Strona główna/Churban Bilgoraj

Churban Bilgoraj

Prezentujemy wybrane fragmenty polskiego przekładu z jednej z biłgorajskich ksiąg pamięci, pod redakcją Abrahama Kronenberga. Churban Biłgoraj znaczy „zagłada Biłgoraja” – churban w językach hebrajskim i jidysz oznacza „zniszczenie”, „zagładę”, w obu językach określenie to używane jest tradycyjnie w odniesieniu do zburzenia I i II Świątyni Jerozolimskiej; ze względu na swój zakres zagłada Żydów w czasie II wojny światowej jest określana często mianem III Churban.

Jona Chaim Kronenberg

Macewa mojego miasteczka

Biłgoraju, moje miasteczko,

Gdzie spędziłem lata młodości.

Miejsce, gdzie patrząc na śmierć swoich dzieci,

Śmierć ponieśli moi najdrożsi.

Na twoją pamięć sadzę drzewo:

Macewę na grobie całej gminy stawiam,

Za dnia osnutą jedwabiem błękitnego nieba,

A nocą pod gwiazdami jasnymi jak oczy dzieci.

W powiewie wiatru w gałęziach słyszę głos moich bliskich,

W szumie liści na drzewach – ich poufną rozmowę,

A w smutnym śpiewie ptaków między macewami

Płacz niemowląt.

Rano ze wschodem słońca na zroszonych polach

Znikają jasne oczy dzieci – gwiazdy

A z nimi z liści drzew krople rosy, ich łzy.

Churban Biłgoraj, przeł. z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska

Szlomo Wajberg

Tajemnicze pukanie

Nie urodziłem się w Biłgoraju, ale mój ojciec, błogosławionej pamięci, był stamtąd i on sam był świadkiem wydarzenia, które miało miejsce prawie siedemdziesiąt lat temu.

Przy ulicy Lubelskiej w małej izdebce mieszkał szojchet [rzezak rytualny] reb Lipe. W tymże samym domu do czasów Zagłady mieszkał też Ben-Cyjon Ejlbirt (zięć Jechezkiela Lemla), który pracował jako korektor u reb Note Kronenberga.

Kiedyś wieczorem, kiedy reb Lipe szojchet był w domu nauki na modlitwie, jego żona usłyszała, jak ktoś puka w szybę okienną. Pomyślała, że jakaś kobieta, nie chcąc wejść do mieszkania, po prostu puka w okno, aby ktoś wyszedł na zewnątrz, ale jakże się przestraszyła, kiedy wyszła na zewnątrz i nikogo tam nie zastała. Pomyślała więc, że może sąsiadka, która zapukała, odeszła albo że jakieś dziecko płata figla, i wróciła do mieszkania.

Kiedy znalazła się wewnątrz, znowu usłyszała stukanie w tę samą szybę okienną i znowu wyszła zobaczyć, kto stuka, ale znowu nikogo tam nie zastała – i tak parę razy. Wtedy ogarnął ją wielki strach. Poszła do domu nauki, wywołała swojego męża reb Lipe szojcheta i opowiedziała mu całą historię. Zaznaczyła przy tym, że bardzo się boi tego pukania.

Reb Lipe szojchet był mądrym Żydem, uczonym w księgach, więc wyśmiał ją i powiedział, że pewnie jakieś dziecko stroi sobie z niej żarty i kiedy tylko ona wychodzi, ono natychmiast czmycha. Kobieta posłuchała męża i wróciła do domu.

Ale jakże się zdziwiła, kiedy wszedłszy do mieszkania, znowu usłyszała pukanie, i to dokładnie w tę samą szybę. Tymczasem reb Lipe szojchet powrócił z domu nauki i słysząc pukanie, powiedział do żony, żeby została w mieszkaniu, a on wyjdzie przed okno i wtedy ona zobaczy, że pukanie ustanie. Mocno się zdziwił reb Lipe szojchet, że nie ma tam nikogo, a mimo to ktoś puka; zrozumiał, że to nie żarty i ogarnął go wielki strach.

