Strona główna/ESEJ PODRÓŻNY. Cztery opowieści z czeskiego pogranicza

ESEJ PODRÓŻNY. Cztery opowieści z czeskiego pogranicza

Dawid Szkoła

Náchod

W podłym nastroju – jaki może mieć tylko samotny człowiek na kacu, który znalazł się daleko od domu w te dni, kiedy ogarnia dojmujące pragnienie bliskości i poczucia ciepła – jechałem na południe busem do Náchodu. Wrześniowe słońce przebijało się przez las, oznajmiając początek nowego dnia i nadzieję nadchodzących. Wiedziałem, że to puste obietnice; pomimo końca lata ranek był wyjątkowo chłodny, nad tą górzystą krainą zaczynała się jesień i powoli należało szukać schronienia na zimę. Niecały tydzień wcześniej byłem w Hronovie, kiedy nagle temperatura spadła o kilka stopni Celsjusza, a niebo pokryły chmury – takie, o których wiadomo, że utrzymywać się będą przez najbliższe kilkanaście godzin. Deszcz nieprzyjemnie mżył i małymi kroplami osadzał się na twarzy i ubraniu, które po chwili stało się wilgotne. Szybko schowałem się w knajpie u Gurina, gdzie w telewizji panowie oglądali mecz tenisa kobiecego i tylko pomiędzy setami spojrzeli na mnie życzliwie, choć z niedowierzaniem, że o tak wczesnej porze ktoś mógł tutaj zajrzeć. W środku panowała nieprzyjemna, ciepła wilgoć; zamówiłem jedno, a później drugie piwo, aby przejść z gracją do trzeciego i czwartego; wypijałem te kufle, pociłem się niczym tenisistka na korcie, ręka wędrowała od stołu do ust, ale czułem, że sytuacja jest nieciekawa i nie ma żadnych widoków na zwycięstwo. Jadąc do Náchodu miałem podobne przeczucie, mój system obronny był bezbronny wobec rzeczywistości. Po raz kolejny znalazłem się na granicy, kiedy świat wydawał się być miejscem pięknym, ale obcym, a cisza tak przejmująca, że miałem wrażenie, że z silnikiem autobusu tworzymy jedność. Mijane lasy melancholijnie skrywały ciemność i ja robiłem to samo, próbując odszukać miejsce, gdzie przeszłość i życie tworzą jedność, a działanie śmierci i czasu udaje się stępić. Náchod na pewno nie mógł być tym miejscem, zanadto dobrze znałem te miasta i miasteczka przygraniczne, aby mieć jakiekolwiek pragnienia, jeśli w ogóle jeszcze jakiekolwiek miałem.

Z takich miejsc młodzi chcą wyjeżdżać, to turystyczne skanseny, w środkowej Europie dodatkowo naznaczone beznadzieją. Tu nie spełnia się czeskiego, polskiego czy jakiegokolwiek snu; It’s a death trap – śpiewał Bruce Springsteen. Tylko nieznający tego świata przyjezdni mogą powiedzieć: piękne miejsce, mógłbym tutaj zamieszkać. Reszta patrzy z nadzieją gdzieś ponad otaczające góry, szuka dróg ucieczki, by dopiero po czasie zatęsknić do tego krajobrazu, uliczek wokół rynku i znajomych twarzy z dzieciństwa. Wpierw bowiem zawsze trzeba coś stracić lub to odrzucić, aby w przyszłości odkryć, że miało swoją wartość, dlatego na naszą historię składają się błędne decyzje i ciągłe poczucie straty.

Nad miastem góruje zamek, którego początki sięgają połowy XIII wieku i, jak sądzę, od tego czasu należy odmierzać historię straty i zapominania w tej dolinie. Myślę o słowach, które mogłyby unieść daremną energię życiową ludzi tutaj żyjących, o książce, która uświęci ten trud. Setki tysięcy tutaj, miliony gdzieś indziej, miliardy na całej planecie, a to przecież nadal mało, nawet przyszłe komputery, jeśli wytworzą sztuczną inteligencję przewyższającą tę naszą, będą zachodziły w swoich terabajtowych głowach, które trzymać się powinny żelaznej logiki, o co tym wszystkich ludziom chodziło. Pewnie tak samo dzieci przyglądają się mrówkom. Dorośli zaś widzą jedynie swoje życie, ucząc się sztuki egoizmu i hipokryzji, tak dobrze nam wszystkim znanych, obok zapominania i rozgrzeszania swojej przeszłości, bo inaczej przecież musielibyśmy niechybnie zwariować.

