Strona główna/OPOWIADANIE. Sprzedawca piasku

OPOWIADANIE. Sprzedawca piasku

Sofija Okuniewska-Moraczewska była pierwszą ukraińską lekarką w Austro-Wegrzech, doktorem nauk medycznych. Jej młodzieńcze opowiadanie („Piasek! Piasek!”) zostało opublikowane pod pseudonimem „Jeryna” w pierwszym w Europie almanachu twórczości kobiecej pt. „Pierwszyj winok” [Pierwszy wianek]. Działaczka urodziła się 1865 r. na Tarnopolszczyźnie, zmarła we Lwowie w 1926 r. Przyjaźniła się z Olgą Kobylańską, a językoznawca Julian Kobylański doceniał jej talent literacki. O lekarce pisała w zeszłym roku Marta Panas-Goworska na łamach pisma „Newsweek”.

Sofija Okuniewska-Moraczewska
Z języka ukraińskiego przełożył Andrzej Goworski

„Piasek! piasek!” – krzyczał maleńki chłopczyna, biegnąc po jednej z porządnych ulic Lwowa. Był zimowy, pochmurny dzień. Zawiewał lodowaty wiatr, trzaskał szybami okien i sypał śniegiem w oczy. Chłopczyk był leciutko ubrany; stareńka płócienna kapota tak była podarta, że z trudem trzymała się na plecach. Podobnie i spodnie, i dziurawe trzewiki, jakby szedł boso. Twarz malutka, wymizerowana, wymęczona głodem, posiniała od zimna. Drobniutkie, skostniałe, poranione ręce z trudem trzymały wąski, długi worek piasku na plecach. Mały piaskarz wszedł na podwórze jakiejś kamienicy i krzyknął „Piasek, piasek!”. Rozejrzał się uważnie, ale ani jedne drzwi nie otworzyły się, nikt nie wyjrzał, żeby powiedzieć „Chodź tu, my potrzebujemy piasku!”. Żadnemu z mieszkańców na parterze i na piętrach nie chciało się otwierać drzwi w taki ziąb. Każdy myślał „Niech tam, jeszcze jakiś piaskarz przyjdzie”, zaś biedakom, którzy mieszkali w suterenach, nie trzeba była piasku, bo i nie mieli nic do czyszczenia. Chłopie ruszył po schodach na górę i idąc po korytarzach, krzyczał swoje „Piasek, piasek!”. Wciąż nikogo. W końcu zastukał do pierwszych lepszych drzwi. Nikt nie otwierał. Błąkając się po korytarzach, znów zaszedł przed jakieś drzwi, zza których dochodziły stuki i człowieczy harmider. Otworzył drzwi i kłaniając się, spytał „Czy nie trzeba piasku?”.

– Nie, nie! Idź, zabieraj się! – odpowiedziała z mocnym żydowskim akcentem jedna z kobiet stojących w kuchni.

– Proszę pani, kupcie taki wielki worek tylko za trzy krajcary! Proszę, proszę kupić! – żałośnie, nieśmiało mówił chłopczyk.

– Idź, zabieraj się, bo jak nie odstąpisz, wydam cię policji – warknęła ostro Żydówka, po czym zatrzasnęła drzwi. Chłopiec poszedł dalej.

Znów błąkał się po korytarzach, znów zaszedł do jakichś drzwi. Otworzył i kłaniając się jeszcze niżej zapytał:

– Nie weźmiecie państwo piasku? Taki wielki worek tylko za trzy krajcary!

Służąca otworzyła drzwi do pokoju i zapytała:

– Proszę pani, piaskarz przyniósł piasek. Wziąć?

– Nie, nie trzeba. A co ty wychodzisz z kuchni. Jeszcze ten wagabunda coś podciągnie! – rozległ się głos z pokoju i równocześnie wyszła sama pani, przekonać się, czy „wagabunda” niczego nie wziął. Wagabunda trząsł się z zimna za drzwiami, a teraz znów je otworzył i zobaczył, że ktoś nowy pojawił się w kuchni.

