Strona główna/Zajawka na teatr

Zajawka na teatr

Szanowne Panie, mili Panowie

Cyrk do Was jedzie, otwórzcie drzwi!

W trasę wyruszyli 23 czerwca. Samochód osobowy, dwie ciężarówki (jedna bardzo charakterystyczna: żółta z długą smukłą przyczepką) i autokar, który na dwa długie miesiące stał się garderobą i rekwizytornią. Łącznie 22 osoby: ekipa organizowanego przez Instytut Teatralny projektu „Gdzie jest Pinokio?” wprost z Warszawy udała się do Mietkowa – niewielkiej miejscowości w województwie dolnośląskim. Potem do Lubina, Gostynia, Środy Wielkopolskiej… W ciągu wakacji odbyła 3 trasy, podczas których odwiedziła 21 miejscowości, w każdej organizując paradę i warsztaty oraz prezentując spektakl w namiocie cyrkowym.

Do poszukiwań Pinokia dołączyłam pod sam koniec trzeciego objazdu, w Mostkach, czyli 19. odwiedzanym miejscu, najmniejszym spośród wszystkich na trasie (miejscowości o tej nazwie w Polsce jest wiele; trupa gościła w Mostkach koło Suchedniowa, położonych w województwie świętokrzyskim, liczących około 500 mieszkańców). Wcześniej z daleka kibicująca ich planom, przeglądająca zdjęcia zamieszczane na Facebooku, nareszcie mogłam zobaczyć, jak wygląda ich codzienna praca. Jak wygląda życie ludzi występujących w namiocie cyrkowym, który jeszcze przed dwoma laty należał do cyrku Bojaro, prowadzonego przez Janusza Sejbuka i Bogumiłę Krześniak. Ze względu na nierentowność przedsięwzięcia, właściciele zwinęli interes i sprzedali szapito. Teraz na szczycie powiewa charakterystyczny pomarańczowy baner z nazwą projektu. W jednej ze swoich ostatnich tras, uwiecznionej w filmie „Cyrk ze złamanym sercem” w reż. Marka Tomasza Pawłowskiego z 2009 roku, załoga cyrku Bojaro stanowiła zaledwie połowę instytutowej grupy! Na spektakl, który zarejestrowały kamery, przyszło może 40 osób… „Pokazy «Gdzie jest Pinokio?» odbywają się właściwie zawsze przy pełnej widowni – mówi Monika Sadkowska, kierowniczka produkcji i tour menager projektu. – Czasem, w najmniejszych miejscowościach, które w tym roku odwiedziliśmy, nie udawało się zebrać kompletu, czyli 350 osób mogących się zmieścić na rozstawianych przez nas trybunach. Ale np. w Grudziądzu graliśmy dla ponad 400 osób, które zresztą oglądały w niezwykłym skupieniu i w kompletnej ciszy, co nie zawsze daje się uzyskać. To, że gramy właśnie w namiocie cyrkowym, jest moim zdaniem jednym z ważniejszych aspektów projektu. Ten namiot niejedno widział, ma swoją historię, wyrażoną chociażby w łatach na pokryciu. Warto też wiedzieć, że każdy cyrk ma swoje szapito, szyte na zamówienie, z konkretnym układem kolorów. Niebiesko-białe podłużne pasy są więc nie do zapomnienia” – wyjaśnia.

Cyrk ze złamanym sercem?

