Strona główna/NAUKA. Wysoki poziom w Polsce?

NAUKA. Wysoki poziom w Polsce?

Krzysztof Księski 

Nikogo nie trzeba przekonywać, jak ważną dziedziną jest nauka i szkolnictwo wyższe. Ta dziedzina wpływa na rozwój gospodarczo-społeczny, tworzy nowe technologie, wdraża je razem z biznesem lub władzą, przygotowuje kadry do prawidłowego pełnienia ról zawodowych w nowoczesnym społeczeństwie opartym na wiedzy. Nie mówiąc już o funkcjach poznawczych, poszukiwaniu prawdy i zrozumienia fenomenów świata czy bycia areną sporów o sprawy publiczne.

Patrząc na kondycję polskiej akademii, nie sposób nie odnieść się do porównań z innymi krajami Unii Europejskiej oraz krajami wiodącymi w badaniach naukowych i rozwijaniu nowych technologii. To porównanie, poza rzadkimi wyjątkami, wypada słabo dla naszego państwa. Polska nauka generalnie mało liczy się na świecie, Polacy publikują niewiele znaczących prac naukowych, liczba polskich patentów jest również rozczarowująca. A to ma przełożenie na gospodarkę, która jest za mało nowoczesna i innowacyjna. Ponadto szkoły wyższe słabo przygotowują studentów do wejścia na rynek pracy, absolwenci często podkreślają, że np. w pierwszej pracy nauczyli się po miesiącu więcej niż przez całe studia. To tym bardziej zastanawiające, jeśli spojrzy się na wyniki polskich dzieci i młodzieży na niższych szczeblach edukacji – tu wypadamy całkiem nieźle.

W niniejszym tekście pozwolę sobie na własne spojrzenie na kondycję polskiej akademii. Z pewnością nie będzie to kompleksowy tekst – zbyt mało tu miejsca na pełną analizę zjawiska. Niemniej jednak zwrócę uwagę na te cechy, które w moim odczuciu są najbardziej istotne i w konsekwencji decydują o tak kiepskim stanie polskich uczelni. Zaproponuję również kilka rozwiązań, które w moim odczuciu wprowadziłyby polską naukę na właściwe tory.
Pierwszym problemem jest bezprawie, w jakim funkcjonują uczelnie. Od wielu lat łamany jest art. 32 Konstytucji RP stanowiący, że: „Wszyscy są wobec prawa równi. Wszyscy mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne. Nikt nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z jakiejkolwiek przyczyny”. Tymczasem w Polsce mamy dwa rodzaje uczelni z punktu widzenia własnościowego – uczelnie publiczne, powoływane w drodze ustawy albo rozporządzenia, oraz uczelnie niepubliczne – powoływane na wniosek założyciela, w drodze decyzji administracyjnej ministra ds. nauki i szkolnictwa wyższego. Pierwsze z nich utrzymywane są ze środków publicznych, drugie muszą utrzymywać się głównie na podstawie czesnego od studentów. Z istotnych uprawnień mają takie same – prowadzą badania, kształcą studentów, ukończenie w nich nauki i zaliczenie odpowiednich egzaminów skutkuje otrzymaniem przez daną osobę dyplomu, z którym związane są określone uprawnienia, dyplom ten potwierdza uzyskanie przez właściciela określonych kwalifikacji. Formalnie nie różnią się niczym, w praktyce oczywiście bardziej ceniony jest dyplom ukończenia Uniwersytetu Jagiellońskiego niż prowincjonalnej PWSZ, ale nie w tym rzecz.
Co istotne, oba rodzaje uczelni mogą prowadzić działalność odpłatną – studia zaoczne i wieczorowe, studia podyplomowe, wynajmować podmiotom zewnętrznym powierzchnie w swoich nieruchomościach, sprzedawać wydawane przez siebie książki, czasopisma, świadczyć usługi na rzecz podmiotów zewnętrznych itp. Jednak studia bezpłatne finansowane ze środków publicznych mogą prowadzić wyłącznie uczelnie publiczne (z rzadka zdarzają się wyjątki, kiedy studia dzienne finansowane są ze środków unijnych, projektowych).
Ten system sprawdzał się ekonomicznie, kiedy chętnych na studia było dużo – maturę zdawały roczniki urodzone w latach 80. lub wcześniej, a raptem 7% naszego społeczeństwa posiadało wyższe wykształcenie. Mniej więcej do 2010 roku istniał boom na studia, mnóstwo osób chciało zdobyć licencjat lub magisterium. Ci, którzy nie dostawali się na studia dzienne, czyli bezpłatne, szli na studia zaoczne – gremialnie także na uczelnie niepubliczne.
Teraz, kiedy mamy kryzys demograficzny, który się tylko pogłębia, student jest towarem deficytowym. Jak powiedział rektor pewnej uczelni niepublicznej – „kandydaci są wręcz wsysani przez uczelnie publiczne”. A liczba nowych roczników maturzystów skurczy się jeszcze bardziej. Wielki spadek nastąpi już w 2024 roku, kiedy to maturzystów będzie prawie o połowę mniej niż we wcześniejszych rocznikach. Ale to na marginesie.

