Strona główna/ROZMOWA. Język ukraiński odczuwam jako samotny głos

ROZMOWA. Język ukraiński odczuwam jako samotny głos

Elinę Świencicką poznałam w Doniecku na początku lat 90., kiedy byłam na studiach doktoranckich w Zakładzie Teorii Literatury i Kultury Artystycznej na Wydziale Filologii Donieckiego Uniwersytetu Narodowego. Moim promotorem był kierownik zakładu, znany teoretyk literatury prof. Michaił Girszman (1937–2015). Elina Świencicka to jego córka, która w czasach moich studiów i obrony pracy doktorskiej była znaną badaczką literatury i poetką. Kilkakrotnie słuchałam jej wspaniałych referatów na konferencjach, wówczas jednak nie miałyśmy okazji poznać się osobiście. W ubiegłym roku pani Elina pracowała nad książką poświęconą ojcu [Harmonia – absolutna, dysharmonia – względna. Pamięci Michaiła Girszmana, Kijów 2016 / Гармония – абсолютна, а дисгармония – относительна. Памяти М. М. Гиршмана, Киев 2016], do której zaproponowałam swój esej. Od tego czasu prowadzimy z panią Eliną korespondencję, w której poruszamy wiele tematów, nie omijając spraw związanych ze zmianami w jej życiu prywatnym i zawodowym po opuszczeniu Doniecka. Pomysł wywiadu zrodził się właśnie podczas naszej korespondencji.

                                                                                                                                                                                      dr Wiera Meniok

 

Wiera Meniok: Pani Elino, proszę krótko opowiedzieć polskim czytelnikom o sobie, kim Pani jest i czym się zajmuje.

Elina Świencicka: Jestem filolożką, literaturoznawczynią. A w zasadzie, mówiąc w szerszym sensie, literatką. To znaczy, z jednej strony, jestem naukowcem, doktorem habilitowanym nauk filologicznych w zakresie dwóch specjalności: teorii literatury i literatury rosyjskiej, profesorką, autorką dwóch monografii, licznych artykułów. W obszarze moich zainteresowań naukowych znajduje się refleksja nad literaturą piękną we współczesnym literaturoznawstwie, analiza i interpretacja utworu literackiego, historia literatury Srebrnego wieku. Z drugiej zaś strony, jestem poetką i pisarką, piszę prozę w języku rosyjskim, a wiersze w języku ukraińskim. Moje utwory są publikowane, wydałam siedem zbiorów wierszy i prozy. Trzy ostatnie ukazały się w Kijowie, a wydana niedawno książka prozatorska Moji szedewry (Moje arcydzieła) ujrzała światło dzienne nakładem wydawnictwa Kajała. A więc jestem teoretykiem i jednocześnie praktykiem, i połączenie to wydaje mi się zupełnie naturalne, wzorcem dla mnie jest tutaj Innokientij Annienski, mój ulubiony poeta. Podobnych przykładów znajdziemy całkiem sporo także w literaturze ukraińskiej – Iwan Franko, Bohdan Ihor Antonycz, Iwan Switłycznyj. Podejście racjonalne burzy tylko niestabilne konstrukcje, stabilne zaś przeciwnie – wzmacnia. Filologia daje odpowiedzi na najważniejsze pytania twórcze. Wydaje mi się, że aby zajmować się literaturą w naszych czasach, trzeba mieć świadomy stosunek do tradycji, który właśnie pozwala zbudować filologia. Wiadomo jest bowiem, że poza tradycją teksty nie istnieją, i co byśmy nie wymyślili, jakąkolwiek nowością by się to wydawało, będzie to jedynie złudzenie.  Nowość jest przyrostem tradycji. Istnieje wyraźna alternatywa: jeśli nie znasz swojej tradycji, stajesz się epigonem, jeśli ją znasz, masz przynajmniej jakieś szanse. Jak Pani widzi, mam wielkie szczęście – zajmuję się tym, co stanowi moją pasję.

