Strona główna/BAJKA FILOZOFICZNA. Bajka o wolności

BAJKA FILOZOFICZNA. Bajka o wolności

Maciej Wodziński

Opowieść, która właśnie się zaczyna, nie wydarzyła się tak jak większość innych baśni i bajek za siedmioma górami, siedmioma lasami i tyluż samo górami… No, może gdybyśmy mieszkali w gorącej Afryce czy na mroźnej Syberii, wtedy pewnie moglibyśmy tak zacząć. Jednak akcja tej opowieści rozgrywa się w Polsce.

W małej, ale malowniczej części tego kraju: na Lubelszczyźnie. Czyli w takim miejscu, którego stolicą jest miasto Lublin (tak, drogi Czytelniku, nie tylko Warszawa jest Stolicą – ona jest taką stolicą przez duże „S”, czyli stolicą całego kraju. Są też nieco mniejsze stolice, np. stolice województw, czyli małych części naszego kraju).

Niektórzy dorośli mówią, że dziwna nazwa tego miasta i całego województwa lubelskiego, które właśnie od Lublina wzięło swoją nazwę, pochodzi od imienia jakiegoś wielkiego księcia, który bardzo dawno, jeszcze w średniowieczu, postanowił tutaj założyć swój gród. Inni natomiast mówią, że nazwa tego regionu pochodzi od jakiegoś śmiesznego sporu dwóch wędkarzy, którzy nie mogli się zdecydować, od imienia jakiej ryby miasto powinno zyskać swoją nazwę: szczupak – Lub – lin.

Ale mnie osobiście wydaje się, że Lublin i Lubelszczyzna pochodzą – po prostu – od słowa: lubię. To miasto i region, których najzwyczajniej w świecie nie da się nie lubić. Nie ma tu długaśnych korków, w których trzeba czekać, jadąc do szkoły i pracy, nie ma smogu, bo nasze powietrze jest czyste i zdrowe (co do smoków to akurat jak się za chwilę okaże pewnym być nie można), a ludzie są dla siebie mili, bo nigdzie się nie spieszą. Oczywiście czasami tu i ówdzie znajdzie się jakiś malkontent czy burczący gbur, ale cóż… gdzie ich nie ma? Dzieje się tu też mnóstwo ciekawych rzeczy, w których można uczestniczyć lub które można zobaczyć. Nie wierzycie? Zapytajcie rodziców, oni wam o tym wszystkim opowiedzą. Piękne jeziora i wzgórza, chmielowe lasy, a w samym mieście Lublinie teatry (takie dla dzieci!, z bajkami), szkoły, wspaniałe wystawy i… najprawdziwszy królewski zamek.

I właśnie w samym sercu tej pięknej Krainy, nieopodal Lublina, leży niepozorna z wyglądu i nazwy gmina (czyli taka jeszcze mniejsza część Lubelszczyzny), zwana Wólką. Z pozoru nie ma w niej nic niezwykłego. Nieuważny obserwator z pewnością nie zwróci uwagi na to, co gminę, która jest naszym domem, czyni taką wyjątkową. Nawet wielu jej mieszkańców o tym nie wie, lub może raczej należałoby powiedzieć, że nie chce wiedzieć. Zaprzątnięci codziennymi sprawami dorosłych nie pamiętają opowieści swoich babć i dziadków o jej dziwnych mieszkańcach, których kiedyś można było czasem spotkać tam czy siam, ale o których od dawna nikt już nie słyszał. Ja sam bardzo bym nie chciał, żeby o nich zapomniano, ponieważ przeżyliśmy wspólnie swego czasu wiele pięknych, a bywało że i troszkę niebezpiecznych przygód, z których jednak zawsze wychodziliśmy bez szwanku – czyli jakby to powiedzieć… w jednym kawałku. Jeżeli wytężysz, drogi Czytelniku, uwagę, z pewnością dojrzysz ich ślady, które zapisały się i trwają do dziś w… nazwach miejscowości naszej gminy i związane są z przeróżnymi, ciekawymi miejscami, rozsianymi po całym jej terenie. Tak, tak, nazwy miejscowości w naszej gminie, takie jak Łuszczów, Jakubowice czy Turka, wcale nie są przypadkowymi imionami miejsc (bo każda nazwa to tak naprawdę imię jakiejś rzeczy czy miejsca) i wbrew temu, co mówią dorośli, wcale nie pochodzą od nazwisk mieszkających niegdyś na jej terenie szlachciców czy nazw kopalń, które podobno kiedyś tu istniały.