Dokument Pawłowskiego pokazuje smutny obraz cyrku Bojaro na progu XXI wieku. Brak pieniędzy, pokazy dla pustej widowni, smutni artyści zmuszeni grać na niebezpiecznym podłożu, techniczni – alkoholicy z okolicznych wiosek, o których zresztą coraz trudniej, a którzy i tak odchodzą po pierwszej otrzymanej wypłacie. To tylko przykład, ale podobny los stał się udziałem znakomitej większości polskich cyrków, które z miejsc kojarzących się z pokazem artystycznym na wysokim poziomie stały się przestrzeniami niepotrzebnymi, upostaciowieniem kiczu i taniej rozrywki[1]. Powojenne cyrki przebywały w jednym miejscu od kilku tygodni do kilku miesięcy, codziennie dając pokazy dla pełnej widowni – czasem nawet 4 tysięcy osób w ciągu wieczoru! W jednym programie można było zobaczyć obok siebie treserów zwierząt, akrobatów, cyklistów, żonglerów, komików… Wszystko na najwyższym światowym poziomie. Cyrk był jedynym z niewielu przedsiębiorstw rozrywkowych przynoszących dochody. W tamtych czasach ludzie teatru mogli właściwie zazdrościć artystom cyrkowym. Szybko zaczęła się współpraca między tymi dwiema grupami artystów. Jak wyglądała? Najczęściej to artyści cyrkowi udzielali aktorom lekcji, np. przygotowując konkretne numery cyrkowe wykorzystywane w poszczególnych scenach spektaklu. Ale warto wspomnieć o charytatywnych imprezach, z których dochód przeznaczony był na cele społeczne (np. z szeroko opisywanego w prasie programie z 10 kwietnia 1976 roku – na Centrum Zdrowia Dziecka). Ich niecodzienność polegała na tym, że „w normalnym cyrkowym spektaklu wystąpili… najwybitniejsi i najbardziej popularni aktorzy dziesięciu warszawskich scen – często prezentując wysoki poziom cyrkowych umiejętności” – jak pisał w „Czasie” Andrzej Klonowicz[2].

„Aktorzy gnali między próbami i spektaklami 60 kmwłasnymi lub pożyczonymi samochodami do Julinka[3], trenowali też po nocach, we własnych teatrach. (…) Janowska-Cieślak, Kolberger i Englert wykonywali ewolucje na rowerach i motocyklach niczym profesjonaliści (towarzyszyła im Danuta Rinn na hulajnodze). (…) Arenę zamiatali przybrani w szykowne liberie, Hübner, Stępień i Gozdawa, Axer i Warmiński, lody sprzedawali: Leśniak, Kopiczyński i Zaorski, Mazepa-Bończak demonstrował efektowną stójkę na szczycie perszu, Czechowicz-bej prowadził tresurę wielbłądów i tarpanów, Bronisław Pawlik – niedźwiedzi, Magda Zawadzka – foki, Zapasiewicz – piłkarski mecz psów-bokserów, a poseł, dyrektor, prezes SPATiF, Gustaw Holoubek – lwów. Dalej – Brusikiewicz zagadał na śmierć parę słoni, Łapicki w sposób mrożący krew w żyłach przepiłował na pół skrzynię z Gabrielą Kownacką w środku, Magnificencja Tadeusz Łomnicki i Leszek Herdegen zaprezentowali jako clowni półgodzinną miniaturą aktorską”[4].

Potem do powyżej konwencji nawiązała Telewizja Polsat, na zamówienie której firma Endemol Polsat przygotowała program „Gwiezdny cyrk”. Pod okiem artystów z Cyrku Zalewskich polskie „sławy” (m.in. Szymon Wydra, Anna Powierza, czy zwyciężczyni edycji Kamila Porczyk) uczyły się cyrkowych sztuczek. Po emisji serii, na którą złożyło się 8 odcinków, stacja nie przedłużyła kontraktów – jedną z przyczyn były głosy obrońców zwierząt przeciwko ich wykorzystywaniu na arenie. W ciągu ostatnich dwudziestu lat ekolodzy protestują coraz głośniej, tresura zwierząt – bardzo widowiskowa i mrożąca krew w żyłach dyscyplina – stopniowo znika z programów.

Jakie jeszcze czynniki miały wpływ na upadek polskiego cyrku? Emerytowani artyści cyrkowi nie mają wątpliwości, że główną przyczyną była prywatyzacja Zjednoczonych Przedsiębiorstw Rozrywkowych. Chociaż zastrzegają, że to nie jedyny powód i na obecny stan rzeczy złożyło się wiele czynników. Swoje znaczenie miał rozwój cywilizacyjny: „Kiedyś popis mistrza cyrkowego można było zobaczyć tylko w cyrku, teraz włączasz telewizję czy internet. I numer w cyrku przestaje zachwycać, jeśli wcześniej widziało się go ileś tam razy” [5] – puentują.