Jeżeli chodzi o moją pracę: wcześniej mieszkałam i pracowałam w Doniecku, w ostatnich latach na stanowisku profesora w Katedrze Literatury Rosyjskiej Donieckiego Uniwersytetu Narodowego. Potem przeprowadziłam się do Kijowa, pracowałam w Winnicy, dokąd przeniosła się część mojej Alma Mater, która nie pogodziła się z tym, co się wydarzyło. Od początku tego roku akademickiego jestem profesorem w Katedrze Filologii Słowiańskiej i Dziennikarstwa Tauryjskiego Uniwersytetu Narodowego im. W. I. Wernadskiego – czyli tej jego części, która nie pogodziła się z aneksją Krymu i przeniosła się do Kijowa. Jest w tym jakaś smutna konsekwencja…

W cyklu Donieck – 2014 są następujące wersy:

Słońce. Krew na ziemi.
Wiatr. Zamknięte drzwi.
Ja tu po prostu mieszkam.
Ktoś tu musi żyć[1]

To właśnie wtedy podjęła Pani decyzję o opuszczeniu rodzinnego Doniecka. Dlaczego jednak ostatecznie zdecydowała się Pani opuścić swoje miasto, dom, rodzinę, pracę? Próbuję zrozumieć, z jakimi dylematami wiązało się podjęcie tej decyzji.

Mam wrażenie, że pisałam te słowa już tutaj, w Kijowie, i właśnie wtedy, gdy zrozumiałam, że to wszystko jednak będzie trwało nie dwa–trzy tygodnie. Miałam takie odczucie, że fizycznie jestem tutaj, ale na jakąś chwilę, zwyczajnie pośród codziennych spraw – dusza opuszcza ciało i odwiedza dom, wertuje książki, które tam zostały, spaceruje ulicami, stoi na przystanku… coś w rodzaju groteski…

Tak, decyzja o opuszczeniu miasta była trudna. Dla mnie to była sytuacja, że tak powiem, „rozdarcia”. Po pierwsze, tam zostali: mama, chory tata, syn, mąż. Po drugie, w aspekcie zawodowym: cała moja katedra pozostała w DRL, a w czasie, gdy miałam dokonać wyboru, jeszcze nie było możliwości wyjazdu do Winnicy, czyli miałam udać się w nieznane. Obok tych problemów rodziło się jeszcze pytanie egzystencjalne: wielka ojczyzna i mała ojczyzna się rozdzieliły, cóż mam robić?

Miałam więc o czym myśleć. Jestem bardzo wdzięczna swoim dzieciom: to właśnie one – syn z Doniecka i córka z Sewastopola – konsekwentnie przekonywali mnie, że DRL to twór nie do pogodzenia z życiem uczciwego człowieka. Wówczas jeszcze tego nie odczuwałam. Chwila prawdy nastąpiła wtedy, gdy władze uniwersytetu podjęły decyzję o rozpoczęciu od pierwszego października zajęć w trybie stacjonarnym. Właśnie w czasie, gdy wokoło strzelano. Wtedy powiedziałam: przepraszam, nie ma mowy. Nie mogę zmienić wszystkiego, ale mogę przynajmniej nie brać w tym udziału. Człowiek może ryzykować utratę własnego życia, ale nie może wystawiać na ryzyko życie innych. Nie można przenosić odpowiedzialności na studentów, i wymagać, aby oni decydowali o tym, czy iść na wykłady – to nie jest wyjście.

W tym samym cyklu poetyckim można odnaleźć również taki fragment:

Bagno wojny ogarnia nas wszystkich
Pośród placu wrogiego, w mieście nam niewiadomym.
Myśmy żyli w Ługańsku, myśmy żyli w Doniecku,
Myśmy chcieli do domu, do domu, do domu.
A po domu pozostał już tylko pęk kluczy…

Czy ten wiersz powstał już po opuszczeniu Doniecka? Czy mowa tutaj o jakimś konkretnym placu w konkretnym mieście? Ten plac jest wrogi, a miasto obce także dla Pani czy tylko dla podmiotu lirycznego wiersza?

Tak, ten wiersz również powstał po tym, jak opuściłam Donieck. Chodzi tu, oczywiście, nie o jakieś konkretne miejsca, gdyż sam wiersz nie jest o kimś konkretnym, tylko wypowiada wspólne doświadczenie, ale nie mam pewności: czy podmiot liryczny może powiedzieć o sobie „my”? To znaczy tak, może, gdy jest taki… uogólniony, ja zaś chciałam wypowiedzieć pewien los – los ludzi wyrwanych z normalnego życia, zmartwienie duszy, balansowanie na krawędzi. Los ludzi, którym jedno życie się skończyło, a drugie jeszcze nie zaczęło, dlatego cała przestrzeń jest dla nich obca, wroga. To także mój los, jestem jego cząstką. Ponadto miałam w tamtej chwili jakieś dziwne przeczucie/uczucie/odczucie, że nigdy więcej nic nie będzie już całkowicie swoje, ale całkiem obce też nie będzie.

