Strona główna/Polska na cokole

Polska na cokole

Zamówiłem u mojego jedenastoletniego syna projekt „pomnika Polski” i „polskości”. Efekt zatrwożył mnie. W rękach trzymałem projekt, który zachwyciłby pewnego masowego producenta „narodowych” pomników mego rodzinnego miasta. Jeśli młody chłopiec, mimo mych wysiłków, podąża takimi tropami, czeka mnie jeszcze sporo pracy.

Trudno wyobrazić sobie coś mniej potrzebnego, niż pomnik. Jerzy Wasowski powiedział kiedyś, iż „sztuką jest wszystko to, bez czego moglibyśmy się w życiu obejść”. Osoby, którym ten cytat skojarzył się z pomnikami, mają dobry instynkt. Na naszych placach, w parkach, przy ulicach, pod kościołami, stoją obiekty, będące absurdem ekonomicznym. Masa energii wyrzucona w kosmos naszego otoczenia. Tysiące – i choćby to śmiesznie zabrzmiało – setki tysięcy złotych zamrożone w akcie kompletnie niepotrzebnym. Potencjalnie mogłyby zostać wydane na nowy chodnik, skwer, plac zabaw. Trwają zaklęte w kamień, brąz, cegłę. I trzeba drugiej części definicji sztuki Starszego Pana, by pojąć, o co w tym chodzi. „…wszystko to, bez czego moglibyśmy się w życiu obejść. Ale co to byłoby za życie…”

Pomnik: luksus, soczewka, świętość

Pomnik jest luksusem. Jest zbytkiem. Pozornie niepotrzebny, bywa konieczny i niezbędny. Pomnik stawia się w różnych sytuacjach społecznych i ekonomicznych. Od wieków jest krytykowany, jako klasyczny i namacalny przejaw rozrzutności, gorszy kolejne pokolenia obserwatorów. Zawsze znajdują się ci, którzy przypomną: „trudno, żeby w naszych, ciężkich czasach…” Tymczasem najważniejsze pomniki powstawały najczęściej w sytuacjach, którym daleko było od luksusu, poczucia ekonomicznego bezpieczeństwa, hossy na giełdzie. Podnoszący z ruin swoje kraje i miasta od wieków poświęcają moc uwagi i energii na to, by odbudować dawne pomniki. Widocznie są one ważne. Widocznie w ich obliczu w odstawkę idzie „rozsądek” i bezwzględna, ekonomiczna kalkulacja.

Pomnik ogniskuje uczucia stawiających go ludzi. Przeglądając pomniki danej dekady, miasta, kraju, widzimy jak na dłoni ich stan mentalny. Pomnik jest jednym z niezbędnych w naszej kulturze materialnej elementów. Łączy przy tym w nierozerwalną całość sferę dokonania artystycznego ze sferą idei i kultury symbolicznej. A przynajmniej powinien tego dokonywać. Ale o tym dalej. Monument powinien u swoich początków wynikać z rzeczywistego pragnienia posiadania go przez miejscową społeczność. Wówczas w naturalny sposób egzystuje w swoim otoczeniu i jest przyjmowany przez kolejne pokolenia jako coś cennego i ważnego. Zdarza się również, że proces owego przyjmowania jest trudniejszy i bardziej rozciągnięty w czasie, w sytuacjach, gdy pomnik domaga się swoistego „oswojenia” go przez lokalną społeczność.

Warto zauważyć sytuacje, w których pomnik bywa broniony, niczym relikwia. W sytuacji zagrożenia, które dotyka reprezentowane przez niego wartości i idee, pomnik bywa ukrywany, broniony, przechowywany w pamięci. Sytuacja Jana Kilińskiego, niespodziewanie ukrytego w magazynach Muzeum Narodowego, którego lokalizację zdradziły warszawiakom napisem na murze muzeum siły podziemne jest jedną z bardziej znanych. Nieodległe geograficznie i chronologicznie było zdarzenie wiążące się z pozornie nie mającą znaczenia akcją, w której Thorvaldsenowski Mikołaj Kopernik został pozbawiony płyty opisującej go jako wielkiego niemieckiego astronoma, przykręconej przez okupantów. Zdarzenia wiążące się z ratowaniem tego, co nieśmiertelne i ważne, zdarzały się w czasie wojennej zawieruchy wszędzie. Obelisk Jana Kochanowskiego w Lublinie został po prostu zakopany. To, co dało się zdemontować, ukrywano. To, co zostało zniszczone, dokumentowano, by w sytuacji na to pozwalającej, odtworzyć obiekty stanowiące narodowe relikwiarze.