Tymczasem poziom studiów nie jest związany z tym, czy mamy do czynienia z uczelnią publiczną, czy niepubliczną – wymogi w stosunku do prowadzonych kierunków są takie same formalnie dla obu rodzajów. Uczelnia musi zapewnić określonego rodzaju program, kadrę, infrastrukturę itd. Powiem więcej, uczelnie niepubliczne w praktyce muszą spełnić wyższe wymagania.

Taka konkluzja nasuwa się na podstawie śledzenia postępowań kontrolnych Polskiej Komisji Akredytacyjnej, która zajmuje się oceną kierunków na różnych uczelniach i daje narzędzia dla ministra nauki do zawieszania lub cofania uprawnień do ich prowadzenia. Takich kontroli PKA rocznie przeprowadza sto kilkadziesiąt. Kontrola przeprowadzana jest według dziesięciu kryteriów. Wszystkie muszą być spełnione przynajmniej częściowo, aby ocena była pozytywna. Pomijając już fakt, że nie mają te postępowania odpowiedniej podstawy prawnej, to można mieć wiele wątpliwości co do ocen, jakie wydaje ta instytucja. Nierzadko zdarzają się sytuacje, że oceny zupełnie nie przystają do zastanych faktów. Znam autentyczne przypadki, gdzie PKA ocenia jakieś kryterium jako negatywne, zaś ocena końcowa jest i tak pozytywna. W innym przypadku PKA stwierdza na jakimś kierunku np. 1381 uchybień, a mimo to końcowa ocena jest pozytywna. Dziwnym trafem okazuje się, że zwykle znacznie łagodniej traktowane są uczelnie publiczne niż uczelnie niepubliczne. Tych wątpliwości dotyczących całego procesu jest znacznie więcej, w środowisku akademickim słychać sporo szumów, jednak ograniczone ramy artykułu nie pozwalają na ich poruszenie.

Podobnie ma się sytuacja z uzyskiwaniem uprawnień do prowadzenia nowych kierunków studiów. Uczelnie niepubliczne zwykle przygotowują obszerne wnioski do ministra nauki, by uzyskać jego zgodę. Wnioski te powstają zwykle przez kilka miesięcy, są pisane przez kilka osób i wymagają wiele pracy, przygotowań, uzgodnień i spotkań, np. z potencjalną kadrą. Widziałem wnioski o objętości tysiąca stron i więcej. I nierzadko wnioski te są odrzucane. Z drugiej strony uniwersytety publiczne, posiadające odpowiednie uprawnienia związane z nadawaniem doktoratów lub habilitacji, mogą same otwierać nowe kierunki studiów (w określonej dziedzinie nauki) bez zgody ministra. A nawet jeśli takich uprawnień nie posiadają – ich wnioski są traktowane znacznie łagodniej.

Kolejna reforma nauki i szkolnictwa wyższego, tym razem ministra Jarosława Gowina, zadała kolejny cios uczelniom niepublicznym. Otóż znacznie ograniczyła ona możliwość otwierania kierunków nauczycielskich, tylko do uczelni, które w danej dziedzinie mają wysoką kategorię naukową (A lub B), ewentualnie uczelni, które zawrą z takim podmiotem umowę dotyczącą współpracy przy prowadzeniu takich studiów (jedna uczelnia uprawniona może zawrzeć tylko jedną umowę).

W efekcie w praktyce głównie uczelnie publiczne spełniają ten warunek. W ten sposób uczelnie niepubliczne znów otrzymały cios, który je osłabia. Tym bardziej to dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że coraz mniej osób zainteresowanych jest karierą w szkolnictwie, a w systemie oświaty zaczyna brakować nauczycieli.

