Strona główna/ESEJ. Wyobrażone mury, wirtualne mosty

ESEJ. Wyobrażone mury, wirtualne mosty

Wyobrażone mury, wirtualne mosty
Mykoła Riabczuk
w przekładzie Andrija Sawenecia

 

  1. Kolekcja symulakrów

Jedyny most, który zdarzyło mi się widzieć w dzieciństwie, przecinał rzekę Styr, oddzielając miasto Łuck od wsi Rowańce, gdzie spędzałem u dziadków wakacje szkolne. Był to most kolejowy, zamknięty dla pieszych. Mogli tam wchodzić jedynie żołnierze z usytuowanego obok garnizonu, a także od czasu do czasu kolejarze pod ścisłym nadzorem tychże żołnierzy.

Całe okoliczne tereny ogrodzone były drutem kolczastym, a przy samym moście wznosiła się wieża strażnicza. Nie przeszkadzało to jednak nam dzieciakom przedostawać się na zakazany teren – całe szczęście, że nie zaminowany – w poszukiwaniach jeżyn, agrestu lub ustronnego miejsca w krzakach do łapania ryb. Miasto było tuż obok, na przeciwnym brzegu rzeki, ale żeby tam trafić, trzeba było trochę przejść się w dół rzeki do promu. Albo też, jeśli była zima, przejść rzekę po lodzie. Problemy pojawiały się późną jesienią, gdy rzekę ścinał lód – zbyt cienki, aby po nim chodzić, a zarazem dość mocny, aby zablokować prom. Mieszkańce wsi na kilka tygodni okazywali się prawie całkiem odcięci od świata. W krytycznym przypadku mogli oczywiście przejść się jeszcze dalej w dół rzeki, do mostu samochodowego. Miał to być jednak przypadek rzeczywiście bardzo krytyczny, żeby telepać się do miasta dziesięć kilometrów w błocie.

Ciekawe, że nigdy nie słyszałem narzekań z powodu niedostępności mostu kolejowego. Wznosił się na oczach wszystkich i miasto za nim wydawało się wyjątkowo łatwo dostępne. Z jakiegoś jednak powodu nikt o tej najkrótszej drodze nawet nie marzył. Most, jak się wydawało, był zamknięty nie tylko dla ludzi, lecz także dla ich myśli.

Nikt nie miał pojęcia, dlaczego jest tak pilnie strzeżony. Wątpliwe było, by podstępnych dywersantów i szpiegów mogła zainteresować podrzędna bocznica, którą przejeżdżało jedynie kilka pociągów dziennie. Most ten, jak przypuszczam, był sakralnym obiektem, symbolem państwowej wszechobecności i baczności, tajemniczości i niepojętości – w najlepszych tradycjach Franza Kafki.

Być może to właśnie z tych dziecięcych doświadczeń wywodzi się moja późniejsza nieufność dla metafory „łukowych mostów przyjaźni”, które podobno łączą narody w pompatycznym i pustym sowieckim micie. Ten bowiem most, w którego pobliżu łapałem ryby i zbierałem jeżyny, był tak naprawdę murem, ściemą, kafkowską chimerą. Później napotkałem jeszcze dużo takich symulakrów – na sowieckiej granicy, na tej austriackiej, niemieckiej… Moje ostatnie i być może najważniejsze przeżycie z tego rodzaju pochodzi z Doniecka – miasta, które odwiedziłem po raz ostatni na rok przed wojną.

Spośród najbardziej interesujących tamtejszych atrakcji szczególnie utkwił mi w pamięci „Most Przyjaźni Ukraińsko-Rosyjskiej” na wysokim brzegu Kalmiusa. Przypominał nie tyle most, ile raczej trampolinę do skoków do wody. Albo być może też wieżę spadochronową. Wyglądał jako zaproszenie dla Rosjan: że niby my zbudowaliśmy swoje pięć metrów, teraz wy zbudujcie swoje pięćset z drugiej strony. Była to raczej moja ironia, nie zaś twórców tego pomnika. Oni chyba całkiem na serio ozdobili go brzózkami i kalinami, godłami i flagami, a także dwoma babiszonami, z których jeden miał na głowie wianuszek, a drugi kokosznik.

Największe jednak wrażenie robiły dwie postacie, które nie wiadomo jakim cudem wepchnęły się do tego panteonu. Były to podobizny Kubusia Puchatka i Prosiaczka, które spacerowały mostem, trzymając się za ręce, to znaczy, za łapki, i wzbudzały we mnie nieprzeparte podejrzenie co do ukrytej ironii, a wręcz kpiny autorów tego arcydzieła. Jeżeli bowiem założyć, że Kubuś Puchatek, jak niedźwiedziowi przystało, symbolizuje Rosję, to Ukraina wtedy jest Świnią, to znaczy prosięciem. Jeżeli zaś jest odwrotnie – Kubuś Puchatek to olbrzym Janukowycz, a maleństwo Prosiaczek to kremlowski karzeł – symbolizm okazuje się jeszcze bardziej wywrotowy.