W tymże czasie w Biłgoraju był rabin reb Nutele Berliner, pamięć sprawiedliwego błogosławiona. Reb Lipe szojchet poszedł do niego i opowiedział mu, co się u niego dzieje. Rabin wkrótce tam przyszedł i także usłyszał pukanie. Postanowił więc, że trzeba szybko zwołać minjan i odmówić tam modlitwy minche i maariw (bo cały dzień nic nie stukało, tylko wieczorem), ale i to nie pomogło.

Każdego wieczoru tłum gapiów przychodził popatrzeć, gdzie stuka. Kiedy ktoś krzyknął, żeby pukać głośniej, stukanie przybierało na sile

W tymże samym czasie w Zamościu mieszkał I. L. Perec[1], a w Szczebrzeszynie reb Jakow Rejfman[2]. Kiedy się o tym dowiedzieli, skwitowali to wszystko śmiechem, ale kiedy usłyszeli od wielu ludzi, że ciągle ktoś puka i nie wiadomo kto, przybyli obydwaj do Bilgoraja, przeszukali wszystkie miejsca, z których stukanie mogło dochodzić, i nie znaleźli żadnego śladu. Tak to trwało przez długi czas, a ludzie przybywali z całej okolicy zobaczyć na własne oczy to tajemnicze miejsce.

Pewnego razu reb Lipe szojchet pojechał do rabina (jeśli się nie mylę, był to rabin Awraham ha-Maleah). Kiedy reb Lipe opowiedział mu o tym wszystkim, rabin dał mu specjalne amulety i pukanie ustało, a skąd się ono brało pozostaje do dzisiaj tajemnicą.

Churban Biłgoraj, przeł. z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska

Jehuda Lejfman

Straszliwy mord

Ja, Jehuda Lejfman z Biłgoraja, zwany tam Judą od Śpiewaczki, zamierzam opisać straszliwą tragedię, która się wydarzyła w mieście pięćdziesiąt pięć lat temu w rodzinie Brandwajnów.

W Biłgoraju było miejsce nazywane Piaskami. Znajdowało się przy drodze prowadzącej do młyna, który wówczas należał do reb Lejbcie Wurmana, wielkiego dobroczyńcy; później młyn odkupił Herszele Wajnwald. Stacjonowali tam kozacy.

W 1900 roku, kiedy Biłgoraj należał do Rosji, na Piaskach mieszkał pewien Żyd, reb Jekiel Brandwajn, pokój mu, zięć reb Jony Chaima Kronenberga. Miał tam też sklep spożywczy. Rodzina reb Jekiela składała się z czterech osób: jego samego, żony Ester, córki reb Jony Chaima, jednorocznego dziecka i trzyletniego chłopczyka, Szmula Eljahu.

Zdarzyło się to w Tisza be-Aw roku 5660 (4 sierpnia 1900). Kiedy ludzie przyszli do młyna, zauważyli, że w mieszkaniu reb Jekiela Brandwajna są zamknięte okiennice, a że była już godzina dziesiąta, zrozumiano, że coś się stało, więc zaraz zameldowano o tym policji.

Żandarmi po przybyciu na miejsce wyważyli drzwi, a kiedy weszli do środka, oczom ich ukazał się straszliwy widok. Reb Jekiel leżał martwy obok drzwi, a dziecko w kołysce było uduszone. Żonę Ester znaleziono w łóżku nieprzytomną. Twarz, usta i całe ciało miała pocięte. Po wielkich staraniach przywrócono jej przytomność. Maleńkiego Szmula Eljahu nie znaleziono.

Kiedy zgromadził się wielki tłum, mały Szmul Eljahu wyczołgał się z szafki bardzo przestraszony i z wielkim płaczem opowiedział, że w nocy wtargnęło trzech kozaków i szablą zabili ojca. Kiedy go zapytano, jak wszedł do szafki, opowiedział, że przyszedł jakiś stary Żyd i go tam wsadził. Chłopczyk obiecał mu, że nie wyjdzie z szafki do samego rana, a ten mu oznajmił, że jest jego dziadkiem Joną Chaimem.