Poranny chłód nie pozwolił dłużej pobyć na głównym deptaku i rynku, postanowiłem więc poszukać schodów prowadzących na zamek. Niespecjalnie interesowało mnie zwiedzanie i nie czytałem nic o jego historii, po prostu pomyślałem, że spacer pod górę mnie rozgrzeje. Przechadzając się po tamtejszych alejkach, nie umiałbym powiedzieć, co widziałem, szedłem po prostu przez czas, przeszywając przestrzeń, ale poza zbędnymi krokami i myślami najpewniej niewiele więcej tam się wydarzyło. Jedynie pamiętam samotnego niedźwiedzia (chociaż tablica informowała, że powinny być dwa), który chodził nieśpiesznie od ściany do ściany po swoim wybiegu. Miałem wrażenie, że sytuacja więźnia niespecjalnie mu ciąży, chociaż zapewne było to tylko moje złudzenie.

Nad Náchodem coraz mocniej świeciło słońce, które miało zostać zasłonięte za jakąś godzinę gęstą powłoką chmur o kolorze starego bruku i kałuży, pozostało niewiele czasu, aby się wygrzać niczym wąż na kamieniu; znalazłem odpowiednią ławkę, usiadłem i w pewnym sensie zastygłem na ten krótki czas. Naokoło migotały cienie rzucane przez jeszcze zielone liście wiszące na okolicznych drzewach, za którymi poniżej znajdował się rynek. Tutaj pierwsze lata swojego życia spędził Jan Letzel, architekt, któremu sławę przyniosły budynki niszczone później przez siły natury bądź ludzi. Wpierw jednak zdobył wykształcenie pod okiem Jan Kotěra, na wielu zdjęciach wyglądającego na nieszczęśliwego człowieka, a zaprojektował chociażby budynek Muzea Východních Čech, z którym mam bardzo miłe wspomnienie. Później Letzel dużo podróżował po świecie i, wydaje się, że najbardziej pokochał Japonię. Dwa lata przed śmiercią, w 1923 roku, był świadkiem, jak wiele jego budynków uległo zniszczeniu podczas trzęsienia ziemi w Kantō. Było to najtragiczniejsze trzęsienie ziemi w historii Japonii, kosztowało życie ponad sto tysięcy ofiar, a jego skutki odczuwalne były przez lata. Pożary, tajfuny i ogromne tsunami, które miało mieć nawet dziesięć metrów wysokości, strawiły nie tylko Tokio, ale też Jokohamę i niezliczone mniejsze miasta. Letzel, dotknięty ogromem spustoszenia, jakiego był świadkiem, powrócił do swojego ojczystego kraju, gdzie zakończyła się jego krótka podróż. Nasze działania, słowa i myśli jednak potrafią trwać dłużej niż życie; cierpienie jak również piękno potrafią rezonować na przyszłość.

Gdyby bombowiec Enola Gay – według słów piosenki – został w domu, Letzel nie byłby tak znany. Stało się inaczej: bomba atomowa pod niewinnie brzmiącą nazwą Little Boy została zrzucona na miasto, a eksplozja o temperaturze 300 000°C doprowadziła do śmierci tysięcy istnień i sprawiła, że duża część miasta przestała istnieć. W promieniu kilku kilometrów od hipocentrum wybuchu budynki zostały zrównanie z ziemią. Ostał się jedynie szkielet po budynku centrum wystawowego, promującego przemysł w Hiroszimie, który zaprojektował właśnie Letzel. Znane są zdjęcia, na których secesyjny budynek z charakterystyczną kopułą, stoi niemalże całkowicie zniszczony pomiędzy ruinami i kikutami drzew bez liści wygiętych w nienaturalnych pozach. Dziś jest to Pomnik Pokoju wpisany przez UNESCO na listę światowego dziedzictwa pod numerem 775. W tym dokumencie możemy przeczytać: There is no comparable building anywhere in the world. Na świecie nie ma drugiego takiego budynku na świecie, toteż za wszelką cenę należy go chronić aż do końca ludzkości. Ciekawe, co na to powiedziałby Letzel?

