Strona główna/Wiewiórki 2.0: wyszukać i zachować

Wiewiórki 2.0: wyszukać i zachować

Zanurzając się w temat kultury 2.0, należy cały czas mieć na uwadze fakt, iż obserwując niedoorane pole sztuki białoruskiej przez dwa wąskie otworki w dziurkowanej karcie, trafiamy pod żarna globalnego tłumaczenia, które nie tylko tępi ostrze myśli, lecz także przekręca jej sens, niby pług glebę. Można to porównać z rozważaniami o smaku chleba, które opierają się na analizie problemu rozpusty i cnotliwości córki młynarza.

Postawieni jednak w pozie, którą prostytutki opanowują dopiero w drugim roku pracy, może spróbujemy – jak być powinno w takiej sytuacji – odrzucić wszelki wstyd i porozmawiać tak, jak rozmawiają ze sobą białoruscy myśliciele po drugiej flaszce.

Obecnie akurat intensywnie zastanawiają się oni, czy rosyjskojęzyczna kultura (literatura) na Białorusi jest częścią kultury białoruskiej, czy jednak pozostaje kulturą rosyjską (albo zjawiskiem na marginesie kultury rosyjskiej). Wychodzę z założenia, że rosyjskojęzyczni działacze białoruskiej kultury powinni się udać do Torżoku[1], ale problem ten jest złożony i wymaga odrębnych dociekań, chociażby w zakresie organizacji przejazdu kolejowego. Dziś jednakże analizujemy problem kultury 2.0 i wbrew temu, że obecnie 2.0 to głównie fotki i filmiki[2], skoncentrujemy się na kulturze białoruskojęzycznej.

Chociaż dziurkowana karta z otworami na liczbach 2 i 0 przeszkadza nam, to nie można dyskutować z faktem, iż nie tylko stanowi punkt wyjścia, lecz także sugeruje, że należy rozpocząć od podstaw – opisu warunków ekonomicznych wpływających na istnienie białoruskiej kultury.

Urzędnikom białoruskim będzie ciężko uwierzyć (wyciąg z buraków cukrowych, który ćpają, spowalnia ich myślenie i kieruje je na rozważania o żywiołowej kreacji kosztu ziemniaków) w to, że białoruska gospodarka zależy w dużo większym stopniu od chłopców z nowojorskich giełd niż od wysiłków zwierzchnika Narodowego Banku Republiki Białorusi. Dlatego aby zrozumieć, co się obecnie dzieje z paradygmatem 2.0 w naszej Ojczyźnie i co będzie się z nim dziać za rok, należy jednym okiem obserwować wahania kursów akcji większych firm i indeksy aktywności biznesowej.

Po tym, jak jeden z największych portali społecznościowych Facebook wystąpił z IPO w wysokości około stu miliardów i wkrótce stracił niemal jedną trzecią tej wartości (proces ten opierał się na spekulacji realizowanej jak sztuka, co jest ważne dla naszego tematu), mówienie o Web 2.0 stało się zupełnie niemodne. Chociaż moda na Web 2.0 na Białorusi przebrzmiała około dwóch lat temu, to do tej pory paradygmat nie doczekał się dobrego zwerbalizowanego zastępstwa. Rzecz jasna, najbardziej wsteczni rodzimi myśliciele, którzy nie tylko nie są w stanie podtrzymywać dyskusji na temat tego, co jest fajniejsze: smartfon z androidem czy z Windowsem mobile, lecz także są w ogóle oderwani od problematyki, na której taka dyskusja mogłaby się opierać – tego typu myśliciele, którzy produkują 98% białoruskiej analityki kulturowej, prawdopodobnie bardzo się zdziwią, ale naprawdę istniał paradygmat kultury 2.0, który narodził się gdzieś w 2004 roku albo trochę później.

