Strona główna/DZIENNIK (TEATR). Budowanie miejsca

DZIENNIK (TEATR). Budowanie miejsca

Jest sierpień 1982 roku. Wacław Sobaszek, od czterech miesięcy mieszkający samotnie w opuszczonym gospodarstwie na skraju lasu, snuje wizję Węgajt jako miejsca tętniącego życiem. W otoczeniu przyrody myśli o ośrodku przyciągającym reprezentantów różnych kultur i narodów. Nie podejrzewa, że jego marzenie spełni się dużo szybciej niż za dwadzieścia lat, jak ówcześnie prorokował. Choć w 1982 roku Teatru Węgajty jeszcze nie było, istniała już idea Węgajt jako miejsca spotkań, rozmów i twórczej wymiany. Budową ośrodka w Węgajtach zajmowali się byli członkowie. Budową ośrodka w Węgajtach zajmowali się byli członkowie „Pracowni” we współpracy z miejscowymi rzemieślnikami. Wspominana już Interdyscyplinarna Placówka Twórczo-Badawcza „Pracownia” została założona w 1977 roku przez Krzysztofa Gedroycia, Ewę Kusiorską-Wołoczko, Krzysztofa Łepkowskiego, Ryszarda Michalskiego i Wacława Sobaszka. Funkcjonowała w ramach cieszącego się dość dużą niezależnością olsztyńskiego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego „Pojezierze” – objaśnia fenomen Węgajt Joanna Kocemba-Żebrowska we wstępie do książki Wacław Szobaszka pt. Spiski życiowe. Dziennik węgajcki 1982–2020.

Sobaszek dość często przywołuje także Josepha Beuysa, twórcę słynnego tekstu Jeder Mensch ein Künstler, w polskim tłumaczeniu: Każdy artystą! Beuys stwierdza w nim, że każdy człowiek jest istotą twórczą oraz że dopiero poprzez rozwój swojej kreatywności zaczyna siebie właściwie doświadczać. Te przekonania, bliskie Sobaszkowi od początku jego twórczości (z manifestu „Pracowni”: „Nie interesuje nas tradycyjny status sztuki z rozdwojeniem na aktywnych twórców i zupełnie biernych odbiorców. Interesują nas zjawiska szersze niż sztuka, zjawiska twórczości”), zradykalizowały się w okresie Projektu Terenowego. Przedstawienia Teatru Węgajty w tamtym czasie nie były jeszcze bezpośrednio zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne, tak jak są współcześnie. Jednak już wtedy na kartach swojego dziennika Sobaszek wielokrotnie poruszał tematy pochodzące z debaty publicznej.

Poniższy wybór fragmentów z dziennika Wacława Sobaszka dokonała redakcja. Zachęcamy do lektury całości publikacji:

28 sierpnia 1982
Węgajty. Po upalnym dniu, chłód przedwieczorny. Medytuję nad zdaniem z dzienników Brata Rogera o spotkaniu się ludzi czterdziestu dwu narodów w miejscu, gdzie dwadzieścia lat wcześniej była tylko cicha wieś. Czyżby ten rok w Węgajtach mógł być pierwszym rokiem na drodze dwudziestoletniej? Przyjęcie takiej perspektywy jest dla mnie pokrzepiające. Samotność. Wychodzę na wzgórze za domem. Z uroczyska umykają zające, ale są tam i większe zwierzęta. Widzę to po chwili. Nagle zauważam ptaka nad moją głową. Popielaty, bezszelestny. Krąży. Czyżby chciał wylądować na mnie? Ślepa sowa? „Wylatuje o zmierzchu”. I zaraz potem przeraźliwy krzyk kozła – sarny. Będziemy wróżyć z lotu ptaków? Tak śpiewała Demarczyk. Ptaki dopowiadają naszą historię. Podobno jest w Rosji taka okolica, gdzie większość piosenek zawiera motyw głosów żurawi. Głosy ptaków, co za obfitość treści. Podnoszę ramiona, wtedy ptak się oddala.