Wiele zostało mu zabrane, pozostał po nim zniszczony budynek, symbol ludzkich możliwości: od ognia do rozszczepienia atomu, od wygnania z raju aż po bombę atomową. To jednak nie koniec historii. Letzel zmarł 26 grudnia 1925, a rok wcześniej w Náchodzie na świat przyszedł Josef Škvorecký, który zastygły w pomnik siedzi do dzisiaj na jednej z ławek położonych w rynku. Pozostawił on po sobie kilkanaście książek: powieści, opowiadań, esejów. Po praskiej wiośnie musiał emigrować na Zachód, gdzie w pewnym sensie dopadł go los emigracyjnego pisarza, czyli pewnego rodzaju zapomnienie, które nikogo, kto pisze, nie powinno przerażać. Po życiu też niewiele zostaje, nie ma w tym nic złego. Świat milczy o umarłych, natura pozbawia ich miejsc pamięci, pozostają na tyle, na ile jeszcze ktoś dba o przeszłość, ale dzieje się to tylko do czasu. Po żałobie przychodzi życie, i jestem tego najlepszym przykładem, kiedy schodzę z zamku tą samą trasą, uważając na stromych schodkach, aby nie stoczyć się w dół, a następnie zahaczam o wiele knajp i piję mnóstwo piw, aż w drodze na dworzec szumi mi w głowie.

Frankenstein

Lato roku 1816 w Europie przypominało bardziej deszczowy październik z jego przykrą atmosferą, melancholijnymi porankami i deszczowymi popołudniami, kiedy to temperatura błyskawicznie spada nawet o kilka stopni. Rok wcześniej całkowicie i nagle uległ błyskawicznej zagładzie, na wskutek wybuchu wulkanu o tej samej nazwie, lud Tambora. Ich święta góra rozpadła się, wydobywając pod wpływem ekstremalnego ciśnienia słup ognia i dymu na wysokość nawet czterdziestu czterech kilometrów. Infernalna scena, która musiała mieć hipnotyczny wygląd, niczym erupcja Wezuwiusza niszcząca Pompeje czy wybuch bomby atomowej, sprawiła, że kolejny rok był pełen anomalii pogodowych. W niektórych miejscach na świecie padał czerwony śnieg, a niemal na całej planecie rolnicy mieli problemy z plonami, co skutkowały klęskami głodu i śmiercią dziesiątek tysięcy ludzi. Szwajcaria musiała ogłosić stan klęski narodowej. Długotrwałe deszcze zatrzymały wówczas w tym kraju Mary Godwin, znana później jako Shelley, która nad Jeziorem Genewskim była trochę na wakacjach, a trochę szukając bezpiecznej przystani. Wraz z nią znajdowali się tam lord Byron, znawca kobiet i przyszły autor Don Juana oraz John Polidori, dzięki któremu wampiry stały się częścią literatury i współczesnej popkultury. Cała trójka, nudząc się niemiłosiernie, szukała sposobu, aby czymś wypełnić długie godziny.

Marry, która właśnie poroniła, musiała w w tym „roku bez lata” czuć się fatalnie, szczególnie, że od zawsze była osobą depresyjną i delikatną, co dodatkowo zostało spotęgowane miłością do człowieka, z których spędzała owe nieszczęsne wakacje roku 1816, a który był w związku małżeńskim i miał dwie córki. Nad tymi rodzinami wisiało zresztą fatum, chociaż ujmując sprawę prosto, dotknięte one były tym samym nieszczęściem, co większość ludzi na świecie, a co nazwać należałoby po prostu istnieniem pomiędzy życiem a śmiercią. Jak lud Tambora nie spodziewał się, że pewien kwietniowy dzień przyniesie im zagładę, tak my nie wiemy, kiedy śmierć przestanie zwlekać i wyciągnie rękę po swoje. Jeszcze tego samego roku ukochana siostra Marry, Funny, popełniła samobójstwo, a żona ukochanego, Harriet Shelley, utopiła się w Tamizie. Trzydziestego grudnia Marry i Percy Bysshe Shelley wzięli ślub, który – tak mi się wydaje – biorąc pod uwagę wszystkie wydarzenia 1816 roku, musiał przypominać upiorny teatr czy makabreskę, gdzie na zakończenie wszyscy bohaterowie – umarli i żywi – kłaniają się publiczności. Jednak nie był to koniec dzieła zniszczenia, w następnych latach umierały dzieci Shelleyów. Sam Percy Bysshe podzielił los swojej pierwszej żony, choć w przypadku jego był to nieszczęśliwy wypadek – żaglówka, na której się znajdował, zatonęła. Polidori, który w 1816 roku spędzał czas nad Jeziorem Genewskim wraz z Marry, pięć lat później popełnił samobójstwo, a dwa lata po nim Lord Byron rozczarowany i znudzony rewolucjami, kochankami i literaturę, odszedł z tego świata zdjęty malarią.