Przeczytałam jeszcze jeden Pani cykl – zbiorek opowiadań-szkiców Opowiadania z niedawnych czasów. Kiedy pisała Pani te teksty? Czy z tymi tekstami w tłumaczeniu na język polski chciałaby Pani zapoznać polskich czytelników?

Pisałam te teksty już w Kijowie, pracując równolegle nad cyklem wierszy. Ale nie był to żaden środek anestetyczny, tak samo jak wiersze. Raczej na odwrót: poczucie jakiejś otchłani, która otwierała się przed moim życiem, poczucie chaosu, plątaniny. Pojawiła się zatem potrzeba spojrzenia na to wszystko z dystansu. Zresztą takie spojrzenie było konieczne, wszystko wokół było nowe i zaburzało rytm codziennego życia. Mimo to, cały czas wciąż widziałam w umyśle to, co dzieje się w moim rodzinnym mieście. Człowiek jednak zakorzenia się w przestrzeni, i wyrwanie z niej, przesadzenie w inne miejsce, rozpoczęcie wszystkiego od nowa, pamiętając bliską przeszłość, to wszystko jest bolesne.  Jeśli możesz o tym napisać – nie tak po prostu wylać swoje uczucia, ale wzmocnić je w rytmie frazy, nadać kompozycję, ująć w wymiarach poetyki – w jakimś sensie oznacza to, że potrafisz w głębszym wymiarze oswoić całą sytuację. Poza tym chciałam poczuć twardy grunt pod nogami. To właśnie dlatego w tych opowiadaniach nie ma winowajców ani tych, którzy mają rację, ale jest cierpienie i nieszczęście innych ludzi, którzy dokonywali wyboru, nie wiedząc, co właściwie wybierają. Ale czy ta tragedia nie ma wymiaru ogólnoludzkiego? Cała rzecz polega na tym, że gdy dokonujemy wyboru, nigdy nie znamy wszystkich konsekwencji naszych decyzji.
Oczywiście, chciałabym zobaczyć swoje teksty w polskim tłumaczeniu. Wydaje mi się, że najbardziej poznawalnym wobec sytuacji, że tak powiem, życia codziennego i najbardziej reprezentatywnym dla mojej twórczości jest opowiadanie Życie według czasu moskiewskiego. Nie chodzi w nim wcale o mój stosunek do Moskwy (chociaż gdzieś w Internecie nazwano mnie „wierutną rusofobką”), ale o sytuację egzystencjalną, gdy żyje się w jednym czasie, a trafia do całkiem innego. Chciałabym, aby to opowiadanie zostało przetłumaczone [2].

Pisze Pani w języku rosyjskim i ukraińskim. Wobec tego uważa się Pani za osobę dwujęzyczną? 

Tak, jestem osobą dwujęzyczną, teraz mogę tak powiedzieć z całą odpowiedzialnością.

Czym jest dwujęzyczność? 