Czym charakteryzował się ów paradygmat? Wiarą w to, że warto dać użytkownikom dogodny instrument, a jego zawartość stworzą już samodzielnie. Czysto teoretycznie idea ta wydaje się całkowitą bzdurą, bo każdy internauta zna zasadę 90/9/1, zgodnie z którą na stu odwiedzających:

– 90 – przeleci wzrokiem po tekście i pójdzie dalej wyszukiwać filmików z sekstrójkątami,

– 9 – może skomentować, jednym okiem patrząc na kocięta, ale może także tak zapatrzeć się w te szare kuleczki, że całkowicie zapomni o treści artykułu,

– 1 – skomentuje niezależnie od warunków, bo nie interesuje się ani kotkami, ani dziewczynami, interesuje go tylko wyżywanie się w komentarzach.

Na początku wydawało się, że idea się sprawdza. Livejournal, Facebook, Twitter udowodniły, że użytkownicy mogą wyprodukować dla samych siebie tyle zawartości, że nie starczy dla niej serwerów. Co prawda zasmucał nieco fakt, że 99% treści stanowiły śmieci. Do końca pierwszej dekady XXI wieku była jeszcze nadzieja na przejście ilości w jakość. Dzisiaj jednak nawet małpa rozumie, że sterty łajna, ile by się w nie wsadzało książek i obrazów, nie zmienią się w muzea, tylko po prostu rozpuszczą manuskrypty i rysunki w swoich śmierdzących głębinach – jest to, że tak powiem, podstawowe prawo chemii[3] w praktyce.

Każdy Białorusin powiedziałby wam, że jeśli wypuścicie prosię na drogę, licząc na to, że wykarmi je cała wioska, to pozytywnym dla was scenariuszem będzie chudy dzik, który wróci w październiku na podwórko, aby nie zginąć zimą w lesie. Realistycznym scenariuszem zaś będzie to, że jeśli sąsiedzi wykarmią prosię, to sąsiedzi je zjedzą. Pragmatyczny umysł białoruskiego chłopa nie był jednak uwzględniany w analitycznych rozważaniach myślicieli kulturowych.

Przykład strony litara.net[4] nie stał się punktem odniesienia dla oczarowanych livejournalem[5]. Strona ta, poświęcona literaturze, powstała i aktywnie rozwijała się, dopóki wśród białoruskich intelektualistów nie stał się popularny livejournal. Dzisiaj livejournal opustoszał i przypomina twierdzę brzeską[6] – co drugi post przesiąknięty jest tęsknotą i nienawiścią wobec społeczności internetowych, co brzmi mniej więcej tak: „livejournal umiera, ale my się nie poddajemy!”. Nawiasem mówiąc, działacze kultury w większości nie zdradzili swojego livejournalu, co symbolizuje ich więź z narodem. Portal litara.net został zastąpiony innymi profesjonalnie zarządzanymi platformami. Można by pomyśleć, że funkcjonują one według normalnych komercyjnych modeli, aby gołym okiem nie można było dostrzec, że nie sprzedają reklam, co z kolei powinno wzbudzać dalsze wątpliwości.

I dziś nikt[7] nie ma już wątpliwości, że portale społecznościowe i blogosfera są cennym środkiem rozpowszechniania informacji i reklamy, ale stworzeniu produktu kulturowego nie tylko nie pomagają, lecz wręcz utrudniają, zgodnie z zasadą: „aż żal pomyśleć, ile wartościowych rzeczy można by zrobić, gdyby nie Internet”. Co więcej, ogólna dostępność produktu kulturowego przez Internet obniżyła jego wartość do zera (w wymiarze finansowym) nie tylko dla twórców i odbiorców, lecz także dla pośredników. A tam, gdzie pośrednicy nie mają korzyści, gdzie nie ma ekonomicznych warunków do eksploatowania człowieka przez człowieka – społeczeństwo na zawsze pozostanie w epoce przedklasowej.