21 września 1982
Ostatni sen. Miasto dzieciństwa. Bytom. Szukanie zapamiętanych dawno miejsc. Wyjazd z przeludnionej dzielnicy ku krańcowi miasta. Przystanek. Upiorne kościoły. Pusto, bez ludzi. Neogotyk. Ściany sterczące, bez okien, straszą zawaleniem się, brak dachów. Nagle
gęsto od murów. Przeraźliwie. Czas, ząb czasu, grzech zaniedbania sprofanowały świętość. Czerwona cegła murów jest jak rozkładające się ciało. Było tak, jakby wydobywał się z nich jęk. Ja i moja towarzyszka – wątek erotyczny? – struchleliśmy. Dalej ulica kończyła się domami, których sylwetki miałem w pamięci, lecz ich postać również jest odmieniona. Domy wyprute, puste, sypiące się, kredowe. Woda podmyła wapno, białe, od dołu urwane mury. Dalej nic. Powrót do dzielnicy przemysłowej, ku centrum nowych domów, windy, wysokie klatki schodowe. Ucieczka przed milicją. Razem z nami tłum głodujących. Głodujących z pobudek religijnych, ale ściganych pod pozorem urządzania antypaństwowej głodówki. Schronienie w kościele. Nad ołtarzem wisiała jakby łódź Piotrowa lub łoże. Tam się położyłem. Tam też gnieździł się inny uciekinier. Nasze ciała wystawały na zewnątrz, jak pieczeń niemieszcząca się na półmisku. Zamarliśmy, próbowaliśmy, by nasze wystające, widoczne na zewnątrz członki były niby częścią barokowej dekoracji, barokowego pomieszania marności ciał spowitych w dewocyjne szarfy. Weszli ci, którzy nas ścigali. Nie udaje nam się utrzymać fałszywego bezruchu, jednak wiadomo, że jesteśmy nietykalni, tamci mogą najwyżej obchodzić nas dookoła, wmieszani w bezładny tłumek wiernych, idący w iście nieregularnej procesji.

9 października 1982
Kiedy kończy się w nas dzieciństwo? Przychodzi czas, gdy zaczyna w nas zanikać, maleje, gaśnie. Czy rzeczywiście wygasa do cna? Czy może płomyk gdzieś w głębi ciągle się jarzy? To trochę jak ze snem i jawą. Budzimy się ze snu i z marzeń sennych, żyjemy sprawami dnia, aż tu nagle pośród nich dostrzegamy obecność nocy, smugę, czarne maźnięcie i czujemy, że jest to ten sam wątek, który zjawił się w nocy, tamto marzenie senne.

8 stycznia 1983
Myśl o obcowaniu

Ktoś drugi zawsze powinien być w pewnym sensie obcy. Kimś, wobec kogo trzyma się dystans. Dystans jest ważny. Chęć zmniejszenia dystansu jest być może zgubna, jest może złem. Chęcią zbliżenia się do jakiegoś wielkiego My. Czy więc nie należy wyrzec się tej chęci raz na zawsze? Być zawsze z obcym. Czule, uprzejmie, stosując do niego Prawo Najwyższej Miłości, tej sprawiedliwej, która przedmiotu swego nigdy nie traktuje jako własności.

27 lutego 1983
Mutki sen o człowieku dźwigającym na plecach wielki zegar. Kojarzy mi się on ze Steinerem, który pisał, że „przemiany ciała astralnego można porównać do ruchu wskazówki minutowej, zaś przemiany ciała eterycznego do ruchu wskazówki godzinowej”. Uczenie się prowadzi do przemian, do przeobrażeń.

1 marca 1983
Indiańskie: „Ziemia nie należy do człowieka, człowiek należy do ziemi”.

2 marca 1983
Ze Steinera: „Gdy człowiek śpi, »pracuje« w nim ciało eteryczne, gdy się budzi, pracuje również ciało astralne. Ciało astralne budzi ze snu”.
Gdy śpimy, tkwimy w jednym miejscu, jak rośliny. Gdy się budzimy, zaczynamy się ruszać, jak zwierzęta.

5 marca 1983
Być outsiderem – co to znaczy? Warto to rozwinąć, by wiedzieć, na czym się stoi.

6 marca 1983
Czy Słońce jest naszym Ojcem, od którego pochodzimy i do którego powrócimy?

10 marca 1983
Czy frustracja musi przemieniać się w agresję? Frustracja może przecież przemieniać
się w twórczość. Frustracja może też przemieniać się w Nicość (Absolut).