Byli cyrkowcy regularnie spotykają się w czwartki w jednej z warszawskich knajp. Żeby powspominać stare dobre czasy, które bezpowrotnie minęli. W ich wypowiedziach słychać oczywiście odrobinę goryczy i żalu, ale też są niezwykle pogodni, mają poczucie humoru. Zapytani o współpracę cyrku i teatru, gorąco zapraszają do Teatru Dramatycznego na „Alicję” – spektakl Pawła Miśkiewicza, w którym w jednej ze scen pojawia się duża grupa emerytowanych cyrkowców. Niestety nie wiedzą, kiedy będzie grana i czy w ogóle[6].

Projekt Instytutu został powołany także po to, by na nowo połączyć sztukę cyrku i teatru. Rok temu zakupiono cyrkowy namiot. Uwzględniając specyfikę tej przestrzeni, przygotowano familijny spektakl, do którego scenariusz napisał Robert Jarosz – jeden z najzdolniejszych i najciekawszych dramatopisarzy młodego pokolenia (warto zapoznać się z jego tekstami, które wygrywają kolejne edycje organizowanego przez Centrum Sztuki Dziecka Konkursu na Sztukę Teatralną dla Dzieci i Młodzieży[7]). Punktem odbicia dla tej cyrkowej opowieści staje się historia Pinokia. To nie adaptacja klasycznego utworu Carlo Collodiego, ale wariacja na jego temat. Akcja rozgrywa się w Cyrku Ogniojada. Szef (a właściwie szefowa, w postać wciela się bowiem Monika Babula, na co dzień aktorka stołecznego Teatru Lalka) musi poradzić sobie z krnąbrnymi pracownikami – między innymi z Pinokiem, który ma już dosyć odgrywania codziennie tej samej roli i postanawia wyjechać. Historia rozpina się więc między wydarzeniami z życia Pinokia oraz z funkcjonowania cyrku.

Elementy cyrkowe zostały ściśle wplecione w strukturę spektaklu. Popisowe numery to taniec na tissue – szarfie zawieszonej pod kopułą wykonywany przez Agnieszkę Bińczycką oraz numer Rafała Cendrowskiego – żonglowanie na szczudłach. Bardziej widowiskowe ewolucje utrudnia olbrzymi element scenograficzny – stół. Więcej pola do popisu mają tak naprawdę muzycy. Zespół składający się z trzech osób (Gustaw Bachorz – klarnet, Krzysztof Borkowski – kontrabas, Mateusz Gracz – gitara) akompaniuje śpiewającym aktorom. Skoczne kawałki (nawet zderzone z nostalgicznymi w gruncie rzeczy tekstami piosenek napisanych przez Konrada Dworakowskiego, których fragmenty zostały wykorzystane jako tytuły większości nagłówków w tym tekście) sprawiają, że spektakl staje się niezwykle dynamiczny, kipi energią.

Nie mniej jednak – trochę mało cyrku w tym teatrze. „Dziś może miałbym inny pomysł na ten spektakl. Przed dwoma laty chciałem dramaturgicznie wykorzystać potencjał, jaki daje cyrkowy namiot. Na castingach okazało się też, że niewielu jest artystów cyrkowych, którzy chcą z nami pojechać w trasę. Wakacje dla ludzi występujących w cyrku są czasem, kiedy są najbardziej zajęci, stąd w zespole zdecydowana przewaga aktorów” – tłumaczy Robert Jarosz.

Nie mniej jednak – trochę mało cyrku w tym teatrze. „Dziś może miałbym inny pomysł na ten spektakl. Przed dwoma laty chciałem dramaturgicznie wykorzystać potencjał, jaki daje cyrkowy namiot. Na castingach okazało się jednak, że niewielu jest artystów cyrkowych, którzy chcą z nami pojechać w trasę. Wakacje dla ludzi występujących w cyrku są czasem, kiedy są najbardziej zajęci, stąd w zespole zdecydowana przewaga aktorów” – tłumaczy Robert Jarosz.

