Strona główna/Odcienie alternatywy

Odcienie alternatywy

DSC_1735_v2Festiwalowe święto teatralne zazwyczaj daje możliwość uchwycenia nowych prądów, przemian i tendencji teatralnych. Doświadczenie to jest bezcenne w przypadku toruńskiej KLAMRY przede wszystkim ze względu na fakt, że twórcy ruchu alternatywnego dysponują większą swobodą. Sami wyznaczają tematykę swoich przedstawień, tempo i rytm pracy oraz datę ewentualnej premiery. Podczas tegorocznych Spotkań dało się zaobserwować kilka nurtów, którymi płynie alternatywa.

Festiwal otworzył spektakl Przejście Leszka Mądzika z muzyką Tomasza Stańki. W mrocznej, ciemnej przestrzeni rozbrzmiewa hipnotyzująca muzyka z charakterystyczną dla Stańki trąbką. Mamy tu do czynienia z plastyczno-muzyczną opowieścią o pięknie ludzkiego ciała, jego czystości, nieskazitelności i świętości. Mądzik każe widzowi patrzeć w dół, komponując przestrzeń w innej niż zazwyczaj perspektywie. Musi on bowiem spoglądać w dół przestrzeni scenicznej, jakby w czeluści świata.

Po raz kolejny nie zabrakło na KLAMRZE spektakli tanecznych. Marta Zawadzka z Teatrem Soma pokazała spektakl 1023 kJ, oparty głównie na stylistyce tańca współczesnego. Pięć kobiecych postaci umieszczonych w przestrzeni industrialnej przedstawiało impresje na temat energii i sposobów jej przemieszczania się. Natomiast Iwona Gilarska w przedstawieniu Z nieba do ziemi opowiedziała historię życia kobiety-motyla. Jej spektakl był drugą częścią tryptyku, nad którym tancerka pracuje w ostatnich latach. Zespół Maat Projekt przywiózł ze sobą Indukcje – opowieść o podwójnej tożsamości człowieka, o jego dualności i konfliktach z tego wynikających. Kiedy człowiek pozostaje prawdziwy? Wtedy, gdy używa języka werbalnego i próbuje komunikować się z ludźmi? Czy też wtedy, gdy zaczyna mówić jego ciało, a on pozostaje sam ze sobą, w swoim wewnętrznym, duchowym świecie? Warto wspomnieć, że Tomasz Bazan tym razem zaprosił do współpracy Jacka Poniedziałka. Zdecydowaną pomyłką repertuarową festiwalu był natomiast spektakl Teatru KTO, pt. Święci tego tygodnia. Niski, niewybredny, slapstickowy dowcip, długawa historia i serialowe aktorstwo z zagrywaniem do widza wyraźnie odstawały od pozostałych propozycji.

Oswajanie śmierci

Teatr Cinema zaprezentował swój ostatni spektakl – Hotel Dieu. Umiłowanie ruchu i gestu codziennego, rytmicznie powtarzane sekwencje kroków i gestów oraz słowo traktowane tak, jakby było mało istotnym dodatkiem, to podstawowe cechy Cinemy. Jak mówi Zbigniew Szumski w wywiadzie udzielonym do klamrowej gazety festiwalowej: „spektakl dzieje się w jednym pomieszczeniu, pokoju w Hotelu Dieu, który znaczy to samo, co przytułek, w takim ubogim Kantorowskim pokoju”. W Hotelu Boga, w przestrzeni przechodniej, pozbawionej znamion miejsca, w którym można się zadomowić, rozgrywa się opowieść o śmierci i przemijaniu człowieka. Jak zwykle w przypadku Cinemy zgrzebną przestrzeń wypełnia kilka ciężkich, zniszczonych ław i stołów, które aktorzy naprzemiennie dźwigają. Warto zaznaczyć, że pretekstem do powstania przedstawienia był wiersz Wisławy Szymborskiej, pt. Tortury. „Spodobał mi się wiersz, ponieważ wydaje mi się, że został zbudowany wokół rytmu obrazów, a nie wokół rytmu słów” – dodaje Szumski.

Nic się nie zmieniło.
Ciało jest bolesne,
jeść musi i oddychać powietrzem, i spać,

ma cienka skórę, a tuż pod nią krew,
ma spory zasób zębów i paznokci,
kości jego łamliwe, stawy rozciągliwe.

W torturach jest wszystko brane pod uwagę.

– aktorzy wypowiadają jego fragmenty, wykonując przy tym bardzo często czynności, które męczą ich ciało. Mówią po cichu, mamroczą od niechcenia, albo recytują, wykrzykują i wysapują te słowa, wpisując samą czynność wypowiadania w krąg męczarni, jakim poddawane jest ciało człowieka. Wiersz rozbrzmiewa w trzech językach (polskim, niemieckim i włoskim), co dodatkowo podkreśla sztuczność, mechaniczność i obcość związaną z procesem komunikowania się za pomocą słów. Przedstawienie jest opowieścią o losach ludzkiego ciała. Wielokrotnie pojawia się tu refleksja dotycząca podziału człowieka na niskie ciało i ubóstwianą duszę. Z czego składa się człowiek? Gdzie znajduje się dusza, gdy jeszcze jest w ciele? Gdzie ulatuje dusza? Co dzieje się, z ciałem człowieka, gdy duszy w nim już nie ma? I czy ciało bez duszy jest jeszcze ludzkie?