Uczelnie publiczne otrzymują ogromne środki publiczne na swoje funkcjonowanie. Mogą z tego opłacić kadrę dydaktyczną, badania naukowe, tworzyć zespoły pozyskujące granty czy partnerów biznesowych, zatrudniać liczną kadrę merytoryczną i administracyjną. Przerost zatrudnienia i marnotrawstwo pieniędzy jest normą. Uczelnie niepubliczne są natomiast skazane na niepewną egzystencję. Muszą skupić się na dydaktyce, bowiem tylko na to otrzymują środki – jednak nie są to środki publiczne, ale czesne studentów. Na badania nie ma pieniędzy, bo ledwie starcza na pokrycie kosztów bieżącej działalności. To oznacza, że wykładowcy w tych uczelniach mają dużo mniejsze możliwości rozwoju. Muszą w swoich badaniach opierać się na własnych możliwościach. Mają znacznie mniejsze zasoby, by starać się o granty naukowe. Cierpią na tym wszyscy, zaprzepaszcza się w ten sposób potencjał wielu naukowców.

Oczywiście w niewielkim stopniu pomagają wspomniane granty. Tu aplikować mogą wszystkie uczelnie. Tyle że w uczelniach publicznych pracują nad tym całe działy zatrudniające wiele osób, które regularnie składają wnioski, często każdy wydział czy instytut ma taki zespół. Oczywiście utrzymywany z pieniędzy publicznych. W przypadku uczelni niepublicznych to bardzo skromne zasoby – jedna, dwie osoby, a nawet nikt, tylko dziekan czy inna funkcyjna osoba, pracując po godzinach.
Skutek jest taki, że różnice między szkołami publicznymi a niepublicznymi się pogłębiają. Jedne budują kolejne wielkie gmachy wypełnione drogimi urządzeniami, drugie popadają w coraz większe długi, sprawy sądowe z pracownikami, którzy nie otrzymali wynagrodzeń, i borykają się z postępowaniami komorniczymi. To się dzieje w całym kraju, liczba uczelni w Polsce stale maleje, co sprawia, że coraz więcej osób z prowincji staje się wykluczonych, nie mogąc podjąć nauki na studiach – mimo własnych zdolności i chęci.

Kolejną kwestią jest nadzór nad pracownikami. W uczelniach niepublicznych mamy generalnie do czynienia z zasadą: „płacę, to wymagam”. Pracownicy są regularnie kontrolowani w zakresie wypełniania swoich obowiązków. Oczywiście zdarzają się zaniedbania, wynikają one jednak raczej z kiepskiego zarządzania niż z pewnych immanentnych cech tego typu organizacji. Bywają też często problemy z płatnościami, o których już wspominałem – niezapłacone wynagrodzenia, faktury, zobowiązania podatkowe czy zusowskie.

Z kolei w uczelniach publicznych kontrola jakości zwykle jest farsą. Znam mnóstwo przykładów pracowników nieprzychodzących na zajęciach lub wiecznie spóźnionych, nieprzychodzących na dyżury, skracających zajęcia lub prowadzących je w sposób fatalny. Oczywiście na obu rodzajach uczelni są również pracownicy, którzy pracują świetnie i mogą stanowić wzór dla innych. Jednak system wewnętrznego nadzoru w uczelniach niepublicznych jest wyraźnie mniej patogenny.

Można zauważyć dużą dbałość o różne aspekty prowadzenia uczelni niepublicznych. Okazuje się na przykład, że jedna czy dwie osoby w dziekanacie w zupełności wystarczają do obsługi studentów i załatwiania wszystkich spraw z tym związanych. Przy tym są to zwykle osoby miłe i kulturalne, z szacunkiem traktujące studentów. W uczelniach publicznych bywa nieco inaczej. Tu zdarzają się znacznie częściej narzekania na poziom obsługi, studenci traktowani bywają obcesowo, niegrzecznie. Zresztą, postać pani z dziekanatu istnieje w powszechnej świadomości jako mem, stereotypowy obraz typowej pani pracującej w dziekanacie jest bardzo negatywny. Nie wzięło się to z niczego.

Brak kontroli pracowników wpływa jednak na znacznie poważniejsze obszary działalności uczelni – dydaktyka i praca naukowa. Zacznijmy od tej pierwszej. Uczelnie mają dwa podstawowe obszary działalności – kształcenie studentów oraz prowadzenie badań naukowych. W przypadku uczelni prowadzących kierunki o profilu praktycznym (wyższe szkoły zawodowe, zdecydowana większość uczelni niepublicznych) kształcenie studentów wysuwa się zdecydowanie na plan pierwszy. Pozornie wszystko jest w porządku – nauczanie odbywa się na podstawie sylabusów, które szczegółowo, można by rzec, że nawet zbyt szczegółowo i obszernie, określają zakres kształcenia, formy zajęć, nabywane przez studentów kompetencje, sposoby ich weryfikacji i formy zaliczenia każdego przedmiotu. Przygotowanie dobrego sylabusa to praca na wiele godzin. Dlatego powszechną praktyką jest przygotowywanie go na podstawie sylabusów z innych uczelni, z poprzednich lat, na zasadzie „kopiuj wklej”, metody popularnej jak widać nie tylko podczas powstawania prac dyplomowych.

