Strona główna/POLITYKA. Egzorcyzmy lwowskiego „separatyzmu”

POLITYKA. Egzorcyzmy lwowskiego „separatyzmu”

Egzorcyzmy lwowskiego „separatyzmu”
Mykoła
Riabczuk
przełożył Andrij Saweneć

W pewnych okolicznościach mogą rozkrzewić się nawet całkiem dziwaczne idee

Pewnego kwietniowego dnia, wkrótce po drugiej turze wyborów prezydenckich w Ukrainie, nauczycielkę lwowskiej szkoły muzycznej Switłanę Сh. zagadnęła na ulicy młoda kobieta, która poprosiła o udzielenie odpowiedzi na kilka pytań kwestionariusza w ramach badania socjologicznego. Switłana rzuciła wzrokiem wzrokiem na kwestionariusz i potknęła się już na pierwszym pytaniu. Brzmiało ono tak: „W Ukrainie odbyły się wybory prezydenckie. Jak Pan(i) wyobraża sobie przyszły los Galicji (obwody lwowski, tarnopolski oraz iwanofrankiwski)?”. Wśród proponowanych opcji odpowiedzi znalazły się m.in. następujące: „Galicja powinna pozostać w składzie unitarnego państwa ukraińskiego w myśl obowiązującej konstytucji”, „Galicja powinna pozostać w składzie unitarnej, ale znacznie decentralizowanej Ukrainy”, „Galicja powinna zostać podmiotem federacji w składzie sfederalizowanej Ukrainy”, „Galicja powinna zostać niezależnym państwem” oraz „Galicja powinna zostać przyłączona do Polski”.

Czujna kobieta natychmiast poinformowała Służbę Bezpieczeństwa Ukrainy o podejrzanych działaniach pewnych prowokatorów politycznych i umieściła zdjęcie wywrotowego dokumentu na swoim profilu facebookowym, aby zwrócić uwagę opinii publicznej na wrogą działalność najprawdopodobniej lipnych socjologów[i]. SBU bezzwłocznie, bo już następnego dnia, poinformowała opinię publiczną o wszczęciu postępowania w sprawie prowokacyjnego badania socjologicznego zawierającego pytanie na temat ewentualnej secesji regionu, które zgodnie ze „wstępną opinią ekspercką” może wyczerpywać znamiona art. 110 kodeksu karnego Ukrainy określającego karę za publiczne nawoływania lub rozpowszechnianie treści godzących w integralność terytorialną Ukrainy[ii].

Najzabawniejsze stwierdzenie, które padło w oświadczeniu, brzmiało: „SBU dokłada wszelkich starań w celu ustalenia organizatorów tej prowokacji i pociągnięcia ich do odpowiedzialności”. W rzeczywistości nie było żadnej potrzeby cokolwiek ustalać, gdyż nagłówek kwestionariusza zawierał nazwę, adres i numery telefonów organizatora – opiniotwórczego Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii (KMIS), który przeprowadził badania na zlecenie innej szacownej instytucji – tygodnika „Dzerkało Tyżnia”. Nie uchroniło to KMIS przed przeszukaniami biur i dziwacznymi przesłuchaniami. Spotkało się to z szerokim oburzeniem społeczności akademickiej, ze strony SBU nie padło jednak żadne słowo przeprosin. Kuriozalne oskarżenie o „separatyzm” do dziś można znaleźć na facebookowym profilu służby, podobnie jak skierowane do współobywateli stanowcze ostrzeżenie, by „nie poddawać się na prowokacje i nie sprzyjać upowszechnianiu rzeczonego sondażu będącego ewidentnym [sic] elementem wrogiej propagandy”.

Ostatecznie KMIS ukończył swoje badanie opinii publicznej i wyniki „wywrotowego sondażu” opublikowano na łamach „Dzerkała Tyżnia” wraz z sarkastyczną poradą, by SBU równie dobrze jak KMIS zwracała uwagę na opinię publiczną i sama korzystała z badań socjologów, a nie walczyła z nimi[iii]. Rzeczywiście wyniki sondażu wypadły wcale nie dramatycznie: jedynie 3% respondentów poparło ideę federalizacji i tylko 4% przychylnie spojrzało na pomysł hipotetycznej niepodległości Galicji[iv]. Dynamika nie była jednak już tak kojąca: pięć lat temu, w grudniu 2014 roku, te opcje nie miały praktycznie żadnego poparcia. Z drugiej strony liczba zwolenników obecnego status quo zmalała z 53% do 47%, liczba entuzjastów idei pozostania Galicji w unitarnym, aczkolwiek znacznie decentralizowanym państwie ukraińskim pozostała faktycznie bez zmian (40%), a liczba wypowiadających się za przyłączeniem do Polski spadła z 3% do 1,5% (w 2014 roku liczba ta mogła nieco wzrosnąć za sprawą rzeczywistego wówczas zagrożenia rosyjskiej agresji militarnej, podczas gdy obecnie, po zniesieniu przez UE obowiązku wizowego dla obywateli Ukrainy, idea przyłączenia się do Polski znalazła swój wyraz nie tyle w obszarze geopolityki, ile w „przyłączaniu się” w wymiarze indywidualnym.

