Strona główna/Życie z pierwszej ręki

Życie z pierwszej ręki

Najczęściej chcemy zabezpieczyć naszym dzieciom wszystko, co najlepsze. Dobrze się dzieje, gdy jednocześnie możemy mieć poczucie, że żyjemy w zgodzie ze światem i samymi sobą. Przychodzi jednak taki moment, w którym losy dzieci nie zależą już tylko od rodziców. Dzieci zaczynają komunikować się z otoczeniem bez naszego (rodziców) pośrednictwa i to co zauważą i czego zostaną nauczone, będzie wdzierać się poprzez nie do naszego życia. Będziemy narzekać na telewizję, reklamy, rozpieszczających zanadto dziadków, fast foody i wybrakowany system edukacji, komputery i ich możliwości pożerania czasu, angażowania myśli i wpływania na uczucia, stwarzania fikcji – jak sprzątanie u Simsów jednym kliknięciem w klawiaturę,  podczas gdy we własnym pokoju wymaga to dużo więcej energii. W realu jest szmata i kurz, zabawki nie wskakują same do pudełka i nie trwa to sekundę. Co zatem możemy zrobić w zagonionym, pozbawionym spokoju świecie? Z prawdziwego przejęcia się takim pytaniem wynika poszukiwanie sposobu edukacji dla dzieci, który jak najlepiej odpowiada naszemu wyobrażeniu o dobrym życiu.

Odkrycie

Kilka lat temu odkryłam w Bielefeld w Westfalii leśne przedszkole. „Czy oddałaby Pani dziecko na wychowanie do lasu?” – pytam różne mamy. „Zamiast do zwykłego przedszkola, przyprowadzałaby pani dziecko – ubrane stosownie do pogody, z plecakiem jak na wycieczkę i z kanapkami – w miejsce, w którym zbierałyby się wszystkie dzieci i po pół godzinie, po odśpiewaniu powitalnej pieśni, szłyby stamtąd do lasu. Tam uczyłoby się pani dziecko rozróżniać drzewa i mchy, żyć za pan brat z mrówkami i pająkami. Przy okazji nauczyłoby się też liczyć i malować, rozpoznawać i składać litery. Codziennie, bez względu na pogodę i porę roku, przez cały rok po ósmej rano odprowadzałby pani je przez kilka lat, aż dorosłoby do szkoły. Umiałoby się doskonale wspinać po drzewach, orientować w przestrzeni, ciąć drewno, wbijać gwoździe, rozpalać ognisko, byłoby odporne, odważne, miałoby naprawdę niezłą kondycję fizyczną. Umiałoby naprawić mnóstwo rzeczy, nawet zbudować szałas, który chroni przed deszczem i wiedziałoby, że na skaleczony palec przyłożyć można listek babki, a kwiaty mleczy nadają się na konfitury. Lepiłoby z błota albo z gliny miski i robiło płoty z gałęzi. Patrząc na słońce umiałoby ocenić, ile czasu musi upłynąć zanim przyjdzie po nie mama. Zresztą mogłoby robić z kolegami mnóstwo rzeczy, które tylko przyszłyby im do głowy. W końcu Jaś i Małgosia poradzili sobie w lesie mimo że zgubili drogę powrotną, a Czerwony Kapturek też nie poszedł do babci najkrótsza drogą i zjadł ją wilk, ale została uratowana przez leśniczego. Proszę się nie niepokoić. Pani dziecko będzie tam z opiekunem, on w razie czego pomoże. Zapewniam, będzie się dobrze bawiło i powinno być szczęśliwe”.