Kiedy mały Szmul Eljahu się uspokoił, powiedział, że rozpoznałby kozaków, którzy zabili ojca. Gdy doniesiono o tym pułkownikowi, natychmiast wydał rozkaz ustawienia całego pułku kozaków w rzędach. Wziął potem małego Szmula Eljahu i wraz z nim przeszedł przed każdym rzędem. W końcu malec wskazał trzech kozaków i powiedział, że to oni zabili jego ojca. Aby się upewnić, że chłopiec się nie myli, pułkownik nakazał przestawić pułk. Jeszcze raz przeszli przed nim i także za drugim razem mały Szmuel Eljahu wskazał tych samych trzech kozaków. Zaraz też ich aresztowano, a następnego dnia urządzono proces i każdego skazano na osiemnaście lat więzienia.

W tymże samym roku car Mikołaj odwiedził swoje dobra w okolicach Tomaszowa Mazowieckiego. W trakcie jego podróży brat wdowy Ester, Note Kronenberg, pojechał tam i przekazał swoją sprawę carowi. Za jakiś czas wdowa Ester otrzymała list z pięcioma złotymi rublami od carycy, która się zajmowała dobroczynnością. Napisała, że w tymże roku zdarzyło się bardzo wiele nieszczęść i w kasie nie ma już więcej pieniędzy.

Churban Biłgoraj, przeł. z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska

Abraham Kronenberg

Ślub na cmentarzu

W czasie pierwszej wojny światowej, kiedy w Biłgoraju szalała cholera – Boże, chroń nas przed takim nieszczęściem – a ludzie padali jak muchy, Święte Bractwo [bractwo pogrzebowe] nie mogło sobie poradzić z grzebaniem trupów, których przybywało coraz więcej każdego dnia.

Stary, siwiuteńki rabin stale siedział zagłębiony w księgach, szukając zaklęć na odpędzenie zarazy, a na wszystkich drzwiach wypisano wielkimi literami: „Nikogo tu nie ma” (aby oszukać anioła śmierci). Kiedy żadne zaklęcia nie pomagały, gmina postanowiła wypróbować znany sposób, polegający na postawieniu chupy [badachimu ślubnego] na cmentarzu.

Nie tracąc czasu, niewiasty znane z dobroczynności z Gitl, żoną Mosze Iciego na czele, zaczęły się szykować do wesela głuchoniemej Matel, która choć w podeszłym wieku, była jeszcze panną, z Jechezkielem Wioczem, miejskim nosiwodą.

Zaczęto przygotowywać stroje dla młodej pary, ludzie dawali szczodrą ręką, czego się bowiem nie robi, aby odegnać straszną zarazę, Boże chroń nas przed takim nieszczęściem.

Pewnego wieczoru z uliczki przy bóżniczce rudnickich chasydów, gdzie mieszkała głuchoniema Matel, wyprowadzono wystrojonych kumów ze świecami w rękach, aby zawiedli młodą parę pod chupę.

Jechezkiele, narzeczony, szedł wesoły, ubrany w piękny strój. Z minuty na minutę przybywało ludzi, zapomniano o cholerze – Boże, chroń nas przed takim nieszczęściem – szalejącej w miasteczku. Stare kobiety w czarnych szalach na głowach płaczą jednym głosem, uważając wesele za wielką mycwę [dobry uczynek] i sposób na odpędzenie zarazy.

W drodze na cmentarz panowała śmiertelna cisza. Postawiono chupę, pod którą wprowadzono narzeczoną, obrócono pana młodego siedem razy i ustawiono obok panny młodej.

Rabin bierze obrączkę, daje ją Jechezkielowi i odmawia z nim słowo po słowie: „Bądź mi poświęcona przez tę obrączkę, wedle prawa Mojżesza i Izraela”. Jechezkielowi bardzo ciężko przychodzi powtarzać słowa przysięgi. Jest tak oszołomiony, że nie czuje nawet, jak mu pod stopę podłożono kielich; w końcu mocno uderza nogą i ze wszystkich ust wyrywa się: “Mazł tow! Mazł tow!”[ Na szczęście!].

Po ceremonii zaślubin tańczy Gitl, żona Mosze Iciego, z wielkim kołaczem i zebrani opuszczają cmentarz.

Po ślubie zaraza trochę ustała, a głuchoniema Matel dalej mieszkała w zapadłej chałupie przy bóżniczce rudnickich chasydów, Jechezkiele zaś dalej nosił wodę biłgorajskim gospodyniom i mieszkał w miejskim przytułku.

