Strona główna/POLITYKA. Wojna Rosji

POLITYKA. Wojna Rosji

Mykola Riabczuk
Z języka angielskiego przełożyła Małgorzata Stanek
(tekst z 27 lutego 2022)

Gdy wojna staje się rzeczywistością, czas odgrywa kluczową rolę. Powolne reakcje polityczne rodzą zatem pytania o przyczyny takiego stanu rzeczy. W miarę jak Rosja prowadzi wojnę z Ukrainą, znaczenie ma również sposób, w jaki opisywana jest rzeczywistość. W jaki sposób postawę Putina można wyrwać  z czarnej otchłani medialnego i politycznego przyzwolenia?

W artykule opublikowanym niedawno w „Le Monde”, dr Marie Mendras trafnie przypomina nam, że „kryzys w Ukrainie”, o którym tak wiele się mówi, nie jest tyle „ukraiński”, co przede wszystkim „rosyjski”. Jest on „rosyjski” nie tylko w sensie czysto faktycznym – jako że został wywołany i spotęgowany do obecnej katastrofalnej skali przez rosyjskich przywódców politycznych. Jest on „rosyjski” również w sensie filozoficznym w tym znaczeniu, że odzwierciedla głęboki kryzys rosyjskiej tożsamości, jej nieprzystawalność do współczesnego post imperialnego świata oraz niezdolność do pogodzenia się z nowoczesnością inspirowaną przez Zachód, międzynarodowym porządkiem po zimnej wojnie i suwerennością Ukrainy, którą nadal postrzega się jako część rosyjskiego „ja”.

Ściśle rzecz ujmując, „kryzys w Ukrainie” – w takim stopniu, w jakim możemy go uznać za „ukraiński”, tj. zjawisko o autentycznie krajowym charakterze- ma bardzo jasne i precyzyjnie określone ramy czasowe. Rozpoczął się on 21 listopada 2013 r., kiedy rząd ukraiński uległ naciskom Moskwy i zerwał umowę stowarzyszeniową z UE, przygotowaną do podpisu tydzień później.

Ta dokonana w ostatnim momencie kapitulacja rządu wobec rosyjskiego szantażu była zbyt oczywista i skandaliczna, więc wywołała masowe protesty. Przez tydzień przebiegały one pokojowo, do czasu aż rząd użył brutalnej siły aby rozpędzić protestujących. Wywołało to prawdziwy kryzys gdyż rząd wzmacniał presję, a protestujący odpowiedzieli podobnie.  Gwałtowne starcia osiągnęły punkt kulminacyjny, gdy prezydent w tajemniczy sposób zniknął z Kijowa i pojawił się dzień później w Rosji.

Przyczyny i okoliczności jego ewakuacji pozostają niejasne – nikt nie próbował szturmować pałacu, nie było też żadnych gróźb pozbawienia go życia (protestujący domagali się jedynie jego ustąpienia i rozpisania wcześniejszych wyborów). Ucieczka prezydenta była niesłychanym wydarzeniem, ale ukraińskie społeczeństwo obywatelskie i klasa polityczna zrobiły wszystko, co w ich mocy w tej niespotykanej sytuacji: szybko przeniosły politykę z ulic z powrotem do parlamentu.

Tego samego dnia konstytucyjna większość deputowanych przegłosowała 328:0 za odwołaniem zbiegłego prezydenta i wyznaczyła nowe wybory prezydenckie na 25 maja, czyli najwcześniejszy dzień, na jaki pozwalała konstytucja (wymagała trzech miesięcy na  kampanię wyborczą). Wybrano nowego przewodniczącego Rady, który przejął rolę tymczasowego prezydenta (również zgodnie z konstytucją) i utworzył nowy rząd. 25 maja Ukraińcy wybrali nowego prezydenta spośród kilku kandydatów (w tym także tych otwarcie prorosyjskich). Tę datę (jeśli nie 22 lutego) można uznać za koniec „kryzysu ukraińskiego” – o tyle, że przywrócono pełną prawomocność władzy państwowej.