Wytłumaczę to na przykładzie. Wyobraźmy sobie, że niejaki Vital R. napisał powieść. Załóżmy, że pisał ją równo 10 000 godzin, a godzina najniżej kwalifikowanej pracy kosztuje na Białorusi jednego dolara. Wydawca uważa, że Vital R. nie zapracował nie tylko na 10 000 dolarów, ale nawet nie na dziesięć centów. Z perspektywy wydawcy jest to usprawiedliwione, bowiem aby uzyskać z książki taki zysk, jaki umożliwiłby wypłatę honorarium tej wysokości, wydawca musiałby nieźle ruszać tyłkiem. Dlatego maksymalną propozycją, którą może złożyć Vitalowi R. jest wydanie książki na własny koszt[8]. Vital R. przechodził przez takie rozgrywki już wtedy, gdy grywał z kolegami z klasy w pikuty. Dlatego Vital R. uczciwie wysyła wydawcę po alkohol i podejmuje decyzję, by umieścić swoją powieść w Internecie. Tam powieść czyta 5000 ludzi za darmo.

Co zyskują Vital R., wydawca i czytelnicy?

– Vital R. piętnaście dni za przeklinanie w miejscu publicznym, bo jego podstawowym miejscem pracy jest niezależna stacja radiowa, i „prewencyjnie” zatrzymują go przed kolejną akcją opozycji,

– wydawca marskość wątroby,

– czytelnicy satysfakcję z lektury.

Wydawałoby się, że przy tym schemacie wygrywają czytelnicy, jednak to nie tak. Po pierwsze, nie płacąc za książkę, nie odczują w pełni wielkości Vitala R. – i to nie jest żart – nie bez przyczyny psychoanalitycy zawyżają koszty. Po drugie, jeśli w schemacie uwzględnić długoterminowość, to nigdy nie będzie więcej czytelników niż 5000 plus–minus pięć osób, bo wydawca nie wyłożył ani grosza na promocję. Co więcej, czytelnicy łajna się doczekają, a nie kolejnej powieści Vitala R., który durniem nie jest i za darmo się męczyć nie będzie.

Widzimy więc bezpośrednią szkodę wyrządzoną przez dołączenie Białorusi do kultury 2.0. Gdyby jej nie było – Vital R. słusznie by pomyślał, co powinien zrobić, i możliwe, że przekonałby wydawcę, aby wydał powieść bez honorarium, ale i bez opłaty edycji przez autora. Teoretycznie wydawca mógłby na tym zarobić i zaproponować Vitalowi R. premię za dodruk lub za drugą, jeszcze nienapisaną powieść.

Oto dlaczego istnienie takich stron jak kamunikat.org[9] jest nie tylko mało korzystne, lecz wręcz szkodliwe. Dopóki udostępniają one w sposób nieograniczony książki, żaden pośrednik nie może nic zyskać, a to oznacza, że nie pojawi się niewolnicze społeczeństwo, natomiast my będziemy trwać w stanie pierwotnym. Dobrym przykładem jest tu pierwsze na Białorusi wydawnictwo książek elektronicznych[10]. Książek w nim (uwaga!) nie można kupić – można je jedynie ściągnąć za darmo.

Jeśli chodzi o komunikatywną funkcję serwisów internetowych, które zresztą dały początek Web 2.0, to w białoruskiej kulturze nie odegrała ona żadnej roli. W każdym razie grupa „ruscy pisarze i murzyni”[11] w społeczności „Vkontakte”[12] pod względem liczby uczestników znacznie przewyższa grupę zwolenników Teatru im. J. Kupały[13]. Powszechnym problemem w rozważaniach o roli Internetu w rozpowszechnianiu kultury białoruskiej stała się myśl, że on po prostu wyraźniej określił granicę getta – kto wcześniej znał białoruską kulturę korzystał z niej, temu obecnie łatwiej uzyskać dostęp do jej wytworów, a kto widział białoruską kulturę jedynie wtedy, gdy dzielił z Vitalem R. pryczę, ten dostępu do tej kultury nie zyskał.