Od około dwóch lat testuję polskie mamy pytając i opisując leśne przedszkole i zastanawiam się, czy jego  koncepcja mogłaby się w Polsce przyjąć? Są przecież u nas przedszkola, w których dzieci mają najbardziej wymyślne zajęcia służące jako przygotowanie do rozwoju przyszłej kariery w bardziej bezpośredni pozornie sposób, a rodzice mogą śledzić postępy przez kamery internetowe. Siedząc w pracy przy swoim biurku, mogą w każdej chwili spojrzeć i sprawdzić, co robi ich dziecko. Dlaczego więc nie spróbować czegoś zupełnie odwrotnego? Żadnych kamer, nie wiemy nawet, gdzie dokładnie są dzieci, bo las jest rozległy, żadnych ogrodzeń i dodatkowych zabezpieczeń.
Waldkindergarten nie jest nazwą własną – określa pewien pomysł na wychowanie, a w ślad za nim światopogląd ludzi, którzy tworzą takie przedszkola i rodziców decydujących się oddać tam swoje dzieci. Nie ma tu mowy o przypadku w wyborze przedszkola – np. ze względu na  bliskie położenie lub obecność znajomych dzieci. Do podobnego przedsięwzięcia trzeba być jednak mocno przekonanym.  Zabrali mnie tam znajomi, których synek uczęszczał codziennie do takiej „placówki”. Tylko, że to, co myślimy mówiąc „przedszkole” nie odpowiada idei czy pojęciu jego leśnej odmiany. Przedszkola bowiem nie ma w znaczeniu budynku czy ogrodu, nie ma nic, co bylibyśmy w stanie uznać za miłe i bezpieczne w konwencjonalnym znaczeniu. To, co tam zastałam przełamuje stereotyp ciepłego, przytulnego kącika z pluszakami i dokarmiania na siłę i  stanowi dowód na to, że dzieci można traktować poważnie. Leśne przedszkola są niewiarygodnie wspaniałym i prostym pomysłem na przywrócenie współbrzmienia ze światem. Serwują życie z pierwszej ręki. Ekologia mocno łączy się także z pedagogiką waldorfską i jest obecna w programie przedszkoli waldorfskich, ale obu koncepcji nie da się całkowicie zestawiać ze sobą, bo w leśnym przedszkolu najważniejsze staje się samo życie, które jest kreacją, zabawą, nauką, pracą i koniecznością przetrwania. Zamiast przecierania ścian pastelowymi kolorami (jeden z elementów kanonu pedagogiki waldorfskiej) tutaj zawsze nad głowami są chmury o różnych odcieniach błękitu. Zatrzymaliśmy samochód przy ogrodzonej siatką działce na której stało tipi, dobrze nadające się do schronienia przed deszczem i rozpalenia ognia, barakowóz, gdzie można się zdrzemnąć, gdy rozłoży się materacyki, budka telefoniczna służąca jako toaleta i zadaszenie z brezentu nad piecem do wypalania gliny. Są tablice, na których wisiały rysunki, ławeczki, miejsce na ognisko. „Tutaj zbierają się rano dzieci między 8.45 a 9.00. Potem idą do lasu i tam spędzają kilka godzin każdego dnia”. – objaśnia Kerstin. „Jak to każdego, a gdy leje, jest zimno i wieje?” – spytałam niedowierzająco, tak samo jak wszyscy, którym zdarzało mi się opowiadać historię  o leśnym przedszkolu. „Także to robią, są może bardziej potem zmęczone i ubłocone, ale codziennie idą do lasu”. Niektórzy rodzice owijają swoje umorusane dzieci w wielkie worki i dopiero potem wkładają do samochodów, żeby ich nie czyścić z leśnych paprochów. Znajdujemy sposoby, żeby poradzić sobie z niepogodą. Mówi się nawet, że nie ma złej pogody, jest tylko nieodpowiednie ubranie. Rodzice leśnych dzieci dokładnie wiedzą, w co dzieci powinny być wyposażone. Tu żaden przedszkolak nie może dywagować, czy ubrać się w różowe czy białe rajtuzki z Hallo Kitty, bo kryterium stanowią funkcjonalność, nieprzemakalność, łatwość wchodzenia na drzewo, oraz to, czy  coś nie zawadza przy pleceniu wiklinowego płotu. To przedszkole przypomina nieco wizję świata Pippi – dla przyzwyczajonych do konwencjonalnej opieki jest… szalone. Zresztą korzenie pomysłu są, podobnie jak Pippi, skandynawskie. Najważniejsze pytanie brzmi jednak, jakiego człowieka w ten sposób się wychowuje? Jaką wrażliwość na świat otwiera się przed dziećmi, a i także kim są ludzie, którzy decydują się dla swojego dziecka na coś tak ekstremalnego i jednoznacznego?