Od tego czasu Ukraina przekształciła się w całkiem „normalny kraj”, jak to trafnie ujął Timothy Snyder, z polityką opartą na rywalizacji, wolnymi wyborami (w 2014 i 2019 r.) i pokojowym przekazywaniem władzy politycznym oponentom, wolnością słowa i zgromadzeń, umiarkowanym wzrostem gospodarczym (mimo wszystko nadzwyczajnym w warunkach panującej de facto wojny i przy braku inwestycji zagranicznych) oraz, oczywiście, licznymi napięciami wewnętrznymi, które są wspólne dla wszystkich demokracji, ale trudno określać je mianem „kryzysu”.

Mimo to termin ten pozostaje w użyciu i wciąż czytamy o „kryzysie w Ukrainie”, choć w rzeczywistości coraz mniej chodzi o Ukrainę, a coraz bardziej o Rosję – o rosyjską wojnę z Ukrainą, z Zachodem, demokracją i międzynarodowym porządkiem.

W gruncie rzeczy, subtelna różnica znaczeniowa między „kryzysem ukraińskim” a „kryzysem w Ukrainie” w większości języków zanika; właściwie nawet w języku angielskim czy francuskim terminy te są dość często używane zamiennie – czy to powodu zaniedbania,  wygody, czy też przejęzyczenia.

Wyrażenie „kryzys w Ukrainie” jest mocno dyskusyjne, ale sformułowanie „kryzys ukraiński” jest sto razy gorsze ponieważ zniekształca rzeczywistość niemal tak bardzo, jak niesławne określenie Auschwitz jako „polskiego obozu koncentracyjnego”. Wspiera ono forsowaną przez Moskwę narrację o „wojnie domowej” w Ukrainie i jest zazwyczaj przytaczane przez prorosyjskich autorów, którzy tę narrację promują i zaprzeczają jakiemukolwiek współudziałowi Kremla w tym „kryzysie”.

Pozornie neutralne sformułowanie „kryzys w Ukrainie”, które odnosi się nie tylko do kryzysu w Ukrainie, ale także do tego, co dzieje się wokół Ukrainy i „na temat Ukrainy”, nie jest tak niepoprawne i szkodliwe jak „kryzys ukraiński”, ale w dalszym ciągu jest dość niejednoznaczna. Mimo to stało się ono terminem powszechnie używanym w międzynarodowych mediach i środowiskach akademickich.

Nawet w renomowanym piśmie Foreign Policy na stałe zagościła dziś rubryka „Kryzys na granicy z Ukrainą”, a Financial Times oferuje codzienne aktualizacje pod nagłówkiem „Konflikt w Ukrainie”. Wydaje się, że zachowana jest bezstronność, ale jednak króluje dwuznaczność.

Nic w tych tytułach nie wskazuje na to, że pewien kraj zgromadził 150 000 żołnierzy i ciężką broń na granicy  z Ukrainą i może być w jakiś sposób zaangażowany w ten „kryzys”. Albo że w „konflikcie” oprócz Ukrainy bierze udział jeszcze jeden uczestnik, i że ten drugi nienazwany uczestnik prowadzi nie tylko „konflikt”, ale de facto wojnę.

Wydaje się, że zachodnie media, naukowcy i politycy przesadzili ze swoją, tak bardzo chwaloną, „poprawnością” i „bezstronnością”. Przyjęli pozornie neutralne określenie „kryzys w Ukrainie” w 2014 roku, kiedy można było przynajmniej przywołać ukraiński kryzys polityczny z poprzedniej zimy, ogólne informacje o konflikcie były zapewne skąpe i niejasne, rola Rosji sporna, a nadzieje na pokojowe rozwiązanie wciąż rozgrzewały serca zachodnich idealistów (oraz pragmatyków zaangażowanych w dochodowe interesy z Moskwą).