Sondaże mające na celu zbadanie na poziomie krajowym i regionalnym postaw wobec federalizacji państwa, secesji poszczególnych regionów lub jakichś innych hipotetycznych przekształceń porządku konstytucyjnego nie są dla Ukrainy czymś niezwykłym. Przeprowadzają je cyklicznie co najmniej trzy renomowane ośrodki badań socjologicznych – Centrum im. Razumkowa, Grupa Socjologiczna Rating oraz Kijowski Międzynarodowy Instytut Socjologii. Żadne z poprzednich badań nie wywołało podobnego zamieszania, mimo że wyniki niektórych z nich były dość niepokojące. To właśnie w sondażu KMIS z połowy lutego 2014 roku (w szczytowym okresie Majdanu) aż 41% respondentów na Krymie, 33% w obwodzie donieckim oraz 24% w obwodzie ługańskim wypowiedziało się za przyłączeniem Ukrainy do Rosji[v]. (Sformułowanie dotyczyło, dokładnie rzecz biorąc, połączenia Ukrainy i Rosji w jedno państwo – niektórzy respondenci mogli potraktować tę unię w kategoriach raczej symbolicznych, jako coś w rodzaju „Państwa Związkowego Rosji i Białorusi”).

W skali kraju poparcie dla secesji jakiegokolwiek regionu nigdy nie osiągało wartości dwucyfrowej, ale w regionach sytuacja była inna. W marcu 2014 roku nastroje separatystyczne na Donbasie i na Krymie osiągnęły poziom 30%, najprawdopodobniej w wyniku zmasowanych ataków rosyjskich fake newsów o zamachu stanu, faszystowskiej juncie w Kijowie oraz mitycznych „banderowcach” zbliżających się z zachodu, aby do cna wyniszczyć ludność rosyjskojęzyczną. Jednakże bardzo szybko, gdy propagandowy kurz opadł i niszczycielskie skutki rosyjskiej „operacji specjalnej” stały się bardziej widoczne, poparcie dla secesji na Donbasie spadło do wartości jednocyfrowych: w 2017 roku 2% respondentów chciało, by region został przyłączony do Rosji, a 7% wypowiadało się za niepodległością[vi].

Agresja rosyjska i jej fałszywe przesłanki (domniemana obrona ludności rosyjskojęzycznej) przeniosła czysto hipotetyczne pytania na temat secesji, a nawet federalizacji, z niewinnej sfery dociekań socjologicznych w toksyczny obszar Realpolitik. W Galicji poparcie dla secesji zawsze mieściło się w granicach błędu statystycznego, oscylując między wartościami 0 a 4 procent, a na skutek wojny to samo stało się z ideą federalizacji, która wcześniej była dość popularna (sięgając poziomu 25%)[vii].

Paradoksalnie, zwolenników secesji Galicji zawsze było więcej poza Ukrainą Zachodnią, szczególnie na Donbasie i na Krymie – co jest wyraźnym znakiem negatywnego stosunku wobec regionu jako głównej zmory i sprawcy kłopotów. Postawa ta odzwierciedla dominujące wyobrażenia na temat regionu ukształtowane w czasach sowieckich, a następnie wykorzystane zarówno przez neoimperialną propagandę w Moskwie, jak i prorosyjską agenturę w Ukrainie.

 

Demonizacja Galicji

Dyskursywne różnicowanie (othering) Ukrainy Zachodniej, a w szczególności Galicji, było częścią dużo szerszej sowieckiej strategii wywodzącej się głównie z czasów przedsowieckich, która w nowym środowisku dyskursywnym z powodzeniem zastąpiła ideę „jednej i niepodzielnej Rosji” hasłami „proletariackiego internacjonalizmu” i „przyjaźni narodów”. W obu przypadkach miała jednak na celu stworzenie i utrzymywanie specyficznej imperialnej „normalności” oraz niszczenie wszystkiego, co potencjalnie mogło ją zakwestionować lub nią zachwiać. W odniesieniu do Ukrainy owa „normalność” opierała się o trzy podstawowe elementy: przekonanie w tym, że Ukraińcy i Rosjanie to „jeden naród”, uznanie języka ukraińskiego za jedynie cudaczną odmianę regionalną rosyjskiego, a także twierdzenie, że ukraiński projekt narodowy to tylko wroga zagraniczna intryga i lansują go miejscowi nieudacznicy, opłacani agenci oraz pożyteczni idioci.

Ukraina Zachodnia i miasto Lwów rzucały wyzwanie tej „normalności” samym swoim istnieniem i (prawie) pełnowartościowym funkcjonowaniem języka ukraińskiego w miejskim środowisku – rzecz nie do pomyślenia we wszystkich innych ośrodkach miejskich, gdzie ten język poddawano stygmatyzacji i marginalizacji jako przejaw wiejskiego zacofania lub, co gorsza, „burżuazyjnego nacjonalizmu”. Z tego powodu za pomocą rozmaitych chwytów propagandowych „zachodniaków” należało przedstawiać jako „nienormalnych” lub raczej „jeszcze nie do końca normalnych”. W dyskursie oficjalnym region ukazywano jako niedorozwinięty – pod względem nie tylko gospodarczym, lecz także kulturowym i politycznym, oraz ciężko skażony przeżytkami „burżuazyjnego nacjonalizmu” i „klerykalizmu”, a zatem wymagający szczególnej czujności ideologicznej i pracy (re)edukacyjnej. Z kolei w dyskursie półoficjalnym upowszechnianym przez KGB za pomocą „propagandy szeptanej” te same idee promowane były w sposób bardziej otwarty i prostolinijny: region roi się od nacjonalistów, klerykałów i zamaskowanych „banderowców”, którzy tylko czekają na sygnał od swoich prowodyrów na emigracji i amerykańskich bossów, aby wbić nóż w plecy władzy sowieckiej.