Ale to tylko początek nieprawidłowości. Bez względu na to, jak wygląda sylabus, powinien on być zrealizowany. I z tym jest zwykle najgorzej. Zajęcia w ogromnej mierze zależą od człowieka i jego etosu pracy. Niemało jest dydaktyków, którzy przykładają się do swoich obowiązków. Odnoszę jednak wrażenie, że ogromny procent traktuje prowadzenie zajęć jako zło konieczne. Musi odbębnić pensum, zatem to robi – bez pasji, polotu czy finezji. Znałem kilku wykładowców, którzy prowadzili zajęcia poprzez czytanie przez cały czas na głos studentom podręcznika przypisanego do przedmiotu. Bez jakiegokolwiek komentarza czy dyskusji.

Innym zdarza się popadać w liczne dygresje luźno lub wcale niezwiązane z tematem: najnowsze wydarzenia polityczne, kulturalne czy sportowe to standard szeroko omawiany na zajęciach. Bywa też, że wykładowca uzewnętrznia swoje problemy osobiste – z partnerem, dziećmi, teściową, próbując tworzyć z zajęć zbiorową terapię. Jest też grupa, całkiem liczna, która ze spóźnień lub nieobecności na zajęciach uczyniła swój zwyczaj. Nierzadko zdarza się, że wykładowca przychodzi bardzo spóźniony na zajęcia lub kończy je dużo przed czasem. Albo zwyczajnie nie przychodzi – zarówno na zajęcia, jak i na dyżury. I nikt tego właściwie nie kontroluje.

To oczywiście skutkuje obniżeniem jakości kształcenia, ale nie przywiązuje się do tego na uczelniach zbyt wielkiej wagi. Kiedy w szkolnictwie na poziomie podstawowym czy średnim na jakość procesu dydaktycznego stawia się ogromny nacisk, to w szkolnictwie wyższym jest to sprawa drugorzędna. Nauczyciele uczestniczą w mnóstwie szkoleń, warsztatów i innych form rozwoju własnych kompetencji dydaktycznych. W szkolnictwie wyższym w ogóle tego nie ma. Ale w końcu po co – przecież awans zawodowy właściwie nie zależy od wysiłków dydaktycznych. Nie ma żadnych bodźców, które by motywowały do dobrej dydaktyki. Dydaktyka to zło konieczne, nie musi więc być na wysokim poziomie. Nie zależy na tym pracownikom. Nie zależy też znacznej części studentów – w końcu liczy się papier, a pracować to się nauczą, jak pójdą do pracy. Wcześniej byłby to nadmierny wysiłek.

I rzadko kiedy przełożeni wyciągają z tego konsekwencje. Pod tym względem znacznie lepiej jest na uczelniach niepublicznych. Tu bardziej szanuje się pieniądze i się wymaga. Wykładowcy dbają o to, by zaczynać i kończyć zgodnie z planem. Władze bowiem sprawdzają to i w razie uchybień są gotowe obciąć wynagrodzenie lub nie przedłużyć umowy z takim pracownikiem. Na uczelniach publicznych jest zwykle inaczej – tu mało kto dba i sprawdza, jak odbywają się zajęcia. Oceny okresowe pracowników są często pozorne i nie prowadzą do żadnych konkluzji. Trzeba się bardzo postarać, aby wylecieć z uczelni publicznej. Trzeba nic nie publikować i się nie rozwijać naukowo, a i to często sprawia jedynie, że nieaktywny pracownik przechodzi na etat tylko dydaktyczny, gdzie zwolniony jest z pracy naukowej i skupia się na dydaktyce. Teoretycznie, bo w praktyce ma po prostu więcej zajęć dydaktycznych, ale różnie bywa z jego zaangażowaniem.

Teraz przejdźmy do kwestii badań naukowych. Nauka w Polsce rozwija się przede wszystkim na uniwersytetach, głównie uczelniach publicznych, jak również w Polskiej Akademii Nauk oraz instytutach naukowych. Dla pracownika naukowego to najważniejsza kwestia, bowiem od działalności naukowej zależy jego awans zawodowy. To pewien paradoks, bowiem przepisy dotyczące szkolnictwa wyższego określają zakres obowiązków pracowniczych jako pensum (najczęściej 240 godzin rocznie dydaktyki – to daje 8 godzin zajęć tygodniowo) oraz wypełnianie obowiązków organizacyjnych i praca naukowa. Te dwa ostatnie nie są sprecyzowane. Zdarza się, że uczeni latami nic nie publikują, nie wykonują również prac organizacyjnych. I zazwyczaj nic im się nie dzieje.

