Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Dwa motyle, pijane od słońca

DZIAŁ WSCHODNI. Dwa motyle, pijane od słońca

Dwa motyle, pijane od słońca

Jurij Wynnyczuk
przełożył Bohdan Zadura

Za życia są jak wszyscy. Nie da się odróżnić ich od otoczenia, dopóki istnieją. Ale gdy odchodzą, wrażliwi, krusi i kapryśni, wszyscy ich wspominają, szanują i gloryfikują, Śmierć wynosi człowieka na niebywałą wysokość, żeby ukrzyżować go tam na wieki.

W tym roku, 30 października, za cztery miesiące, Ołeh Łyszeha skończyłby 70 lat. Był ode mnie o trzy lata starszy, ale młodszy o dobre dziesięć. Taki niewinny motyl z dziwnym spojrzeniem na świat, dla którego samotność była rajskim zakątkiem. Porzucając to swoje schronienie, stawał się nieporadny i dziecinny.

Oczywiście, że kiedy wyrzucono go z Uniwersytetu Lwowskiego, a studiował na anglistyce, była to dla niego tragedia. Bo musiał pójść do wojska, gdzie tacy jak on stają się ofiarą kpin, wyśmiewania i poniżenia. Ze szczególnym smutkiem opowiadał mi, jak zobaczył w kiblu polskie wydanie Alberta Camusa, które woził zawsze ze sobą,. Ktoś wrzucił je prosto w gówno. Czytanie książek w obcych językach wywoływało w lumpach niepohamowaną złośliwość.

Sam się też o tym przekonałem, kiedy robiłem w notatniku zapisy łacinką. Sierżant głęboko się oburzył. – A to co? – Powiedziałem, że uczę się angielskiego. To go zadowoliło. Stopień jego głupoty nie pozwalał mu zauważyć, że to naprawdę jest po ukraińsku.

W maju 1975 roku przeniosłem się do domku mojego dziadka na Zamarstynów, na Perekolską 9. Mój domek stał się trzecim w trójkącie lwowskiego undergroundu. Dwa pozostałe to dom Mykoły Riabczuka na Kawaleryjskiej na górnym Łyczakowie i dom Hryćka Czubaja na Pohulance.

Wiosną 1975 Ołeh wrócił z wojska i zamieszkał u mnie. Mieszkał dokładnie dotąd, póki nie kończyły się kartofle, wtedy znikał i przenosił się do Mykoly Riabczuka. Razem uzupełniali zapasy jedzenia dzięki sąsiadom. Kiedy Ołeh znów zjawiał się u mnie, był to pewny znak, że i u Mykoły wynikł problem z kartoflami. Prócz tego Mykoła zajmował się filozofią hinduską i przeszedł na bardzo specyficzną dietę: kasza gryczana albo ryż, ale nie gotowane, a zalewane wrzątkiem, pieczone ryby, marchewka i buraki, kartofle w mundurkach. I wszystko bez soli. W lodówce u Mykoły nie można było znaleźć nawet skórki od starej słoniny, z tej prostej przyczyny, że lodówka była otwarta i pyszniły się w niej utwory Iwana Franki. Delikatny żołądek Ołeha takich tortur wytrzymać nie mógł.

Nasza uliczka była ślepa. Rzadko można tu było usłyszeć szum auta czy jakiś inny hałas. Wraz ze zmierzchem rozlegało się leniwe cykanie koników polnych w ogrodzie, milkła też samotna ropucha, która za dnia czasami się darła. Cisza wokół był taka, że nawet z kuchni zza zamkniętych drzwi dochodziło cykanie zegara. Mnie ono nie denerwowało. Za to denerwowało Ołeha.

Możecie sobie wyobrazić to nieprawdopodobnie wrażliwe ucho poety, którego mogły denerwować budziki. Na tyle, że nie mógł pisać, wreszcie nie wytrzymał i wyniósł budzik do ogrodu. Teraz budzik cykał samotnie w całkowitej ciemności owadom, śpiącym ptakom i wieczornej rosie.

Ołeh przywlókł skądś długie rolki papieru, których używano w starodawnych komputerach wielkości szafy. Mnie też się to spodobało i tworzyliśmy na tych rolkach, które nawet były przełożone kalką.

Co prawda, Ołeh był bardzo leniwy, jeśli chodzi o pisanie. Pisał rzadko, mało, ślęczał nad każdą linijka, mruczał ją sobie pod nosem, chodząc po sąsiednim pokoju. W efekcie pojawiały się zwoje zapełnione bezlikiem esów floresów, spomiędzy których przezierały nieliczne linijki.

Jego nauczycielami poezji byli Robert Lowell, Sylvia Plath, Thomas Eliot i Ezra Pound. Odkrył tych poetów dzięki Hryćkowi Czubajowi i „Literaturze na Świecie” oraz „Poezji” Te czasopisma dla mnie stały się wielkim odkryciem, podobnie jak czeska „Literatura Światowa”, zwłaszcza w okresie, kiedy zniesiono tam cenzurę.

Do wszystkich był wolny dostęp w bibliotece literatury obcej, chociaż publikowano w nich też autorów zakazanych w ZSRR: Forsytha, Sołżenicyna, Györgya Lukácsa i innych.