– Wielmożna pani, kupcie piasek! Taki wielki worek tylko za trzy krajcary. Dajcie już i dwa krajcary, tylko dajcie! Jestem taki głodny, jeszcze dziś niczego nie jadłem…

– Ale dajże mi spokój! Mówię, że nie trzeba, to nie trzeba. Idź sobie, zamknij drzwi i nie napuszczaj mi zimna do środka! – energicznie powiedziała pani.

– Ale jestem taki głodny! – jeszcze raz nieśmiało spróbował chłopiec i kiedy dostrzegł, że i ten argument nie skutkuje, wrócił na schody.

Pani ruszyła do pokoju i zwróciła się do swojego gościa:

– Ci piaskarze zawsze mnie irytują. Tak się naprzykrzają. Mówię mu, że nie trzeba, to nie trzeba, a on i tak lezie!

– Tak, tak, ten proletariat, to najbardziej nieznośna rzecz na świecie! – odrzekł poważnie gość, C. K. urzędnik. Wypowiedziawszy taką głęboką sentencję pan C. K. urzędnik, jakby próbując wynagrodzić swojemu ciału ćwiczenia intelektualne, zasiadł przy stole i zabrał się za gorący rosół.

Mały wagabunda tymczasem poszedł dalej, krzycząc niemal z rozpaczą:

– Piasek, piasek!

Naprawdę nic dzisiaj nie jadł. Chociaż przywykł do głodu i chłodu, nigdy jeszcze tak nie przemarzł. To był pierwszy dzień, gdy ruszył z piaskiem na sprzedaż i wiedział, że jeśli mu się nie powiedzie, nie będzie już miał miejsca, gdzie dostałby coś do jedzenia.

Jego mama zmarła kilka dni wcześnie. Swojego ojca nie znał. Pamiętał tylko jak przez sen, że dawno, dawno temu przychodził do nich jakiś obdarty wysoki człowiek i kazał jego mamie karmić się, a wychodząc żądał od jego mamy pieniędzy. Jego mama zaklinała się, że niema. Wysoki człowiek krzyczał i bił ją, a potem szedł sobie, trzaskał drzwiami. Chłopiec bardzo bał się tego człowieka…

Jego mama była praczką. Dzień w dzień chodziła do pracy i dzień w dzień wracała piana do domu. Możliwe, że był to najtańszy sposób, aby ogłupić wycieńczone ciało, zamroczyć głowę.

Często biła swojego chłopca. Sam nie wiedział za co, ale mimo wszystko było choć co pojeść, gdzie spać. Od maleńkości wychowywał się na ulicy, z takimi samymi jak on biednymi dziećmi. Dużo ich było i jeden, mały kawałek chleba nie raz rozdzielali między całą gromadę.

Przed kilkoma dniami jego mama przyszła z pracy, lamentując, że ją kłuje. Praczka, która z nimi mieszkała, wdowa z całą czeredą dzieci, na wszystko miała sposoby. Widząc, jak traci krew, posłała go po gorzałkę. Jego mam przez dwa dni leżała ciężko dysząc. Trzeciej nocy zbudził go straszny krzyk. Był to ostatni krzyk jego mamy. Kiedy przybiegł do łóżka, leżała blada i nieruchoma. Przestraszył się jej takiej, rozpłakał i prosił, aby do niego coś powiedziała. Stara praczka Franciszkowa wzięła go za rękę i gładząc po głowie rzekł:

– Cicho, chicho, dziecinko, mama umarła.

– Umarła? Umarła? – powtórzył chłopczyk. Nie rozumiał dobrze znaczenia tego słowa, ale było mu bardzo, bardzo smutno. Długo jeszcze płakał i później zasnął zmęczony płaczem, lecz i przez sen nie przestał szlochać.