Paradoksalne jest to, że te dyskursy nie zanikły wraz z upadkiem Związku Sowieckiego. Wręcz przeciwnie, odżyły na szeroką skalę w putinowskiej Rosji w postaci do końca odartej z pozostałości swoistej sowieckiej „poprawności politycznej”. Sowieci, przy całej swojej hipokryzji, uważali, że Ukraińcy i Rosjanie to są różne, mimo że bardzo bliskie („braterskie”) narody i wciąż traktowali mieszkańców Ukrainy Zachodniej jako zbłąkane owce, które należy przyprowadzić z powrotem do owczarni, a nie zarżnąć jako nieuleczalne (lub eksterminować, by posłużyć się językiem Dugina[viii] i Żyrinowskiego[ix]). To przesunięcie dyskursywne sygnalizuje z jednej strony odejście putinowskiej Rosji od sowieckiej polityki narodowościowej jako zbyt „liberalnej” w kierunku bardziej ostrego szowinizmu z czasów carskich, a z drugiej – uznanie faktu, że Ukraińcy, przynajmniej ci z zachodniej części kraju, przekroczyli punkt na drodze budowania narodu i tożsamości narodowej, z którego nie ma już powrotu, i łatwiej jest ich wyniszczyć niż (ponownie) zasymilować.

Obecnie celem Moskwy nie jest już odnowienie kolonialnej „normalności” na zachodzie Ukrainy i przybliżenie „wykolejonego” regionu do reszty kraju, tylko wyzbycie się go, aby ułatwić sobie zadanie odrodzenia neokolonialnej „normalności” w Ukrainie Wschodniej. Narracje antygalicyjskie przemodelowano zatem na dwa zasadnicze sposoby. Po pierwsze, region zaczęto coraz bardziej intensywnie malować jako domenę wpływów neofaszystów i rusofobów, spadkobierców nazistowskich kolaborantów, pogromszczyków i zoologicznych antysemitów. Po drugie zaś mieszkańcom Galicji przypisywano złowieszczy plan sukcesywnego spenetrowania i zakamuflowanego przejęcia wszystkich krajowych instytucji – całkiem w zgodzie z bzdurną, aczkolwiek dość popularną w Rosją teorią żydomasońskiego spisku. Podczas gdy pierwsza narracja przynajmniej po części ma związek z rzeczywistością, aczkolwiek mocno rozdmuchany (o ile 4-procentowe poparcie dla skrajnie prawicowej partii Swoboda we Lwowie może być uznane za poważny dowód)[x], ta druga jest na wskroś fałszywa i można ją łatwo sprostować, patrząc na gołe liczby.

Mieszkańcy Galicji stanowią nieco ponad 10% populacji Ukrainy, ale z tego regionu nie wywodzi się żaden z sześciu prezydentów, dwudziestu premierów i około dwóch tuzinów czołowych oligarchów. Według moich obliczeń sytuacja jest odwrotna: Galicja zawsze była niedoreprezentowana na najwyższych szczeblach władzy w Ukrainie (na poziomie ministrów, wiceministrów, przewodniczących i wiceprzewodniczących parlamentu, szefów administracji prezydenckiej i ich zastępców itd.). Począwszy od 1991 r. reprezentanci regionu stanowili zaledwie 3 procent najwyższych urzędników państwowych. Wynika to nie tyle z powszechnych uprzedzeń wobec mieszkańców Galicji (aczkolwiek nie da się tego całkiem wykluczyć), ile z ich gorszych pozycji startowych. Niepodległa Ukraina powstała w dużej mierze jako kontynuator Ukrainy Sowieckiej, prawie całkowicie przejmując jej instytucje i kadry. Reprezentanci Galicji mieli w Związku Sowieckim podobnie nikłe szanse na zrobienie kariery politycznej jak Żydzi czy Bałtowie, a zatem ich 3-procentowa reprezentacja w organach władzy centralnej to nie byle jakie osiągnięcie dla regionalnych elit galicyjskich w porównaniu do tamtych czasów.

Othering Galicji i Ukrainy Zachodniej stał się domeną nie tylko rosyjskich propagandystów, lecz także – w coraz większym stopniu – prorosyjskich sił politycznych w Ukrainie. Okresem szczytowym pod tym względem była prezydentura Wiktora Janukowycza (2010–2014) – w kierowanej przez niego Partii Regionów, której zapleczem był Donieck, roiło się od zagorzałych ukrainofobów i ewidentnych kolaborantów Kremla. Jeden z nich, główny ideolog partii i minister edukacji (sic) Dmytro Tabacznyk szczególnie zasłynął z wyjątkowo oszczerczych wobec Galicji pamfletów publikowanych w i bez tego owianym złą sławą tygodniku „2000”.