Kiedy Ołeh czytał swoje wiersze, wpadał w swego rodzaju trans: zamykał oczy, zanurzał się w głębi tekstu i kołysał w rytm czytania. Zdawało się, że nawet trzęsienie ziemi nie wybije go z tego nastroju. Kiedyś zaczął czytać swój nowy wiersz malarzowi Walerijowi Szalence, ten słuchał, słuchał, wreszcie podniósł się i powiedział:

– To ty czytaj, a ja pobiegnę po wino.

Jakie było jego zdziwienie, kiedy wróciwszy zastał Ołeha dalej deklamującego swój poemat w tej samej pozie, z zamkniętymi oczami i rozkołysanego. Nie przerwał nawet wtedy, gdy rozległo się apetyczne bulkanie wina nalewanego do szklanek.

Przeżyliśmy z Ołehem wiele wesołych przygód, które opisałem w książce „Gruszki w cieście”. Szczególnie, jak łowiliśmy raki, jak pracowaliśmy jako tragarze w hurtowni książek w Parku Stryjskim i jak usiłowaliśmy zarobić na przeżycie.

W hurtowni popracowaliśmy ze dwa miesiące. Najpierw przegonili mnie, potem Ołeha. Bo z nas byli tacy tragarze, jak z drewna pomarańczowego skrzypce. Prawdziwi tragarze brali po kilka paczek ciężkich albumów ze sztuką, a my – zaledwie po dwie. Sami tragarze zaczęli na nas się żalić. To fakt,, a w dodatku wpadliśmy na pomysł, żeby jadąc do rejonowej księgarni z książkami zatrzymywać się na odpoczynek gdzieś w polu i zamiast robić dwa kursy, robiliśmy jeden.

Co tu dużo mówić: nie chciało się nam pracować. Dlatego też nie pracowaliśmy i byliśmy bezrobotni. Od czasu do czasu przeszukiwaliśmy w domu wszystkie zakamarki, wyciągaliśmy puste butelki i odnosiliśmy je do punktu skupu. Półlitrowa butelka kosztowała 12 kopiejek, siedemsetpięćdziesięciogramowa – 17. Właśnie w tym czasie jakiś idiota wydał rozporządzenie, by przyjmowano butelki wyłącznie bez nalepek, i proszę sobie wyobrazić, ile z Ołehem musieliśmy się namordować, żeby te nalepki pozdzierać. Przyjmujący uważnie rzucał okiem na butelki, które wkładaliśmy do skrzynek, potem szybciutko przesuwał palcami po ich szyjkach, szukając nadszczerbionych – i wszystkie, które jego zdaniem były wybrakowane, odstawiał na bok. Zazwyczaj te uszkodzone mu zostawiano i on na nich zarabiał, wkładając z powrotem do skrzynek, ale my z Ołehem nie dawaliśmy mu zarobić, zabierając odrzucone ze sobą.

Nawet jeśli bardzo się postaracie, nie zgadniecie, dlaczego tak się wtedy robiło – a sekret polegał na tym, że następnym razem znowu przynosiliśmy je wraz z innymi butelkami, licząc na to, że przyjmujący przeoczy bodaj część felernych butelek. Trzeba powiedzieć, ze nasze nadzieje często się sprawdzały.

Teraz, kiedy wyrzucam butelki do śmietnika, przypominają mi się te komiczne momenty – ach, jakim skarbem te butelki byłyby trzydzieści lat temu.

Mieliśmy wiele wspólnego. Nawet dziewczyny. To znaczy, dziewczyny były przyjaciółkami, studentkami konserwatorium, ale w tamtych czasach, nie skupiałem na jednej, wiedząc, że nie mogę założyć rodziny, nie znalazłszy pracy. Ołeh do tego nie przykładał wagi i myślał, że dziewczyna będzie tak samo niepragmatyczna, jak on. Jednak się pomylił. To przysporzyło mu cierpień. Ale co to za poeta bez cierpień? Dzięki nim pojawiły się wiersze, pełne tęsknoty i miłości.

Czy ta dziewczyna, którą nazwał Lisiczką, czytała je?

Jego niepraktyczność przejawiała się we wszystkim, Nawet w stosunku do własnego zdrowia, o które nigdy nie dbał.

Jesienią w Tyśmienicy odbędzie się konferencja poświęcona Ołehowi, wyjdzie zbiór wygłoszonych na niej referatów, a jeszcze przed Forum książka ze wspomnieniami, w której znajdą się także moje. Jednak ten eseik piszę odrębnie. Po prostu przypomniało mi się słoneczne lato 1975 roku i nasza praca w hurtowni książek, i nasze wpatrywanie się w obłoki, leżenie na wznak w polu i rozmowy o tym, co wieczne i nieprzemijające. A obok leży kierowca ciężarówki – mało co z tego wszystkiego rozumie, ale słucha, milczy i boi się poruszyć, żeby nie spłoszyć dwóch motyli, które przysiadły, żeby odpocząć przed długim lotem w nieznane.

Jurij Wynnyczuk
przełożył Bohdan Zadura

Przedruk za: https://zbruc.eu/node/90409

 

Kultura Enter
2019/04 nr 90–91

Jurij Wynnyczuk, fot. Witalij Worobjow, ze zbiorów autora.

Jurij Wynnyczuk, fot. Witalij Worobjow, ze zbiorów autora.