Pochodzą one właśnie od tych skrywających się tu przed ludzkim wzrokiem niecodziennych mieszkańców. Wskażę Ci teraz tylko kilka takich miejsc, pokażę, jak rozszyfrować (czyli od-tajemniczyć, uczynić zrozumiałym) niektóre Nazwy, kryjące w sobie wskazówki, co do tożsamości ich prawdziwych założycieli, a nie tych wymyślonych przez dorosłych. Resztę zabawy z ich odnajdywaniem i odgadywaniem pozostawiam, drogi Czytelniku, Tobie. Najważniejszą rzeczą, o jakiej trzeba w tej opowieści pamiętać, jest: Wyobraźnia i to właśnie taka Wyobraźnia przez duże „W”, bogata, prawdziwa i nieprzysłonięta jeszcze przez codzienne troski świata dorosłych. Ta Wyobraźnia to taki specjalny zmysł, o którym większość dorosłych zdążyła już zapomnieć. Wyobraźnia jest jak nasze trzecie, wewnętrzne oko, które pozwala nam zobaczyć rzeczy ukryte, takie, o których dorośli mówią, że nie istnieją (a tak naprawdę Oni tylko to swoje trzecie oko zamknęli i o nim zapomnieli, a wyobrażonych rzeczy po prostu nie widzą). Spróbuj ją wykorzystać, a przekonasz się, że niepozorne miejsca, takie jak nasza niewielka, ale piękna gmina kryją w sobie wiele tajemnic, a może nawet i odrobinę magii…

*

Pierwszy nasz trop zaczyna się nieco niespodziewanie, w miejscu i czasie w istocie bardzo, bardzo odległym – na wyspie, która zawsze nazywała się i po dziś dzień nazywa się Kretą. Kreta leży w pięknej, słonecznej i górzystej krainie zwanej Grecją, znajdującej się na południe od Polski. Jeżeli poprosisz rodziców o mapę i znajdziesz na niej Polskę, a może nawet i Lublin, popatrz wtedy prosto w dół i tam właśnie znajdziesz Grecję. W pierwszej chwili w oczy rzuci Ci się pewnie kawałek lądu, który wygląda dość śmiesznie – jak but z wysokim obcasem (oczywiście tak się tylko mówi, nic się naprawdę na Ciebie nie rzuci. To tylko znaczy, że to coś bardzo będzie chciało, żebyś je zobaczył i dlatego spojrzysz na to miejsce jako pierwsze, wcześniej niż na inne). Ale ten but to akurat inny kraj, czyli: Włochy, Grecję natomiast znajdziesz, patrząc na prawo od Włoch.