Churban Biłgoraj, przeł. z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska

Wizyta w moim miasteczku

Nigdy nie zapomnę mojego miasteczka Biłgoraja i drogich memu sercu Żydów. Powinniśmy ich wspominać z wielkim szacunkiem, wielu z nich miało gorące żydowskie serca. Byli gotowi poświęcić życie za Żydów i żydowskość.

Warto wspomnieć Żyda takiego jak reb Lewi Sztern, pokój mu, cieszącego się miłością i poważaniem wszystkich. Nie był bogatym człowiekiem, ale zwykłym piekarzem. Był krzepki i zdrowy, i pracował bardzo ciężko. Kiedy tylko miał czas, studiował święte księgi lub spieszył z pomocą biednym i chorym. […]

Podczas wojny, po spaleniu Biłgoraja mieszkał w Tarnogrodzie. Narażał życie, aby piec w tajemnicy chleb i pomagać biednym i głodującym. We wrześniu 1942 roku został zabrany razem z rodziną i setkami innych Żydów z Tarnogrodu i Biłgoraja do Bełżca, gdzie zginęli w komorach gazowych. Jego syna, Isrolke, wielkiego uczonego, zastrzelili Niemcy w puszczy w drodze do Bełżca, kiedy zszedł z wozu za potrzebą. Kiedy Żydów prowadzono przez Biłgoraj, silny Lewi zawołał z wozu płaczliwym głosem: “Żydzi, dokąd nas prowadzą?”.

Warto wspomnieć o takim człowieku jak mój wuj Abraham Harman, który przekazywał wiele na cele dobroczynne, zapewniał schronienie bezdomnym i udzielał pożyczek bez procentu. Kiedy ktoś urządzał wesele lub był w potrzebie, mógł się zwrócić do mojego wuja, a ten nikomu nie odmawiał pomocy. Miał szczęście umrzeć w Tarnogrodzie niedługo przed wywózką. Zgodnie ze swoją wolą został pochowany na biłgorajskim cmentarzu.

Warto również wspomnieć o innych świetlanych i uczonych postaciach, Żydach o otwartych sercach, między innymi takich jak Note Kronenberg, mój wuj Josełe i mój ojciec Szmul Eljahu Rapaport, Hersz Wajsman, Henoch Hochman, Isrolke Sztern, Hersz Jechezkel Harman, Awrumele Hochman, Szmulcie Szrajber i Motel Harman. Trudno wymienić wszystkich drogich mi ludzi z Biłgoraja wymordowanych przez niemieckich oprawców.

Przed Rosz ha-Szana [żydowski nowy rok] w 1944 roku, tuż po wyzwoleniu przybyłem z polskim wojskiem do Lublina. Dzień po Rosz ha-Szana (20 września) udałem się pieszo do Biłgoraja, bo pociągi jeszcze nie kursowały.

Kiedy wchodziłem do miasta, ogarnął mnie ponury nastrój. Urodziłem się Biłgoraju i mieszkałem tam do wybuchu wojny, ale teraz, idąc w jasny dzień, ledwo rozpoznałem miasto. Ulica Lubelska, wielki plac, gdzie znajdowała się synagoga, wielki bet ha-midrasz [dom nauki], mały bet ha-midrasz, łaźnia z mykwą, rzeźnia rytualna, cheder [szkoła religijna na poziomie elementarnym] Zikaron Jakow, stary cmentarz, stary dom rabina, nowy dom syna rabina z Bełza reb Mordechaja, pamięć sprawiedliwego błogosławiona, bóżniczki chasydów turzyskich i rudnickich – wszystko to znikło, został tylko pusty plac, a w samo południe nie było wokół żywej duszy.

Ulice wybrukowane były nagrobkami z żydowskimi inskrypcjami, co już samo w sobie napawało przerażeniem, i wszystko wyglądało jak rozległy cmentarz.

Wstąpiłem do jakiegoś sklepu, aby kupić kostkę masła. Wręczono mi je zapakowane w strony z wileńskiej edycji Talmudu. Stałem jak skamieniały, pamiętając, jak ciężko było Żydowi kupić Talmud wileński dla studiującego zięcia. Wydawało mi się, że z tych kartek słyszę dźwięki melodii „Tak rzekł Abaji i Raba” [nawiązanie do jednego z traktatów Talmudu babilońskiego]. Po wyjściu wyrzuciłem masło i schowałem święty skrawek tekstu.