W jego tekstach mieszkańcy Galicji są ukazywani jako „radykałowie o wypranych mózgach” zainfekowani ideami „rusofobii, ksenofobii i zoologicznego nacjonalizmu” i wykonujący złowrogą misję powierzoną im przez „Waszyngtoński komitet obwodowy”: „Oddane marionetki potrzebne są nowym gospodarzom w roli «Krzyżaków» gotowych bez względu na cokolwiek „przechrzcić” Ukrainę na quasi-religię globalizmu atlantyckiego i skierować ją przeciwko słowiańskiej Rosji będącej tej samej wiary i tej samej krwi”[xi]. Jeśli nie zatrzymamy ich, uprzedzał, „to czeka nas taki sam smutny los jak umierającą na naszych oczach cywilizację, która kiedyś została zbudowana na podwalinach chrześcijaństwa, a teraz kończy się zakazem symboliki chrześcijańskiej, propagandą sodomii i eutanazji oraz nieodpowiedzialnym burzeniem instytucji rodziny”[xii].

Mieszkańcy Galicji ukazywani są jako aktywni uczestnicy groźnego światowego spisku skierowanego przeciwko Rosji i całej cywilizacji „prawosławno-słowiańskiej”. Podobnie jak we wszystkich teoriach spiskowych, fakty i logiczne argumenty są zastępowane tutaj przerażającymi paranoidalnymi twierdzeniami, np.: „dzisiejsi prokuratorzy z natowskich ambasad sprzyjają awansom kadrów z Galicji jako najbardziej lojalnych sługusów mocarstwa zza oceanu na kluczowe stanowiska w aparacie państwowym”; „Galicjanie przejęli władzę w Ukrainie”, „organa władzy centralnej stały się w większości kijowskimi filiami rozmaitych zachodnioukraińskich ziomkostw”; „utrzymanie obecnej sytuacji z «wiodącym regionem» Galicyjskich «Krzyżaków», którzy poczuli słodki smak władzy nad całą Ukrainą, nie może trwać długo”[xiii].

W tym dyskursie mieszkańcom Galicji przypisano nie tylko rolę mitycznych „żydomasonów”, którzy po kryjomu penetrują wszystko i przenikają wszędzie. Są także symbolicznym wcieleniem wszystkich tych Ukraińców, którzy odrzucają rosyjską wyższość (tak zwane „braterstwo”) i bronią swojej suwerenności – własnej, antykolonialnej „normalności”. Antygalicyjskie paszkwilanctwo jest w tym kontekście tylko przykrywką dla paszkwilanctwa antyukraińskiego, podobnie jak antysyjonizm często okazuje się jedynie zakamuflowanym antysemityzmem.

W niektórych przypadkach w tym dyskursie pobrzmiewają rasistowskie nuty – np. gdy autor opisuje mieszkańców Galicji jako „pachołków, którzy ledwo nauczyli się myć ręce” cierpiących na „historycznie uwarunkowany kompleks niższości”, posługujących się śmiesznym „galicyjskim volapükiem” i nie zgadzających się na uznanie sowieckiej misji cywilizacyjnej: „Galicja to najbardziej zaniedbany region, który nie mógłby przeżyć bez stałych dotacji z budżetu państwa, na który składają się głównie wpływy z uprzemysłowionych obwodów południowo-wschodnich”[xiv].

 

Galicjanie kontratakują

Cała ta antygalicyjska nagonka jest boleśnie odbierana przez mieszkańców regionu przekonanych o tym, że to właśnie oni najbardziej przyczynili się do uzyskania niepodległości, ale najmniej otrzymali od nominalnie niepodległego państwa opanowanego głównie przez sowieckie, przeważnie koniunkturalne i często antyukraińsko nastawione elity. Jak sarkastycznie napisał w swoim blogu w 2001 roku znany lwowski artysta Wołodymyr Kostyrko, „Przed rokiem 1991 Galicjanie mocno przeżywali dwie rzeczy – ubóstwo i rusyfikację. Teraz przeżywają trzy, ale z poczuciem szczęścia – ubóstwo, rusyfikację i wielką radość z powodu ukraińskiej niepodległości”[xv].

Jego lwowski kolega Wołodymyr Witkowski, analityk polityczny i komentator miesięcznika „Universum”, sformułował podobnie gorzkie spostrzeżenie w artykule z 2009 roku (w okresie szczytowym aktywności Tabacznyka, na krótko przed tym, jak ten dostał tekę ministra i nieco ostudził swój publicystyczny zapał). Jedyne co mieszkańcy Galicji otrzymali za swój patriotyzm i  ofiarność, narzekał Witkowski, to „status upośledzonej i znieważonej prowincji <…> w projekcie państwowotwórczym uważanym przez coraz większą liczbę ludzi na świecie za absolutnie bezprzyszłościowy <…> Jedziemy w przyszłość rosyjskim pociągiem w ostatnim wagonie trzeciej klasy, a do tego bez przerwy wykłócamy się z konduktorami i resztą pasażerów”[xvi].