Co jednak Grecja, zwana też czasem Helladą, ma wspólnego z Wólką na Lubelszczyźnie? Ano właśnie całkiem sporo. Grecja bowiem zawsze była i nadal jeszcze trochę jest krainą mitów, czyli takich pięknych, a czasem też trochę strasznych opowieści o wspaniałych bogach, takich jak Zeus czy Atena, i o przygodach walecznych bohaterów zwanych herosami (chyba słyszałeś już kiedyś o Heraklesie albo Achillesie – prawda?). Jednym z takich bohaterów był też młody książę Tezeusz, który wybrał się kiedyś na wyspę Kretę, aby zgładzić potwora mieszkającego w labiryncie zbudowanym pod pałacem króla Krety – Minosa. Dorośli często mówią, że potwór ten, zwany Minotaurem, wyglądał jak rosły mężczyzna, chodził na dwóch nogach, miał ponad dwa metry wzrostu, ale zamiast ludzkiej głowy posiadał głowę prawdziwego byka i potrafił tak głośno i przeraźliwie ryczeć, że każdy, kto przez przypadek podszedł zbyt blisko labiryntu, zaraz stamtąd zwiewał. Gdy gotowy na bitwę, uzbrojony w ostry, lśniący miecz Tezeusz wszedł do labiryntu i odnalazł Minotaura, szybko przekonał się, że wcale nie jest on takim groźnym potworem, jak mówił król Minos. W rzeczywistości Minotaur, zwany później przez przyjaciół Minusiem, okazał się łagodny jak baranek. Niestety, sam nie potrafił wydostać się z Labiryntu, który stał się jego więzieniem. Tak naprawdę Minuś nigdy nikomu nie wyrządził najmniejszej krzywdy. Ba! Robił, co mógł, żeby powstrzymać przypadkowych podróżnych przed zabłądzeniem i niechybną zgubą w labiryncie – właśnie dlatego tak głośno ryczał, żeby nikt przez przypadek do niego nie wszedł i nie zabłądził na zawsze, tak jak on sam. Na całe szczęście okazało się, że mądra księżniczka Ariadna dała Tezeuszowi kłębek nici, który książę rozwijał, wchodząc w głąb labiryntu, i dzięki któremu obaj z Minusiem mogli bezpiecznie odnaleźć drogę powrotną na zewnątrz (stąd właśnie, drogi Czytelniku, wzięło się powiedzenie: iść jak po sznurku). Gdy dobry minotaur został uwolniony ze swojego więzienia, zaczął szukać miejsca, w którym mógłby założyć swój nowy, lepszy dom. Chciał, żeby było to miejsce mniej gorące niż upalna Grecja, w którym mógłby się cieszyć upragnioną wolnością i swobodą. Niestety, znalezienie go nie było wcale takie proste, wszędzie gdzie się pokazał, ludzie bali się wielkiego człowieka z byczą głową i przepędzali go ze swoich miejscowości, nie chcąc słuchać tego, co ma do powiedzenia. Po wielu tygodniach trudnej tułaczki dobry minotaur dotarł do miejsca, w którym ludzie okazali się niezwykle życzliwi i uprzejmi, w którym nie bali się kogoś, kto wyglądał inaczej niż reszta mieszkańców i każdego osądzali po jego czynach, a nie po wyglądzie. Postanowili więc dać Minusiowi szansę i pozwolili mu założyć swoją własną osadę, której na cześć odzyskania wolności po wyrwaniu się z Labiryntu postanowił nadać właśnie nazwę: Wolność.

Wraz z upływem czasu coraz więcej ludzi przybywało do Wolności, chcąc poznać jej niezwykłego mieszkańca, który obawiając się trochę, że kiedyś trafi się wśród nich kolejny bohater, który chciałby z nim walczyć, postanowił zamaskować nieco swoją obecność i zmienić nazwę osady tak, żeby trudniej było ją znaleźć. Chciał jednak również, żeby jej nazwa dalej była pamiątką po wyzwoleniu z labiryntu.

Zapytasz teraz, drogi Czytelniku: i co niby ma z tą całą Grecją i minotaurem wspólnego nasza Wólka? I będzie to słuszne pytanie, na które odpowiedź znajdziesz w jednym z najważniejszych budynków w okolicy, wypełnionym regałami uginającymi się pod rzędami mądrych i ciekawych książek – czyli w Bibliotece.