Ostatni (trzeci) cmentarz wyglądał jak pusty plac, drzewa ścięte, macewy [nagrobki] powyrywane, otaczający mur rozebrany. Cmentarza przy domu Lajzera Kigla nie można było w ogóle rozpoznać, postawiono tam baraki i wytyczono ulicę.

W Biłgoraju przeżyli ukryci na strychu chlewu u niejakiego Skakuja na Bojarach moi byli szwagrowie Baruch Wermut i Hersz Zylberfajn z córeczką, Beni Hochman z synkiem, Mosze Bojm umarł w ziemiance.

Tak wyglądało moje miasteczko Biłgoraj po Wielkiej Zagładzie. Odszedłem ze łzami w oczach. Ciągle dźwięczą w moich uszach echa kadiszu [modlitwy za zmarłych]Isgadal wejskadasz

Churban Biłgoraj, przeł. z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska

Symche Szac

Wszystko rozwiało się jak sen

Zawsze kiedy jestem sam, przychodzi mi na myśl obraz sprzed siedemnastu lat, kiedy byłem trzynastoletnim dzieckiem.

Widzę jak we śnie pochyloną chałupkę pokrytą gontem, stojącą w pobliżu miejskiej elektrowni. Jej okna wychodzą na ogród, pełen zielonych drzew i liści, wonne maciejki nawołują się nawzajem i czarują niczym ukochana ukochanego, cały ogród wygląda jak pokryty zielonym aksamitem, z którego wyrastają różnobarwne kwiaty.

Przez całą noc otwarte jest okno, czarowne wonie wypełniają serca radością i nadzieją.

Wieczorem, kiedy słońce zachodzi, przyjemnie jest siedzieć w ogrodzie pełnym drzewek.

Mali i duzi przychodzą wieczorem do ogrodu przy elektrowni. Piękne pieśni żydowskiej młodzieży dostarczają wiele radości i przyjemności, a serdeczne tony przerywają nocną ciszę.

I tak oto Żydzi żyli sobie i radowali się, aż przyszedł ponury dzień Zagłady.

Był koniec sierpnia, piękny letni dzień. Dzieci bawią się na placu Pinie Cymrynga, łapią motyle, grają w piłkę nożną, jest przyjemnie. Ptaszki śpiewają, także ludzie cieszą się letnimi dniami, sąsiedzi siedzą na podwórzu, grzejąc się w słońcu, tak lekko każdemu na sercu, że chce się śpiewać razem z ptaszkami.

W kąciku na podwórzu siedzi dziewczyna, haftuje chusteczkę i śpiewa sobie piosenkę o krawczyku, który pokochał piękne dziewczę. Zdaje się, że ów piękny śpiew dochodzi z bardzo daleka i staje się coraz słabszy i słabszy, aż nie słychać już żadnego dźwięku, po czym wszyscy razem wołają „Brawo!”. Zawstydzona dziewczyna oblewa się rumieńcem i wbiega do mieszkania.

Na podwórku zrobiło się dziwnie cicho. Psy szczekają, tak jakby chciały obwieścić coś strasznego. Piłuję z bratem drzewo, nagle ktoś krzyczy: „Pali się!”. Wchodzę na dach domu i widzę, jak wielkie chmury dymu nadciągają od ulicy Mostowej. Żydzi zaczynają zgadywać – jeden mówi, że to na pewno łaźnia, inny, że to Bojary, Gromada. Stoją tak i zgadują, ale wkrótce widać wielki ogień z drugiej strony miasta, od ulicy Zamojskiej, od Bagiennej, pali się już ze wszystkich stron.

Powstaje zaraz wielka panika, każdy niesie pościel i inne rzeczy. Na łąkach przy młynie Herszele ogień przybiera na sile, obejmuje jeden dom po drugim, ulicę po ulicy, płonie: Rynek, Kościuszki, Zamojska, Bagienna, 3 Maja, Bóżnicza, Piłsudskiego, płomienie pochłaniają wielką synagogę, bet ha-midrasz, cheder, jesziwę, magistrat, jatki, kino miejskie. Jakimś cudem ocalała ulica Kościuszki w dół do Piasków. Osmaleni Żydzi zamieszkują u sąsiadów, znajomych i rodziny.