Sześć lat później, już po Euromajdanie, inny czołowy lwowski intelektualista Andrij Kwiatkowski sformułował bardzo podobną konstatację: „Galicjanie wciąż nie są lubiani <…> Ktoś publicznie oskarża ich o fałszywy patriotyzm, ktoś inny – o fałszywą pobożność, ktoś – o dwulicowość i faryzeuszostwo, ktoś – o pychę i poczucie wyższości wobec reszty Ukraińców, a jeszcze ktoś inny – o nadmierne skąpstwo. Ostatnio niektóre kijowskie media zaczęły tworzyć przed całą Ukrainą wizerunek Galicjan jako najgorszych separatystów w kraju”[xvii].

Kwiatkowski nie podał żadnych źródeł, ale można przypuścić, że jego przesadne twierdzenia były oparte głównie na materiale z mediów społecznościowych i forów internetowych, gdzie pełno rosyjskich i prorosyjskich trolli. Analiza treści ukraińskich mediów głównego nurtu nie potwierdza tych narzekań, aczkolwiek piętnowanie mieszkańców Galicji jako „separatystów” może nie jest całkiem bezzasadne, ponieważ wówczas (w latach 2014–2015) niejeden zachodnioukraiński intelektualista wyrażał sceptycyzm wobec wschodnich regionów, w szczególności Donbasu, i wobec sensowności obrony/wyzwolenia ich od rosyjskiej inwazji. Słynący ze swej prostolinijności lwowski dziennikarz Ostap Drozdow prowadzący program polityczny na kanale TV ZiK wyraził tę ideę, nie owijając w bawełnę: „Umierać za ludność, która nie chce mieszkać w Ukrainie, to totalny absurd. Dlatego być może mój apel zabrzmi nieco szokująco, ale będzie następujący: Jugo-Wostok, do swidanija!” (czyli „Południowy wschód, do widzenia!”)[xviii].

Ten bardzo szczególny rodzaj „separatyzmu”, który zakłada chęć pozbycia się niektórych innych regionów stojących na przeszkodzie dla rozwoju państwa, a nie secesji własnego regionu, można było zaobserwować w Galicji co najmniej od roku 2010, to znaczy od czasu zwycięstwa w wyborach prezydenckich Wiktora Janukowycza, któremu zapewnili przytłaczające zwycięstwo wyborcy z jego rodzinnego Donbasu i uprzemysłowionego południowego wschodu. Niedługo po tym czołowy ukraiński pisarz Jurij Andruchowycz napisał (jak zwykle, z nutą drwiny): „Jeżeli kiedykolwiek stanie się taki cud, że znowu zwyciężą, umownie mówiąc, „pomarańczowi”, to trzeba będzie zezwolić na to, by Donbas i Krym się oddzieliły. Teraz tego nie zrobią, bo ich ludzie trzymają władzę w Kijowie”[xix].

Pięć lat później Andruchowycz zrewidował swoje radykalne podejście – w dużej mierze z tego powodu, że rosyjska agresja kompletnie przekreśliła scenariusz pokojowego rozstania się. Niektórzy inni autorzy nie odwrócili się jednak od swojej ulubionej idei. Ołeksandr Bojczenko, jeden z najbardziej zagorzałych zwolenników „odcięcia” południowo-wschodniej części Ukrainy od reszty kraju, porównał Donbas do gangreny, która zatruwa organizm i zagraża samemu jego istnieniu[xx]. Ideę tę poparł w bardziej akademicki sposób ukraińsko-amerykański profesor Alexander Motyl. Amputacja, stwierdził on, jest niestety konieczna, nawet jeśli w regionie mieszka sporo lojalnych wobec Ukrainy obywateli. Władze państwa nie są w stanie ich obronić, dopóki tak zwanych „separatystów” wspiera regularna armia rosyjska. Państwo ukraińskie powinno zatem zaoferować lojalnym obywatelom program przesiedlenia w rodzaju tego, który RFN opracowała dla obywateli Niemiec Wschodnich, zamiast próbować odzyskać region, w którym większość mieszkańców w lepszym przypadku jest obojętna wobec Ukrainy[xxi].

Tego rodzaju poglądy bynajmniej nie należą w Ukrainie do rozpowszechnionych. Jedno z ostatnich badań opinii publicznej (z czerwca 2019 roku) wskazuje, że tylko 4% respondentów jest za tym, by okupowana część Donbasu odseparowała się od Ukrainy i dołączyła do Rosji lub stała się niepodległym państwem. Na wschodzie kraju ta opcja ma dwa razy więcej zwolenników, aczkolwiek poparcie na poziomie 8,5% to wciąż zbyt mało, by mówić o wykonalności tego projektu[xxii]. Ironią losu jest to, że ideę odseparowania Galicji popiera prawie taki sam odsetek respondentów na wschodzie i południu kraju – 8%[xxiii], podczas gdy na Donbasie ten wskaźnik wynosi około 17%[xxiv]. Warto odnotować, że w samej Galicji tylko 6% respondentów popiera secesję swojego regionu[xxv]. Jeszcze całkiem niedawno, przed zwycięstwem w wyborach prezydenckich Wołodymyra Zełenskiego, liczba ta była dużo niższa, sięgając poziomu 3%. (Wygląda na to, że dwukrotny wzrost poparcia dla secesji jest nie tyle wyrazem rzeczywistych pragnień, ile demonstracją nastrojów protestacyjnych i rodzajem ostrzeżenia przeciwko ewentualnym zmianom polityki władz i orientacji geopolitycznych państwa).