Jeżeli tam pójdziesz i zajrzysz do słownika, w którym wyjaśnione są różne stare słowa (np. do Małego Słownika Kultury Dawnych Słowian), to zobaczysz, że w dawnym, staropolskim języku nazwa naszej gminy – „Wólka”, oznacza właśnie dokładnie to samo co: Wolność.

Myślisz może, że to tylko taki zbieg okoliczności, który nie ma nic wspólnego ze starożytnym Minotaurem? Pamiętaj jednak, co zawsze powtarzają dziadkowie: że w każdej legendzie tkwi przynajmniej ziarnko prawdy. Posłuchaj więc dalej, a przekonasz się, że może jednak coś tu jest na rzeczy…

**

Zachwycony życzliwą postawą mieszkańców Polski Minuś postanowił pomóc innym bohaterom bajek, legend i mitów w znalezieniu swojego upragnionego miejsca na Ziemi. Każdy z nich, przybywając na zaproszenie dobrego minotaura w pobliże Wólki, zakładał swoją własną osadę, a w utworzonych nazwach,  jeżeli bardzo dokładnie się przyjrzeć i popuścić nieco wodzy fantazji, po dziś dzień odczytać można ich obecność.

Drugim bohaterem naszej opowieści będzie daleki kuzyn minotaura – czyli Tur. To majestatyczne zwierzę przypominające troszkę byka i woła, ale za to o wiele od nich większe, zostało przez dorosłych uznane za wymarłe już wiele, wiele lat temu. Prawda jednak jest taka, że tury były stworzeniami nieco leniwymi, cieszącymi się towarzystwem rodziny i nieprzepadającymi za ciężką pracą w polu. Z tego właśnie powodu pewnego dnia wszystkie postanowiły się trochę zbuntować i… zniknąć.

Pochowały się więc po okolicznych lasach, górach i wąwozach tak głęboko, żeby nikt ich nie znalazł i żeby nie musiały już więcej ciągnąć ciężkich pługów. Nie wychodziły i nie pokazywały się tak długo, aż ludzie uznali je za gatunek wymarły. I niestety, za jakiś czas taki właśnie los spotkał prawie wszystkie tury, ponieważ pogubiły się w tych lasach i dolinach, nie mogąc się nawzajem odnaleźć. Nie było więc też nowych turowych dzieci, bez których ich gatunek starzał się coraz bardziej.

Tak, tak, jak każdy z nas się starzeje, tak starzeć się może również cały gatunek. Zarówno ludzi, jak i zwierząt, a dzieje się tak, gdy z każdym rokiem przybywa osobników w podeszłym wieku, natomiast mało rodzi się nowych dzieci. Gdy na świecie pozostało już tylko kilka z nich, martwiąc się, żeby rzeczywiście zupełnie nie wyginąć, postanowiły wreszcie wyjść z ukrycia i się odszukać. Niestety nie wiedziały, że jest ich już tak mało i że żyją bardzo, bardzo daleko od siebie, w zupełnie różnych częściach świata. Gdy nasz poprzedni bohater – dobry minotaur –  dowiedział się, że jeden z turów wałęsa się w okolicy Wólki, postanowił mu pomóc.

Po wielu dniach poszukiwań odnalazł go (a tura, pomimo że był taki duży, wcale nie tak łatwo było znaleźć, ponieważ ciągle był trochę nieufny i chował się po krzakach) i ze zdziwieniem, ale i zadowoleniem zobaczył, że była to Pani Turowa. Gdy już się spotkali i nagadali, ustalili wspólnie plan. Minotaur przedstawił Panią Turową okolicznym mieszkańcom, którzy z radością przyjęli ją do swojego grona, pozwolili zamieszkać niedaleko i obiecali nie niepokoić jej prośbami o ciągnięcie pługa, które to zadanie od jakiegoś czasu, w związku ze zniknięciem wszystkich turów, przypadło ich dalekim kuzynom – koniom.