Ciało aktora gra tu zwłoki – czyli materię zwleczoną z człowieka. Jest poddawane torturom, opresji, nigdy nie zaznaje spokoju, stale się męczy. Jest spocone, umęczone i napięte. Repetycje sekwencji ruchowych zachodzą w sposób mechaniczny, jakby poza kontrolą i wolą umysłu. Jedna z pierwszych scen przedstawia ludzi, którzy powtarzają te same sekwencje ruchów i gestów w sposób przypominający poszukiwania źródeł energii poruszającego się ciała. Trzymają się rękawów marynarki, które wyglądają jak martwe ręce czyjegoś ciała, jak zwłoki pozbawione już duszy. Sposób ich poruszania sugeruje, że to marynarka – martwy przedmiot, wysyła impulsy do ruchu i szarpie żyjącego człowieka, próbując go ożywić.

Na scenie pojawia się postać w niepokojącej masce. Czarny, płócienny worek z namalowaną białą farbą czaszką przypomina postać z Krzyku Muncha. W innej scenie takie same maski zakładają wszyscy aktorzy. W pewnym momencie mamy do czynienia z przejmującym tańcem śmierci, która zabiera z tego świata kolejnych mieszkańców dziwnego hotelu. Jej obecności na scenie bardzo często towarzyszy muzyka pieśni żałobnych. Nie brakuje w Hotelu Dieu także scen humorystycznych, utrzymanych w konwencji dowcipów Monthy Pythona, pełnych absurdu i świadomego przełamywania nastroju powagi. Dzieje się tak na przykład w scenie jedzenia zupy. Aktorzy powtarzają bardzo równo te same gesty, jednocześnie burząc ich rytm poprzez strzelanie do siebie z plastikowych pistoletów.

Teatr Cinema zaprosił widzów do obejrzenia historii o losach ludzkiego ciała, połączonej z rozważaniami nad tematem śmierci, która w Hotelu Dieu raz jest mistyczna i poważna, innym zaś razem banalna i codzienna.

Siła wspomnień i tańca

Twórczość Szymborskiej stała się źródłem inspiracji także dla aktorek z Teatru Węgajty/Projektu Terenowego. Spektakl Prolog komedii. Sceny pomiędzy poezją a dokumentem jest o tyle wyjątkowy w działalności teatru, że nie pracował przy nim Wacław Sobaszek. Jego powstanie to owoc spotkania czterech kobiet – aktorek Mute Sobaszek i Zofii Bartoszewskiej, ponad osiemdziesięcioletniej mieszkanki warmińskiej wsi Nowe Kawkowo Anny Wojtyniak oraz poetki – Wisławy Szymborskiej.

Pierwszą część spektaklu stanowi niezwykły film dokumentalny, pokazujący życie pani Anny. Z jej słów, a także opowieści bliskich, wyłania się obraz kobiety, która przez całe swoje życie kochała taniec. Smutna opowieść o życiu, które przeżyło się inaczej niż się tego pragnęło, przeplata się z dowcipną, subtelną grą słów – które w ustach pani Anny brzmią jak poezja – oraz z obrazami, które zarejestrowała kamera. Prosty, skromny domeczek, wypełniające go zniszczone przedmioty, kot, który wskakuje na stół oraz stara twarz i zmęczone ciało bohaterki filmu. Opowieść kobiety swym nastrojem przywodzi na myśl książkę Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze? Aglaji Veteranyi.

Sposób budowania metafor i poetyckość języka Anny Wojtyniak aktorkom teatru przypominały poetycki język Wisławy Szymborskiej. Tak powstał spektakl, który je połączył. Twórczynie opowiedziały historię pani Anny, wyłuskując z jej wypowiedzi momenty najważniejsze i najbardziej znaczące – gorącą miłość do tańca, poczucie, że gdy słyszy muzykę, to nogi same tańczą, marzenie o pracy w cyrku, spotkanie z ukochanym mężczyzną, który w nim pracował i niezgoda rodziców na wybór takiego życia, małżeństwo z rozsądku, rodzenie dzieci i ciężka praca fizyczna oraz chwile wytchnienia i radości znajdowane w tańcu przy niemal każdej okazji. Aktorki w umiejętny sposób zespoliły wypowiedzi kobiety z poezją noblistki. Słowa obu są na tyle podobne, że widzowi, który nie jest znawcą poezji Szymborskiej, trudno rozróżnić, które słowa napisała poetka, a które wypowiedziała mieszkanka Nowego Kawkowa.