Nadeszło więc jakieś otrzeźwienie i nie za siedmioma górami był już przecudny moment zmiany paradygmatu 2.0. Paradygmatu, który charakteryzował się ślepą wiarą w bezwarunkowo pozytywną rolę Internetu w rozwoju białoruskiej kultury i taką samą wiarą w kolektywny umysł i wewnętrzną potęgę białoruskich użytkowników. Stary paradygmat oczywiście nie upadnie całkowicie i giganty mediów społecznościowych nie przestaną istnieć ze względu na swoją trywialność, ale w aparacie pojęciowym wykorzystywanym przez analityków kultury wszystko to znajdzie się na marginesie, gdzie jego miejsce.

Jaki jednak nadejdzie paradygmat? Obserwując, jak komercyjne korporacje, jedna za drugą, pchają pieniądze w rozliczne start-upy internetowe, logiczne wydaje się założenie, że będzie to paradygmat start-upu. Aby zrozumieć, jak ów paradygmat wpłynie na białoruską przestrzeń kulturową, należy zrozumieć, w czym tkwi jej specyfika.

A tkwi ona w tym, że jesteśmy tacy malutcy i tacy słabi, że nas w końcu zamęczą – na własne nieszczęście. U nas nawet masowa kultura jest masową kulturą jedynie na poziomie nazwy, a nie zgodnie ze swoim charakterem. I nawet ten przesadny erzac kultury istnieje jedynie dzięki dotacjom. Ta erzac-kultura sponsorowana jest przez państwo. Finansowanie jest kiepskie, niezmiernie rzadkie i w efekcie powstaje trash, od którego nawet zahartowany desantowiec może dostać ataku epilepsji, ale tak czy owak – finansowanie jest.

Niezależnej kultury państwo nie finansuje. Dla nikogo nie jest tajemnicą, sądzę, że funkcjonuje ona za pieniądze europejskich i amerykańskich podatników. Dobrze to czy źle? Zależy dla kogo. Można na to patrzeć z perspektywy ludzi, którzy opłacają białoruską kulturę z własnej kieszeni – tylko że ja nic nie wiem o francuskich nauczycielach i ich stosunku do twórczości Źmiciera Viszniou’a, więc nie mogę stwierdzić, co oni o tym wszystkim myślą i jaki to ma wpływ na ich życie. Jeśli jednak spojrzeć z perspektywy aktorów białoruskiej kultury – jest już co rozważać.

Przede wszystkim, kim oni są – owi aktorzy? Albo kim są działacze białoruskiej kultury? Ciekawy w ogóle jest sam termin „działacze kultury”. Na Białorusi określa się nim tych, którzy mają jakikolwiek związek z wytworem kultury. Ale zajmijmy się najpierw postaciami.

Tu pomocna nam będzie zasada 80/20, zgodnie z którą 20% ludzi posiada 80% wszelkich dóbr. Zasadę tę można dopasować właściwie do każdej sfery, ale jeśli chodzi o kulturę, to jasne jest, że 80% środków wydatkowanych przez belgijskich dokerów koncentruje się w rękach 20% ludzi. Przy tym ludzie ci niekoniecznie są malarzami czy pisarzami, ale nie przestają przez to być „działaczami kultury”.

Ludzie ci – menadżerowie kultury[14] – to twórcy placówek, wydawnictw, galerii i całej infrastruktury, w granicach której cyrkuluje wytwór kultury.

Najważniejsze jest to, że uzyskując wsparcie w postaci grantów, menadżerowie kultury w oka mgnieniu zapominają o odbiorcy. Jest to naturalny proces – nawet najbardziej ideologiczny menadżer, który jeszcze wczoraj myślał tylko o odbiorcy, rozumie, że fundraising ma niewiele wspólnego z pożądanym przez społeczeństwo produktem. Menadżerowie kultury funkcjonowali od połowy pierwszego dziesięciolecia XXI wieku właśnie w paradygmacie 2.0. Co oznaczało to w praktyce? Mianowicie to, że we wnioskach kierowanych do zachodnich fundacji wyraźnie forsowali temat tworzenia treści przez użytkowników. Chociaż może się wydawać, że zastosować to można jedynie w obrębie literatury i w takich rodzajach sztuki, których podstawą jest zwerbalizowana myśl, to tak może się zdawać jedynie tym, którzy kiepsko mówią w języku wniosków o finansowanie. Pod temat tworzenia treści przez użytkowników można podciągnąć nawet finansowanie studia filmowego – wszystko zależy od kwalifikacji wnioskodawcy.