Aby zobaczyć w nazwie kolejnej miejscowości w naszej gminie to ukryte znaczenie, o którym mówię, musisz też wiedzieć, drogi Czytelniku, że w Polsce istnieje z dawien dawna pewien zwyczaj, związany z naszym ojczystym, polskim językiem. Kiedy mówimy o kobiecie, która zamieszkuje w pewnym regionie, do jej określenia dodajemy na końcu dwie literki: „ka” i mówimy wtedy o niej, że jest to na przykład Pol-ka, lublinian-ka czy łuszczowian-ka. Podobnie zresztą jest z imionami, zauważ sam, że mówimy np. Aś-ka, Marlen-ka, Maj-ka czy Jul-ka. Gdy więc Pani Turowa zbudowała swój dom, to aby się upewnić, że każdy przechodzący obok tur, czy to Pan, czy Pani, od razu zobaczy, kto w tym domu mieszka i będzie mógł ją odnaleźć, postawiła przed domem wielką tablicę z napisem: „Tu mieszka Tur-ka”.

Przez kolejne lata dookoła domu Pani Turowej przybywało nowych budynków, w których zamieszkiwały kolejne tury, zadowolone z tego, że dzięki tablicy udało się im odnaleźć swoich z dawna niewidzianych ziomków. Z czasem powstała w ten sposób cała osada, którą, aby uczcić mądrość i zaradność Pani Turowej, postanowiono nazwać właśnie Turką.

***

Kolejna część naszej baśni będzie opowiadać o następnym „ukrytym” wólczaninie (czyli mieszkańcu gminy Wólka) i miejscowości, która od niego właśnie wzięła swoją nazwę.

Czy widziałeś kiedyś, Czytelniku, prawdziwego smoka? Nawet jeśli nie, to na pewno słyszałeś o nich wiele opowieści. Zgodzisz się chyba, że wszystkie one mówią o smokach podobnie: że są wielkie i straszne, że porywają królewny, walczą z rycerzami, zjadają owce i przede wszystkim zioną ogniem. Jednak w życiu nigdy nie jest tak, że wszyscy jesteśmy dokładnie tacy sami. Jedni są niscy, inni wysocy, jedni grubi, drudzy chudzi, jedni lubią polski, a inni matematykę. Nawet jeżeli wszyscy w okolicy lubią jedną rzecz, to zdarza się też czasem ktoś, kto lubi coś innego – i nie ma w tym zupełnie nic złego. Tak samo jest też w przypadku smoków.

Takim wyjątkowym egzemplarzem, czyli jedyną i niepowtarzalną postacią, był smok o imieniu Jakub, czyli zdrobniale, jak wołali na niego znajomi: Kuba. Smok Kuba był niezwykle łagodnym stworzeniem, lubił śpiewać i tańczyć, a nie ryczeć i zionąć ogniem. Nie chciał porywać księżniczek, ani walczyć z rycerzami. Zamiast tego wolał się z nimi bawić i słuchać opowieści o przygodach w dalekich krajach. Niestety, wielu jego kolegów smoków, a nawet najbliższa rodzina, nie potrafili go zrozumieć. Chcieli, żeby był wielkim i groźnym smokiem – postrachem okolicy. Kuba nie chcąc żyć w ten sposób, postanowił więc poszukać szczęścia w innej niż swoja bajce. Długi czas wędrował w poszukiwaniu miejsca, w którym zostanie zaakceptowany właśnie taki, jaki jest – miły i łagodny. Zamieszkał więc – jak się już pewnie, Czytelniku, domyślasz – w okolicy Turki w gminie Wólka. Tutaj nikt nie oceniał go po wyglądzie, żył sobie spokojnie w lesie pomiędzy Świdnikiem a Łuszczowem (który również kryje w sobie pewną legendę), nie wadząc zupełnie nikomu. Mieszkańcom wcale nie przeszkadzało, że Kuba był dużo większy, miał błoniaste skrzydła, na których potrafił wysoko latać, no
i oczywiście był cały zielony.