Podzieliłem się swoimi wątpliwościami z miejscowym kolega, który mi towarzyszył, na co ten desperacko zamachał rękami: cicho, bo jeszcze ktoś usłyszy!…

Most właśnie tak, jak przypuszczałem, w rzeczywistości był murem.

Po jakimś roku, półtora wszystkie te „mosty” zamieniły się w monumentalne mury.

  1. Mury w głowie

Jesienią 2001 roku opublikowałem artykuł pod prowokacyjnym tytułem Dwie Ukrainy, który zyskał nie tylko zwolenników, lecz także zagorzałych krytyków, zwłaszcza wśród tych, którzy samego artykułu nie czytali, za to znali jego tytuł. Ich zdaniem perfidnie podzieliłem Ukrainę, demonizowałem Wschód, wyolbrzymiłem regionalne odmienności i szczodrze dolałem wody na kremlowski młyn.

Przypominało mi to linczowanie kuriera, który dostarczył złe wiadomości, lub też narzekanie na lekarza, który postawił nieprzyjemną diagnozę. Mimo że w rzeczywistości nawet nie myślałem o tym, by przeciwstawiać sobie ukraiński Wschód i Zachód czy też użytkowników języka rosyjskiego i ukraińskiego. Mówiłem o rzeczach bardziej poważnych: o dwóch niedających się pogodzić projektach narodowych, o dwóch rodzajach tożsamości i dwóch dość odmiennych systemach wartości. Nie chodziło mi wcale o mury między ukraińskimi regionami, tylko o mury w ukraińskich głowach. Jeżeli ponad jedna trzecia obywateli naszego kraju według danych socjologów nigdy w życiu nie była za granicą swojego obwodu, a kolejna jedna trzecia wyjeżdżała poza tę granicę tylko jeden raz, to przezwyciężyć ich stereotypowe wyobrażenia o sobie nawzajem było wysoce problematyczne.

W 2006 roku socjologowie z Centrum im. Razumkowa poprosili swoich respondentów o ocenienie w skali 1–10, za jak bardzo bliskich sobie „ze względu na charakter, zwyczaje, tradycje”  uważają mieszkańców różnych regionów Ukrainy i niektórych sąsiednich państw. Mieszkańców Kijowa i centralnej Ukrainy w sposób całkiem przewidywalny uznano za najbliższych, natomiast obywateli sąsiednich krajów za najdalszych. W ten paradygmat nie wpisali się jednak mieszkańcy Białorusi I Rosji: okazali się przeciętnemu Ukraińcowi wyraźnie bliżsi niż mieszkańcy Ukrainy Zachodniej.

O ile domniemane pokrewieństwo z Rosjanami jeszcze można było jakoś wytłumaczyć wysokim odsetkiem etnicznych Rosjan i osób rosyjskojęzycznych w samej Ukrainie oraz faktyczną dominacją w kraju rosyjskich mediów i kultury masowej z właściwą im glamuryzacją wszystkiego, co rosyjskie, to wyobrażenia Ukraińców na temat rzekomej „bliskości” Białorusinów nie miały żadnego uzasadnienia – ani tego rzeczywistego, bazującego na osobistych doświadczeniach, ani nawet tego wirtualnego, opartego o media i kulturę masową. Ta „Białoruś”, którą mają w swoich umysłach, nijak się ma do rzeczywistej Białorusi, w której absolutna większość Ukraińców przenigdy nie bywała, żywych Białorusinów nie widziała, a na temat tamtejszej historii i kultury wie nie więcej niż o tej mołdawskiej lub słowackiej. „Białorusini”, którzy wydają im się niezwykle bliscy, nawet bliżsi niż mieszkańcy Ukrainy Zachodniej, są czystym ideologemem, częścią imperialnego mitu o trzech „bratnich” narodach, które koniecznie powinny być „spokrewnione”. To wyobrażenie nie potrzebuje faktów, nie potrzebuje wiedzy: mit, jak wiadomo, nie wymaga udowodnienia i nie da się go w żaden logiczny sposób obalić: „Białorusinów” w ogóle nie trzeba znać, żeby szczerze wierzyć, że są „nasi”, rusko-sowieccy, prawosławni, wschodniosłowiańscy.