Spędzając czas nad Jeziorem Genewskim, żadna z tych osób nie wiedziała, co ją czeka w niedalekiej przyszłości; kiedy wymyślali w chmurne dni opowieści pełne strachu i potworów, mogli tylko przeczuwać, że prawdziwe źródło grozy pochodzi jedynie z ludzkich czynów, natura bowiem nie działa z premedytacją czy pod wpływem uczucia, nie bierze pod uwagę czy ruch płyt tektonicznych, wybuch wulkanu albo powódź stanie się przyczyną śmierci tysięcy. Jedynie człowiek potrafi kalkulować i działać pod wpływem myśli, a mimo to zadaje ból i cierpienie. Tylko on jest również świadom, że czyny mają swoje konsekwencje, żłobią ziemię i historię opowieściami, pełnych niepotrzebnych strat, których często nie można zapomnieć przez dziesięciolecia. Lud Tambora został zmieciony z ziemi i pamięci, wszyscy jego członkowie w jednej chwili przestali istnieć, ale ci, którzy przetrwają nieszczęście, muszą z nim żyć. Mary Shelley w 1816 roku miała dopiero dziewiętnaście lat, siedemnaście natomiast, kiedy zakochała się w zamężnym mężczyźnie, a on w niej, niczyja w tym wina. Wszystko co wydarzyło się później było częścią ludzkiego losu. Wydaje się, że nie ominęło jej żadne nieszczęście, a pewnie też musiała żyć z wyrzutami sumienia, co tylko dodatkowo przytłacza melancholijne stworzenia, jakim bez wątpienia była autorka Frankensteina.

Istnieją domniemania, że tytuł najważniejszej powieści Shelley był inspirowany wydarzeniami z roku 1606, kiedy w całej Europie głośno było o aferze grabarzy z miasta Frankenstein. Mieli oni okradać zwłoki, co wydaje się jedyną pewną informacją w całej tej historii. Prócz tego zostali oskarżeni o sprowadzenie na miasto zarazy za pomocą trującego proszku, pozyskiwanego z wykopywanych zwłok, a następnie za pomocą alchemicznych przepisów i czarów przerobić na zabójczą substancję. Zostawiali ją w różnych częściach miasta, jeśli ktoś miał z nią kontakt umierał w męczarniach. Oskarżono ich również, zgodnie z duchem epoki, o zjadanie płodów wydobytych z martwych ciał ciężarnych kobiet, spółkowanie ze zwłokami i inne odrażające czyny, które były gorąco dyskutowane w gospodach i podczas surowych, barokowych nocy na wszelakich gościńcach Europy. Ostatecznie wiele osób związanych z ową aferą zostało spalonych na stosie, czym ostatecznie mieli zmyć z siebie wszelakie grzechy i zaznać spokoju. Epoka Newtona, Galileusza i Leibniza szła w innym kierunku, szukając możliwości rozwiązania wielu problemów w sposób naukowy, gdzieś pomiędzy kamieniem filozoficznym, golemem a naukami Williama Herveya i Roberta Boyle’a szukano tajemnicy istnienia. Wydaje się, że dwa stulecia później, Mary Shelley tocząc swój bój ze śmiercią, przemijaniem i odrzuceniem, mogła tytuł swojej książki zaczerpnąć od miasta Frankenstein, które sto trzydzieści lat później po wyginięciu ludu Tambora zmieniło swoją nazwę na Ząbkowice Śląskie.