1 kwietnia 1983
J. Jacobi, Zamaskowanie:
„W pewnej prowincji chińskiej od dawna już nie padał deszcz. Susza niszczyła wszystko. Postanowiono zatem sprowadzić »zaklinacza deszczu«.
Do odległego miasta, gdzie mieszkał, wysłano delegację, która miała go uprosić, by natychmiast pośpieszył i sprowadził deszcz na wyschnięte pola. Zaklinacz deszczu, stary, mądry człowiek, postawił tylko jeden warunek. Był mu potrzebny na trzy dni mały, niezamieszkały domek, gdziekolwiek na wsi, w którym mógłby się zatrzymać. Pożywienia nie chciał. Tam, na miejscu, miał zamiar zorientować się, co można uczynić. Tak też się stało. Trzeciego dnia pod wieczór spadł rzęsisty deszcz. Przepełniony wdzięcznością tłum, wysławiając zaklinacza, ruszył do domu, w którym zamieszkał:
– Powiedz, jak tego dokonałeś?
– Przez trzy dni – odpowiedział – nie robiąc nic innego, doprowadzałem do porządku samego siebie. Wiedziałem bowiem, że kiedy ja będę w porządku, wtedy także świat będzie w porządku, a wówczas musi spaść deszcz na suche pola”.

15 stycznia 2020
Nowica. Pod górskim księżycem wołania do świata i do siebie. Wędrówki przez śnieżne połacie. Bajeczne wizyty w osobnych światach domowych. Rozmowy, spojrzenia w głąb. Nawijanie herodowych scen w kokon, który czasem pęka i robi się miejsce dla improwizacji, z odrobiną alchemii. Rozples w szkole, łemkowskie kolędy, szopka, ankiety, seans fotografii z dawnych lat. Lepienie ludzkiej gromady. A wszystko to bez jednej kropli alkoholu, bo taką dyscyplinę sobie narzuciłem, wbrew świętej czy nieświętej kolędniczej regule.

Zadania teatru. Generować witalność i być gotowym na obumieranie jako proces nieodzowny, na przypływy i odpływy. Łączyć je w całość, oddawać żertwę światu.
Pogłębianie refleksji.

1 lutego 2020
Ojciec umierał powoli przez cały tydzień. Dziś rano los zdmuchnął jego życie.

2 lutego 2020
Gdy się jest w stanie wewnętrznego pomieszania, pozostaje być czujnym, rozglądać się, badać, zastanawiać się, szukać. Nie ma innej drogi. Porządkuję myśli spisane w ostatnim czasie, wybieram dwie.

Uśmiech opromienia byt w samym jego korzeniu.
Miłość rozjaśnia umysł, poszerza horyzont.

Budowanie miejsca

Budowanie miejsca? Raczej budowanie na miejscu, w miejscu, wokół. Oczywiście rozumiem intencję sformułowania, jednak zaczynam od zastrzeżeń, bo te wiążą się z nastawieniem, które miałem w tamtym czasie, czasie początku, że istnieją miejsca dane, odziedziczone, które powinny pozostać nienaruszalne. Są już wyposażone we wszystko, co nam potrzebne. Adaptacja jest więc na tym etapie tylko rekonstrukcją. Tak było na początku, gdy wczesną wiosną 1982 roku zaczęliśmy się tu wprowadzać z naszym gospodarstwem teatralnym, które powstało parę lat wcześniej w olsztyńskiej „Pracowni”. Miejsce miało ogromny urok. Zobaczone po raz pierwszy zarysy budowli wyłaniały się z porannych mgieł, wtulone w nieckę pomiędzy lasem a polem, skąpane w słońcu. Wyglądało na to, że pusty dom nadaje się do zamieszkania, że budynek gospodarczy ma wymiary wystarczające, by stać się salą teatralną. Zszedłem z górki i pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było zmierzenie ściany szczytowej tego budynku. Jedna deska stropowa była wyłamana, druga sterczała w powietrzu, wyrwana do połowy, jednak dach był dobry i co najważniejsze – pomiary ściany szczytowej wykazały, że budynek jest nadzwyczaj obszerny.