W aspekcie życiowo-praktycznym dwujęzyczność to biegłe posługiwanie się dwoma językami i – co jest najtrudniejsze – umiejętność łatwego przełączania się z jednego języka na inny. Mimo że urodziłam się w rodzinie rosyjskojęzycznej, na uniwersytecie studiowałam rusycystykę i pierwsze wiersze napisałam w języku rosyjskim – ukraińskie książki czytałam tak samo, jak rosyjskie, dlatego też, gdy pojawiło się środowisko językowe, po prostu zaczęłam rozmawiać po ukraińsku. W tym mieście, gdzie mieszkałam, wydawało mi się to zwyczajnie adekwatnym zachowaniem językowym. Teraz jest podobnie. Gdy zaczęłam prowadzić wykłady ze wstępu do literaturoznawstwa na Tauryjskim Uniwersytecie Narodowym, zapytałam studentów pierwszego roku, w jakim języku jest im wygodniej przyswajać informację. Okazało się, że połowa słuchaczy woli język ukraiński, a druga połowa rosyjski. Jest to zrozumiałe, gdyż część studentów pochodzi z Krymu, a część dołączyła do nas dopiero w Kijowie. Dlatego podczas wykładu kilka razy przechodzę z jednego języka na drugi, tak samo jest w życiu codziennym; nawet myślę w zależności od przedmiotu – czasami po ukraińsku, a czasami po rosyjsku.
Jeżeli chodzi o literaturę, dwujęzyczność jest tutaj zjawiskiem dość rozpowszechnionym: Joseph Conrad był Polakiem i klasykiem literatury angielskiej, Adam Mickiewicz pisał nie tylko po polsku, Iwan Franko po polsku i po ukraińsku, Taras Szewczenko prozę pisał w języku rosyjskim, a wiersze po ukraińsku. Czuję się ogniwem pewnej tradycji, wiersze po ukraińsku i proza po rosyjsku nie są zatem dla mnie wynikiem jakiegoś racjonalnego rozrachunku. W języku ukraińskim zaczęłam najpierw pisać wiersze, a dopiero potem rozmawiać. Być może jest to kolejne potwierdzenie myśli Josifa Brodskiego, że nie poeta wybiera język, tylko język wybiera poetę.
Uważam, że istnieje różnica między odczuciem świata człowieka w prozie i w wierszach/poezji. Proza to świat wokół nas, wielość ludzi i wielość różnych głosów, które nierzadko brzmią/wypowiadane są/słyszalne są równocześnie. Ten świat zewnętrzny mówi do mnie w języku rosyjskim. Wiersze zaś to zawsze jeden głos. Język ukraiński czuję zatem jako samotny głos duszy zagubionej w nieskończonych przestrzeniach.

Co powiedziałaby Pani „jednojęzycznej” części Ukrainy, aby ta nauczyła się rozumienia i tolerancji dla swoich dwujęzycznych rodaków?

Kłopot naszej sytuacji polega właśnie na tym, że ludzie chcą ograniczyć się do jednego języka – albo ukraińskiego, albo rosyjskiego. Wiele na tym tracą. Rzecz polega na tym, że jeśli człowiek włada językiem, to również i język włada człowiekiem, język jest pryzmatem, przez który odbieramy/patrzymy na świat. Dlatego też im więcej języków, tym więcej pryzmatów, tym bardziej, w konsekwencji, ten świat jest pojemny, różnobarwny. Każdy język to niepowtarzalne postrzeganie świata. Świat odbijający się w poszczególnych językach jest niepowtarzalny. Na przykład, postrzeganie czasu: w języku rosyjskim „minuta” to coś, co przemija, po ukraińsku zaś „chwyłyna” (chwila) to coś, co powraca, niczym fala. Dlatego też dwujęzyczność to określone poczucie. Każdy z tych języków zawiera tyleż swojskiego dla mnie, ile obcego. Każdy z tych języków jest dla mnie swojski, ale także obcy. Kiedy piszę, obce staje się swoje, a swoje obce. Czuję, że przeze mnie/we mnie odbywa się dialog. Prowadzę rodzaj wewnętrznego dialogu – różnych światoodczuwań, różnych kultur. Staram się nie przeszkadzać temu dialogowi. Co zaś dotyczy dzisiejszej konfrontacji ukraińskiego i rosyjskiego – jak by nie było, każda wojna, nawet bardzo długa, kiedyś się skończy. Język  pozostaje.

Od jakiegoś czasu pracuje Pani w Winnicy i Kijowie, w tych częściach Uniwersytetu Donieckiego i Uniwersytetu Tauryjskiego, które nie zgodziły się na oddzielenie od Ukrainy.

Rozpoczęłam pracę w Winnicy w listopadzie 2014 roku, czyli wtedy, gdy ruszył tam proces dydaktyczny. Najpierw to się odbywało w trybie studiów na odległość – taka możliwość była wtedy przewidziana, ponieważ władze ze zrozumieniem potraktowały sytuację, w której znaleźli się wykładowcy i studenci, a potem cyklicznie przyjeżdżałam, aby wygłosić wykłady i dać studentom zadania, które wykonywali pisemnie i wysyłali do mnie. Taki tryb trwał dwa lata. W Winnicy pracowałam na dwóch katedrach – Katedrze Teorii i Historii Literatury Ukraińskiej i Powszechnej oraz Katedrze Dziennikarstwa. W ciągu dwóch lat prowadziłam różne kursy: historię literatury rosyjskiej z różnych okresów, dydaktykę nauczania literatury w szkole, historię krytyki literackiej, aktualne problemy współczesnej literatury rosyjskiej, wstęp do literaturoznawstwa, teorię dzieła literackiego. Na Uniwersytecie Tauryjskim prowadzę wstęp do literaturoznawstwa, teorię literatury, literaturę staroruską. W Winnicy prowadzę teraz zajęcia dla uczestników studiów doktoranckich, a że są to osoby już dorosłe, można powiedzieć, że pracuję tam na drugim etacie.