Idea galicyjskiego (lub zachodnioukraińskiego) „separatyzmu” rzeczywiście mogłaby wydawać się zbyt ekscentryczna i marginalna, gdyby nie była w obiegu wśród intelektualistów – z tego powodu, mimo nikłej popularności, nie sposób jej bagatelizować. Wiele ruchów nacjonalistycznych powstawało w wąskich środowiskach i rozwijało się dzięki zbiegowi okoliczności. Bardzo mało prawdopodobne jest, by mieszkańcy Galicji kiedykolwiek wypowiedzieli się za osobnym projektem państwa narodowego i osobną, regionalną tożsamością. Dokonali wyboru w połowie XIX wieku, gdy zaakceptowali ogólnoukraiński projekt zainicjowany na wschodzie przez potomków szlachty kozackiej, profesorów i absolwentów Uniwersytetu Charkowskiego[xxvi]. Dzisiaj Galicjanie są w pewnym sensie „bardziej ukraińscy niż Ukraińcy” – sami siebie mianowali na strażników i orędowników idei narodowej, zdeterminowani, by ją odrodzić, a nie zawłaszczyć czy zastąpić własną, regionalną. Jedyna zmiana, która mogłaby zachwiać ich kijowskocentrycznym ogólnoukraińskim światopoglądem, to hipotetyczna utrata Kijowa (oraz większej części Ukrainy) na skutek rosyjskiej agresji militarnej lub wciągnięcie Ukrainy na siłę w sojusz z Rosją przez jakiś nierozważnie prorosyjskiej ekipy będącej u władzy w Kijowie. Obie możliwości nie wydają się prawdopodobne, ale przynajmniej jedną z nich rozważano na poważnie w latach 2002–2004, gdy osaczony przez skandale i poddany międzynarodowemu ostracyzmowi prezydent Łeonid Kuczma zwrócił się o pomoc polityczną do Moskwy. W latach 2010–2013 podobne zagrożenie powróciło w jeszcze bardziej dramatycznym wydaniu pod rządami Wiktora Janukowycza.

Wcześniej, w roku 2002, podczas kryzy wywołanej przez „aferę taśmową” Pracownia Socjologiczna Lwowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Iwana Franki przeprowadziła badanie opinii publicznej we Lwowie. Kwestionariusz zawierał hipotetyczne pytanie: „Co by Pan(i) zrobił(a) jako mieszkaniec(ka) Galicji w przypadku, gdyby Ukraina zawarła unię z Rosją i Białorusią?”. Prawie połowa respondentów (46%) wybrała opcję „Walczył(a)bym o niepodległe państwo Galicyjskie”. 16% odpowiedziało, że domagaliby się znaczącej autonomii wobec Kijowa, 30% stwierdziło, że ten problem ich nie obchodzi, a 3% poparłoby takie rozwiązanie[xxvii]. Zadeklarowane zamiary walki o niepodległość mogą być mocną przesadą (pies, który dużo szczeka, nie gryzie). Trzeba jednak pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze niezadowolenie społeczeństwa z powodu nieudolności instytucji państwowych jest znacząco potęgowane obserwacją ich nieukraińskiego lub wręcz antyukraińskiego (pod rządami Tabacznyka i Janukowycza) charakteru. Po drugie uporczywe wyobcowanie zachodnich Ukraińców z nominalnie „ukraińskiego” państwa może jeszcze bardziej się pogłębić za sprawą systemowej nagonki na mieszkańców Galicji w mediach społecznościowych czy ich frustrujących doświadczeń z wyjazdów na wschód kraju, gdzie z reguły nie mogą doczekać, by obsłużono ich w języku ukraińskim – dotyczy to nie tylko takich miast na wschodzie i południu kraju jak Charków i Odessa, lecz nawet Kijowa. Nie oznacza to wcale, że oczekują, by każdy mieszkaniec Ukrainy Wschodniej przeszedł na język ukraiński, ale całkiem słusznie uważają, że w dwujęzycznym państwie użytkownicy języka ukraińskiego powinni mieć prawo do tej samej jakości usług za te same pieniądze co osoby rosyjskojęzyczne. Ironią losu jest to, że rosyjskojęzyczni goście odwiedzający „nacjonalistyczny” Lwów dużo bardziej korzystają na bilingwizmie niż użytkownicy języka ukraińskiego w „internacjonalistycznych” Dnieprze, Charkowie czy Odessie.