To jest taka trupa,

Co idzie po trupach

W zespole projektu „Gdzie jest Pinokio?” jest tylko 13 artystów: reżyser, trzech muzyków, dwójka cyrkowców i aktorzy. Resztę stanowi ekipa techniczna i kierowcy. Podział na dwie grupy jest niezwykle wyraźny: techniczni i artyści prowadzą właściwie odmienny tryb życia. „Wtedy, gdy my pracujemy, oni odpoczywają i odwrotnie – opowiada Piotr Sikora, szef techniki. Wyjeżdżamy zazwyczaj kilka godzin wcześniej. Zazwyczaj zanim w poprzedniej miejscowości zaczynają się warsztaty, my mamy już dokładnie sprawdzony i wymierzony plac, wbite floki, czasem nawet ustawione maszty”. Aktorzy za każdym razem zaczynali zajęcia o 10. Zanim je skończyli o 14:30, w kolejnej miejscowości dzieci już przekazywały sobie informację o tym, że przyjechał cyrk, i przychodziły sprawdzać, jak idą prace. „Rozbicie namiotu trwa około 6 godzin. W tym czasie i 10 silnych chłopaków ma co robić! Trzeba przecież zamontować cały amfiteatr. U nas najwięcej czasu schodzi na postawienie stołu, który zajmuje połowę areny. Demontaż jest zdecydowanie szybszy – teraz na końcu trasy uwijamy się nawet w półtorej godziny, ale zaczynaliśmy od dwóch i pół – trzech – śmieje się Sikora”. Co robią w tym czasie aktorzy?

Parada, parada,

Zamknij oczy, serce gada[8]

Paradę widziałam dopiero w Hrubieszowie. Miałam szczęście, bo była zupełnie inna niż w pozostałych miejscach. W Miejskim Ośrodku Kultury dla dzieci zostały w lipcu zorganizowane miesięczne warsztaty cyrkowe. Przyjazd projektu „Gdzie jest Pinokio?” był ukoronowaniem tych zajęć. Dzieciaki przywitały artystów w strojach klaunów, z balonami, instrumentami. Od razu utworzył się wielki korowód, który w tak małym mieście (19 tysięcy mieszkańców) naturalnie zwracał uwagę.

„Parada to część związana z promocją naszego wydarzenia. Biorą w niej udział artyści, których potem zobaczymy w spektaklu, wspólnie wykonujemy trzy piosenki, oraz angażujemy mieszkańców do poszukiwania naszego zaginionego Pinokia. Tak rozbudzamy nie tylko ciekawość, czy chęć przyjścia na nasze przedstawienie, ale przede wszystkim specyficzną więź między artystami a publicznością, która może ich potem zidentyfikować, poniekąd uważać za znajomych” – tłumaczy Robert Jarosz.

Po paradzie artyści poprosili dzieci i młodzież o zaprezentowanie numerów, których nauczyli się na swoich warsztatach. Na zakończenie zupełnie niespodziewanie na spontanicznie zaimprowizowanej scenie wystąpił Gustaw Bachorz, który na co dzień pojawiał się w spektaklu jako… klarnecista. Pod koniec objazdu potrafił swobodnie (a nawet z pewnym wdziękiem!) żonglować trzema piłeczkami i kręcić diabolo. „Nic dziwnego, on rzeczywiście trenował codziennie” – mówi ktoś z ekipy.

Ucz się pilnie, ucz kochany

Będziesz chlubą taty, mamy.

Warsztaty dla dzieciaków są integralną częścią projektu. Nie o naukę tu idzie, ale raczej o stworzenie okazji do praktycznych, teatralnych, działań, dzięki którym dzieci mogą uważniej przyjrzeć się spektaklowi, spojrzeć na niego z innej perspektywy. Jak pisała Justyna Sobczyk, pedagożka teatru z Instytutu Teatralnego: „zajęcia teatralne nie muszą ograniczać się do nużących dla słuchaczy wykładów, ćwiczeń z recytacji, wielokrotnego powtarzania scenek, które potem wejdą w skład przedstawienia. Mogą być wesołą zabawą o świadomie zaplanowanej dramaturgii. Zabawą, sprawiającą, że widz będzie miał ochotę rozmawiać o teatrze przy wykorzystaniu języka teatru[9]”.

W ideale na warsztatach powinny pojawiać dzieci, które poprzedniego dnia widziały przedstawienie. „Z tym jest różnie – opowiada Monika Sadkowska. – Ponieważ w każdym warsztacie może uczestniczyć do 20 osób, w tym roku zdecydowaliśmy się uruchomić zapisy. To ośrodki kultury, do których przyjeżdżamy, są w całości za nie odpowiedzialne. Co oznacza, że czasami pojawiają się zorganizowane ekipy. Nie o to nam chodzi, ale też warsztaty są tak pomyślane, by mogły się odbyć w grupie, w której nie wszyscy widzieli spektakl”.