Pani przestrzeń życiowa znacznie się powiększyła, odwiedza Pani swoich bliskich i rodzinę w Doniecku i na Krymie.

Jeżeli chodzi o przestrzeń, w której muszę się poruszać – owszem, poszerzyła się, ale też, co ważniejsze, wiąże się z większym stresem. Dlatego odwiedziny bliskich nie są dla mnie, jak było wcześniej, miłym/radosnym wyjazdem. Przekraczanie granicy w przypadku Krymu, punktów kontrolnych, gdy jadę do Doniecka. Wszystko odbywa się w nocy lub nad ranem w ciągłym strachu: a nuż zatrzymają? a nuż wymyślą jakiś nowy sposób znęcania się? Z drugiej zaś strony to jedyny sposób na to, by utrzymać więzi, nie pozwolić rodzinie się rozpaść, bo najczęściej rodzina rozpada się nie z powodu konfliktów, tylko po prostu dlatego, że ludzie stają się sobie niepotrzebni.

Jak odbywał się proces Pani adaptacji w innych miastach, na innych uczelniach?

Nie miałam problemu z adaptacją na uczelni.  W Winnicy to był mój rodzimy Wydział Filologiczny – ten sam, chociaż zredukowany. W Doniecku pozostała moja Katedra Literatury Rosyjskiej – to było przykre, ale nie na tyle, żeby zepsuć stosunki z kolegami. Z racji mojej teoretyczno-praktycznej „natury” zawsze czułam się na uniwersytecie nieco autonomicznie, co ułatwiło mi adaptację. Podobnie było na Uniwersytecie Tauryjskim. Z rektorem tej uczelni Wołodymyrem Kazarinem spotykaliśmy się wcześniej na konferencjach, organizowanych przez niego na Krymie (jak chociażby Forum Międzynarodowe Rusycystów Ukrainy). Kiedy przyszłam na rozmowę kwalifikacyjną, powiedział mi, że niektórzy moi przyszli koledzy z pracy czytali moje wiersze i prozę. Gdy łączy ludzi nie tylko wspólna sprawa, lecz także wspólne zmartwienia, łatwiej pewne rzeczy zrozumieć. Kiedy obok wspólnych celów, łączą jeszcze wspólne, niełatwe doświadczenia, łatwiej o porozumienie.

Jeżeli chodzi o nowe miasto, nie było mi łatwo. Nie najlepiej orientuję się w przestrzeni i potrzebuję czasu, aby zacząć spokojnie chodzić po ulicach bez obawy, czy aby nie idę w całkiem przeciwnym kierunku. Myślę, że przestrzeń może człowieka przyjąć albo nie. Ta nowa przestrzeń na początku mnie nie przyjmowała, stawiała mi opór. Dostosowanie się nastąpiło powoli, i stało się to wtedy, gdy wspomnienia o przeszłości zajęły swoje miejsce w dzisiejszym życiu.

Jak obecnie wygląda funkcjonowanie ewakuowanych struktur Uniwersytetów Donieckiego i Tauryjskiego? W jaki sposób funkcjonują w sferze naukowej, akademickiej?