Jednak od samego początku stwierdzenie to przesłaniało, wyciszało i marginalizowało w dyskursie rolę Rosji w tym procesie. Wykreowało dwuznaczność, szarą strefę, w której wszelkiego rodzaju fake newsy i propagandowe przekazy rozpowszechniane przez Kreml miały taką sama wartość i skupiały tyle samo uwagi, co sprawdzone fakty i prawdziwe wydarzenia.

Tradycyjny model zachodnich mediów, polegający na przedstawianiu informacji z obu stron w celu zapewnienia rzekomo wyważonego spojrzenia, kompletnie nie zdaje egzaminu, ponieważ nie spotyka się dwóch różnych interpretacji tych samych faktów czy wydarzeń. Zamiast tego mamy fakty i rzeczywistość z jednej strony, a rażące kłamstwa i bezczelną hucpę z drugiej.

Media masowe, oraz, w pewnym stopniu, środowiska akademickie i politycy głównego nurtu, w swoim dążeniu do „bezstronności” stają się pralniami kremlowskich fake newsów i propagandowych przeinaczeń. A ponieważ wszystko to stanowi kluczowy element „wojny hybrydowej”, brak oporu oznacza w istocie cichą współpracę.

W rezultacie funkcjonujemy w wypaczonej rzeczywistości, w której argumenty gwałciciela i jego ofiary są traktowane na równi, a prawda ma się znajdować gdzieś pomiędzy. W chwili, gdy piszę te słowa, międzynarodowe media powielają informacje skopiowane albo z Reutersa, albo – z niewielkimi różnicami – z DPA (Deutsche Presse-Agentur): „Wspierani przez Rosję rebelianci i siły ukraińskie wymieniali się w czwartek oskarżeniami, że każde z nich ostrzelało linię zawieszenia broni we wschodniej Ukrainie”.

Kompetentni czytelnicy mogą zdawać sobie sprawę z tego, że ukraińscy urzędnicy deklarowali – wielokrotnie i na różnych forach – że nie mają zamiaru przejmować „separatystycznych” regionów siłą, a ukraińskie społeczeństwo ogólnie nie ma ochoty na siłowe przejęcie tych regionów, jeżeli w ogóle. Wiedzą też, że Rosja zgromadziła na granicy z Ukrainą potężną armię i szuka jedynie pretekstu do inwazji na wzór Osetii i Gruzji z 2008 r. (czy też Rosji i Finlandii z 1940 r. lub Niemiec i Polski z 1939 r.), a zatem „wzajemne oskarżenia” nie są ani „umiarkowanym spojrzeniem” na sytuację, ani „półprawdą”, lecz czystym kłamstwem ze strony Moskwy, stawianym na równi z twardymi faktami ze strony Ukrainy – faktami, które mogą potwierdzić zarówno zdjęcia satelitarne, jak i obserwatorzy OBWE.

Oczywiście, szanujące się media – takie jak Wall Street Journal, Jerusalem Post czy tureckie aNews – podają stosowne wyjaśnienia, ale wielu czytelników dostaje sensacyjny tytuł i niekoniecznie zagłębia się w tekst. Otrzymują tytuł, w którym pojawia się informacja o „separatystach” i siłach rządowych, którzy „wymienili się oskarżeniami”, łamiąc zawieszenie broni, ale nie jest jasne, kto i dlaczego zaczął strzelać, więc czytelnicy najprawdopodobniej uznają, że prawda jest wątpliwa, o ile w ogóle istnieje, że obie strony są takie same, nie można im ufać, a w końcu mogą dojść do wniosku, że to „plaga obu domów”, czyli, że „kryzys” to nie nasza sprawa i należy się trzymać z dala od tych barbarzyńców.