Tak oto poszedł z dymem żydowski dobytek, gromadzony przez setki lat w znojnym trudzie.

Churban Biłgoraj, przeł. z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska

Szmuel Atzmon-Wircer

Pożar

Czasami wydarzenie z dzieciństwa tak zapada w pamięć, że nigdy nie można się od niego uwolnić. Takim wydarzeniem w mojej wczesnej młodości był wybuch drugiej wojny światowej, „pożar w Biłgoraju”.

Poniedziałek 11 września (27 dnia miesiąca elul) 1939 roku był pięknym, ciepłym dniem jesiennym. Bawiłem się z innymi dziećmi na podwórku, kiedy jakiś dreszcz przerażenia wytrącił nas z zabawy – syrena i dźwięki miejskiego dzwonu: Biłgoraj się pali!

Wkrótce straszliwe języki ognia objęły dzielnicę żydowską przy ulicy Mostowej, mykwa się pali! Zdarzyło się to dokładnie w czasie przewidzianym przez niemieckiego szpiega. Pożar wkrótce okazał się niczym akt zemsty za rozstrzelanie szpiega Millera.

Nie można się było zorientować, skąd dochodzi ogień. W płomieniach stało całe podwórze synagogalne, ulica Mostowa, Bagienna, Szewska, Piłsudskiego, ogień obejmował cały rynek, rozprzestrzeniając się na ulicę Kościuszki. Ludzie biegali wokół jak obłąkani wśród płomieni palącego się miasta. Biłgoraj w ogniu, Biłgoraj się pali! Ratuje się przede wszystkim mieszkańców domów, a pościel, ubrania, meble, naczynia – wszystko wala się na dworze pod nogami, by później spłonąć od buchających iskier ognia lub walących się drewnianych słupów telegraficznych, które stanęły w płomieniach. Ludzie stoją zdezorientowani, z załamanymi rękoma, i przyglądają się, jak ich mienie, owoc ciężkich lat pracy, idzie z dymem. Nie ma nawet czym gasić ognia (zaraz w pierwszych dniach wojny strażacy wyjechali z całym sprzętem)

Gromady ludzi, a wśród nich kobiety z małymi dziećmi, niosąc uratowane rzeczy, owinięte w białe płótno, opuszczały miasto, biegnąc na łąki nad rzeką albo boczną uliczką na pola. Mój ojciec, błogosławionej pamięci, poprosił moją matkę, aby wraz z dziećmi pobiegła ze wszystkimi nad rzekę, a on wróci jeszcze z innymi do miasta, aby pomóc ratować, co się da. Panika, płacz dzieci, krzyki kobiet „Ratunku, pomocy, pali się, Biłgoraj płonie!” – rozdzierały niebo.

Kiedy się rozejrzeliśmy wokół, ujrzeliśmy straszliwy obraz: całe miasto w jednym kłębie czarnego dymu, jęzory płomieni pochłaniały dom po domu, wzbijając się w niebo. W ciągu jednej godziny całe miasto stanęło w ogniu, niczym tobołek z żydowskim dobytkiem.

Kiedy Żydzi przyszli na podwórze synagogi, zobaczyli ogień buchający z okien. Niewiele myśląc, nie bacząc na niebezpieczeństwo, weszli do płonących domów modlitwy, by ratować zwoje Tory. Coraz to wychodził ktoś prawie zemdlały, ubrudzony, w osmalonym ubraniu i z osmaloną brodą, niosąc przypalony zwój Tory.

W czasie pożaru polski światek przestępczy chciał wykorzystać sytuację, a więc włamano się do sklepu Todrosa Langa i zaczęto rabować towary. Wkrótce nadeszła policja i rozstrzelała włamywaczy.

Kiedy ogień objął już całe miasto, dał się nagle słyszeć warkot ciężkich bombowców i wkrótce pojawiła się eskadra samolotów. Zrzuciły bomby zapalające, z których ogień rozgorzał czyniąc straszliwy hałas.

Wykonawszy swoje zadanie w mieście, samoloty poleciały nad łąki, gdzie wałęsali się ubrudzeni pogorzelcy i żydowscy uchodźcy. Powstała nieopisana, straszliwa panika – ludzie zaczęli skakać do rzeki, kobiety, tuląc do siebie przerażone dzieci, padały na ziemię, chcąc je osłonić. Samoloty zaś zniżyły się i zaczęto z nich strzelać do przerażonych Żydów.