Nawet przeprowadzka człowieka do nowego mieszkania jest dużym kłopotem. A jak to jest, gdy chodzi o cały uniwersytet, a do tego część wykładowców i studentów pozostaje na miejscu? Jak zawsze w przypadku przeprowadzki, chaos jest nieunikniony, ale w większej części wszystko wraca do prawidłowego rytmu. Na ocenę działalności jest zbyt wcześnie. Szczególnie dotyczy to Uniwersytetu Tauryjskiego, który wznowił działalność dopiero w październiku ubiegłego roku. Jest wola działania, są bardzo interesujące perspektywy, klimat sprzyjający – i to jest najważniejsze. Dla przykładu, Doniecki Uniwersytet Narodowy (jego część z siedzibą w Winnicy) w ubiegłym roku postanowił uczynić swoim patronem Wasyla Stusa. To ważny i odpowiedzialny krok, gdyż, jak wiadomo, nomen est omen. Kiedyś, wiele lat temu, był już pomysł nadania tego imienia uniwersytetowi, ale kadra pracownicza zaprotestowała. Jeden z argumentów podważał osobę poety, bo przecież na uniwersytecie studiowało i pracowało wielu wybitnych uczonych. Teraz, moim zdaniem, pojawiło się pokrewieństwo myśli: sprzeciw, niezgoda, twórcze poszukiwania. Na moim wydziale podjęto wiele inicjatyw: spotkania, warsztaty, konkursy, konferencje, w których studenci chętnie uczestniczyli.

Podobne procesy obserwuję na Uniwersytecie Tauryjskim. Dla przykładu, niedawno odbył się tam trening w ramach programu British Council „Aktywni obywatele”, poza planem zajęć powadzone są lektoraty z języka angielskiego, tureckiego, odwiedzają nas ciekawi goście.

Jak wyglądają statystyki dotyczące kadry naukowo-dydaktycznej i studentów w ewakuowanych częściach tych uniwersytetów w porównaniu do tych, które zostały w Doniecku i na Krymie? Czy może Pani coś powiedzieć o stanie zasobów finansowych i materialnych wykładowców i studentów z Donieckiego Uniwersytetu Narodowego w Winnicy i Tauryjskiego Uniwersytetu Narodowego w Kijowie w porównaniu do tych zasobów w Doniecku i Symferopolu (wypłaty wynagrodzeń, stypendiów, zapewnienie miejsc w akademikach itp.)?

O ile wiem, do Winnicy przeprowadziło się około 50 procent kadry naukowo-dydaktycznej oraz – podobnie – około 50 procent studentów. Oczywiście, jest to liczba uśredniona – w różnych katedrach, na różnych specjalizacjach sytuacja może znacznie się różnić. Opowiem o tym, co sama zaobserwowałam. Na przykład, wśród wykładowców rusycystyki nas w Winnicy było dwoje, zaś spośród filologów-ukrainistów również tylko dwoje zostało w Doniecku. Studentów specjalizacji rosyjskiej było niewielu, dużo więcej w porównaniu do ukrainistów czy studentów dziennikarstwa. Oprócz studentów, regularnie uczęszczających na zajęcia, są też studiujący na odległość, w ramach indywidualnego toku studiów.

Zgodnie z relacjami moich kolegów, podobną sytuację da się zaobserwować na Uniwersytecie Tauryjskim. Tutaj specyfika jest taka, że studenci dołączają do nas w trakcie roku akademickiego – ludzie wyjeżdżają z Krymu rozczarowani tym, co tam się dzieje. Na pierwszym roku w trakcie semestru pojawiło się kilku studentów z Krymu.

Jeżeli chodzi o wypłaty pensji czy stypendiów, tutaj wszystko jest w normie. Natomiast kwestia mieszkaniowa jest bardzo trudna. W Winnicy i Kijowie większość studentów wynajmuje mieszkania, są jednak obietnice władz co do zapewnienia akademików. Wykładowcom niczego nie obiecywano.

Ale jest Pani zadowolona z tego, jak funkcjonuje teraz poza granicami swej rodzimej przestrzeni życiowej i zawodowej? Może te zmiany są tymczasowe i niebawem wszystko wróci do poprzedniego stanu, czy jednak taki scenariusz jest mało prawdopodobny?

