Odessie mam dobrego przyjaciela. Jest starszy ode mnie o ćwierć wieku. Oficer kadrowy, który walczył w Afganistanie i wielu innych zapalnych punktach. Zawsze mówi tylko po ukraińsku (co w mieście rosyjskojęzycznym jest demonstracją pewnej, określonej postawy). Chodzi tylko na msze polskie i ukraińskie, nigdy na rosyjskie. Pewnego razu oświadczył mi: „Panie Aleksandrze! Nasz prezydent powiedział kiedyś: Rosja kończy się tam, gdzie sięga język rosyjski. Zgadzam się z nim. Rosja to Wschód i Azja. A Zachód to Europa. Niech więc Rosja zakończy się na mnie”.
Następna lekcja: Granica między Wschodem i Zachodem jest wewnątrz każdego z nas.

* * *

Parę miesięcy po przyjęciu Rumunii do Unii Europejskiej (czyli do zachodniej społeczności polityczno-ekonomicznej) przyjechałem do Mediolanu. W metro przy aparacie do zakupu biletów stał Rumun i „pomagał” przyjezdnym kupować bilety. Pokazywał dokąd trzeba rzucić monetę, i jaki guzik nacisnąć, aby otrzymać bilet. Za pomoc żądał (nie prosił, a żądał) wynagrodzenia. Nie poskąpiłem mu, dałem nieszczęśnikowi kilka euro. Wschód umie być szczodry, i gotów jest przyjść z pomocą biednemu Zachodowi. Warto zapamiętać i tą lekcję.

* * *

W 2000 roku w Uzbekistanie przeżyłem historię, którą zapamiętałem na całe życie. Teraz wspominam ją z uśmiechem, ale wtedy wcale nie było mi do śmiechu. Wracałem z Samarkandy do Taszkientu. Mój przewodnik przywiózł mnie na dworzec autobusowy, wsadził do taksówki i odjechał. Czekaliśmy jeszcze na jedną osobę, która miała z nami jechać. Po kilku minutach do samochodu podeszli milicjanci, poprosili, abyśmy wzięli swoje rzeczy i przeszli z nimi do komisariatu w budynku dworca autobusowego. (Później zrozumiałem, że to kierowca dał im cynk na „obcego”). Dla przestrzegania pozoru „praworządności” zaprosili świadka – kasjerkę, która prawdopodobnie miała z nimi przy tej robocie stały układ. Wywalili z walizki wszystkie moje rzeczy. Myślałem tylko o tym, żeby mi nie podrzucono narkotyków. Nikt nie wiedział gdzie jestem i jak mnie szukać. Od nieprzyjemności i rabunku uratowało mnie zaproszenie Nuncjatury Apostolskiej, które przypadkowo znalazłem w kieszeni. I Koranu. Ostrożnie układając go w walizce, moi nowi znajomi mówili: „Może Pan iść, Pan jest bogobojnym obywatelem, Pan jest obywatelem przestrzegającym prawa”. Moja przypadkowa współpasażerka, która tym samym samochodem wybierała się na bazar, stróże porządku zabrali równowartość dwudziestu dolarów. Te pieniądze wystarczyłyby na taksówkę z Samarkandy do Taszkientu i z powrotem (dla nas obojga), i jeszcze zostałoby na zakupy. Te piętnaście minut, bo tyle trwała rewizja na pustynnym dworcu, czułem się tak, jak czują się prawdopodobnie w moskiewskim metrze przedstawicieli bratnich „wschodnich narodów” (jak tu ich nazywają): Azerowie, Tadżykowie, Uzbecy – których regularnie poniża i rabuje milicja.
Stąd jeszcze jedna lekcja: na Wschodzie może wydarzyć się wszystko. Po prostu trzeba być na to przegotowanym.

* * *

Wschód to nie tylko realność. To mitologia. Archetyp. Nie przypadkiem Biblia wspomina o tym, że Bóg posadził swój edeński ogród właśnie na Wschodzie. Średniowieczna legenda o poszukiwaniu cesarstwa Prezbitera Jana jest niczym innym, jak pragnieniem powrotu do macierzystych źródeł cywilizacji. A współczesna moda na Wschód (czy to facynacja Japonią albo Chinami, czy chrześcijaństwem bizantyjskim, na co chorują narody zachodnie) to nic innego, jak wysublimowana tęsknota za utraconym rajem. I nawet wielkie odkrycie Nowego Świata było możliwe tylko dlatego, że Kolumb szukał nowych dróg na Wschód. Wschód na zawsze pozostanie upragniony i niedostępny dla Zachodu.
Ostatnia lekcja głosi: Wszystkie drogi prowadzą na Wschód.

* * *

Urodziłem się na Wschodzie, w jednym z najbardziej prozachodnich miast Ukrainy. Długi czas żyłem na zachodzie od Ukrainy – we Wschodniej Polsce. Nigdy specjalnie nie myślałem o tym, co znaczy w moim życiu Wschód i Zachód. Po prostu samo życie wielokrotnie dawało mi okazje do refleksji na ten temat. „Wschód” i „Zachód”, jak yin i yang, jak dobro i zło, wzajemnie powiązane i wykluczające się. Wschód i Zachód bawią się nami. To, co było Wschodem, jutro stanie się Zachodem – i odwrotnie. Wybierając się w podróż w którąś z tych stron, nigdy nie masz pewności, że droga nie zaprowadzi cię w stronę przeciwną.

Aleksander Dobroyer

Kultura Enter
2008/08 nr 01

MINOLTA DIGITAL CAMERA