Nieprzypadkowo zatem niektórzy zachodnioukraińscy intelektualiści konceptualizują postsowiecką Ukrainę jako „kreolskie” państwo utworzone przez potomków kolonistów i zasymilowanych aborygenów. Żaden z nich nigdy nie walczył, a nawet nie marzył o niepodległej Ukrainie (jak to robili aborygeni) – dostali ją w 1991 roku domyślnie, po upadku ZSRR. Od tego czasu mistrzowsko zawłaszczyli jej zasoby i instytucje i roztropnie udobruchiwali najbardziej dokuczliwych tubylców, przystając na pewne drobne ustępstwa – głównie w dziedzinie kultury i edukacji. Pod tym względem deklaracja niepodległości z 1991 roku miała dla tubylców nie większe znaczenie niż Deklaracja niepodległości Stanów Zjednoczonych dla czarnoskórych i rdzennych Amerykanów[xxviii]. A dzisiejsza wojna rosyjsko-ukraińska jest być może jedynie kolejną walką między rosyjskimi Rosjanami a ukraińskimi Rosjanami o łupy po dawnej kolonii. „Coś w tym rodzaju wydarzyło się już kilkaset lat temu w Ameryce – sarkastycznie skomentował w swoim felietonie uznany prozaik Taras Prochaśko – gdy między Brytyjczykami a Amerykanami z północy i południa toczyły się wojny i zawierane były porozumienia. Tylko nikogo nie obchodził los Indianów – aborygenów. Przez cały cały czas oszukiwano ich i cynicznie wykorzystywano we wszystkich projektach. Wiedząc z góry, że nigdy nie powstanie żadna Indiańska Ameryka”[xxix].

Dyskurs ten, mimo że nie jest sensu stricto separatystyczny, może, jak to bywa z każdą urazą, stać się wodą na młyn separatystycznych projektów, zwłaszcza że jest artykułowany przez pisarzy i intelektualistów. Póki co oponują mu dwa dyskursy – skrajnie nacjonalistyczny i liberalny. Oba są „unitarystyczne” w tym sensie, że każdy popiera ideę Ukrainy jako unitarnego państwa i odrzuca lokalne separatyzmy czy ruchy na rzecz autonomii. Skrajni nacjonaliści podzielają teleologiczną wizję historii i wierzą w prymordialny charakter narodu ukraińskiego. W myśl tej wizji zarówno zachodni, jak i wschodni Ukraińcy zostali wcześniej zniewoleni przez wrogów dążących do ich wynarodowienia. Zachodniacy mieli więcej szczęścia, ponieważ uniknęli gorszego losu – jarzma rosyjskiego. Potrafili zatem w większości zachować swoją (oczywiście prymordialną) tożsamość narodową. Teraz mają przed sobą misję odrodzenia świadomości narodowej w całej Ukrainie. Galicji przydzielono w tym dyskursie rolę Ukraińskiego Piemontu – centrum ukraińskiego Risorgimenta.

 

Jakie są wnioski?

Ukraińscy liberałowie kierują swoją krytykę zarówno pod adresem nacjonalistów, jak i „autonomistów”, odsłaniając przede wszystkim ich poczucie ekskluzywizmu i oderwanie od rzeczywistości. Polemika ze skrajnymi nacjonalistami nie dużo daje, gdyż ich ideologia jest w dużej mierze irracjonalna, zbliżona do religii, a zatem co do zasady odporna na logiczne argumenty. Debata z „autonomistami” jest bardziej poważna, ponieważ oponenci również uznają zasady liberalne, powołując się przede wszystkim na prawo narodów do samostanowienia i prawo regionów do ustalenia skali swojej autonomii. „Unitaryści” nie kwestionują zatem legalności samej idei, tylko wątpią w jej zasadność i wykonalność w konkretnych ukraińskich warunkach. Ich argumenty można zasadniczo sprowadzić do kilku punktów.

Po pierwsze „projekt galicyjski” jest zbyt mglisty, niewyraźny i niedopracowany w szczegółach: ci sami autorzy za jednym razem mówią o niepodległości/autonomii Galicji, za innym o odrębności całej Ukrainy Zachodniej, a jeszcze w innych przypadkach o wielkiej Ukrainie okrojonej o Południowy Wschód lub tylko o Donbas. Po drugie projekt ten nie ma szerokiego poparcia i nie zasługuje na poważne omówienie[xxx]. Po trzecie bardzo mało prawdopodobne jest, by jakakolwiek secesja została kiedykolwiek zaakceptowana przez Kijów i resztę Ukrainy, gdyż nawet bardziej umiarkowana koncepcja „federalizacji” ma w Ukrainie nikłe poparcie[xxxi]. Po czwarte mieszkańcy Galicji nie mają powodu do secesji, gdyż Ukraina powoli staje się coraz bardziej ukraińska i europejska i jest duża szansa na przeprowadzenie reform, w wyniku których państwo będzie odpowiadało na potrzeby wszystkich swoich regionów i każdego mieszkańca[xxxii]. Po piąte zaś (co w rzeczywistości jest odwrotną stroną punktu czwartego), Galicja jest tak samo zacofana i zsowietyzowana jak cała reszta Ukrainy, charakteryzuje ją taka sama kultura polityczna, taka sama korupcja i niski kapitał społeczny[xxxiii]. Proste zastąpienie jednego skorumpowanego państwa kilkoma jego klonami cechującymi się tym samym nepotyzmem i klientelizmem nie rozwiązałoby fundamentalnych problemów strukturalnych.[xxxiv] Piemont, jak zauważył wybitny lwowski filozof Taras Wozniak, był najbardziej rozwiniętą częścią Włoch, a zatem jeśli Galicjanie pragną odegrać podobną rolę, powinni najpierw zmienić się sami i zmienić swój region, aby uczynić go wzorcowym i atrakcyjnym dla całej Ukrainy[xxxv].