Dziś już wiem, że wszystko mogło ułożyć się dużo gorzej, i każdy dzień, niestety, przynosi wiadomości, które podsuwają inne scenariusze. Z innej strony, bycie zadowolonym dla osoby twórczej, za którą – mimo drobnych wątpliwości – uważam się, to jest coś chyba niemożliwego. Bardzo często gryzie robaczek wątpliwości: czy robię to, co powinnam? Ale tak samo było w Doniecku, przeprowadzka nie ma tu nic do rzeczy. Najważniejsze, że teraz rozumiem, iż dokonałam poprawnego wyboru: po prostu czuję teraz, jak moje miasto zmienia się w jakieś szare koszary, bo tylko z koszarami i niczym innym kojarzy mi się radziecka przeszłość. Kiedy zobaczyłam obok biblioteki imienia Nadieżdy Krupskiej portret Stalina, zrozumiałam, że tak czy owak nie potrafiłabym żyć w tym mieście. Bardzo współczuję tym, którzy tam zostali, dlatego że znajdowanie się w sytuacji ciągłego zagrożenia życia zmienia człowieka psychicznie. Na ogół bezład powoduje chęć porządku, jakiegokolwiek, a potem porządku za wszelką cenę. Owszem, zagrożenie totalitaryzmu istnieje również tu, na Ukrainie, ale jest to tylko zagrożenie, i istnieje nadzieja, że nigdy się nie ziści. Tam zaś nawet nadziei nie ma, dlatego nie mogę powiedzieć, że to moja przestrzeń życia.

Moje miasto zabłądziło
Gdzie w tej chwili ma schronienie?
Gdzie jest gwiazd – sierotek naszych –
Krzywe i łagodne lśnienie?

***

Czy to gniazdo, czy ruina,
Czy to wicher, czy to czas.
Siebie tnie na pół ojczyzna,
Rozpoławia także nas.

Fragment z jednego z moich ostatnich wierszy. Odpowiadając zatem na drugą część pytania, powiem tak: najpierw rzeczywiście myślałam, że zmiany w moim życiu są tymczasowe i że wszystko powróci. Ale dotarło do mnie szybko, jak wszystko jest skomplikowane. Mogą nastąpić pewne zmiany polityczne, jest to możliwe, gdyż polityka jest zjawiskiem nieprzewidywalnym, swoistą mieszanką finansów i bezprawia, która może wybuchnąć nie wiadomo czym. W każdym razie będzie to już jakieś trzecie, całkiem inne miasto, ale czy potrafię w nim mieszkać? Dlatego też nie myślę o przyszłości, zaciskam zęby i żyję dalej.

Za czym Pani tęskni najbardziej, czego Pani najbardziej brakuje z życia i działalności zawodowej w Doniecku: czego nie da się już odzyskać, a co pozostanie na zawsze, czego nie da się utracić?

Najbardziej brakuje domu. I raczej nie domu jako miejsca zamieszkania (chociaż cały czas wspominam swoje mieszkanie), tylko domu jako duchowego stanu bycia zakorzenionym. Pracowałam na tym samym uniwersytecie, gdzie pracowali moi rodzice, na którym sama kończyłam studia. I moi koledzy z pracy, którzy zostali w DRL, byli moimi wykładowcami, znali i bardzo lubili moich rodziców. I nawet gdy z nimi dyskutowaliśmy (charakter mam dość wybuchowy), i gdy zrozumieliśmy, że jesteśmy po prostu bardzo różni, co przecież jest naturalne – czułam się mimo wszystko wśród swoich, i tego nie da się zapomnieć. Dlatego też bardzo mnie boli, gdy tych, którzy tam pracują, nazywają zdrajcami. Nie można generalizować. Ludzie różnią się i tam są również tacy, którzy pozostają ludźmi i po prostu robią swoje.

Zdaję sobie sprawę z tego, że już nigdzie nie będę całkiem w domu. Na ogół wiele rzeczy da się odnowić… Nowi koledzy w pracy, nowi studenci ze szczególnym doświadczeniem i szczególnymi problemami. Oczywiście, nowe książki. Życie płynie dalej. Ale tego już nie będzie. Czasami czuję, jakbym była w domu, kiedy jestem poza nim, a gdzieś właśnie poza domem czuję się na swoim miejscu. Tak jak niedawno napisałam:

Jestem zwykłym donieckim ślimakiem,
I domek swój mam na grzbiecie.
Niezmiernie dziękuję piekłu
Za niebo nad swoją głową,
Jestem zwykłym donieckim ślimakiem,
Wszystko swoje mam więc ze sobą.