Rodzice

Rodzice leśnych dzieci lubią się nawzajem. Uważają się za bliskich sobie ludzi, na to samo w życiu zwracają uwagę: zdrowe jedzenie, fair trade, możliwie naturalne kosmetyki i leczenie. Są chętni do pomocy. Ci, którzy mieszkają blisko, przywożą do przedszkola wodę niezbędną aby umyć ręce. Kerstin codziennie rano napełnia 20  litrowy baniak i przywozi go na rowerze.  Jedni przyjeżdżają do przedszkola jak ona, na rowerach, inni drogimi samochodami. Od 1993 roku przedszkola leśne  w Niemczech są także dofinansowywane przez państwo, więc mimo swojej specyfiki i krótkiego czasu opieki stały się dostępne dla mniej zamożnych.  Na forum o PL znajduję takie wypowiedzi rodziców o innych rodzicach: „to bardzo fajni ludzie, zawsze miło nam się rozmawia”. Łatwiej stworzyć więź w niewielkiej grupie – do przedszkola uczęszcza ok. 20 dzieci między 2 a 6 rokiem życia, którymi opiekuje się zawsze dwoje wychowawców. Mamy twierdzą, że zwłaszcza dla chłopców przebywanie w lesie jest nieodzowne, ale mamy dziewczyn też widzą dobre strony. Wszyscy cieszą się, że dzieci mniej chorują. Rozsądnie przyodzianie regularnie przebywających w lesie dzieci wzmacnia ich system odpornościowy. Na forum spotyka się głosy, że dobrze jeśli jest w rodzinie jedna niepracująca osoba, bo trochę zaziębione dziecko lepiej zostawić pod kocykiem. Ci rodzice na pewno nie są nadopiekuńczy, muszą i chcą podejmować ryzyko związane z dorastaniem dzieci. Siniaki, stłuczenia, upadki z drzewa są tutaj normalne i nikt nie robi o nie wychowawcom wyrzutów. Z czasem dzieci stają się bardziej wprawne w używaniu różnych narzędzi, głównie do cięcia i rzeźbienia w drzewie, bardziej uważne i odpowiedzialne. Samodzielnie wystrugane łyżki i widelce ozdobione nacięciami w korze są przedmiotem dumy i służą tak jak ulepione własnoręcznie, gliniane kubki. Takie działania dają umiejętność rozwiązywania prostych problemów, poczucie użyteczności i realności mocy.

Dzieci

W przedszkolu nie ma gotowych zabawek, kupionych i zaprojektowanych przez dizajnerów. Dzieci nie przynoszą ich też ze sobą. Wszystko, co jest w lesie i może służyć do zabawy oraz nauki, jest wykorzystywane i zbierane do koszyków. Szyszki i żołędzie są przechowywane w barakowozie i używane są do nauki liczenia i ważenia. A ponadto wszystko może stać się wszystkim, zależy to wyłącznie od fantazji i spostrzegawczości. Każde dziecko ma swój plecak stale przy sobie, a w nim drugie śniadanie i coś do picia w termosie albo, gdy ciepło, sok. Plecaki ponadto służą jako podkładki pod pupę, gdy dzieci zbierają się na opowiadanie bajek lub śpiewanie. Oprócz codziennego wyjścia do lasu stanowią one stały punkt wspólny programu. Dzieci uczą się rozpoznawać rośliny i zwierzęta. Uczą się z nimi żyć. Świat węży, pająków, myszy, mchów i mrówek zaczyna być ich światem.