Paradoksalnie pracownik na uczelni niepublicznej ma większą motywację do pracy naukowej niż pracownik uczelni publicznej. Z jednej strony rzadko może liczyć na pomoc swojego pracodawcy, gdyż ten raczej nie ma środków na badania naukowe. Jednak chcąc się rozwijać, powinien publikować, stara się więc być aktywny. Kiedy zaś zostanie zatrudniony na etacie w uczelni publicznej, może osiąść na laurach. Z rzadka musi wykazać się jakąś publikacją, mimo że łatwiej jest mu uczestniczyć w świecie naukowym – udział w konferencjach czy koszt publikacji pokrywa najczęściej uczelnia.

Do całego obrazu trzeba jeszcze dodać wszechobecny nepotyzm i kolesiostwo. Tajemnicą poliszynela są sytuacje w środowisku, gdzie stopień czy tytuł naukowy ktoś otrzymuje, bo jest w dobrej komitywie akurat z tymi, od których zależy awans. Albo też ma rodzica, dzięki któremu może szybko piąć się po szczeblach kariery. Nie wspominając już o zjawisku plagiatów nierzadko występującym w polskiej akademii, o czym szeroko pisze prof. Marek Wroński. To skandaliczne praktyki, ale bardzo rozpowszechnione. Przekłada się to na awanse, ale również na granty. Tu również nierzadko dochodzi do przyznawania środków ofertom zaprzyjaźnionych ludzi czy instytucji. I odwrotnie – osoby spoza kręgu towarzyskiego, rodziny czy partii mają bardzo utrudnioną drogę w górę. Poza aspektem moralnym, który jest oczywisty, ma to ogromny negatywny wpływ na poziom pracy naukowej reprezentowany przez akademię.

Wadliwe funkcjonowanie można również przypisać publikatorom naukowym. Teksty naukowe są oceniane formalnie – dzięki miejscu publikacji otrzymują określone punkty, a nie dzięki swojej jakości. Punkty te są przypisane często niesprawiedliwie, faworyzując niektóre wydawnictwa i dyskryminując inne. Problem leży przede wszystkim w tym, że stosowana jest tu ocena zbiorowa, a nie indywidualna. Nie sprzyja to ani rozwojowi nauki, ani ludzi nauki.

System cierpi także na grantozę i punktozę. Brak konkurencyjności, dyskryminacja uczelni niepublicznych oraz pozostałe wady sprawiają, że polska nauka ma się fatalnie. Oczywiście są wyjątki: wybitni uczeni, świetni dydaktycy, wielu zwyczajnie dobrych pracowników uczelni. Nie zmienia to jednak krytycznej oceny całości.

Od lat narzeka się, że system jest permanentnie niedofinansowany, że trzeba zwiększyć wyraźnie nakłady na naukę, aby Polska zaczęła się liczyć w świecie. Postulat zwiększenia nakładów na ten system wydaje się słuszny. To jednak da niewiele, jeśli nie zostanie on gruntownie przemodelowany.

Czy można go naprawić? Na pewno należy próbować. Dotychczasowe reformy niewiele dały. Bo tu potrzeba rewolucji.
Po pierwsze konieczne jest zrównanie w uprawnieniach uczelni publicznych z niepublicznymi pod względem uprawnień, traktowania, w szczególności finansowania. Oba rodzaje podmiotów powinny zacząć konkurować na rynku edukacyjnym i rynku nauki, co sprawi, że jakość studiów się podniesie, jak również poziom badań. To umożliwi szybszy rozwój uczelni i pracowników naukowo-dydaktycznych. Wpłynie pozytywnie na współpracę ze środowiskiem lokalnym, przyczyniając się do jego rozwoju.

Dwie podstawowe formy prowadzenia studiów – dzienne i zaoczne – powinny być, co do zasady, prowadzone we wszystkich uczelniach. A student mógłby sobie swobodnie wybierać, gdzie ma ochotę studiować. Mogłoby to funkcjonować trochę podobnie do placówek służby zdrowia – bez względu na to, czy placówka jest publiczna, czy prywatna – to jeżeli ma zawartą umowę z NFZ na świadczenie określonych usług medycznych – są one dla pacjentów bezpłatne. Zaś jeśli jej nie ma – może świadczyć usługi odpłatnie – jeżeli znajdą się chętni, gotowi zapłacić z własnych kieszeni za studia. W tym przypadku chodziłoby o posiadanie uprawnień do prowadzenia studiów na określonym kierunku wraz z określonym limitem miejsc – tak samo dla obu typów uczelni.