Pod względem formy teatralnej spektakl jest bardzo prosty, zarówno jeśli chodzi o pomysł na przestrzeń sceniczną, jak i aktorstwo – oparte na improwizacji i muzyce. Kwestie są tu w zasadzie wyśpiewywane przez aktorki. W każdym momencie starają się wydobywać muzyczność brzmienia i barwy słów. Większość scen ma charakter umowny. Biała, ażurowa serwetka leżąca na stole raz staje się welonem ślubnym, innym razem fartuszkiem albo chusteczką, jeszcze innym – prześcieradłem na łożu małżeńskim. Akordeon bywa maszyną do pisania, a stół, przy którym siedzą poetka i jej sekretarka skrzętnie notująca każde słowo, w następnym momencie jest wspomnianym łożem małżeńskim albo krzesłem. Podobnie wygląda improwizowanie aktorek. Kobiety żonglują z niezwykłą lekkością i łatwością rolami osób, które pojawiają się w życiu pani Anny. Mute Sobaszek raz jest poetką, a kiedy indziej mężem głównej bohaterki, który w scenie pozowania do ślubnej fotografii wygląda jak zawadiacki chłopak. Trudno odnaleźć w niej jakiekolwiek znamiona kobiecości.

Główną siłą napędową spektaklu jest muzyka wykonywana na żywo. Kobiety grają na wielkim bębnie i akordeonie, a także wykorzystują do granic możliwości dźwiękowe umiejętności swoich ciał – śpiewają i gwiżdżą, świszczą i wystukują rytmy bosymi stopami, nucą i klaszczą. W programie spektaklu piszą:

Szanowne Panie, Pani Wisławo i Pani Andziu!
(…) Wy się Panie wzajemnie nie znacie, ale Wasze wypowiedzi wspaniale się dopełniają i stają się dialogiem.
Pani Wisławo, Pani partnerka w tym dialogu, Anna Wojtyniak, osiemdziesięcioletnia mieszkanka warmińskiej wsi Nowe Kawkowo, prawdopodobnie nie poznała Pani poezji, ale ma podobną do Pani wrażliwość na słowa. Nie zadowala się gotowymi frazami, nie pisze wierszy, ale mówiąc tworzy język na nowo.
Pani Andziu, Pani partnerka w tym dialogu, Wisława Szymborska, ma podobny do Pani stosunek do rzeczywistości, potrafi rzeczy nazywać po imieniu. Jest znaną poetką, można czytać Jej wiersze w książkach. Tak jak Pani „letko” znajduje właściwe słowa.

Czy dobro w ogóle istnieje?

W zupełnie innej konwencji utrzymany został spektakl Teatru Usta Usta pt. 777. Już samo rozpoczęcie widowiska, czy może performansu wprowadzało widza w niemałe zaskoczenie. Czteroosobowe grupy widzów co kilka minut wkraczały w osobliwą przestrzeń kasyna, piekielnego salonu gier(?). Witani przez eleganckiego mężczyznę prowadzeni byli do pokoju, w którym zawierali pewien kontrakt, chciałoby się powiedzieć diabelski pakt, dotyczący zasad gry. jeśli się na nią zdecydowali, pod żadnym pozorem nie mogli naruszyć zasad i opuścić miejsca wydarzenia. Następnie przechodzili do sali gier, gdzie rozgrywała się cała akcja widowiska.

Panował w niej kawiarniany, dekadencki półmrok, opary dymu, niepokojąca muzyka i światło sączące się z lamp dyndających nad stolikami podobnymi do tych, jakie można spotkać w kasynach. Wszystkie rozmowy prowadzone przez krupierów cechowały się luzem i naturalnością. Widz, a w zasadzie uczestnik tego wydarzenia miał spory wpływ na to, jak ona przebiegnie. Co jakiś czas (najpewniej co 7 minut, dlatego, że liczba 7 miała w spektaklu istotne znaczenie) do grupy widzów podchodził przewodnik po tym świecie i prowadził ich do innego stolika.

A co działo się przy stolikach? Rozgrywała się gra o nasze życie i o szczęście, bez którego tak trudno się obyć. Ustawiano nas zawsze w opozycji wygrany-przegrany. Niewinna gra w karty, niby przypadkiem w wojnę, stawiała niewygodne pytanie o to, kto w rzeczywistości ją wygrywa i czy wygrana powinna być powodem do radości. Zabawa w wybór kolorów stawała się w istocie grą o los drugiego człowieka. O jego życie lub śmierć. Porada u nęcącej wróżki, czy może call-girl przepowiadającej miłosne perypetie człowieka, przeobrażała się niepostrzeżenie w piętnowanie nieszczęśliwą miłością. Bo przecież prawdziwa, bezinteresowna miłość nie istnieje. Zawsze jest tylko grą, wojną toczoną pomiędzy kochankami o władzę i panowanie nad uzależnionym ciałem. Nienasycenie, pożądanie, zwierzęca bezwzględność i pragnienie ciągłego wygrywania były tymi emocjami człowieka, które najsilniej zainspirowały twórców widowiska.

Mocne, bezkompromisowe i podstępne zarazem pytania długo dźwięczały w mojej głowie. Fascynująca, hipnotyzująca, niezwykła podróż do piekła ludzkiej duszy chyba we wszystkich uczestnikach tego przerażającego seansu pozostawiła ogromne wrażenie. Zupełnie nie dziwi więc, że Teatr Usta Usta zdobył w tym roku nagrodę publiczności.

Magdalena Jasińska