Strona główna/HISTORIA. Badania terenowe na Pokuciu

HISTORIA. Badania terenowe na Pokuciu

Badania terenowe na Pokuciu polsko-ukraińskiego zespołu. Studium przypadku: Obertyn, Обертин, אָבערטין 

Opowieści mieszkańców przeplatają się, tworząc wspólną narrację o życiu w małym miasteczku na Pokuciu od ok. 1918 r. do końca lat 50. XX w. Materiałem badawczym były pozyskiwane podczas badań terenowych na obszarze Ukrainy oraz w zachodniej i północnej Polsce, relacje świadków historii, jak i odnajdywane podczas szeroko zakrojonych kwerend archiwalnych i bibliotecznych dokumenty, wspomnienia czy fotografie. Publikacja o Obertynie jest dobrym punktem wyjścia do dyskusji w Polsce i na Ukrainie o trudnych, kontrowersyjnych i traumatycznych kwestiach wpływających również współcześnie na stosunki polsko-ukraińsko-żydowskie, jak m.in.: Holokaust, ataki ukraińskich nacjonalistów na Polaków, czy represje wymierzone przez władze radzieckiej Ukrainy wobec ukraińskich partyzantów. Publikacja jest monografią konkretnego galicyjskiego miasteczka, jednak centralnym jej punktem są mieszkańcy i ich doświadczenia, miasto jest bowiem pretekstem do snucia opowieści o życiu i wpływie XX wiecznych totalitaryzmów na losy zwykłego człowieka.

[W Obertynie] rozmawiało się po obertyńsku. Po ukraińsku to trzeba mówić literacko,
a po obertyńsku to tak troszkę polskiego, troszkę [ukraińskiego], taki mieszany język.
[A żydowskie dzieci mówiły] po żydowsku, one nawet w domu inaczej by nie mówiły,
bo nigdy nie słyszałam, żeby mówiły.
Olha Kobylańska

[…] Procesy migracyjne w obrębie Rzeczypospolitej obejmowały także warstwy plebejskie. Korzystne warunki dla rolnictwa, a także łagodniejsze regulacje sprawiały, że od XV w. trwał systematyczny napływ chłopskiej ludności z zachodu. Częściowo był on organizowany przez miejscowych właścicieli ziemskich, którzy chcieli zwiększyć zaludnienie swych majątków, częściowo zaś był wynikiem zbiegostwa z zachodu i centrum państwa, gdzie praktyki poddańczo-pańszczyźniane były dużo bardziej restrykcyjne. Trzeba przy tym podkreślić, że w obrębie warstw plebejskich zachodziły zupełnie inne zjawiska kulturowe niż w warstwach wyższych. Wśród chłopów regułą było zjawisko „ruszczenia się” przybyszów z zachodu. Często w tym samym jeszcze pokoleniu, a już z pewnością w następnym, osadnicy z Polski zachodniej czy centralnej zaczynali posługiwać się językiem używanym przez autochtonów – a więc ruskim. Przyjmowali też ich obyczajowość czy wzorce estetyczne. Wspólna praca na polach w trójpolowym systemie uprawy, zespołowe wypełnianie powinności pańszczyźnianych czy spędzanie wolnego czasu w wioskowej karczmie prowadziło do integracji chłopskiej społeczności lokalnej. Nawet jeśli część mieszkańców wsi uczęszczała do kościoła rzymskokatolickiego, a część do cerkwi greckokatolickiej. O tym, jak małe znaczenie miały w dobie przedrozbiorowej różnice obrządkowe, świadczyć może fakt, że małżeństwa między osobami należącymi do Kościołów grecko- i rzymskokatolickiego były równie częste, jak w ramach jednego obrządku. Władze obu Kościołów uzgodniły przy tym, że dzieci z takich mieszanych związków będą chrzczone wedle zasady – synowie w obrządku ojca, zaś córki – po matce.

To, że chłopska ludność napływowa podlegała procesowi „ruszczenia się”, nie oznaczało całkowitego zaniku bagażu kulturowego wnoszonego przez nią do konkretnej wspólnoty lokalnej: pojedynczych słów, terminów i zwrotów, a także elementów obyczajowości i folkloru. Powstawała w ten sposób specyficzna, lokalna przestrzeń społeczno-kulturowa, której pełnoprawnymi uczestnikami byli jednak tylko miejscowi, rozumiejący wszystkie jej odrębności i niuanse. Przybysz, choćby z sąsiedniej gminy czy powiatu, nie był już w pełni „swój”.