Wychowawcy

Sposób funkcjonowania leśnego przedszkola w dużej mierze zależy od wychowawców – od ich cech charakteru, wiedzy, tego, jak bardzo potrafią nie przeszkadzać dzieciom w snuciu ich historii. Po pokazaniu mi placu gdzie wszyscy się zbierają i skąd są odbierani oraz objaśnieniu funkcji poszczególnych obiektów, Kerstin zabiera mnie do lasu. Po 20-minutowym spacerze docieramy wąska dróżką na polankę, gdzie dzieci siedzą okrakiem na powalonym pniu dużego drzewa. Stajemy w pewnej odległości, by móc obserwować zabawę, ale jej nie przerywać. Okazuje się, że to samolot lecący do Tokio. Pilot informuje swoich pasażerów o wysokości lotu, mijanych państwach i łańcuchach górskich, co nie zawsze się zgadza z prawdziwą mapą. Czekamy aż dolecą. W międzyczasie kapitan zapowiada międzylądowanie. Następuje zmiana pilota. Lecą dalej. Przychodzi coraz więcej rodziców. Czekamy w ciszy, bo nikt nie chce przerywać tak wspaniałego lotu. Omijają wiry powietrzne, wstrząsają nimi wichury, ale po 40 minutach lądują. Jesteśmy wszyscy bardzo szczęśliwi. „Mamo jak wrócimy teraz do domu?” Kerstin nie bardzo rozumie pytanie – „Zwyczajnie” – „Mamo, przecież jesteśmy w Tokio”. – „W takim razie to będzie długa droga”. Taką opowieść dałoby się pewnie usłyszeć i w innym  przedszkolu – w końcu magia rodzi się dzięki dzieciom, które niezależnie od typu przedszkola mają dar fantazjowania, lecz leśne przedszkole oferując minimum, nie jest w stanie przeszkodzić inwencji twórczej, nie podsuwa gotowych rozwiązań. To tak jakby ktoś szeptał: „poszukaj odpowiedzi naokoło, w sobie. Gdzieś blisko tu leży – może w mchu, może w mrowisku. A może ten patyk nadaje się na mamę dla całej rodziny leśnych lalek?”. Poprzez takie samoistnie wykluwające się zabawy dzieci uczą obchodzenia się z lasem i nabywają siły, odwagi, zręczności. Codziennie przecież dużo się chodzi, moknie na deszczu, poci z wysiłku przy wspinaczce czy budowie leśnego miasta. Wszystkie czynności wynikają z potrzeby nastroju, odzwierciedlają to, co dzieje się w grupie. Młodsi pomagają albo przeszkadzają starszym i ponoszą tego konsekwencje. Nauczyciel jest tutaj uważnym towarzyszem i nie narzuca rozwiązań. W leśnym przedszkolu nie ma mnóstwa dodatkowych zajęć. Na aikido, balet, jogę, szachy i języki obce w przyszłości przyjdzie czas. Jest za to dość zwyczajne życie, które daje spełnienie na bieżąco i podstawy do sukcesów na przyszłość. To, co dzieje się w przedszkolu leśnym, buduje bez pośpiechu, dzień za dniem siły witalne dzieci, czyli te, z których przez całe życie będą czerpać, rozbudowując potencjał intelektualny. Właśnie w ciszy, gdy ma się czas na obserwowanie ślimaków, rośnie w człowieku siła do życia. Nie ma sensu zaczynać tego procesu za wcześnie, zanim nie uformuje się przystosowane do nauki ciało. Następuje to ok. 7 roku życia, wraz z wymianą zębów. Wtedy dzieci są gotowe do szkoły. Aby przygotowanie do siedzenia w szkolnej ławce przebiegło bez zakłóceń, trzeba dzieciom stworzyć przestrzeń do wygodnego rozwoju fizycznego. Nie zaprzątać ich nadmiarem informacji, bo tak naprawdę nie jest ważne, jak szybko nauczą się czytać i liczyć, tylko jaki pożytek w dorosłym życiu będą umiały z tego uczynić. Wszyscy w końcu będą umieli lepiej lub gorzej czytać i liczyć po kilku pierwszych latach w szkole. Ważne jest, na ile wszystkie mądrości, do których będą miały dostęp, zostaną przez nie przyswojone, czyli zmetabolizowane.