Opava

Dzień był pochmurny tak bardzo, że niebo w każdej chwili mogło spaść mi na głowę. Szedłem przemoczony, przygnębiony i zziębnięty przez tutejsze ulice, szukając drogi wylotowej z miasta. Chciałem dostać się gdzieś indziej, gdzieś dalej, bo do Opavy trafiłem całkowicie przypadkowo. Nic mi się tutaj nie podobało. Droga zakręcała niczym hebrajska litera chet i nawet, kiedy kierowałem się przed siebie, zaraz skręcałem w tę samą stronę, z której przyszedłem. Kiedyś czytałem, nie wiem już gdzie, że chet to grzech, chewel znaczy ból, a churban zniszczenie. Kręciłem się zatem w kółko, a gdziekolwiek nie poszedłem, tam widziałem tylko pejzaże naznaczone przemijaniem. Nie podnosiłem wzroku na drzewa, żeby na gałęzi nie zobaczyć wisielca.

Ciągle wracałem w te same miejsca i dotykałem tych samych tematów. Chciałem widzieć całość życia, które miałoby sens i coś znaczyło na tle historii oraz przeraźliwej ciszy wszechświata. A wszędzie natrafiałem na przypadki i chaos, z których to również moje istnienie się składało, co zauważałem na każdym kroku. Nie inaczej było z Joy Adamson, która urodziła się w Opavie jako Friedericke Victoria Gessner, a jej historia była przykładem, że śmierć, przypadek i los są ze sobą na stałe związane.

Wpierw opuściła Opavę i wyjechała do Wiednia, czego przyczyną był rozwód jej rodziców, gdzie studiowała malarstwo. Następnie w skutek zawieruch historycznych znalazła się w Kenii i wyszła za mąż, najpierw za Petera Bally’ego, który nazywał ją Joy, a następnie za George’a Adamsona, po którym przyjęła nazwisko. To właśnie ten ostatni przyczynił się do powstania jej najsłynniejszej książki pod tytułem Elza z afrykańskiego buszu. Wszystko wydarzyło się pewnego lutowego dnia 1956 roku. Adamson, starszy łowczy w północnej Kenii, wołał podniecony ze swojego pędzącego samochodu, że ma prezent dla swojej żony. W bagażniku bowiem znajdowały się trzy małe lwiątka, których matkę zabił tego samego dnia. Zwierzę miało zabić tubylca, a następnie zaatakować samego Adamsona, który powalił lwicę strzałem ze strzelby.
Matka broniła swoich młodych, więc – z tego, co możemy przeczytać – starszy łowczy był „niepocieszony” takim obrotem wypadków.
W 1980 roku sama Joy Adamson, od lat badająca dzikie koty i zwalczająca handel ich skórami, została zamordowana w Kenii. Jej mąż z kolei został zabity przez somalijskich bandytów dziewięć lat później.

Ostrava (Łysohorski)

Beskidzki zbójnik Ondraszek, ten środkowoeuropejski Robin Hood, król złodziei i buntownik, co kradł bogatym i dawał biednym, odpowiednik Janosika i wielu innych rzezimieszków, którzy śmierci pluli w twarz, ale tak naprawdę nie wiemy, jakimi byli ludźmi, bo legendy i popkultura przemieliły ich życiorysy w mit, zmarł śmiercią tragiczną i zdradziecką. Został zamordowany w prima aprilis 1715 roku przez jednego ze swoich współtowarzyszy za niemała kwotę stu florenów, kiedy gościł się w karczmie. Jednak zdrada nie popłaca, jak mówi stare przysłowie, albowiem ostatecznie jego mocodawcy połamali mu kości i zostawili w lochu na pewną śmierć.

Istnieją historie ludzi, którymi można obdarzyć wiele istnień. Istnieją też historie ludzi, które zostały wyparte i zapomniane.