Przypuszczam, że Rosjanie w tych wyobrażeniach są tak samo fikcyjni, podobnie jak fikcyjni są mieszkańcy Ukrainy Zachodniej, których świadomość przeciętnego Ukraińca stawia („ze względu na charakter, zwyczaje, tradycje”) w jednym szeregu z obcokrajowcami. Nie koniecznie oznacza to, że Rosjanie lub Białorusini są „dobrzy”, a zachodni Ukraińcy są „źli”. Oznacza to jedynie, że jedni z nich to są „nasi” (nawet jeśli źli), drudzy zaś „obcy” (nawet jeśli dobrzy). Możemy ile dusza zapragnie kpić z tej infantylnej, mitologicznej świadomości, a jednak to właśnie ona wyznacza zachowanie milionów ludzi i w tym sensie jest bardziej znacząca niż ta rzeczywistość, która wydaje się nam obiektywną. Z kolei te bariery, które ona buduje – między różnymi grupami, między regionami, między Ukrainą a światem – nie są tak łatwe do przezwyciężenia, biorąc pod uwagę żywotność mitu i jego zasadniczą odporność wobec wszelkich faktów i argumentów.

Nie tak dawno temu (w roku 2016) socjologowie z Centrum im. Razumkowa powtórzyli swoje badanie opinii publicznej, co prawda nieco zmieniając jego parametry. W ten sposób niestety uniemożliwili bezpośrednie porównanie jego wyników z tymi sprzed 10 lat oraz znacząco utrudnili m.in. wyjaśnienie wpływu Euromajdanu i niewypowiedzianej wojny rosyjsko-ukraińskiej na postrzeganie przez Ukraińców różnic międzyregionalnych we własnym kraju. Mimo wszystko przynajmniej jedną osobliwość sondażu z roku 2006 da się prześledzić również w wynikach tego nowego: Rosjanie nadal (mimo agresji wojskowej) pozostają dla większości Ukraińców najważniejszym „naszym” w jednym szeregu z mieszkańcami Ukrainy Centralnej, podczas gdy mieszkańcy Galicji nadal pozostają najważniejszym „obcym” obok obywateli Unii Europejskiej.

Mimo braku w tym nowym sondażu pytania o Białorusinów można z pewnością stwierdzić, że Ukraińcy w swojej masie wciąż utożsamiają się z wyobrażoną prawosławno-wschodniosłowiańską wspólnotą „naszych” oraz zaliczają do „obcych” wszystkich tych, którzy pod kątem swoich „tradycji i poglądów” do tej wspólnoty się nie kwalifikują. W tym sensie „dwie Ukrainy” to dwie wspólnoty, z których jedna zdecydowanie nie uznaje tak zwanych „naszych” za swoich, podczas gdy druga nijak nie może z tymi „naszymi” się pożegnać.

  1. Mosty podpułkownika Nicholsona

W powieści Pierre’a Boulle’a Most na rzece Kwai (1952) oraz nieco późniejszym filmie na jej podstawie (1957) brytyjski podpułkownik Nicholson buduje most, który ostatecznie okazuje się murem – między nim a jego rodakami, między jego moralnymi przekonaniami a wymaganiami czasów wojennych, między dumą zawodową a patriotycznym obowiązkiem. Zmyślona akcja toczy się w realnych okolicznościach – na budowie Kolei Birmańskiej, która miała połączyć w 1943 roku Rangun i Bangkok. Nicholson jest jednym z wielu jeńców wojennych, których Japończycy zmuszają do pracy na budowie. Pokazuje siebie w filmie jako człowieka uczciwego i odważnego, o wysokim poczuciu godności i twardych zasadach. Mimo to kolaboruje z wrogiem i jako starszy oficer nakłania swoich podwładnych do uczciwej i skutecznej pracy bez sabotażu. Nicholson nie kieruje się własnym interesem, szczerze wierząc w to, że wojna wcześniej czy później się skończy, most zaś pozostanie i będzie służył ludziom. Jest przekonany o tym, że tylko w ten sposób – swoją lepszą pracą i wyższą umiejętnością – brytyjscy jeńcy mogą udowodnić własną przewagę nad Japończykami. W końcu próbuje uratować dopiero co zbudowany most przed swoimi rodakami, którzy chcą wysadzić go w powietrze. I przypłaca też życiem za swoją perwersyjną dumę zawodową i niezdrowy perfekcjonizm.

W ostatnich latach przypominam sobie tę historię za każdym razem, gdy dobroduszni koledzy na Zachodzie nawołują mnie do przerzucania mostów do rosyjskich przyjaciół zamiast odgradzania się od nich murami. Podajcie sobie ręce, mówią, macie przecież tyle wspólnego. Kontynuujcie dialog. Wojna bowiem wcześniej czy później się skończy, przekłady zaś pozostaną, podobnie jak piosenki i muzyka; nie warto poświęcać więzy przyjaźni dla przelotnych i na ogół drobnych sprzeczek.