Zabawnego przykładu współistnienia rozmaitych elementów w kulturze lokalnej Rusi Czerwonej dostarcza tekst piosenki ze zbiorów Oskara Kolberga, zarejestrowany zapewne przed 1883 r.:

Oj, chodziła, wygląda[ła] poza nowy dwór,
cy nie jedzie, cy nie stoi pan kawaler mój.
Jedzie, jedzie i już stoi poza te wrota:
Wyjdzi, wyjdzi moja miła, ty szczerazłota.
[…] Wzięła konia, wzięła konia za trenzelku,
a myłoho, a myłoho za ruczeńku.
Wiodła konia, wiodła konia aż do stajenki,
a myłoho za ruczeńku aż do świtońki.
Dała koniu, dała koniu i sina, wiwsa,
a myłomu, a myłomu jidzenia, pycia.
Daj ti, Boże, powernut si nazad dó mene,
ne bude tu jenczy dureń i u chati u mene [12].

[…]

Wśród Ukraińców sprawy przedstawiały się w sposób znacznie bardziej skomplikowany. Od połowy XIX w. rozwijały się dwa nurty ruchu emancypacyjnego ludności, określającej się dotychczas jako ruska. Pierwszy z nich, początkowo dominujący, to ruch „starorusiński”. Jego fundamentem było założenie przynależności Rusinów, pozostających pod rządami Habsburgów oraz w Rumunii, do wspólnoty wschodniosłowiańskiej, której naturalnym przywódcą mieli być Wielkorusini (Rosjanie). Dla większości Starorusinów naturalnym reprezentantem wszechruskich interesów politycznych była Rosja, zaś język rosyjski pozostawał oczywistym językiem wysokiej kultury całego świata ruskiego. Starorusini, wśród których znalazło się sporo wyższych duchownych greckokatolickich, właścicieli ziemskich i inteligencji z rodzin o ruskich tradycjach, stworzyli szereg organizacji społecznych i kulturalnych, w tym położony w centrum Lwowa „Ruskij Dim” (Ruski Dom). W opozycji do Starorusinów, określanych bardzo często mianem „moskalofilów”, pozostawała rosnąca grupa młodej inteligencji, wywodzącej się często z rodzin greckokatolickiego duchowieństwa parafialnego oraz spośród studentów Uniwersytetu Lwowskiego. Stali oni na stanowisku, że ludność ruska w Galicji tworzy, wraz ze swymi pobratymcami mieszkającymi na Ukrainie Naddnieprzańskiej, a także z Rusinami na Zakarpaciu i Bukowinie, naród odrębny, równorzędny do innych narodów wschodniosłowiańskich. Dla podkreślenia owej odrębności Rusini mieszkający pod panowaniem Habsburgów powinni byli zrezygnować całkowicie z nazwy „ruski” i przyjąć konsekwentnie autoidentyfikację „ukraińską”. Z dziesięciolecia na dziesięciolecie siła ruchu „ukraińskiego” wzrastała i już przed 1914 r. zdobył on bezwzględną przewagę nad Starorusinami. Trendu tego nie zmieniła I wojna światowa. […]

Przy czym „od zawsze” członkami tego sąsiedztwa byli reprezentanci różnych religii i pochodzenia etnicznego. W swoim codziennym życiu każdy z członków społeczności lokalnej żył „po swojemu”, ale też szanował prawo do odrębności sąsiadów czy członków rodziny, należących do innego obrządku religijnego.

Znakomitym symbolem takiego modelu życia społecznego było wspólne obchodzenie przez społeczności wielowyznaniowe święta Jordanu – ważnego wydarzenia religijnego dla chrześcijaństwa obrządku wschodniego, które nie jest elementem rzymskiego katolicyzmu. Nad pobliską rzekę w procesji udawali się wszyscy chrześcijańscy mieszkańcy miejscowości i wspólnie uczestniczyli w uroczystości. Żydzi byli „inni”, ale zarazem „swoi”.  Żyli własnym życiem, oddzieleni od pozostałych mieszkańców religią, kalendarzem, ubiorem, obyczajem i językiem, ale jednocześnie pozostawali w stałym i ścisłym kontakcie z chrześcijanami na płaszczyźnie ekonomicznej, a niekiedy i społecznej [16].