Jednym z rozwiązań mogłoby być wprowadzenie płatnych studiów dla wszystkich. Musiałoby być to połączone z systemem tanich, wspieranych przez państwo kredytów studenckich łatwo dostępnych dla potrzebujących. Państwo ograniczałoby się do łożenia na naukę, edukację na poziomie wyższym pozostawiając rynkowi. Jednak takie rozwiązanie wymagałoby zmiany Konstytucji RP, a nie widać możliwości poparcia takich rozwiązań przez zdecydowaną większość liczących się sił politycznych. Trzeba więc poszukać innego rozwiązania.

Dobrym wydaje się wprowadzenie bonu edukacyjnego. Dawałby on możliwość studiowania przez określony czas, np. przez 5 lat, za publiczne środki dla posiadacza bonu. Studia w większym zakresie wymagałyby nakładów z jego strony, chyba że miałby osiągnięcia, za które państwo byłoby skłonne dodatkowo zapłacić – np. wysoką średnią ocen, publikacje itp. To też spowodowałoby, że płace pracowników naukowo-dydaktycznych w obu rodzajach uczelni by się zrównały, co umożliwiłoby rozwój naukowy kadrze uczelni niepublicznych, na czym skorzystalibyśmy wszyscy jako społeczeństwo. Obecnie bowiem płace w uczelniach niepublicznych są niskie, co powoduje, że uczeni muszą podejmować pracę równolegle w innym miejscu – np. szkole, urzędzie itp.

Po drugie – powinno nastąpić wyraźniejsze rozłączenie dydaktyki i nauki wraz z wynagrodzeniem związanym z daną działalnością. Obecna sytuacja, gdzie na uczelni płaci się głównie za dydaktykę, a pracownik swój rozwój i status zawodowy zawdzięcza osiągnięciom naukowym, jest nielogiczny. Problem się pogłębia, kiedy sobie uświadomimy, że taki pracownik może jeszcze dostać dodatkowe, zwykle niemałe, wynagrodzenie za nadgodziny, czyli godziny zajęć dydaktycznych przekraczające tzw. pensum. A to się dzieje całkiem często. Znam sytuacje, gdy liczba godzin nadliczbowych przekracza liczbę godzin pensum, nawet kilkukrotnie. Pracownik tak obciążony nie może dobrze pracować. Nie ma czasu wystarczająco przygotować się do zajęć, nie też ma czasu na prowadzenie działalności naukowej. To obniża jakość jego pracy i hamuje rozwój. To nie tylko nie rozwija systemu, ale jest dla niego obciążeniem. Jeżeli zaś opisane zjawisko ma charakter częsty, a tak właśnie jest, to odciska swe piętno na całym sektorze.

Czas z tym skończyć. Trzeba wyraźnie określić część wynagrodzenia otrzymywaną za dydaktykę i konkretnie, szczegółowo tę za pracę naukową, jak również określić dodatki za pracę organizacyjną. Trzeba również wprowadzić limity obciążeń i to niezbyt wysokie, aby pracownicy w uczelniach mieli możliwość prowadzenia określonej działalności w sposób rzetelny i efektywny. Należy skończyć z gromadzeniem nadmiernym stanowisk, godzin nadliczbowych, członkostwem w niezliczonych radach, komisjach i innych gremiach. A jednocześnie każdą taką działalność wycenić i uczynić składnikiem wynagrodzenia.

Po trzecie – koniec z punktozą. Naukowcy skupiają się na działaniach o niskiej wartości naukowej przynoszących dużo punktów w systemach oceny, awansów lub nagród, zamiast poświęcać się rzetelnej pracy. To trzeba zmienić. Konieczna jest rezygnacja z formalnych ocen i parametrów, które czynią więcej szkody niż pożytku. Tu trzeba oprzeć system na ocenie eksperckiej, anonimizacji ocenianych publikacji, jak i losowaniu ekspertów oceniających. Konieczne jest zadbanie o etos zawodu uczonego, aby minimalizować sytuacje, gdzie ocena zależy od powiązań towarzyskich czy zawodowych, sympatii i animozji. Ocena powinna opierać się wyłącznie na czynnikach merytorycznych.