Historyk z Dniepra Andrij Portnow trafnie podsumował te debaty konkluzją, że zjawiskiem „galicyjskiego separatyzmu” w ogóle nie warto się przejmować. Dużo poważniejszym zagrożeniem może być antywschodni „redukcjonizm” artykułowany przez niektórych galicyjskich intelektualistów. Po pierwsze ten sposób myślenia demobilizuje opinię społeczną i ułatwia secesję Donbasu. Po drugie przekłada odpowiedzialność za tragedię regionu z miejscowych elit i zewnętrznej agresji na mieszkańców Donbasu. Po trzecie (i najważniejsze), przekonanie w tym, że pozbycie się nieuleczalnie zsowietyzowanego Donbasu jest warunkiem sukcesu ukraińskich reform, odwraca intelektualistów od poszukiwania realnych rozwiązań problemów, z którymi zmaga się Ukraina[xxxvi].

 Mykoła Riabczuk

 

[i] https://www.facebook.com/svitlana.hitrova/posts/2139678972747531

[ii] https://www.facebook.com/SBULviv/posts/2145734792128512

[iii] https://zn.ua/project/westukraine/

[iv] https://zn.ua/project/westukraine/galychyna

[v] http://www.kiis.com.ua/?lang=ukr&cat=reports&id=236&page=l

[vi] http://www.pravda.com.ua/news/2017/04/12/7141046/

[vii]http://ratinggroup.ua/research/ukraine/otnoshenie_ukraincev_k_territorialnomu_ustroystvu_strany_i_statusu_kryma.html

[viii] http://www.rulit.me/books/ukraina-moya-vojna-geopoliticheskij-dnevnik-read-395877-1.html

[ix] https://korrespondent.net/ukraine/politics/3480252-zhyrynovskyi-hrozyt-szhech-kyev-napalmom

[x] https://www.cvk.gov.ua/vnd_2019/inform/protokol_zbvo_03082019.pdf

[xi] http://2000.net.ua/2000/forum/vera/42775

[xii] Cyt. za: http://tyzhden.ua/News/59174

[xiii] https://m.censor.net.ua/forum/2409863/pravda_o_galichine

[xiv] Cyt. za: http://tyzhden.ua/News/59174

[xv] http://www.ji.lviv.ua/n23texts/kostyrko-146.htm

[xvi] https://zaxid.net/galichina_yak_problema_n1092330

[xvii] http://zbruc.eu/node/34413

[xviii] http://ipress.ua/articles/da_svidaniya_tse_ne_nasha_viyna_51604.html

[xix] http://unian.net/ukr/print/387844

[xx] http://zbruc.eu/node/36248

[xxi] http://www.worldaffairsjournal.org/blog/alexander-j-motyl/dying-donbas; and https://foreignpolicy.com/2016/08/12/let-it-go-ukraine-russia-donbass/

[xxii] https://dif.org.ua/en/article/the-search-for-ways-to-restore-ukraines-sovereignty-over-the-occupied-donbas-public-opinion-on-the-eve-of-the-parliamentary-elections

[xxiii] http://ndialog.org.ua/ekspertnye-dokumenty

[xxiv] http://ndialog.org.ua/uploads/files/rezultati%20sociologichnogo%20opituvannya%20-%20regionalniy%20rozriz/10_Survey_Donbas_ua.pdf

[xxv] https://zn.ua/project/westukraine/galychyna

[xxvi] John Paul Himka, The Construction of Nationality in Galician Rus’: Icarian Flights in Almost All Directions. In: Ronald G.Suny & Michael D.Kennedy (eds.), Intellectuals and Articulation of the Nation (Ann Arbor: University of Michigan Press, 1999), p. 109-154.

[xxvii] http://postup.brama.com/dinamic/i_pub/usual.php?what=18514&raz=1

[xxviii] https://zbruc.eu/node/68879

[xxix] http://zbruc.eu/node/25879

[xxx] http://www.zaxid.net/article/74540/

[xxxi] http://ratinggroup.ua/research/ukraine/ukraina_v_fokuse_sociologicheskie_izmereniya.html

[xxxii] https://zbruc.eu/node/78028

[xxxiii] https://krytyka.com/ua/articles/strasti-po-lvovu

[xxxiv] http://zaxid.net/home/showSingleNews.do?ukrayina_potreba_federalizatsiyi&objectId=1255278

[xxxv] http://day.kyiv.ua/uk/article/cuspilstvo/vchymosya-peremagaty

[xxxvi] http://www.historians.in.ua/index.php/avtorska-kolonka/1231-andrii-portnov-ukraina-ta-ii-dalekyi-skhid-pro-halytskyi-reduktsionizm-ta-ioho-henealohiiu

Mykoła Riabczuk, fot. Clemens Fabry. Źródło: http://euromaidanpress.com.

Mykoła Riabczuk, fot. Clemens Fabry. Źródło: http://euromaidanpress.com.