Strona główna/HISTORIA. Reformacja i rewolucja Lutra

HISTORIA. Reformacja i rewolucja Lutra

Tragiczna historia Jana Husa stała się ostrzeżeniem dla wielu myślących o reformie Kościoła. Do jego losów wielokrotnie odnosił się Marcin Luter i inni znaczący teologowie protestanccy. Zabójstwo Husa stało się dla nich ważnym argumentem, że Kościół rzymski nie może sobie rościć prawa do reprezentowania pełnego dziedzictwa Jezusa Chrystusa. Jednak Jan Hus, czeski teolog, profesor praskiego uniwersytetu (został nim w 1398 r., w wieku 28 lat), którego kazania wygłaszane w Kaplicy Betlejemskiej w Pradze przyciągały tłumy, bez wątpienia chciał pozostać prawowiernym katolikiem.

Mimo to miał świadomość, że głoszone przez niego poglądy mogą budzić w ówczesnym Kościele kontrowersje, więc nie zdziwił się zbytnio, gdy 16 lipca 1410 r. został ekskomunikowany przez arcybiskupa Pragi (był nim Zbyněk Zajíc z Hazmburka), któremu od 1403 r. Hus doradzał w sprawach teologicznych i administracyjno-kościelnych. Czas współpracy między hierarchą i Husem skończył się krótko przed ogłoszeniem przez papieża ekskomuniki na teologa. Zajíc zabronił wówczas Husowi głoszenia kazań, co okazało się celnym uderzeniem i odtąd do sporu między arcybiskupem a uczonym teologiem wkroczyła brutalna polityka, zarówno kościelna, jak i świecka.

Sam mistrz Jan mocno wierzył w to, że swoją popularność wśród praskich mieszczan zawdzięcza Bożej opatrzności. Arcybiskup uważał inaczej. Nabrał też podejrzeń, że jego dawny doradca zaczął otwarcie głosić heretyckie poglądy, a to były już sprawy bardzo poważne. Do ich osądu angażowano w średniowieczu najwyższe autorytety kościelne.
To właśnie Zajíc sprawił, że koncepcjami Husa zaczęły interesować się osoby z otoczenia antypapieża Jana XXIII. Mistrz z Pragi został wezwany do osobistego złożenia wyjaśnień przed obliczem papieskim, czego nie zrobił, bo dobrze wiedział, że mogłoby to skończyć się dla niego długotrwałym więzieniem, a nawet śmiercią. Zamiast jechać do papieża, wysłał w zastępstwie do Italii kilku zaufanych przyjaciół. W odpowiedzi Jan XXIII ekskomunikował Husa, a odpowiedni akt 15 marca 1411 r. został ogłoszony we wszystkich kościołach Pragi. Hus zwrócił się wówczas o pomoc do króla Czech Wacława IV Luksemburskiego i ją uzyskał. Zajíc natomiast zamierzał poprosić o wsparcie Zygmunta Luksemburskiego, przyrodniego brata Wacława IV, ówczesnego króla Węgier, przyszłego cesarza. Los chciał, że wczesną jesienią 1411 r. arcybiskup zmarł w drodze na Węgry. Odtąd kościelny sąd nad Husem spoczywał tylko w rękach kurii rzymskiej.

Początkowo mistrz Jan nie przejął się tym szczególnie, bo liczył na wsparcie króla Wacława. Nie przypuszczał, jak wielu idealistów przed nim i po nim, że politycy raczej nie zaprzątają sobie głowy wzniosłymi ideami.
Wkrótce Jan XXIII ogłosił w Europie krucjatę przeciw swojemu wrogowi, królowi Neapolu Władysławowi I Andegaweńskiemu. Antypapież za pomoc militarną czy finansową w tej wyprawie obiecywał liczne odpusty, toteż jego wysłannicy rychło zjawili się w Pradze. Za sprawą Husa i jednego z jego oddanych przyjaciół, Hieronima, również profesora praskiego uniwersytetu, prażanie wyśmiali ich żądania. Wtedy papiescy legaci zwrócili się do króla o wymierzenie kary za taką potwarz i publicznie ścięto trzech mieszczan (później zostali uznani przez zwolenników Husa za pierwszych męczenników odnowy Kościoła). Niebawem Jan XXIII nie tylko ponownie zatwierdził ekskomunikę Husa, ale też nałożył interdykt (czyli zakaz sprawowania sakramentów) na całą Pragę i wszystkie miejsca w Królestwie Czech, w których mistrz Jan mógł przebywać.