Problem polega jednak na tym, że te „sprzeczki” nie są bynajmniej drobne i niestety nieprzelotne. Trwają już od kilku stuleci i toczą się nie przez kawał ziemi czy umowę handlową z Unią Europejską. W rzeczywistości dotyczą samej istoty narodu ukraińskiego, jego prawa na istnienie, jego własnego języka, kultury, suwerenności, godności.

Studiowałem w Moskwie w latach osiemdziesiątych i miałem na ogół niezłe relacje z rosyjskimi kolegami z roku, sukcesywnie jednak zaprzestałem kontaktów prawie ze wszystkimi. I zdarzyło się to nie w roku 2014, gdy Rosja wdarła się na Krym, a potem także na Donbas do wtóru ekstatycznych krzyków swoich obywateli. Odbyło się to dużo wcześniej, jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy Ukraina uzyskała niepodległość i wszyscy moi rosyjscy koledzy odpowiedzieli na nią źle ukrytą irytacją i świniowatymi dowcipami. „Jesteśmy przecież jednym narodem! – zaklinali. – Nie mamy o co się kłócić!”. Tyle że tamta ich „jedność” z jakiegoś powodu zawsze była jednostronna: to właśnie my Ukraińcy mieli stawać się „jednym narodem” z nimi, nie zaś na odwrót.

Mimo całego szacunku do zagranicznych kolegów nie jestem gotów, by dać się uwieść ich beztroskiemu pacyfizmowi i zająć przerzucaniem „mostów” do Rosji – przynajmniej dopóki rosyjscy najemnicy zabijają naszych ludzi przy milczącej zgodzie absolutnej większości Rosjan. Niech najpierw zaprzestaną ostrzałów, wycofają swoje wojska z Ukrainy, odwiozą go Hagi swoich liliputinów – i też dopiero wtedy będziemy mogli rozpocząć dialog, który będzie miał sens. Do tego zaś czasu wszystkie budowane przez nas „mosty” będą przypominać most podpułkownika Nicholsona przez rzekę Kwai. Te mosty nie zburzą murów i nie obalą stereotypów, które odgradzają Rosjan od realnej Ukrainy. Ułatwią natomiast ruch w naszą stronę ich czołgów, agentów i propagandy. Deklaracje naszych „gwiazd” popkultury o tym, że ponoć w Moskwie wyśpiewują i gibają się nie dla Putina, tylko dla wspaniałych i, rzecz jasna, bratnich dla nich Rosjan, brzmią mniej więcej tak samo, jak usprawiedliwienia występów w Berlinie podczas drugiej wojny światowej. Tam również byli tacy, którzy służyli sztuce, a nie brudnej polityce, i śpiewali wcale nie dla Hitlera.

I bez tego już zbudowaliśmy zbyt dużo „mostów” do Rosji i pozwoliliśmy Rosjanom zbudować jeszcze więcej mostów trojańskich do nas, aż do tego ostatniego przez Cieśninę Kerczeńską. To właśnie przez te „mosty” wwozili do nas swój cement, swoje cegły i beton, wznosząc mury w głowach naszych ludzi, mury między różnymi grupami i regionami, między Ukrainą a światem. W warunkach wojny jest najwyższa pora, by wysadzić te „mosty” w powietrze. I też zbudować zamiast nich jeden, ale naprawdę potężny mur, który oddzieliłby nas od Mordoru na wschodzie. Będzie to trudne, kosztowne i być może dla niektórych wręcz bolesne. Cały kraj nie może być jednak zakładnikiem cioci Kławy, której koniecznie trzeba odwiedzić rodzinę w Moskwie, lub wujka Petra, któremu nie ma gdzie pojechać na saksy oprócz Tiumeni. Jakkolwiek przykre to jest, wszelkie kontakty z wrogiem podczas wojny pachną kolaboracją. Powinniśmy uczciwie powiedzieć to naszym współobywatelom i naszym zagranicznym przyjaciołom – przy całym szacunku do podpułkownika Nicholsona i jego inżynierskiego perfekcjonizmu.

Mykoła Riabczuk
Tłumaczył z ukraińskiego Andrij Saweneć

Mykoła Riabczuk – ukraiński publicysta, poeta, eseista i tłumacz, wykładowca, wieloletni dyrektor ukraińskiego PEN Clubu i juror Nagrody Literackiej Europy Środkowej „Angelus”.

 

Kultura Enter, 2019/02 nr 88

Mykoła Riabczuk gdzieś w dalekiej Ameryce, 2019. Fotografia dzięki uprzejmości autora.

Mykoła Riabczuk gdzieś w dalekiej Ameryce, 2019. Fotografia dzięki uprzejmości autora.