Erwin Goj urodził się 190 lat po śmierci Ondraszka. Jego matka była tkaczką, a ojciec górnikiem, mieli dziewięcioro dzieci, co oznacza, że wszyscy razem wzięci byli biedniejsi od myszy kościelnej albo rzecz inaczej ujmując: nie byli biedni, ale nie mieli pieniędzy. Mieszkali razem w miasteczku Frydek, które później zmieniło nazwę na dzisiejszy Frydek-Mistek, czyli na pograniczu wielu kultur, o czym może świadczyć, że w jednej szkole mówiono po czesku, w drugiej po niemiecku, a wszystko to działo się jeszcze za czasów, kiedy nad tym terytorium panował wiecznie stary i mądry Franciszek Józef. W domu Erwina natomiast posługiwano się mową laską, którą w Prusach z kolei nazywano wodnopolską. Dla Polaków i Niemców była ona niewygodną gwarą, połączeniem niemieckiego słownictwa i polskiej gramatyki oraz czeskich naleciałości.

Erwin, podobnie jak Ondraszek, był rewolucjonistą i nie poddawał się przeciwieństwom losu, więc z czasem uzyskał na praskim uniwersytecie tytuł doktora filozofii. W tym samym czasie zmienił imię i nazwisko na Óndra Łysohorsky, co z jednej strony – było ukłonem w stronę beskidzkiego zbójnika, a z drugiej – dla szczytu Łysej Góry. Wtedy też zaczął pisać poezje w języku laskim. Zbierał ponadto bajki, pieśni i przypowieści napisane w tym języku, aby pozostawić go potomnym w formie usystematyzowanej; napisał też tomik poezji pod tytułem Spiwajuco piaść (Śpiewająca pięść), co samo w sobie jest bardzo wymowne. W Ostrawie zaś założył towarzystwo o nazwie „Laska perspektywa”. Jego wiersze na angielski przetłumaczył chociażby W.H. Auden, który pisał: „Mam tylko głos, i tym głosem / Mam się przebijać przez kłamstwo”. Łysohorski poza własnym laskim głosem również nie miał nic, szczególnie w momencie, kiedy historia spuszczona ze smyczy rozszalała się po Europie. Przez nazistami uciekł do Moskwy, a kiedy wrócił do Czechosłowacji w 1948 roku, naruszając swoim poczuciem przynależności do języka laskiego jedność na nowo powstałego państwa, został objęty zakazem druku. Pomimo tego, że Pasternak wskazywał na wysoką jakość jego wierszy, przez lata był zapomniany, podobnie jak język laski. Nawet nominacja do Nagrody Nobla w 1970 roku niewiele zmieniła. Łysohorski, jak wielu poetów-buntowników tworzących w języku pogranicza, z dala od centrum i ogólnych tendencji ideologiczno-politycznych, nikł i znikał. Łącząc tradycję polsko-czeskiego i w dużej mierze też niemieckiego pejzażu kulturowego wychodził poza sferę akceptacji, chcąc ratować mowę swoich rodziców, którzy ciężko pracowali, aby ich dziewięcioro dzieci nie musiało cierpieć głodu.

Wspomniany już tutaj Auden w jednym ze swoich wierszy pisał: „Pokonanym Historia może powiedzieć «Niestety», / Ale nie może im pomóc ani ich ułaskawić”. Ilu ludzi pogranicza doskonale rozumie te słowa, które są boląco prawdziwe. Kiedy jest się ni psem, ni wydrą, nie można znaleźć dla siebie innego fundamentu niż rodzina, każda inna przynależność okazuje się bowiem jedynie przymusem, kiedy to centrum chce uniformizować. Łysohorski nie pragnął nic poza uznaniem jego języka, ale historia mogła mu jedynie właśnie powiedzieć „niestety”.

Dawid Szkoła

Dawid Szkoła – ur. 1985 r. w Rzeszowie. Pochodzi z miejscowości Zgłobień. Ukończył kierunek Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna na Uniwersytecie Wrocławskim. Doktor nauk humanistycznych. Wydał dotychczas książki eseistyczne: Eseje (2015); Ciemno, coraz ciemniej (2017), Bejt znaczy dom (2019, z esejami publikowanymi na łamach Kultury Enter). Drukował swoje teksty m.in. w takich czasopismach jak: „Twórczość”, „Odra”, „Więź”, „eleWator” czy „Rita Baum”. Pisał też dla „Laboratorium Więzi, Przekroj.pl, Action-Mag.

Kultura Enter
2021/02 nr 100

Czarno-biała fotografia z pejzażen widzianym w zaokrągleniu soczewki.

Fot. Roman Kravchenko.