Świadomość tworzenia takich właśnie świętości niekiedy towarzyszyła twórcom i inicjatorom powstawania dzieł znaczących i ważnych. 190. rocznica uchwalenia Konstytucji 3 Maja upłynęła w Lublinie na fecie związanej z przywróceniem blasku kamieniowi ustawionemu w trakcie I wojny światowej, w 125 rocznicę tej daty, na Placu Litewskim. Inicjatorzy wydobycia pomnika z krzaków porastających okolice miejskiego szaletu, w które został on litościwie „zesłany” po 1945 roku, wmówili ówczesnym władzom, że pierwotnie pomnik zwieńczony był rozpościerającym skrzydła orłem w koronie. Podstęp się udał. Rzeźbienie jego sylwetki było, co odnajdujemy we wspomnieniach samego rzeźbiarza, jak i odwiedzających jego pracownię ludzi, podobne do misterium. Przypominający sobie tamte chwile powtarzali, że towarzyszyło im poczucie uczestniczenia w czymś podniosłym i tworzenia symbolu, który będzie wymagał nie tylko czci, ale i oddania oraz ochrony, zwłaszcza w sytuacji zagrożenia. Stało się to widoczne w reakcjach społecznych, gdy pod koniec wieku rzeźba została uszkodzona przez wandali. Z kolei swego znaczenia pomnik dowiódł bardzo szybko po odsłonięciu, gdy stał się głównym miejscem solidarnościowych manifestacji i zgromadzeń.

Siła oddziaływania monumentu na świadomość mijających go ludzi bywa dobrze widoczna w sytuacji odwrotnej do ochrony pomnika, a więc w momencie, w którym pomnik bywa niszczony. Rozpiętość okoliczności towarzyszących takiemu aktowi jest dość duża. Niszczymy pomniki należące do innej historii, innego państwa, po zmianie granic. Na ziemiach zachodnich i północnych nie ocalał żaden Wilhelm ani Fryderyk. Bez różnicy, czy był na koniu, czy stał sobie dostojnie. Wszystkie odeszły w okolicznościach dość nagłych. Podobnie jak zdecydowana większość pomników należących do dawnych właścicieli tych ziem i miast. Niszczymy pomniki należące do naszej własnej historii, o ile zmienia się jej profil i kształt. Wielu z nas z oczywistą satysfakcją przyglądało się rozbieraniu Dzierżyńskich, Leninów, radzieckich sołdatów. Do dziś ciągną się, odżywające co pewien czas w niektórych miejscach, dyskusje nad pomnikami, które miały być nieszczęście wystawione w czasach, o których wielu chciałoby zapomnieć, ludziom, o których wielu chciałoby nie pamiętać. Niszczone, uszkadzane są wreszcie pomniki nie szanowane, zakłamujące rzeczywistość. Akt ten może mieć też wymiar symboliczny, np. w sytuacji w której obiektowi nadane zostaje pogardliwe, powszechnie funkcjonujące przezwisko.

Destrukcja pomników, podobnie jak choćby destrukcja „nieaktualnych” miejsc świętych, ma wymiar symboliczny. Jest konieczna i trudna do uniknięcia, czy powstrzymania. Nagłe przecinanie ciągłości historycznej i likwidowanie jej widocznych znaków towarzyszy nam od niepamiętnych czasów i dopiero z dystansu zauważamy bezcelowość i szkodliwość większości takich aktów. Za późno jest już jednak na przechowanie w materialnej pamięci kształtu „Wani” z lubelskiego Placu Litewskiego, czy przeuroczej Fontanny Fritza Reutera z głogowskiego Wilhelmplatz.