Podobnie należy zrezygnować z obecnego systemu grantów naukowych. Wydaje się, że znacznie lepsze będzie przyznawanie środków poszczególnym kierunkom na uczelniach – w zależności od liczby zatrudnionych osób, osiągnięć naukowych, wspólnych działań z otoczeniem lokalnym – wszystkimi sektorami, angażowaniem studentów w działalność naukową itp. Uczelnia w ramach własnych wewnętrznych jednostek rozdzielałaby środki na badania, tworząc zespoły badawcze. Wymagałoby to zwiększenia demokratycznego podejmowania decyzji w ramach komórek organizacyjnych, takich jak zakłady czy katedry. Tylko część środków byłaby przekazywana w formie grantów, ale w sposób zreformowany. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby określanie zapotrzebowania na badania przez zewnętrzne gremia – organy administracji publicznej, przedsiębiorców, organizacje pozarządowe – coś w rodzaju zamówień na opracowanie pewnych ważkich dla rozwoju kraju treści. Konieczne też byłoby dokładne określenie kryteriów przyznawania punktów i w konsekwencji środków, ograniczając uznanie administracyjne, tak szkodliwe dla prawidłowego funkcjonowania państwa.

Kolejnym koniecznym rozwiązaniem jest nadanie uczelniom prawdziwej autonomii. Obecnie autonomia to tylko pozory, nawet drobne kwestie związane z funkcjonowaniem uczelni, nawet niepublicznych, uregulowane są w ustawie i często wymagają decyzji administracyjnej samego ministra. To trzeba zmienić. Władza powinna uczelnie nadzorować, ale umożliwiać im swobodne działanie.

Wiąże się z tym konieczność znacznego zmniejszenia wymogów biurokratycznych i to na różnych poziomach – zaczynając od odchudzenia sylabusów i wniosków o uruchomienie kierunków (gdzie powinny zniknąć kryteria uznaniowe), poprzez ograniczenie sprawozdawczości, kończąc na likwidacji zbędnej dokumentacji. O tym, co jest nie tak, można mówić w nieskończoność. Znam liczne przykłady postępowań ciągnących się miesiącami związanych z najróżniejszymi rzeczami: ustaleniem wzoru dyplomu, zmianą nazwy uczelni, tworzeniem kierunków – to trwa strasznie długo i potyka się o liczne przeszkody formalne, które nic dobrego nie wnoszą, a są chyba tylko po to, by stanowić dowód potrzeby istnienia niektórych stanowisk urzędniczych. Dochodzi do sytuacji, gdzie ogranicza się uczelniom pobieranie opłat za najdrobniejsze usługi, które obligatoryjnie świadczyć muszą swoim studentom, np. opłata za dyplom i wiele innych. Powinna być w tych sprawach zachowana transparentność, cenniki powinny być jawne, ale żadna władza nie powinna w nie ingerować. I piszę tu nie tylko o studiach bezpłatnych, ale również odpłatnych. Skończmy z tym. Deregulacja jest konieczna.

Niezbędne jest również ułatwienie i uproszczenie wejścia na rynek uczelniany nowych podmiotów, jak również realizowania planów rozwojowych. Obecnie do założenia uczelni konieczne jest posiadanie aż 3 milionów złotych żywej gotówki. To bardzo dużo, szczególnie, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że do 2018 roku wystarczyło pół miliona i to wniesione nawet aportem. Należy koniecznie znacząco zmniejszyć tę kwotę, ponieważ obecna jest wysokością zaporową. Dodatkowo należy zmniejszyć bądź zlikwidować inne wymogi dotyczące zakładania i prowadzenia szkół wyższych. Podobnie z zakładaniem filii w innych miejscowościach czy uruchamiania nowych kierunków nauczania.
Wymogi powinny mieć charakter jasny, przejrzysty, obiektywny i logiczny. Żadnego uznania administracyjnego, jak ma to miejsce teraz. Wymogi również powinny mieć charakter minimalny, a nie optymalny, jak dzieje się to obecnie. Podam przykład – do wniosku o uruchomienie kierunku studiów trzeba przedstawić całą kadrę, która będzie prowadzić zajęcia – na cały okres trwania tych studiów. W przypadku studiów magisterskich to aż 5 lat, zaś wniosek musi zostać złożony na co najmniej 6 miesięcy od rozpoczęcia roku akademickiego, w którym te studia powinny się zacząć. Oznacza to, że w przypadku niektórych wykładowców minie 4-5 lat, zanim oni na tym kierunku rozpoczną prowadzenie zajęć. A już przy składaniu wniosku trzeba podać ich nie tylko nazwiska, ale pełne cv naukowe. Zarówno oni, jak i wnioskodawca powinni założyć, że za kilka lat będą ze sobą współpracować. To kompletny absurd, zupełnie nie ma potrzeby z takim wyprzedzeniem określać dokładnie kadry.
Aby jeszcze bardziej zobrazować tę kwestię, dodam, że wniosek o uruchomienie nowego kierunku często zawierają grubo ponad 1000 stron. To ogromny problem dla wielu uczelni, szczególnie mniejszych. Zaś te, które mają prawa do habilitacji w danej dziedzinie – są duże i silne – mogą w danej dziedzinie naukowej same bez zgody ministra uruchamiać nowe kierunki. A to właśnie one mają zasoby, by pisać takie wnioski, ale nie muszą. To tylko pogłębia nierówności między uczelniami, powodując dogorywanie małych i powstawanie molochów, gdzie jakość nie jest wcale najważniejszą wartością.