Hus udał się na południe, do miejscowości Kozí Hrádek i Sezimovo Ústí, gdzie poświęcił się intensywnej pracy pisarskiej. W 1413 r. ukończył swój najważniejszy, napisany po łacinie traktat De ecclesia (O Kościele) oraz liczne pisma polemiczne, wśród których największą sławę zdobyło De sex erroribus (O sześciu błędach). […]

W całej łacińskiej Europie poglądy Husa wyrażone w jego pismach zdobywały coraz więcej zwolenników, choć liczni polemiści wytykali mu błędy przeciw ortodoksji. Mistrz Jan nie był pierwszym teologiem, który próbował doprowadzić do radykalnej reformy w Kościele. Wezwania do niej powtarzano od dziesiątków lat, a rozwiązłość i chciwość kleru budziły powszechne zgorszenie. Właśnie ta demoralizacja bardziej przyczyniała się do kryzysu zachodniego chrześcijaństwa niż wielka schizma czy spory o prymat biskupów Rzymu nad soborami. Papieże i antypapieże, kardynałowie, biskupi oraz szeregowi księża cudzołożyli, nękali lud nowymi podatkami, żądali wysokich opłat za sprawowanie sakramentów.
Często więcej zajmowały ich polityczne intrygi i wojaczka niż głoszenie cnót ewangelicznych. Nic dziwnego, że zdarzali się śmiałkowie gotowi wystąpić przeciw grzechom, jakich dopuszczali się duchowni. […]

Mogłoby się wydawać, że wraz ze śmiercią Sykstusa IV zginie instytucja papiestwa przywalona ciężarem swojej nieposkromionej grzeszności. Nic takiego się jednak nie stało, o co zadbały dwa z najważniejszych domów panujących w ówczesnych Włoszech: władcy Neapolu oraz Sforzowie z Mediolanu. Po zgonie Sykstusa IV w 1484 r. kardynałowie Giovanni d’Aragona […] oraz Ascanio Sforza bezczelnie kupczyli w kolegium kardynalskim godnościami i beneficjami. Zagarnęli dla siebie ogromne sumy i jednocześnie pozbawili szans na wybór dwóch uchodzących za faworytów purpuratów: Rodriga Borgię i Giuliana della Roverę. Ascanio wymógł nawet na większości kardynałów obietnicę, że wybiorą go papieżem na następnym konklawe, a tym razem zgodził się łaskawie, by biskupem Rzymu został Giovanni Battista Cibó, który przez kilka lat kierował Kościołem jako Innocenty VIII. Wawrzyniec Wspaniały czym prędzej wydał swoją córkę Maddalenę za syna nowego papieża, Franceschetta. Należało bowiem ratować finanse Medyceuszy znacznie uszczuplone po awanturach z Sykstusem IV. Jak pisze Jacob Burckhardt:

„Franceschetto był człowiekiem bardzo marnym, któremu, podobnie jak jego ojcu, papieżowi, zależało jedynie na używaniu władzy w znaczeniu najniższym, mianowicie w celu gromadzenia pieniędzy.
Sposób, w jaki ojciec i syn prowadzili swoje interesy, byłby po pewnym czasie doprowadził do najgroźniejszej katastrofy — rozpadnięcia się państwa. Jeśli Sykstus uzyskiwał pieniądze ze sprzedaży wszelkich duchownych łask i dostojeństw, to Innocenty i jego syn założyli bank łask świeckich, gdzie za złożeniem wysokiej taksy otrzymywano przebaczenie za morderstwa i zabójstwa. Każda taka kara przynosiła skarbowi papieskiemu 150 dukatów, a nadwyżkę zagarniał syn Jego Świątobliwości. Za ostatnich bowiem lat tego pontyfikatu roiło się w Rzymie od zbrodniarzy protegowanych i nieprotegowanych […]” [1].