Dlatego w ciągu ostatnich kilku lat we wnioskach białoruskich grantobiorców aktywnie rozwijały się idee Web 2.0. Należy jednak przy tym uświadomić sobie, że sami fundatorzy niekoniecznie podlegali filozofii, zgodnie z którą tworzenie treści przekazywane było do dyspozycji użytkowników, ale poglądy te wyznawali ci, którzy oceniali wnioski, czyli środki wydatkowane były przede wszystkim na te projekty przewidujące aktywny udział użytkowników. Tak, pieniądze, które trafiają tu z zagranicy, celowo są kierowane na różne tematy. Na przykład mogą dać fundusze na multimedialność. Wróćmy więc do naszego przykładu z Vitalem R. i jego powieścią, aby zrozumieć, co w tym schemacie zmieniają zachodnie pieniądze.

Po tym, gdy wydawca otrzymuje rękopis powieści od Vitala R., długo i namiętnie zastanawia się, czy może podciągnąć powieść o historii WKL pod temat multimedialności, która teraz rządzi w jednym amerykańskim funduszu. Po długich rozważaniach wydawca decyduje, że powieść ta nijak nie pasuje do tematu. Tu przychodzi Vital R. i wysyła wydawcę po koniak. Kiedy wydawca biegnie po alkohol, Vital R. publikuje swoją powieść na jednej stronie, za co otrzymuje od twórców strony życzenia długiego i spokojnego życia. Za trzy dni Vital R. dostaje 15 dni za przeklinanie w miejscu publicznym.

Po opuszczeniu aresztu Vital R. dostaje ofertę stypendium w wielkim niemieckim mieście, w którym rozgrywały się wydarzenia drugorzędnego wątku powieści poświęconej historii WKL. Vital R. kalkuluje, że odpoczynek w Niemczech (taki sam, jaki otrzymał za darmo) kosztowałby go dokładnie 10 000 dolarów i podejmuje decyzję o napisaniu drugiej powieści – już na temat historii niemieckiego feudalizmu.

Ale gdy Vital R. siedzi jeszcze w areszcie, wydawca sporządza wniosek i wkrótce otrzymuje grant na badania tematu multimedialności i skutecznie go zagarnia, wydając książki autorów, którzy mają pieniądze i ochotę, aby wydawać na własny koszt. Multimedialność figuruje jedynie w sprawozdaniach, które zręcznie sporządził doświadczony wnioskodawca.

Wszyscy uczestnicy procesu tak czy owak otrzymują pewne zyski. Jednak „formacja ekonomiczna” utrzymuje się na poziomie społeczeństwa przedklasowego: znikną inwazje zagraniczne – padnie cały proces, bo infrastruktura, którą musiała się otoczyć niezależna przestrzeń kulturowa, bez względu na to, na którym jej elemencie skupi się uwagę – od markowych nazwisk, po umiejętność dowożenia książek do rejonu rokszyckiego – pozostaje na etapie zarodkowym.

Podczas gdy pisarze odpoczywali na stypendiach, wydawcy pili koniak, a czytelnicy za darmo czytali utwory białoruskich pisarzy, epoka Web 2.0 odeszła w niebyt. Należy za to podziękować Markowi Zuckenbergowi i wejściu jego firmy na giełdę. Czy to dobrze, czy źle, ale w dziedzinie tworzenia treści przez użytkowników niebawem nie dostanie się ani grosza. Ważne jednak jest to, że paradygmat zmienił się nie w głowach Białorusinów, a w głowach fundatorów i temat start-upu, który już dobrze się zakorzenił w spekulacjach biznesowych, niebawem przejdzie do spekulacji organizacji społecznych.