Znałem wiele podobnych opuszczonych gospodarstw w tej podolsztyńskiej okolicy, rzadko zdarzało się spotkać tak dużą przestrzeń. A ta w dodatku czekała na wprowadzenie się. Wreszcie! Po długim czasie poszukiwań i tułaczki będzie można tu zostać. Mieszkać tu, kilometr od wioski, na skraju lasu. Najpierw samemu na strychu domu, remontując dół, z którego wyrwano podłogi, piece i rury, by móc przed zimą sprowadzić tu rodzinę, Mutkę i dzieci.
(…)

Miejsce chroniło energię pracy. Zaczęli tu docierać inni ludzie. W lecie robiliśmy warsztaty, najpierw na klepisku w stodole, zanim gotowa była sala. Przyjeżdżała z Krakowa grupa El Sur, założona przez dwoje chilijskich imigrantów, Enrico Bello i Anamarię Rojas. W 1986 roku pojawili się Wolf i Małgosia Niklausowie, z którymi postanowiliśmy założyć „od nowa” teatr. Powstał Teatr Wiejski Węgajty. I tak zakończyliśmy etap leśnego schronienia, jakiejś w pewnym sensie może nawet ucieczki przed światem. Czas wydłużającego się stanu wojennego był dla mnie czasem całkowitego pomieszania sensów, niesprawiedliwości, zakłamania, opresji. Trzeba się było jakoś od niego odwrócić, by móc myśleć o przyszłości. Po paru latach postanowiliśmy się otworzyć. Dalsze budowanie było tworzeniem miejsca dla widzów. Podnieśliśmy w górę salę, tworząc nowy strop w kształcie piramidy ściętej. Powstała dość unikalna przestrzeń, porównywalna chyba tylko do olsztyńskiego Domu Mendelsohna, mającego bardzo podobne wymiary i rozwiązania przestrzenne. Stoły i stołki z byłego ośrodka wczasowego, stare ławy z kawkowskiego kościoła – i były miejsca dla osiemdziesięciu osób! Czasem udawało się zmieścić sporo więcej. A więc prawdziwy teatr. Źródłem jego miała być muzyka. Szukaliśmy w niej takiego brzmienia, jakie opisywał w swoich tekstach Stanisław Vincenz. Wątek myślowy odnosił się do jednorodnej tradycji, która paradoksalnie składała się z wielu wpływów i była tradycją wieloetniczną, międzynarodową. Nagle miejsce rozrosło się, rozszerzyło na okolicę. Zaczęliśmy być obecni we wioskach, zapraszać na spektakle tańcem, śpiewaniem. U dziadka Tkaczuka w Kawkowie, który uczył nas kolędowania według wzorów przywiezionych z okolic Lwowa.

We wsi Węgajty odnaleźliśmy na strychu najstarszego domu rekwizyty kolędnicze, białego konia, zwanego szemlem, i kozę. Nagle drzwi domów zaczęły się wszędzie same otwierać. Szemel pamiętał czasy Ostpreußen! I wiele spraw objętych tabu, za trudnych, by o nich mówić, różne nieprzetłumaczalne dialekty. Spektakle, które wtedy robiliśmy, mówiły o traumie wojny i zagłady. Etap zamknął się w 1996 roku. Wolf zakładał Scholę, zmierzając w kierunku dramatu liturgicznego, mnie ciągnęło działanie w terenie. Co to jest teren, ten dziwny, ciemny obszar? Jak można by tu zrywać stereotypy, klisze, podejmować wyzwania? Erdmute wchodziła coraz bardziej wszechstronnie w działalność teatralną, emancypując się z roli matki. Miała niebawem wnieść w pełni swój temperament oraz nowe kody myślenia, wysnute z niemieckiej tradycji teatralnej. Przy zachowaniu całej rezerwy do nazw, można by rzec, że teatr nasz z antropologicznego stawał się społecznym. W roku 2003 zaczęliśmy robić Wioski Teatralne, pierwsze opierały się na projektach współpracy polsko-niemieckiej. Niemieccy studenci zaczynają wakacje nieco później, stąd się wzięło, że Wioskę zaczynamy w drugiej połowie lipca. Miejsce miało być wielorakie, rozgałęzione. Każda edycja miała wprowadzać na mapę festiwalową nowe przestrzenie. Łąka cyrkowa, kwatera u Eli, kawiarnia i kino festiwalowe, pola namiotowe, cztery okoliczne budynki adaptowane do robienia warsztatów, dziedziniec Domu Pomocy Społecznej, świetlica socjoterapeutyczna i oczywiście plenery. Wszystko było teraz inne niż na początku. Z drugiej strony, właśnie teraz spełniało się początkowe oczekiwanie, przeczucie, które kiedyś próbowałem wyrazić, posługując się cytatem z Brata Rogera, założyciela wspólnoty Taizé: „W miejscu, gdzie była tylko cicha wioska, spotkali się przedstawiciele czterdziestu dwu narodów”. Ewolucja miejsca, czyli przestrzeni, polegała na rozszerzaniu. Do czasu, do roku 2006.