Ludzie zaczęli biec w wielkim popłochu do pobliskiego lasku, znajdującego się obok młyna Szajnwalda. Śmiertelna cisza zaległa w lesie. Tu i ówdzie leżały dzieci owinięte w uratowane rzeczy i drżały z zimna, płacząc: „Gdzie jest tata?”.

Zapadała noc. Po niebie niósł się gryzący dym, całe miasto wyglądało jak płonąca latarnia, zimna rosa pokryła całą okolicę. Coraz to dobiegał skądś głęboki jęk. Ludzie zaczęli uzmysławiać sobie wielkie nieszczęście. Przed kilkoma godzinami byli gospodarzami, teraz są bezdomni.

Kiedy już zapadła noc, zobaczyliśmy zbliżającą się do nas grupę Żydów, a między nimi rozpoznałem mojego ojca. Nigdy nie zapomnę, jak wtedy wyglądał: całkiem czarny, ubranie nadpalone, włosy na głowie zmierzwione. Niósł coś zawiniętego w na wpół spalony tałes. Zaczęliśmy wołać „Tato!” i wtedy podszedł do nas. Gdy się do nas zbliżył, zobaczyliśmy, że niesie zwój Tory. Ojciec powiedział, że kiedy z innymi ratował od pożaru dom Icchoka Meira Warszawiaka, narobiono szumu, że ogień ogarnął ulicę Kościelną (Szewską). Przypomniawszy sobie, że w jednym z tamtejszych pokojów leży uratowany zwój Tory, szybko tam pobiegł. Podchodząc, zobaczył, że dach domu się pali, a czarny dym bucha z okien. Niewiele myśląc, wszedł do środka przez boczne okno. Pokój już stał w ogniu, szybko więc złapał zwój Tory i wyszedł z płonącego pomieszczenia. Droga powrotna była już dużo trudniejsza, gdyż wszystko stało w płomieniach, po prostu nie sposób było się przedrzeć. Tylko dzięki temu, że czapka i tałes [szal modlitewny] były wilgotne od wody, zdołał się przedostać przez płomienie i dotrzeć do nas.

Ludzie całą noc leżeli na łąkach i drżeli z zimna. Mój ojciec pocieszał się, że zwój Tory został uratowany.

Następnego dnia rano, kiedy słońce zaczęło się wyłaniać zza horyzontu, dał się słyszeć powszechny płacz: „Żydzi, jesteśmy wszyscy spaleni, wszyscy spaleni, straszna kara Boża!”.

Wszyscy obudzili dzieci, które całą noc spały na uratowanych rzeczach, spakowali się i udali do miasta. Jeden do swojego spalonego domu, inny do krewnego lub znajomego, których domy ocalały.

Smutny pochód ludzi z pakunkami na plecach. Żydzi, którzy w trakcie jednego dnia wszystko stracili, pogorzelcy bez dachu nad głową, bez źródła utrzymania…

Widok miasta przejmował strachem. Wyglądało jak po wybuchu wulkanu – na wierzchu biały popiół, z którego jeszcze wydobywa się dym z ogniem. Trudno iść, nie sposób rozpoznać ulic, pod stopami wala się spalony żydowski dobytek. Całe miasto wygląda jak wielka ruina.

Churban Biłgoraj, przeł. z jidysz Monika Adamczyk-Garbowska


[1] Icchok Lejb Perec (1852–1915) – pisarz, poeta, krytyk i dramaturg. Klasyk literatury jidisz, pisał także w języku hebrajskim i polskim. Urodził się i mieszkał do 1888 roku w Zamościu, gdzie prowadził kancelarię adwokacką. Zmarł w Warszawie.

[2] Jakow (Jakub) Rejfman (1818–1895) – uczony i pisarz, jeden z przedstawicieli Haskali. Autor 17 książek w języku hebrajskim. Mieszkał w Lublinie, Zamościu i Szczebrzeszynie, gdzie zmarł.

Kultura Enter
2009/02 nr 07

Jakow Mordechaj Zylberman, rabin Biłgoraja w latach 1884-1915