Warsztaty zostały przygotowane dla dwóch grup wiekowych – młodszej (wybrane zajęcia są nawet dla dzieci od trzeciego roku życia) i starszej. Najbliższy mojemu sercu jest chyba cykl o wdzięcznym tytule „Uszy puchną, nos nie rośnie”, prowadzony przez Monikę Babulę i Jakuba Kotońskiego, podczas którego dzieciaki mierzą się ze sztuką opowiadania i próbują przenieść wymyśloną historię na scenę. Godzinne spotkanie rozpoczyna… relaks na karimatach. Chwilę później wszyscy biorą udział w walce na poduszki. Potem siadają w kole, by budować wspólną historię na wymyślony przez siebie temat. Prowadzący na początku trochę ułatwiają zadanie, rozdając każdej osobie kartkę z obrazkiem, który powinien stać się podstawą indywidualnych opowieści (karty pochodzą z broszury dla nauczycieli i instruktorów teatralnych, która została napisana specjalnie do projektu i stanowi zbiór zabaw inspirowanych spektaklem[10], możliwych do wykorzystania także w regularnej pracy teatralnej z dziećmi). Najważniejsze jednak, że każdy set zakończony jest działaniem teatralnym – krótkim występem dzieci z przygotowaną przez siebie opowieścią. „Dzieciaki mają fenomenalną wyobraźnię. Na każdych zajęciach pojawia się ktoś, kto nas czymś zaskakuje” – mówi Kuba Kotyński. Ja byłam świadkiem zajęć, podczas których scenka wyprawy do sklepu po produkty potrzebne do przygotowania ciasta sąsiadowała z inspirowaną „Gwiezdnymi wojnami” opowieścią, w której w funkcji świetlnych mieczy wykorzystano… wieszaki na ubrania.

„W tym roku udało nam się rozszerzyć warsztaty o grę miejską, którą prowadzę razem z Grzegorzem Felusiem” – mówi Monika Sadkowska. Na tych zajęciach w każdej z odwiedzanych miejscowości został powołany do życia cyrk. Przed nowo powstałą trupą stoją określone zadania: muszą uzbierać dowcip do programu dla klauna, nauczyć przypadkowego przechodnia sztuki żonglowania. Na grach, które widziałam jest dużo zabawy i śmiechu[11]. Dzieciaki uczą się jednocześnie współpracy w grupie i przełamują nieśmiałość – czasem trzeba znaleźć naprawdę nietypowe argumenty, żeby przekonać obcą osobę do podrzucania piłeczek na środku ulicy!

Największym powodzeniem od dwóch lat cieszy się Kurs przysposobienia do Cyrku Ogniojada – warsztaty cyrkowe, prowadzone przez Agnieszkę Bińczycką, animatorkę kultury z Warszawy i Rafała Cendrowskiego, aktora Teatru Wiczy z Torunia. Na godzinnych zajęciach umożliwiają dzieciom zabawę i w budowniczych cyrku (szapitem staje się kolorowa chusta), i w artystów (nauka żonglowania).

Pedagogika cyrku jest w obecnej chwili bardzo dynamicznie rozwijającą się dziedziną – mówi Agnieszka Bińczycka. – Do Polski została przywieziona z Niemiec, gdzie funkcjonuje jako odrębny byt, u nas stała się częścią pedagogiki zabawy. Na gruncie pedagogicznym wykorzystuje się atuty pedagogiki cyrku, które są uniwersalne i służą pogłębianiu procesów integracji, koordynacji, współdziałania, ale także takie, które wyposażają uczestników zajęć w nowe umiejętności związane stricte ze sztuką cyrkową. To pokazuje, że sztuka cyrkowa posiada obszar dostępny masowemu odbiorcy, co czyni ją nie tylko trudną dyscypliną wymagającą lat treningu. Doskonale przyjęła się w okolicach, w których teraz jesteśmy, czyli na Lubelszczyźnie.