Do dnia ataku rasistowskiego, ciężkiego pobicia, którego ofiarą stał się Abdel Mandili, aktor marokański z teatralnej grupy uchodźców. Tąpnięcie, zarysowanie, zablokowanie procesu? Nie, raczej nowe doświadczenie, które kazało zmienić myślenie o przestrzeni społecznej. Zaczęły nas coraz bardziej interesować miejsca trudne, na przykład miejsca dzieci. Już wcześniej zaczęliśmy pracować z dziećmi z okolicznych wiosek, zwłaszcza tam, gdzie nie było świetlic, gdzie dzieci były zostawiane samym sobie. Rozpoczęliśmy też wtedy pierwsze projekty teatralne w Domu Pomocy Społecznej. I znowu jakaś odwrotność koncepcji miejsca. Praca z ludźmi, dla których nie ma miejsca, wyrzuconymi poza nawias wspólnej, czy to rodzinnej, czy to publicznej przestrzeni.

A co dalej? Teatr to ciągły ruch. W teatrze, jak w życiu, nie można stać w miejscu. W obecnym sezonie majstrowanie nad naszym miejscem, odziedziczonym w zamierzchłej epoce, mocno już przekształconym, trwa dalej. Modyfikujemy, rozbudowujemy z myślą o przyszłości. Z myślą o tym, jak umożliwić współpracę grupom i ludziom, podejmującym najtrudniejsze wyzwania. W lecie prezentować będziemy prace grupy z Bochum, zajmującej się emigrantami. Ten nurt teatru społecznego ktoś nazwał Theater aus der Zukunft, teatr z przyszłości. Czas, gdy przychodzi wiadomość, że jest szansa na ich przyjazd, jest smutnym i mętnym czasem po zamachu na „Charlie Hebdo”259. Pokrzepiające, że są ludzie, którzy w obliczu problemów, jakie przeżywa Europa, próbują działać. Praktykowanie interkulturalizmu, na sposób tak organiczny i systematyczny, jaki możliwy jest w teatrze, rysuje się jako naprawdę istotna perspektywa. (22 stycznia 2015, Węgajty)

Wacław Sobaszek

Wacław Sobaszek, Spiski życiowe. Dziennik węgajcki 1982–2020, wstęp: Joanna Kocemba-Żebrowska, Stowarzyszenie Węgajty, Węgajty 2020.

Wacław Sobaszek zaczynał działalność artystyczną w olsztyńskiej Interdyscyplinarnej Placówce Twórczo-Badawczej „Pracownia”. Od 1982 r. w Węgajtach. W bliskiej współpracy z żoną Erdmute Sobaszek przygotowuje spektakle z kolejno powstającymi tu zespołami: Teatru Wiejskiego Węgajty (1986), Projektu Terenowego (1996), Innej Szkoły Teatralnej (2010). Organizuje wyprawy kolędnicze, zapustne i alelujkowe. Jest gospodarzem międzynarodowego festiwalu Wioska Teatralna. Pod szyldem Teatru Potrzebnego tworzy spektakle z udziałem mieszkańców Domu Pomocy Społecznej w Jonkowie. Realizuje projekty teatralne w Albanii, Białorusi i Tajwanie oraz długofalowy program
teatralno-ekologicznej aktywności do roku 2030: Źródła i przyszłość. Pisze o teatrze, jest autorem wierszy (tom Pomiędzy, 2017) oraz tekstów własnych songów teatralnych.

Kultura Enter
2021/02 nr 100

Czarno-biała fotografia z drzewami i ścieżką ku bramce.

Fot. Roman Kravchenko.

Okładka książki z palącą się głową konia trojańskiego.

Okładka dziennika Wacława Sobaszka wg projektu Agnieszki Kowalskiej-Owczarek.