I rzeczywiście, wszystko co moje, jest ze mną, dlatego że istnieje pamięć. Człowiek nigdy nie zaczyna od czystej kartki.  Jeśli nawet pamięć jest bolesna, powinna istnieć. Jest to trudne, ale tworzy bardzo ciekawe możliwości. Pamięta Pani, w Starym Testamencie Bóg zanim odkrył jakąś prawdę patriarchom narodu żydowskiego, zwracał się do nich z wezwaniem: „Wyjdź!”. Nie jest to przypadek. Wychodząc ze swego zwykłego życia, znajdując się w drodze, człowiek widzi ostrzej, myśli więcej. Być może, ja również potrafię…

Jak odbierała Pani oddzielenie Krymu, a potem Donbasu od Ukrainy wtedy, gdy to się działo, przez rok Pani życia po przeprowadzce i teraz? Czy zmienił się teraz dla Pani sens wypowiedzi fryzjera z Pani opowiadania „Po prostu spacer”: «Weselej patrzcie na życie, mój drogi! Najśmieszniejsze jest to, że najstraszniejsze dopiero się zaczyna…»?

Generalnie jestem bardzo daleko od polityki i mam wobec niej pewne uprzedzenia. Dlatego pierwszą reakcją było odczucie absurdalności tego, co się dzieje, a co za tym idzie – prawie pewność, że to nie może potrwać długo. Moim błędem było przeniesienie na sferę polityki norm etycznych i zdrowego rozsądku. Dlatego nawet flagi DRL na ulicach Doniecka wydawały się dekoracjami jakiejś kiepskiej operetki.

A potem przelała się krew. Nawet dziś uważam, że odzyskanie przez Ukrainę Doniecka z Ługańskiem oraz Krymu jest kwestią czasu. Ale jakiego czasu, jakich ofiar – tego nie wiem. Co zaś dotyczy sensu cytowanej wypowiedzi bohatera. Sens nie zmienił się, zmieniły się raczej akcenty. O ile na początku najważniejsza była ostatnia część o najstraszniejszym, które dopiero się zaczyna, obecnie akcent leży na pierwszej części – o śmiechu. Dlatego że śmiech to wolność.

Jedną z najważniejszych wartości, które udało mi się wywalczyć sposobem życia „w domu jak poza domem i poza domem jak w domu”, jest właśnie wolność. Dawno temu zauważyłam, że tutaj, w przestrzeni postradzieckiej, coś jest nie tak z pojmowaniem wolności. Jest albo „poznaną koniecznością”, według klasyków teorii marksistowsko-leninowskiej (czyli tymże niewolnictwem, tylko uświadomionym), albo, w zgodzie z praktyką życiową, samowolą (czyli ignorowaniem wolności innych). W rzeczywistości zaś wolność, powiedzmy, według Meraba Mamardaszwiliego, to konieczność „ja”. Wolność jest wtedy, gdy człowiek myśli, gdy kieruje się swoją wolą. Tylko taka logika, jak sądzę, umożliwia odpowiedzialność. Takie właśnie jest moje podsumowanie życiowe: wolność i – jako konsekwencja – odpowiedzialność.

Z ukraińskiego tłumaczył Andrij Saweneć

[1] Cytowane liryki w tłumaczeniu Wiery Meniok.
[2] Moje tłumaczenia tego oraz jeszcze dwóch opowiadań Eliny Świencickiej z cyklu Opowiadania z niedawnych czasów proponuję czytelnikom po tym wywiadzie [W.M.].

Elina Świencicka – doktor habilitowana, profesor, literaturoznawczyni, poetka, pisarka. Autorka siedmiu zbiorów prozy i poezji, publikowała w liczących się czasopismach w Kijowie, Doniecku, Iwano-Frankiwsku, Moskwie. Prozę pisze w języku rosyjskim, poezję w ukraińskim. Członkini Narodowego Związku Pisarzy Ukrainy. Studiowała rusycystykę w Donieckim Uniwersytecie Narodowym, gdzie później pracowała w Katedrze Literatury Rosyjskiej. W 2014 roku przeniosła się do Kijowa. Obecnie pracuje w Kijowie i Winnicy – w częściowo przeniesionych tam (po aneksji Krymu i utworzeniu Donieckiej Republiki Ludowej) uniwersytetach Tauryjskim i Donieckim. Laureatka m.in. I Nagrody Festiwalu Małej Prozy w Moskwie, Nagrody Biblioteki Ukraińskiej w Filadelfii, IV Międzynarodowego Konkursu Opowiadania „Zeitglas-2015”, III Nagrody Międzynarodowego Konkursu Małej Prozy w Barcelonie.

Elina Świencicka. Zdjęcie dzięki uprzejmości Autorki.

Elina Świencicka. Zdjęcie dzięki uprzejmości Autorki.