Na warsztaty przychodzą najczęściej dzieci, które nigdy wcześniej nie miały do czynienia z tego rodzaju zajęciami. „Podczas godzinnego spotkania pokazujemy uczestnikom inny kawałek świata, gwarantujemy dużo dobrej zabawy oraz zapoznajemy ich ze sprzętem cyrkowym i dajemy podstawy. Aby osiągnąć efekty – potrzeba lat treningu, dlatego w tak krótkim czasie jesteśmy w stanie „sprzedać” jedynie zajawkę” – puentuje Bińczycka.

***

„Gdzie jest Pinokio?” stanowi uzupełnienie programu Lato w Teatrze, organizowanego w Instytucie Teatralnym od 5 lat. Zorganizowanego jak się wydaje właśnie po to, by sprzedać zajawkę na teatr. „Lato w Teatrze powstało po to, żeby promować aktywność teatrów w okresie wakacyjnym – mówi Magdalena Szpak, specjalistka do spraw pedagogiki teatru z Instytutu Teatralnego. – To system grantowy, w którym przyznajemy dotacje na organizację dla dzieci i młodzieży dwutygodniowych warsztatów artystycznych zakończonych pokazem. W tym roku turnusy zostały zorganizowane już w 35 miejscowościach. W zeszłym roku dyrektor Instytut Maciej Nowak zaproponował, żeby rozbudować Lato w Teatrze o nową inicjatywę – naszą własną produkcję, która w czasie wakacji będzie jeździć po wsiach i niewielkich miasteczkach, takich, gdzie dzieci mają utrudniony dostęp do kultury i nie mają okazji bywać na spektaklach. Przyjazd naszej grupy, która jest teatralno-cyrkowo-muzyczna niejednokrotnie sprawia, że mogą po raz pierwszy zetknąć się z teatrem”.

To dopiero pierwszy krok na drodze ich teatralnej przygody. Nadal aktualne pozostaje pytanie, jak sprawić, by jednorazowa wizyta na spektaklu czy udział w warsztatach przerodził się w regularną zabawę w i z teatrem.

Więcej informacji o projekcie można znaleźć na: www.latowteatrze.pl. Informacje o innych działaniach z zakresu pedagogiki teatralnej prowadzonych przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego można znaleźć na: www.instytut-teatralny.pl.

Justyna Czarnota


[1] To pewne uogólnienie, chętnie powtarzane przez fascynatów cyrku i byłych cyrkowców. Spora grupa krytyków i widzów odnosiła się sceptycznie do artystycznego wymiaru programów cyrkowych, o czym świadczy choćby lektura wydanego z okazji 100-lecia cyrku polskiego numeru czasopisma „Teatr”. [Teatr, nr 8/1983.]

[2] A. Klonowicz, Cała Warszawa… , Czas nr 66/8, 2 maja 1976.

[3] W Julinku mieściła się wówczas Państwowe Studium Cyrkowe – dwuletnia pomaturalna szkoła artystyczna oraz Zakład Widowisk Cyrkowych, umożliwiający uczniom kontynuację pracy szkoleniowej. [przyp. – red.]

[4] A. Klonowicz, op. cit.

[5] Na podstawie rozmowy autorki z artystami sceny cyrkowej: Krzysztofem Adamczykiem, Zbigniewem Kwiatkowskim, Januszem Kowalskim, Zdzisławem Niemeczkiem oraz Zygmuntem Okowińskim, [6.09.2012, archiwum prywatne].

[6] Teatr Dramatyczny w Warszawie jest chwilę przez zmianą dyrektora. Od 1 października Pawła Miśkiewicza zastąpi na tym stanowisku Tadeusz Słobodzianek.

[7] Zob. Nowe Sztuki dla Dzieci i Młodzieży, z. 22, 30, 32, 33.

[8] Fragment utworu „Bambukalambu” z płyty pod tym samym tytułem Ewy Konstancji Bułhak.

[9] J. Sobczyk, Teatralna strefa przejścia, FIKA, nr. 2/2012.

[11] Zdjęcia można obejrzeć na: http://www.facebook.com/GdzieJestPinokio?ref=hl.

Pinokiio,Nowy Sacz, fot. Krzysztof Prałat

PINOKIOfot. Marta Ankiersztejn-44

Pinokio,Naklo, warsztaty cyrkowe, fot. Krzysztof Prałat