To zresztą powoduje, że liczba uczelni w Polsce gwałtownie spada. Przed dekadą było ich ponad 450, obecnie jest ich około 200 mniej, a trend pokazuje, że liczba ta ciągle spada. Mówi się, że pozostaną najsilniejsze ośrodki. Problem w tym, że uczelnie w największych miastach i pustka na prowincji to zły pomysł. Spadnie dostępność studiów, zmaleje konkurencyjność, prowincja dalej się będzie pauperyzować. To niekorzystne dla kraju i niezgodne z zasadą zrównoważonego rozwoju, jaka wbudowana jest w nasz system konstytucyjny.

Podobnie sprawowanie nadzoru. Kontrole ze strony ministerstwa nauki, Państwowej Komisji Akredytacyjnej i innych organów szkolnictwa wyższego pozostawiają wiele do życzenia. Brakuje obiektywnych kryteriów, panuje uznanie administracyjne, a wymogi odnośnie do uczelni są często niepotrzebnie śrubowane. Z drugiej strony w przypadku niektórych szkół wyższych, które permanentnie i rażąco łamią przepisy i nie stosują się do wymogów, kontrole są powolne, trwają długo i umożliwiają trwanie patologii latami.

To także musi się zmienić. Postuluję rezygnację z większości wymogów oraz pozostawienie tylko niezbędnych, podstawowych. I rygorystyczne dbanie o ich przestrzeganie. To umożliwi krótkie, obiektywne i konkretne kontrole, dające szybkie wyniki. Musi to mieć przy tym wymiar transparentny i obiektywny. Każda kontrola powinna oceniać uczelnie czy kierunek, który jest kontrolowany w sposób inny niż teraz. Po pierwsze musi zaistnieć badanie, czy spełnione są wszystkie kryteria – odchudzone, jak wspomniałem niżej, i możliwe do szybkiego sprawdzenia. Myślę, że każda rzetelna uczelnia je spełni. Do tego dodałbym oceny różnych parametrów składających się na jakość uczelni. Byłyby ich dwa rodzaje – obligatoryjne oraz fakultatywne. Byłyby one oceniane w punktach w ustalonej skali. Następnie byłoby to publikowane i powstawałby ranking uczelni i kierunków. Każdy miałby możliwość wglądu do tego rankingu, mając możliwość wzięcia pod uwagę go przy wyborze studiów. Ranking ten byłby na bieżąco uzupełniany i aktualizowany.

Dopiero tak zmieniony system szkolnictwa wyższego byłby gotowy na wchłonięcie i dobre wykorzystanie dodatkowych środków z budżetu. Bo nie oszukujmy się, szkolnictwo wyższe i nauka to bardzo ważne elementy gospodarki. Ciągle są one w Polsce niedofinansowane. Ale obecny stan powoduje, że inwestycja kolejnych środków mogłaby się zmarnować. Stąd najpierw głęboka reforma, a później dodatkowe zasoby.
Bo z obecnym systemem nauki i szkolnictwa wyższego jest jak z dziurawym wiadrem: jeśli wiadro jest nieszczelne, to ile by do niego nie wlać wody – i tak wszystko wypłynie.

Krzysztof Księski – ur. 1979 r., doktor nauk prawnych, radca prawny, związany jako wykładowca z Europejską Uczelnią Społeczno-Techniczną im. Sługi Bożego Roberta Schumana, gdzie sprawuje również funkcję rektora. Autor licznych publikacji naukowych i popularnonaukowych. Założyciel i prezes Lubelskiego Stowarzyszenia Fantastyki „Cytadela Syriusza”, prezes Fundacji Po Innej Stronie Mocy i fundator Fundacji Hesperos. Koordynator wielu imprez i projektów kulturalnych w Lublinie i na Lubelszczyźnie, w tym Festiwalu Falkon, współzałożyciel Domu Kultury Narnia i Fantastycznego Centrum Kultury. Jest aktywnym uczestnikiem lubelskiego życia społecznego.

Kultura Enter
2021/02 nr 100

Czarno-biała fotografia z białymi szatami na wieszakach.

Fot. Roman Kravchenko.