Któregoś pochmurnego dnia pod koniec lata, gdy Kuba zbierał drewno do kominka na zimę, zobaczył biegnącego drogą człowieka. Człowiek ten pędził z całych sił i rozglądał się na boki, zupełnie jakby czegoś szukał. Gdy smok wyszedł na drogę i zatrzymał go, pytając, gdzie tak pędzi, okazało się, że ten szukał właśnie Kuby.

Napotkany człowiek wydyszał zasapany: „Kubo, przyjacielu, pomóż nam, proszę. Naszą wioskę napadło jakieś straszliwe smoczysko i podpaliło dom sołtysa. Strach pomyśleć, co jeszcze uczyni, jeżeli go nie powstrzymamy!”. Oczywiście Kuba zgodził się pomóc i szybko pobiegli na miejsce. Rzeczywiście, kilka kolejnych domów już płonęło, ale na szczęście Kubie udało się przepędzić napastnika, a mieszkańcom wioski ugasić pożar, co nie było takie łatwe, ponieważ w tamtych czasach wszystkie domy budowane były jeszcze z drewna. Tego dnia mieszkańcy wioski przekonali się, że nawet w kimś tak łagodnym i potulnym jak smok Kuba obudzić się może uśpiona wielka siła i odwaga, gdy broni tego, co kocha.

Ponieważ Kuba był dość duży i bardzo silny, z dobroci serca poleciał kilka razy do pobliskich kamieniołomów (to takie miejsce, w którym wykopuje się bardzo dużo kamieni) i przyniósł mieszkańcom wioski głazy, z których mogli odbudować swoje domy – teraz już murowane. Chcąc wyrazić swoją wdzięczność dla dzielnego i dobrodusznego smoka, mieszkańcy odbudowanej wioski postanowili nazwać ją na cześć Kuby Jakubowicami Murowanymi.

Dzięki tym wydarzeniom, co sam z pewnością, drogi Czytelniku, zauważysz, smok Jakub stał się chyba najsławniejszym – oczywiście obok wawelskiego – smokiem na świecie. Do dziś można w Jakubowicach zobaczyć ruiny pałacyku, który Kuba pomógł wtedy odbudować na miejscu chaty sołtysa, a inne jego przygody możesz obejrzeć w teatrach w całej Polsce.

****

Ostatnia miejscowość, o której chciałbym Ci teraz opowiedzieć, a która kryje w swojej nazwie coś tajemniczego, jest Łuszczów. W tym przypadku sytuacja jest o tyle ciekawa, że legendy związane z powstaniem tej nazwy są dwie i nikt – nawet ja sam nie wie do końca, która z nich jest prawdziwa. Dlatego warto znać obie. Pierwsza historia jest może nieco straszna, ale chyba nie bardziej niż ta o Minusiu czy smoku Kubie.

Legenda ta głosi, że w okolice dzisiejszego Łuszczowa przybył wiele wieków temu znany w całym świecie zbójnik zwany Maciupą. Miał gruby brzuch, gęstą kędzierzawą brodę i wielką pałkę, którą groźnie wymachiwał. Zbójnik ten przez całe lata krył się w okolicznych lasach, których wtedy było jeszcze wiele i napadał na przejeżdżające wozy z jedzeniem, piciem i kosztownościami. Aby ukrócić jego zbójecką działalność, okoliczni mieszkańcy postanowili wyciąć cały las tak, żeby Maciupa nie mógł się w nim chować i z ukrycia napadać na wozy. Jednak zbój wraz ze swoim pomocnikiem – Groźnym Ryśkiem – okazali się sprytniejsi i tam, gdzie kiedyś rósł las, oni postawili drewniane słupy, które zrobili z drzew ściętych przez mieszkańców, i zasadzili chmiel. W ten sposób powstał wielki chmielowy las, którego resztki można zobaczyć po dziś dzień, przejeżdżając przez Łuszczów Drugi i inne okoliczne miejscowości.