Papież był zazdrosny o swoje dochody i zabronił rzymskim księżom prowadzenia rzeźni, tawern, szulerni, lupanarów oraz stręczycielstwa. Nie lubił, gdy strumień pieniędzy przepływał mu koło nosa. Jednak rozpusta i zbytek doprowadzają czasem do przykrych sytuacji — zanim Innocenty VIII skonał, był już tak osłabiony, że karmiono go ponoć mlekiem z piersi młodych kobiet. A kiedy jego stan stał się krytyczny, za radą jakiegoś żydowskiego lekarza próbowano ratować go jeszcze transfuzją krwi przetaczanej wprost z żył chłopców. Nieszczęśnicy zmarli z wycieńczenia, lekarz uciekł, a lud rzymski z coraz większą niecierpliwością czekał na koniec swojego zdeprawowanego do szpiku kości biskupa. Innocenty oddał ducha 25 lipca 1492 r., a następne konklawe przypominało pospolite targowisko. Sprawę rozstrzygnęły ponoć liczne muły obładowane złotem, które wędrowały do różnych rozsianych po Rzymie i okolicy pałaców kardynalskich. […]

Do pewnego momentu akcja przebiegała w ciszy i spokoju. Tłum nie był zbyt wielki, a i tak wielu zgromadzonych po zobaczeniu płonącego stosu postanowiło oddalić się do własnych zajęć. Studenci nie zamierzali jednak tak szybko zakończyć całej tej imprezy. Wzięli więc jakiś wóz, przystroili go deskami, na których wymalowali antypapieskie hasła, i ruszyli w miasto. Prosili wittenberczyków o polana i wszystko inne, co łatwo mógł strawić ogień. Na wozie stał trębacz, który okropnie fałszując, wygrywał różne melodie, obok niego siedziało czterech przebranych za Żydów chłopców, którzy niemiłosiernie kpili ze starozakonnych, przedrzeźniając ich modlitwy. Inni studenci tłumaczyli przechodniom, że przebrani za Żydów przedstawiają ślepą na prawdę „synagogę” (na fasadach średniowiecznych katedr religię żydowską często wyobrażał posąg kobiety z opaską na oczach), którą, jak dowiódł ksiądz Luter, jest faktycznie papieski Rzym. Studencka brać, nie szczędząc obelg i kpin, przeraźliwie zawodziła nad upadkiem „babilońskiej wszetecznicy”, którą być miała Stolica Święta. Na stos pod bramą Elsterską rzucano kolejne pisma, także dzieła zawierające teksty wymierzone w nauki Lutra. Wśród ogólnego rozgardiaszu i gromkich śmiechów przytaczano na głos ich fragmenty. Dopiero ten studencki spektakl przyciągnął tłumy wittenberczyków. Na koniec wspólnie odśpiewano requiem nad umarłym papiestwem.

Luter nie wziął udziału w harcach urządzonych przez studentów. Nikt właściwie spośród jego uczniów, współpracowników i mieszkańców Wittenbergi nie zauważył, że rankiem pod bramą Elsterską oprócz przyniesionych ksiąg spalił coś jeszcze. Swojemu słudze Joachimowi Agricoli kazał dyskretnie podać egzemplarz pisma, które szczerze znienawidził. Wrzucił je do ognia, wypowiadając cicho po łacinie następujące słowa: „Jako że fałszujesz prawdę Boga, niech strawi cię ten ogień”. Był to egzemplarz skierowanej przeciw Lutrowi bulli Leona X Exsurge Domine. […]

Luter, tak ostro walczący z uzurpatorskim (jego zdaniem) autorytetem papiestwa, sam sobie przypisał niemały autorytet. Uważał, że nie powinno go się stawiać na równi z innymi teologami, chyba że byłby to sam apostoł Paweł. W ten sposób patrzył na niego np. Melanchton. Inna rzecz, że być może w przypadku doktora Marcina działał pewien rodzaj resentymentu. Katolicy bowiem rozgłaszali na jego temat okropne opowieści. Jedną z nich przytacza w biografii Kalwina Bernard Cottret:

W roku 1522, dwunastego dnia grudnia, zdarzyło się w mieście Fryburgu, iż pewien rzeźnik, rozpłatawszy martwą krowę, znalazł w jej brzuchu potwora, którego lico odmalowano i pokazano naonczas publicznie w mieście. Miał on głowę wielkiego i nieforemnego człowieka, z szeroką tonsurą, pobielałą nieco, reszta zaś jego ciała miała formę wołu, zbliżoną wszelako do kształtów wieprza. Skórę miał koloru śniadego i ciemnego, wpadającego w czerwień, ze świńskim ogonem i kapturem ze skóry podwójnej łączącej się z kołnierzem. I przez trzy dni trzymano go w domu niejakiego Henryka z Saksonii, który, gdy ów stwór padł, kazał go zasuszyć. Potem wysłał go do swego seniora Fryderyka, księcia Saksonii, gdzie jest teraz i gdzie każdego dnia można go oglądać.

Czytając tego typu przekaz, można chyba zrozumieć nieco Lutra, który posyłał w stronę katolików ordynarne inwektywy. Nie tylko zresztą względem katolików. Wulgarnie odnosił się do Żydów (jego zabobonny wręcz antyjudaizm budzi dziś niemałe zażenowanie także wśród luteran, a nawet wobec protestantów myślących inaczej niż on sam). Wyjątkowo niepochlebnie, jak już o tym była mowa, wyrażał się o Müntzerze. Ostro atakował też anabaptystów, którzy odrzucali wszelką ziemską władzę, nie uznawali przysiąg, sakramentów, innych ceremonii religijnych, nauk uniwersyteckich i z obrzydzeniem myśleli o każdym rodzaju przemocy. W latach 1534–1535 założyli oni w Münster własną gminę, która niebawem stała się symbolem rozwiązłości zarówno dla luteran, jak i dla katolików. Powszechne były pogłoski o kobiecych histeriach podczas modłów, orgiach, w których miały uczestniczyć nawet dzieci, oraz innych bezeceństwach. Luter dawał wiarę tym plotkom i nazywał anabaptystów sługami Szatana.

Był człowiekiem z krwi i kości. Z biegiem lat stawał się coraz mniej tolerancyjny i z niekłamanym obrzydzeniem odnosił się np. do wszystkich zwolenników praktyk ascetycznych. W jednym ze swoich ostatnich pism teologicznych — Komentarz do Listu do Galatów — napisał (w dość jak na jego ówczesne zwyczaje eleganckich słowach):

Tego, co mówię na marginesie słów Pawłowych, nauczyłem się w klasztorze, z doświadczenia własnego i innych. Widziałem wielu takich, którzy w trudzie i znoju pracowali nad sobą i ze względu jedynie na swoje sumienie robili tyle, ile tylko było w ich mocy, poszcząc, modląc się, nosząc włosiennicę, karząc swoje ciało i zadręczając je różnymi ćwiczeniami (przy czym na dłuższą metę musiałyby one zniszczyć ich całkowicie, choćby nawet byli z żelaza), a wszystko to w tym celu, by uzyskać spokój sumienia i ogólne uspokojenie: tymczasem im więcej się zadręczali, tym więcej pogrążali się w lękach, zwłaszcza gdy zbliżała się godzina śmierci. Byli tak pełni strachu, że widziałem wielu morderców (i innych złoczyńców) skazanych na śmierć, umierających bardziej odważnie od nich, którzy żyli przecież bardzo pobożnie.

Fragment książki Reformacja. Rewolucja Lutra dzięki uprzejmości wydawnictwa Editio, Warszawa 2017.

Sebastian Duda

Sebastian Duda — teolog, filozof, historyk, eseista, publicysta. Członek redakcji „Więzi” i labolatorium.wiez.pl. Pracował na Katolickim Uniwersytecie Lowańskim w Belgii. Autor kilkuset publikacji naukowych i popularnonaukowych; w swoich pracach zajmuje się przede wszystkim historią kultury i myśli chrześcijańskiej oraz biblistyką.

[1] Lalanne (wyd.), Journal d’un borgeois de Paris sous le règne de François ler, Paryż 1854, s. 94. Tłumaczenie za: Bernard Cottret, Kalwin, tłum. Monika Milewska, Warszawa 2000, s. 50.

 

Marcin Luter pali bullę papieską. Źródło: wikimedia.org.

Marcin Luter pali bullę papieską. Źródło: wikimedia.org.

Rok Reformacji.

Rok Reformacji.