Dr. Joanna Nehring, która od 15 lat prowadzi praktykę lecząc przede wszystkim metodami medycyny antropozoficznej, w wykładzie wygłoszonym do rodziców i wychowawców przedszkola waldorfskiego „Pod skrzydłami” w Krakowie, poświęconym pielęgnowaniu sił witalnych, zwróciła uwagę na nadmierny balast intelektualny, który w dobrej wierze nakładamy często na dzieci. Skutkiem tego jest deficyt metaboliczny, czyli niemożność przyswojenia  pobieranych nauk, czyli takiego przetworzenia informacji aby zasiliły one własny kapitał dziecka, który służyć ma do  realizacji zamierzeń życiowych. Być może nawet nie zdajemy sobie sprawy, że także poprzez wybór przedszkola dla naszego dziecka musimy świadomie zadbać o rozwój  jego potencjału sił witalnych – tak, aby za 30 lat dorosły już wtedy człowiek nie cierpiał na marazm i brak tych sił uniemożliwiających wykonywanie pracy. Najlepiej, aby ta codzienna droga wzbudzała entuzjazm, siłę i radość uczenia się, dzięki czemu w przyszłości mali ludzie mogą stać się dla innych autorytetami.

Deficyt naturalności

W Polsce brak jest przedszkoli tego typu. Poszukiwania w internecie spełzły na niczym. Na hasło „leśne przedszkole” otworzyły się strony placówek, które noszą te wyrazy w nazwie, ale nie są „przedszkolami bez ścian” – jak czasami się je określa. Leśne wychowanie mogą zapewniać przedszkola waldorfowskie – zwłaszcza jeśli są usytuowane blisko lasu, plaży, pól. W 1914 roku, czyli niemal przed wiekiem, zrodziła się pierwsza inicjatywa wychowania na świeżym powietrzu – za sprawą Rachel i Margaret McMillan, które jako pierwsze zwróciły uwagę, że coś złego dzieje się z dziećmi z uprzemysłowionych miast. Już wtedy nazwały to zjawisko „nature deficit disorder”. W połowie ubiegłego wieku (1950) w Danii wyłoniło się pierwsze leśne przedszkole, powstałe dzięki doświadczeniom i praktyce Elli Flaton, która zabierała do lasu zarówno swoje dzieci, jak i dzieci sąsiadów. Z inicjatywą uformowania przedszkola wystąpili rodzice zadowolonych maluchów. W Szwecji Skogsmulle powstały w 1957 roku – zainicjował je Goesta Frohm, były żołnierz. Nawiasem mówiąc, z historii wychowania wiemy, że generał Baden Powell zainicjował powstanie skautingu, z którego wywodzi się harcerstwo i trzeba przyznać, że posiada ono również nurt leśny czy puszczański, jak często sami harcerze o nim mówią. Teraz warto byłoby więc założyć tylko takie przedszkole…

Dobrochna Grott-Korzeniowska

Kultura Enter
2010/04 nr 21

Pawilon Polski wg projektu Krzysztofa Ingardena na Expo 2005 w Aichi (Japonia). Źródło: www.ingarden-ewy.com.pl.

Fabienne Verdier na tle jednego ze swych obrazów. Fot. arch. autora.

Projekt semestralny domu wielorodzinnego na Kazimierzu w Krakowie autorstwa Karoliny Augustyn (II rok Wydziału Architektury i Sztuk Pięknych Krakowskiej Akademii im. A. F. Modrzewskiego). Fot. arch. autora.

Krzysztof Ingarden i Fabienne Verdier na tle jednego ze swych obrazów. Fot. arch. autora.

Projekt szkoły muzycznej, przy ul. Rajskiej w Krakowie autorstwa Anny Łosiowskiej (II roku Wydziału Architektury i Sztuk Pięknych Krakowskiej Akademii im. A. F. Modrzewskiego). Fot. arch. autora.

Galeria Europa – Daleki Wschód przy Muzeum Manggha (projekt Krzysztofa Ingardena, 2008). W centrum widoczny hol z miejscem na obraz Fabienne Verdier. Źródło: www.ingarden-ewy.com.pl.

Ogród Doświadczeń w Krakowie wg projektu Krzysztofa Ingardena (realizacja 2008). Źródło: www.ingarden-ewy.com.pl.

Dom jednorodzinny w Warszawie wg projektu Krzysztofa Ingardena (realizacja 2005). Źródło: www.ingarden-ewy.com.pl.

Budynek biurowy Wawel wg projektu Krzysztofa Ingardena (realizacja 2009). Źródło: www.ingarden-ewy.com.pl.