Wstał późno. Mama wciąż leżała na łóżku, Franciszkowa szykowała obiad. Wkrótce pod dom zajechał karawan. Wyszło dwóch ludzi, włożyli jego mamę do trumny i ponieśli na wóz. Karawaniarz zaciął konie i szybko ruszyli ulicą. Kto by wolno jechał z takimi biedakami, których nie stać na pochówek, zresztą jak inaczej? Nikogo za trumną, nie licząc dziecięcia, które biegło i krzyczało z całych sił „Zostawcie moją mamę!”.

Franciszkowa ledwie go zatrzymała i jeszcze tydzień był u niej. Jak było co jeść, dawała mu razem ze swoimi dziećmi, ale robiło się coraz mniej i mniej jedzenia, a pracy wciąż nie było.

Nic wiec dziwnego, że Franciszkowej nie podobało się, że miała teraz o jeden pusty bęben do nakarmienia więcej i od czasu do czasu warczała:

– Ot tak! Nie dość swoich bachorów, to i cudze karm!

Wygnać na ulice było jednak żal. Pewnego wieczora w kumy przyszła Józefowa.

– A chłopiec u was? – spytała Franciszkową.

– A patrzcie, u mnie! Nie wiem, co z nim robić. Wygnać grzech, a karmić nie ma czym.

– Oj, prawda, że nie ma czym – cicho westchnęła Józefowa – Jakże go wam karmić! Ciężki czas teraz!

– Oj, ciężki, ciężki! Mówię wam kumo, od tygodnia nie mam pracy. Chodzę i po domach, pytam, gdzie coś może być. Wszyscy albo dają do pralni albo mają swoje praczki. Pracy nie ma, a jeść trzeba. A teraz i ten chłopiec. Już nie wiem sama, co robić.

– To może byście go gdzieś dali? – rzekła Józefowa.

– A kto weźmie? Majster żaden nie zechce, bo za mały. Co z taką dzieciną za praca?

– Prawda to, że pracy z niego nie będzie. A może byście dali do piaskarzy? Będzie piasek nosić i zarabiać.

– A niech to, bym i zapomniała! Tak, piasek niech nosi!

Jeszcze tego samego wieczora Franciszkowa uszyła z jakiejś starej szmaty długi, wąski worek, rano przyniosła piasku, napełniła go i zawiesiła chłopcu na plecach, mówiąc:

– No, idź teraz i krzycz „Piasek, piasek!” tak jak piaskarze, wiesz?

– Wiem!

– No, to idźże! Mów cztery albo trzy krajcary, kłaniaj się nisko i mów „Wielmożni państwo”. Jak przyjdziesz do domu, kupię tobie za te pieniądze chleba, a jeśli nie sprzedasz, to nie waż mi się pokazywać, bo zbiję. Rozumiesz?

– Rozumiem – odpowiedział chłopiec i z workiem wyszedł na ulicę. Co znaczyło „będę bić”, wiedział aż nadto.

Długo błąkał się po ulicach i krzyczał „Piasek!”, lecz nikt go nie pytał, nikt nie chciał piasku, a jeść chciało się strasznie. Głód już mu bardzo doskwierał i zawodził „Piasek, piasek!”. Zaczął potem zaglądać na podwórza, a około południa ruszył na schody i korytarze kamienic.

Ale tylko tyle wskórał, że przezwano go wagabundą, do tego nastraszono policją, jeśli dalej będzie się naprzykrzać.

Wyszedł z tego domu i ruszył na drugą stronę ulicy pod bardzo ładną kamienicę. Brama była otwarta. „Tu na pewno kupią, oni to mają pieniądze” pomyślał chłopiec i ruszył na schody krzycząc „Piasek!”.