I to jest właśnie to, czego potrzebuje Moskwa: nie przekonywać, że Kreml ma rację i trzyma się prawdy, ale stworzyć szarą strefę, „jądro dziwności”, gdzie nic nie jest prawdą, a wszystko jest możliwe. Przygotowali w ten sposób grunt pod zwycięstwo w wojnie informacyjnej przed inwazją militarną, tak starannie jak zrobili to 14 lat temu w Gruzji, a następnie sześć lat później na Krymie. A Zachód po raz kolejny okazuje się bezużyteczny i bezradny wobec tego zagrożenia.

Bandycki reżim, który obserwujemy dziś w Moskwie, nie jest jedynie wytworem osobliwej rosyjskiej historii, złożonych procesów społecznych czy psychologicznych kompleksów elity KGB. Jest on również produktem zachodniej, ograniczonej i często zniekształconej wiedzy o tym kraju i całym regionie, myślenia życzeniowego, które często mu towarzyszyło, oraz uporczywej niechęci do nazywania rzeczy po imieniu i zajmowania odpowiedniego stanowiska, które może wynikać jedynie z właściwego określania rzeczywistości.

W 1999 roku kolektywny „Zachód” przymknął oko na straszliwe eksplozje budynków mieszkalnych w Moskwie i Wołgodońsku – mimo licznych dowodów na udział FSB. Łagodnie potępił rosyjskie zbrodnie wojenne w Czeczenii i zastrzegł określenie „ludobójstwa” dla zbrodni Miloszevicia. Łagodnie przypominał, ale nigdy nie nalegał, że Moskwa obiecała (i jeszcze w latach 90. podpisała w tej sprawie memorandum) wycofać wojska z Mołdawii, gdzie nadal nielegalnie stacjonują (w kraju oficjalnie neutralnym – z wyrazami uszanowania dla dzisiejszych zwolenników neutralności Ukrainy). Wyrywkowo wyraził pewne „ zaniepokojenie” rozprawianiem się Kremla z opozycją, niezależnymi mediami, prześladowaniami, a nawet zabójstwami przeciwników politycznych, co zawsze było kwestią marginalną w stosunkach Rosji i Zachodu. Nawet inwazja na Gruzję i okupacja jej terytorium nie wywołały żadnego poważnego potępienia, nie mówiąc już o sankcjach. Zachód z radością kupił moskiewską narrację o Gruzji, agresorze, który zaatakował Rosję – choć Gruzja zrobiła to nie w Rostowie, nie w Moskwie, nawet nie w spornej Czeczenii, ale, o ironio, na własnym terytorium. Kropka.

Putin wyciągnął z tego wszystkiego wnioski i wkroczył na Krym z właściwą sobie pewnością siebie. Prawdopodobnie nadal nie może zrozumieć, dlaczego jego działania wywołały takie potępienie i, co gorsza, sankcje. Dlaczego, do diabła, ci sami politycy, którzy po wybuchach w Moskwie zgotowali mu  w Bundestagu owację na stojąco, przyznali Order Narodowy Legii Honorowej po masowych mordach w Czeczenii i parafowali ambitny program Partnerstwo dla Modernizacji po tym, jak rozszarpał Gruzję, nagle przypomnieli sobie o jakichś prawach, porozumieniach i zasadach?

Putin może czuć się skrzywdzony, jak dziecko, które nagle dostało naganę za drobne figle i wybryki, które zwykle były tolerowane lub przechodziły niezauważone. Jego ostateczna wojna hybrydowa z Zachodem jest swego rodzaju zemstą – nie tylko za „największą katastrofę XX wieku”, jak określa koniec Związku Radzieckiego, i nie tylko za rzekome „wyrwanie” Ukrainy z jego „uprzywilejowanej sfery interesów”, ale także za nagłą zmianę zasad, a raczej ich zastosowania.