Co faktycznie ulegnie zmianie? Istnieją dwa warianty rozwoju wydarzeń. Dobry i realistyczny. Dobry będzie wówczas, gdy zakończą się zagraniczne inwazje i pośrednicy nauczą się zarabiać. Nastąpi to przede wszystkim dlatego, że nie wypada im zdechnąć z głodu. Radzę wszystkim autorom, którzy chcą żyć w bardziej bądź mniej odległej perspektywie historycznej, by przestali już publikować książki w Internecie. Nawet jeśli zapłacą wam teraz za to kilka dolarów, to w konsekwencji uniemożliwi to sprzedaż książek elektronicznych, nawet jeśli dziś nie sprzedałoby się ich wiele. Drugim krokiem koniecznym dla ojczystego systemu wydawniczego jest skonstruowanie surowych regulacji dotyczących przestrzegania praw autorskich i ich niezachwiane respektowanie[15]. Śmiejemy się, kiedy w USA ktoś trafia za kratki za umieszczenie w sieci pliku muzycznego, ale jeśli do takiego absurdu nie dojdzie i u nas, to jak tylko zakończą się inwestycje (a wcześniej czy później to nastąpi), nie będziemy mieć żadnej kultury ojczystej.

Realistyczny scenariusz rozwoju wydarzeń sprowadza się jednak do tego, że na zastępstwo paradygmatowi kultury 2.0 nadejdzie paradygmat startup, różniący się jedynie formułkami we wnioskach o dofinansowanie. Wybaczcie, francuscy dokerzy, ale jak pisałem zgodnie z własnym cennikiem, tak i będę pisać. Nawiasem mówiąc, jeśli ruszyć głową i przeanalizować, czym właściwie jest paradygmat start-upu, to okaże się, że opiera się on na prostym schemacie: znaleźć pomysł na serwis internetowy – zebrać grupę ludzi – stworzyć wersję beta-serwisu (oryginalnego albo klonu) – uzyskać pieniądze na rozwój – zwiać z kasą w nieznanym kierunku. Ale jeśli przyłożyć ten schemat do białoruskiego paradygmatu kulturowego, to okaże się, że nie jest on nowy dla naszych menadżerów. Nigdy zresztą nie wątpiłem w ich inteligencję, a modne słowa przyswajają jak nikt inny.

Ale nie to jest najbardziej przerażające. Najbardziej przerażającą rzecz o białoruskiej kulturze wyartykułował Walancin Akudowicz. Wymyślił on, że białoruska literatura to las, a pisarze to wiewióreczki, które walczą o orzeszki. Według Waliancina Wasiljewicza[16] orzeszków nie starczy dla wszystkich. Metafora ta jest, z jednej strony, prawdziwa, a z drugiej – koszmarna.

Rzecz w tym, że wiewiórki są wyjątkowo głupimi istotkami, cały czas szukają orzeszków, ale nie zjadają ich od razu, tylko chowają. 90% tego, co schowały, nie zostaje nigdy przez nie odnalezione. Tym samym zajmują się białoruscy działacze kulturowi – rzetelnie konkurują o dotacje, jednocześnie zapominając, że są nie wiewiórkami, a artystami. Dlatego też dopóki białoruska kultura będzie żyć w lesie, który może się nawet nazywać lasem 2.0 i lasem start-up, dopóty my będziemy żyć w przedklasowej przestrzeni kulturowej.

Piotr Okuła-Kułak

O autorze

Piotr Okuła-Kułak – urodził się i dorastał na Miorszczyźnie, w 2008 roku ukończył Witebską Akademię Weterynaryjną, został oddelegowany do pracy w rejonie bieszankowickim. Znany na Białorusi poeta formalista, autor wielu artykułów literaturoznawczych, które zazwyczaj odbijają się szerokim echem w środowisku literackim.

z białoruskiego tłumaczyła Katarzyna Bortnowska

 


[1] Miasto w Rosji (obwód twerski) – przypis T.N.