Okres międzywojenny był epoką coraz ostrzejszej konfrontacji w ramach tego, formowanego przez stulecia, społeczeństwa pogranicza etniczno-kulturowego. Nie tylko tradycja, lecz także wiele względów praktycznych decydowały tam o dominacji więzi lokalnych i sąsiedzkich nad abstrakcyjnymi więziami z „wielkimi strukturami społecznymi” (m.in. religią, państwem, narodową wspólnotą polityczną) i ze światem „nowoczesnym”, przejawiającym się w ideologiach narodowych oraz nowoczesnym, scentralizowanym państwie, z totalitarnymi ideologiami komunizmu, narodowego socjalizmu i integralnego nacjonalizmu w tle. Do I wojny światowej wszyscy mieszkańcy Galicji Wschodniej, niezależnie od wyznania i pochodzenia etnicznego, posiadali obywatelstwo austriackie i służyli ramię w ramię w armii austriackiej. W listopadzie 1918 r. stanęli – najczęściej wbrew swej woli – przed wyborem, czy czują się obywatelami Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (ZURL), a „ich” wojsko to Ukraińska Armia Galicji, czy też są obywatelami odradzającego się państwa polskiego i jako swoje witają oddziały Wojska Polskiego [17].

Potem było już tylko trudniej i trudniej. Z perspektywy ukraińskiego ruchu narodowego państwo polskie było wrogiem, stojącym na drodze do budowy niepodległej Ukrainy, i przeciwnikiem, utrudniającym propagowanie ideologii narodowej wśród mas ukraińskich. Z perspektywy państwa polskiego każdy Ukrainiec stanowił potencjalne zagrożenie dla bezpieczeństwa i integralności Rzeczypospolitej. Zwykli mieszkańcy Galicji Wschodniej, choćby starali się unikać polityki i żyć spokojnie własnym, lokalnym, codziennym życiem, co i rusz stawali w obliczu nowych wyzwań. Przy okazji posłania dziecka do szkoły musieli wypowiedzieć się w kwestii języka nauczania, przy wyborze spółdzielni rolniczej decydować – polska czy ukraińska. Wywieszenie flagi państwowej z okazji święta spotykało się z aprobatą wójta i części sąsiadów, ale pozostali patrzyli od tej pory koso. Gdy miejscowy proboszcz greckokatolicki zapraszał na ukraińską uroczystość narodową, trudno było odmówić. Ale wówczas w oczach części rzymskokatolickich krewnych stawało się zadeklarowanym „Ukraińcem”.

Tego typu sytuacje, wymuszające opowiedzenie się po jednej ze stron konfliktu toczonego między państwem polskim a inteligencją ukraińską, zdarzały się w realiach wschodniogalicyjskich coraz częściej [18]. Nie tylko symboliczny wymiar miała w tym kontekście akcja pacyfikacyjna przeprowadzona z wykorzystaniem policji i wojska jesienią 1930 r. W jej ramach mieszkańcy kilkuset wsi galicyjskich, także mieszanych narodowościowo, poddani zostali działaniom represyjnym przy zastosowaniu zasady odpowiedzialności zbiorowej. Z uporczywych rewizji i przymusowego kwaterunku wojskowego zwalniani byli jedynie ci mieszkańcy, co do których władze lokalne dawały gwarancje ich postawy propaństwowej. Byli to najczęściej, choć nie wyłącznie, Polacy. Choćby z tego względu akcja pacyfikacyjna wywarła mocne, negatywne piętno na stosunkach międzyludzkich całego regionu [19].

Włodzimierz Mędrzecki

[12] O. Kolberg, Dzieła wszystkie, t. 56: Ruś Czerwona, cz. I, Wrocław–Poznań 1976, s. 353–354.[16] Zob.: E. Banasiewicz-Ossowska, Między dwoma światami. Żydzi w polskiej kulturze ludowej, Wrocław 2007.[17] M. Klimecki, Polsko-ukraińska wojna o Lwów i Galicję Wschodnią 1918–1939, Warszawa 2000; M. Kozłowski, Między Zbruczem a Sanem, Kraków 1990.[18] O. Linkiewicz, Peasant Communities in Interwar Poland’s Eastern Borderlands: Polish Historiography and the Local Story, „Acta Poloniae Historica”, t. 109 (2014), s. 17.[19] G. Mazur, Problem pacyfikacji Małopolski Wschodniej, „Zeszyty Historyczne”, nr 135 (2001), s. 3–39; J. Pisuliński, Pacyfikacja w Małopolsce Wschodniej na forum Ligi Narodów, „Zeszyty Historyczne”, nr 144 (2003), s. 109–124.

Fragment za: Polacy – Ukraińcy – Żydzi w Galicji Wschodniej; w: Obertyn, Обертин, אָבערטין. Opowieść o życiu miasteczka, praca zbiorowa, Wrocław 2018.

 

Kultura Enter
2019/04 nr 90–91