Ale wracając do nazwy samej wsi, musisz wiedzieć, drogi Czytelniku, że Maciupa miał jeden ciekawy i trochę śmieszny zwyczaj, związany z jego napadami. Gdy razem z Groźnym Ryśkiem trafili na więcej niż jeden wóz, Maciupa biegnąc i wymachując swoją pałką w stronę jednego z nich, krzyczał do Groźnego Ryśka, pokazując paluchem na drugi: „Ja biorę ten, a Ty łuszcz ów!”.

Jeżeli zajdziesz do biblioteki i poprosisz o Wielki Słownik Języka Polskiego – w którym wyjaśnione są również dawne, staropolskie słowa, zobaczysz, że słowo „łuszczyć” znaczy dokładnie to samo, co „rabować” lub „ograbiać”, a słowo „ów” oznacza to samo, co „ten” lub „tamten” (gdy mówimy np. ów chłopiec, to tak jakbyśmy powiedzieli: ten chłopiec lub tamten chłopiec). Zatem gdy Maciupa krzyczał do Groźnego Ryśka „łuszcz ów wóz”, znaczyło to tyle samo, co „obrabuj tamten wóz”.

Było to jednak na tyle dziwne i śmieszne powiedzenie, że nawet gdy Maciupa kogoś napadał, po prostu nie dało się nie roześmiać, widząc zbója z wielkim brzuchem, który wymachując pałką, wykrzykiwał starodawne słowa. Z czasem utarło się wśród okolicznych mieszkańców, żeby Maciupę, trochę prześmiewczo, nazywać Pan łuszcz ów”. Gdy zaś musieli jechać gdzieś wozami, zamiast tłumaczyć sobie, których dróg trzeba unikać, żeby nie trafić na Maciupę i Groźnego Ryśka, mówili na przykład: „Dzisiaj lepiej omijaj chmielowy las, bo tam jest „łuszcz ów”. I tak z biegiem czasu przyjęło się, aby to miejsce, gdzie w chmielowym lesie czyhał na wozy Maciupa, nazywać właśnie: Łuszczów.

Podobno po jakimś czasie Maciupa, zniechęcony docinkami miejscowych, przestał łuszczyć, czyli rabować wozy, i wyniósł się do innego kraju, gdzie wraz z żoną i synkiem zamieszkał w jaskini, a miejscowi po dziś dzień nazywają go Rumcajsem.

Drugą legendą dotyczącą Łuszczowa leżącego w naszej pięknej gminie, jest historia związana z pewnym ornitologiem – czyli badaczem ptaków, który nazywał się TomeK On*. Ten niezwykle mądry człowiek zjeździł pół świata w poszukiwaniu rzadkiego ptaka zwanego Łuszczem Strojnym, o którym wiele się mówiło, ale mało kto go widział. Jeżeli mi nie wierzysz, drogi Czytelniku, sprawdź nie gdzie indziej jak w Bibliotece. Mają tam z pewnością Atlas Ptaków, w którym na własne oczy zobaczysz, że takowy ptak istnieje.

Gdy TomeK On przybył do Wólki, od razu zauważył chmielowe lasy, które w owym czasie były ulubioną siedzibą Łuszcza. Bardzo długo starał się poznać zwyczaje tego pięknego, ale płochliwego ptaszka. Niestrudzenie przedzierał się przez krzaki, skradał się cicho niczym lis i biegał szybko jak sarna – wszystko po to, aby móc się przyjrzeć Łuszczowi. Po wielu miesiącach starań i obserwacji ornitologowi udało się zbliżyć do niego na tyle, żeby sporządzić krótką, odręczną notatkę na jego temat. A brzmiała ona tak:

Ptak zwany Łuszczem Strojnym należy do rodziny kardynałów. Jest niezwykle pięknym, ale i płochliwym stworzeniem. Wiele trudów kosztowała mnie jego obserwacja, podczas której zauważyłem, że jest wielkości dwóch dłoni, w większości z wierzchu jest czarny, choć ma białe plamy na ogonie. Ma biały brzuch z trójkątem z czerwonych piór na piersi. Posiada też ciekawy zwyczaj. Łuszcz ów (czyli inaczej: Łuszcz ten), co rano o wschodzie słońca, wzlatuje ponad lasy chmielowe, wyłapując drobne muszki, którym w blasku poranka błyszczą się na różowo skrzydełka, dzięki czemu łatwiej je Łuszczowi zobaczyć i złapać. Taki to z niego sprytny ptak”.

Wyprawa Tomka zakończyła się więc pełnym sukcesem. Tajemniczy ptak został odnaleziony, opisany i narysowany. Niestety, kilka lat później podczas wielkiej suszy wybuchł pożar, który strawił wiele domów w okolicy i nie oszczędził też stojącej na odludziu chaty badacza. Gdy jakiś czas potem przyszli w owo miejsce nowi osadnicy, chcący właśnie tam założyć swój dom, w pogorzelisku po dawnej chacie znaleźli przygniecioną deską, spaloną kartkę, na której kiedyś widniał opis ptaka. Na ocalałym, małym fragmencie notatki pozostały widoczne jedynie dwa słowa: „Łuszcz ów…” i właśnie od tego znaleziska nowi mieszkańcy nazwali miejsce, w którym postanowili zamieszkać, Łuszczowem…

Nie sposób już dziś zdecydować, która z tych historii jest prawdziwa. Być może obie, a może żadna? Ale czy to ma tak naprawdę jakieś znaczenie? Najważniejsze, żeby umieć patrzeć oczami wyobraźni tak, aby w tym, co z pozoru zwyczajne, umieć dostrzec coś niezwykłego i magicznego, zupełnie jak zapomniani i ukryci do dziś założyciele naszej gminy.

*****

Czy zatem teraz, drogi Czytelniku, wiedząc już dzięki moim drobnym wskazówkom, jak patrzeć na naszą piękną gminę w nieco inny, niecodzienny sposób, domyślasz się może, skąd się w niej wzięła słynna w całej Polsce Fabryka Dywanów? Jak myślisz, co takiego ktoś chciał łatwo ukryć pośród tysięcy innych dywanów, tak żeby nie rzucało się w oczy? Z pewnością słyszałeś kiedyś opowieść o pewnym chłopcu i jego magicznej lampie…

Na zakończenie już pamiętaj, proszę, że Słowa, czy to tylko wypowiedziane, czy zapisane w książkach, na tablicach, a nawet w Twoim własnym zeszycie mają w sobie zawsze coś więcej niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Posiadają wiele znaczeń, często ukrytych, które zobaczyć możesz swoim trzecim, wyobraźniowym okiem fantazji. Szukaj zatem wytrwale, bądź uważny i odwiedzaj często Bibliotekę, a przede wszystkim wykorzystaj swoją bogatą wyobraźnię, zanim jeszcze zapomnisz (tak jak większość dorosłych), jak się to robi. Z czasem zobaczysz, że tajemniczy mieszkańcy, o których Ci dziś opowiedziałem, nie są tu jedyni i dla wprawnego (trzeciego) oka wcale nie tak dobrze schowani, jak by się mogło wydawać…

*TomeK On – autorska wariacja na temat arystotelesowskiego to de to on einai kai to mê on mê einai alêthes, skąd wyrażenie to mê on miałoby odpowiadać „temu, co nie jest” albo po prostu niebytowi [przyp. red. – az].

Maciej Wodziński

Kultura Enter 
2021/01 nr 99 

Grafika: wnętrze pałacu.

Dwór w Jakubowicach Murowanych wg rysunku W. Gersona, zbiory Biblioteki IBL PAN.