[2] Logiczne byłoby wyróżnienie w epoce Web 2.0 stadiów tekstowego i multimedialnego (pod względem dominującego typu zasobów) lub stadiów dial-up i szerokopasmowego (pod względem typu łącza). Za kamień milowy można także uznać rok 2007, w którym (przynajmniej na Białorusi) nieograniczony dostęp do Internetu uzyskali uczniowie, co w konsekwencji odebrało większości dojrzałych artystów chęć tworzenia produktów kulturowych i dało kompensację w postaci korespondencji z lolitkami.

[3] Podstawowa zasada chemii brzmi tak: „Jeśli zmieszamy dziewięć kilogramów powideł i jeden kilogram łajna, to otrzymamy dziesięć kilogramów łajna”.

[4] Litara.net – na początku nowego tysiąclecia najpopularniejsza (i bodaj jedyna) strona poświęcona współczesnej literaturze białoruskiej.

[5] W pewnym momencie, gdzieś w latach 2005–2006, livejournal stał się dla Białorusinów platformą kultową, która wypełniła informacyjną próżnię społeczeństwa pozbawionego dostępu do niezależnych środków masowego przekazu. Pobocznym skutkiem tego stał się rozwój na platformie livejournal blogów literackich, gdyż ponownie – rozbudowanych platform literackich po prostu nie było.

[6] W białoruskiej mitologii sowieckiej dotyczącej II wojny światowej twierdza brzeska funkcjonowała jako wzór czystego heroizmu podczas bezsensownej i bezlitosnej obrony „każdego centymetra ziemi” przed Niemcami. Według popularnych podań jeden ze znalezionych w jej kazamatach napisów brzmiał tak: „Umieramy, ale nie poddajemy się! Żegnaj, Ojczyzno!”.

[7] Przynajmniej ja wątpliwości nie mam, a to wystarczające dla solipsysty.

[8] Łatwo to udowodnić. Jeśli może się zdarzyć coś złego – zdarzy się. Wiara białoruskiego wydawcy, który proponuje autorowi jakieś inne warunki, to osobista sprawa każdego, ale jej analiza nie mieści się w celach niniejszego artykułu i powinna być rozważana w ramach badań nad prymitywnymi formami religijności.

[9] Biblioteka internetowa literatury białoruskiej, w tym najnowszej – przyp. T.N.

[11] Grupa w społeczności, której twórcy raz na kilka tygodni publikują kolaż: z prawej strony – ruski pisarz, z lewej – murzyn. Same obrazki nie są interesujące. Ciekawe są komentarze przeciętnych użytkowników, którzy nie mogą zrozumieć, w czym tkwi sens istnienia grupy. Oto typowe komentarze: „Wszyscy tu jesteście zjarani? Co mają wspólnego pisarze z murzynami?!!!”, „Admin, ty debilu!”, „Wytłumaczcie mi, o co tu chodzi, pliiiizzzzzz!”.

[12] „Vkontakte” (У Кантакце”) to najpopularniejsza na Białorusi społeczność, która w początkowej fazie rozwoju stanowiła klon Facebooka. Teraz różni się od niego przede wszystkim znacznie większą wygodą dla użytkowników (na przykład możliwością ogólnego wyszukiwania, która nie istnieje na Facebooku) i obecnością znacznej ilości treści pirackich.

[13] Narodowy Teatr Akademicki imienia Janki Kupały – najstarszy białoruski teatr i główna państwowa scena Białorusi – przyp. T.N.

[14] Dla uproszczenia rozważań wyłączamy z tego schematu zagranicznych pośredników i pozostawiamy jedynie Białorusinów.

[15] Nie jestem przeciwny schematowi rozpowszechniania, zgodnie z którym użytkownik sam decyduje, ile warto zapłacić autorowi i czy w ogóle warto to robić, ale na razie na Białorusi, o ile mi wiadomo, pieniądze w taki sposób zbiera tylko jedno niezależne wydawnictwo periodyczne, które ogólnie ma niewiele wspólnego z kulturą.

[16] Walancin Wasiljewicz Akudowicz.