Wygląda na to, że Zachód wreszcie zrozumiał bandycką naturę kremlowskiego reżimu – po de facto ośmiu latach rosyjsko-ukraińskiej wojny, którą eufemistycznie nazywa się „kryzysem”, po ingerencji Moskwy w zachodnie wybory, atakach hakerskich i spektakularnych zabójstwach przeciwników Kremla w ich zachodnich azylach, a wreszcie po prymitywnym szantażu Ukrainy i Zachodu groźbą inwazji zbrojnej.

Jednak to przebudzenie nie jest ani pełne, ani pewne; wciąż jeszcze w różnych krajach jest zbyt wielu putinowców oraz zbyt wielu polityków, a tym bardziej biznesmenów, którzy woleliby nie poświęcać swoich wymiernych korzyści dla wolności, a nawet życia obcych ludzi, o których nic nie wiedzą. Nadal nie mają odwagi nazwać łopaty-łopatą, zabójcy – zabójcą, a bandyckiego reżimu – bandyckim reżimem.

„Zachód zawsze szuka rozwiązań i stabilności”,  twierdzi Kurt Volker, a Putin doskonale o tym wie. Wie, że „Zachód woli stale unikać konfrontacji i wykorzystuje kryzysy i niestabilność do tworzenia stref wpływu”.

Putin zręcznie rozgrywa swoją ulubioną grę – „kto pierwszy mrugnie” – i podbija stawkę, wzmacniając swój wizerunek bandziora, który oszalał i wykazuje skłonności samobójcze.

To tylko fikcja, wizerunek, ale działa. Zachodni przywódcy i dyplomaci wciąż próbują go udobruchać, mimo że sam Putin wraz ze swoimi sługusami otwarcie kpi, obraża i poniża zachodni świat.

„Tragiczne jest to – podsumowuje Anne Applebaum – że zachodni przywódcy i dyplomaci (…) nadal myślą, że żyją w świecie, w którym zasady coś znaczą, w którym protokół dyplomatyczny jest przydatny, w którym ceni się uprzejmą mowę. Wszyscy oni sądzą, że kiedy jadą do Rosji, rozmawiają z ludźmi, których zdanie można zmienić za pomocą argumentów lub debaty. Myślą, że rosyjskie elity dbają o takie rzeczy jak „reputacja”. W rzeczywistości tak nie jest. W rzeczywistości rozmawiają z ludźmi, którzy nie są zainteresowani traktatami i dokumentami, a szanują jedynie twardą siłę”.

Nie wróży to dobrze Ukrainie, o tyle, o ile ludzie Zachodu wciąż powtarzają mantrę o „dialogu” i próbują przekonać seryjnych morderców, by przestali zabijać i przestawili się z „surowego mięsa” na „owoce i warzywa”. W tej dość pesymistycznej jeremiadzie Applebaum jest jednak pewna iskierka nadziei. Przypomina nam bowiem ona, że rosyjscy decydenci nie troszczą się zbytnio o ludzi, a tym samym o sankcje, które są wymierzone w ten kraj. Zależy im jednak na własnym bogactwie i władzy. Należy więc uderzyć w to, co najbardziej boli. Celować w nielegalne majątki i konta bankowe na Zachodzie, wizy, a mówiąc ogólnie – w całe dolce vita, z którego radośnie korzysta większość z nich i ich krewnych w tak pogardzanej przez nich „gejropie”. Najwyższy czas, aby oszustów nazwać oszustami, a bandytów bandytami i odpowiednio ich traktować. Jest to gorzkie lekarstwo, ale niestety jedyne, jakie nam pozostało.

Powyższy artykuł został po raz pierwszy opublikowany w “Desk Russie” 25 lutego 2022 r.
Źródło

Kultura Enter
2022/01 nr 102 „Solidarni z Ukrainą”

Blok mieszkalny w Kijowie przy ulicy Ołeksandra Koszycia 7A po bombardowaniu podczas rosyjskiej napaści na Ukrainę. Zdjęcie dzięki uprzejmości Kyivcity.gov.ua, na licencji CC-BY-SA-4.0 za pośrednictwem Wikimedia Commons