I w rzeczy samej otworzyły się jakieś drzwi na pierwszym piętrze, wyszedł jakiś pan i krzyknął na całe gardło „Janie, Janie!”. Wtedy chłopiec jeszcze głośniej swoje „Piasek!”, starając się, żeby go pan zauważył. „Pewnie krzyczy, aby sługa zaniósł mi trzy krajcary za piasek. Ach, ja sam wejdę na górę” pomyślał chłopiec i skierował się na galerię, gdzie stał pan. W ślad za nim ruszył czarniawy, mały, z zapitą twarzą stróż Jan.

– Cóż to za porządki? – wydarł się na niego pan. – Po kiego diabła ciebie trzymam, żebyś ty mi wszystkie draby do domu sprowadzał, tak krzyczą, żem się obudził, a pani spazmów dostała! Ha? Jak będziesz mojego domu tak pilnować, to mój kochany, szybko służbę stracisz!

Chłopiec, widząc, że pan tak krzyczy, ruszył do tyłu po schodach, lecz nie zdążył całkiem z nich zbiec, jak poczuł, że ktoś biegnie za nim i klnie. Odwrócił się – stróż Jan. Jego twarz była jeszcze bardziej czerwona, a oczy płonęły ze złości. Chłopiec jeszcze przyspieszył, ale osłabł z głodu, a worek był ciężki. Upadł przed bramą. Stróż podniósł go i z workiem wyrzucił na chodnik. Chłopiec upadł na kamienie, zaparło mu dech w piersi, pociemniało pod powiekami. Po dłuższej chwili doszedł w końcu do siebie i gdy otworzył oczy, stał przed nim „stróż prawa” z blachą na piersi. Bardzo się zląkł. Jego mama zawsze straszyła go policjantem, bo i dla niej samej policjant był groźny. Policjant rzekł ostro: „Co tak leżysz? Nie wiesz, że na drodze nie wolno leżeć? Idź już sobie!”.

Chłopiec podniósł się i ile sił w nogach zaczął uciekać. Aż znalazł się gdzieś na drugiej ulicy. Tu znów opuściły go siły i wcisnął się do jakiejś kamienicy. Z przerażenia zapomniał o głodzie, ale teraz poczuł go z podwójną siłą. Do Franciszkowej nie było co iść, bo piasku jeszcze nie sprzedał. Znów zaczął więc krzyczeć z całych sił „Piasek, piasek!”. Chodził od domu do domu i teraz już faktycznie się naprzykrzał. Wyganiali go od drzwi, znów wracał i znów prosił, pohańbili go, na nic nie zwracał uwagi, chciał już tylko iść…

Zrobiło się całkiem ciemno. Schwycił jeszcze silniejszy mróz, a wiatr zawiewał gniewniej niż za dnia. Chłopcu było strasznie zimno. Bał się wracać do Franciszkowej, bał się i policjanta. Na koniec tak opadł z sił, że musiał usiąść na chodniku, żeby nie upaść. Zwinął się w kłębek i przytulił do rynny, żeby choć trochę osłonić od wiatru.

Nie czuł już głodu, tylko chciało się bardzo spać i zasnął.

Następnego dnia rano stróż z tej kamienicy otworzył bramę i wyszedł, aby zgarnąć śnieg z chodnika. Koło rynny dostrzegł coś czarnego. Odgarnął nawiany śnieg i ujrzał maleńką ludzką sylwetkę.

Był to mały „wagabunda”. Trzymał jeszcze w rękach konwulsyjnie ściśnięty worek z piaskiem, a usta wykrzywione z bólu, najwyraźniej zamarły wymawiając „Piasek, piasek!”.

26 marca 1886 r.
Erina ***

(***Sofija Okuniewska-Moraczewska)
Tłumaczył Andrzej Goworski

 

Kultura Enter
2021/01 nr 99

 

Zaśnieżona ulica dawnego miasta Lwowa: budynki, drzewa, konie z bryczkami.

Ulica Karola Ludwika we Lwowie. Pocztówka z 1906 r. Domena publiczna.

Dawny portret kobiety

Sofija Okuniewska-Moraczewska [uk.wikipedia.org]