Pomnikowy remanent

Niezaprzeczalnie, pomnik, mimo swojej absurdalności i niepraktyczności, jest czymś ważnym. Funkcje artystyczne obecności w miejscu otwartym, publicznym, mieszają się z funkcjami wychowawczymi i propagandowymi. Pomnik prezentuje wartości wyznawane przez daną społeczność, ale może nimi też manipulować. Jak w warstwach geologicznych w istnieniu konkretnych dzieł odbija się sytuacja i stan zbiorowej pamięci. Ciekawych spostrzeżeń może dostarczyć nawet niezbyt wnikliwa analiza, powiedzmy: rzut oka, na współczesne polskie pomniki. Co stawiamy na naszych placach i przy ulicach, którymi podążamy? Co pokazujemy samym sobie? Co skazujemy na przechowanie dla przyszłych pokoleń? Co, patrząc na nasze pomniki, powiedzą o nas nasze wnuki i ich prawnuki?

Oczywiście, przyszłości nie da się przewidzieć. Wydaje nam się, że historia się skończyła, wojny dawnych wieków odeszły w zapomnienie, terroryści nie zagrażają nam tak bardzo. Z pewnością będzie jednak inaczej. Jeszcze sporo się zawali i spali, sporo pomników ulegnie złupieniu, systematycznemu zniszczeniu, przetopieniu. I dobrze. Bo gdyby to wszystko miało trwać wiecznie, przyszłość wyglądałaby przerażająco.

W 1989 roku, czegokolwiek nie pisaliby na ten temat niektórzy publicyści, zaczęło się coś nowego. Sytuacja odzyskanej wolności spowodowała, że nagle znów, po dość długiej przerwie, można było wyrażać siebie, mówić o rzeczach ważnych, a dawnej zakazanych, likwidować uświęcone przez odchodzący w przeszłość system miejsca, które bezskutecznie próbowały stać się relikwiarzami pamięci, a ufundować nowe, których do tej pory albo nie można było odsłonić w ogóle, albo uczynić tego w sposób godny i okazały. W tych dwóch sposobach ekspresji pętanych do tej pory uczuć, pierwszeństwo zyskało działanie łatwiejsze, a więc niszczenie. Potem przez kraj miała przetoczyć się powracająca wciąż fala fundacji zapisujących w materii zdarzenia do tej pory tajne, stawiająca na piedestałach bohaterów do tej pory skazanych na zapomnienie, bądź ukrytych.

Polska Rzeczpospolita Ludowa odmawiała przyjęcia do wiadomości istnienia niepodległościowego podziemia, szczególnie tej jego części, która nie złożyła broni po 1945 roku. Politycznie podejrzane były Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie, wybitnie grząskim gruntem było podziemie związane z datami 1956, 1968, 1970 i kolejnymi… Jan Paweł II był, rzecz jasna, faktem, ale jako funkcjonariusz struktur reakcyjnych nie wzbudzał zaufania. Katynia nie było. Martyrologii Syberii, Kazachstanu, podobnie. Te wydarte karty polskiej historii domagały się przez dziesięciolecia upamiętnienia, które najczęściej było możliwe za granicami Polski, lub w skali mikro – pomników zakamuflowanych lub zrealizowanych poza zasięgiem wzroku władz. Rzeczpospolita Polska, w swej trzeciej odsłonie, zadbała o upamiętnienie do tej pory nie upamiętnionego.

Nawet osoba niezwracająca uwagi na pomniki jest w stanie dostrzec ogromną ich liczbę wzniesioną od lat 90. ubiegłego wieku ku czci ofiar wojny, o których przez lata nie mówiło się oficjalnie i głośno. Symbolem męczeństwa Polaków i zadawanej im przez wschodniego agresora śmierci stał się Katyń. Domagał się swego upamiętnienia już wcześniej i choć możliwe było ono wyłącznie poza granicami – dość wspomnieć potężny pomnik autorstwa Andrzeja Pityńskiego w New Jersey – i na naszym poletku pojawiały się demonstracje w rodzaju wypisywanego regularnie kredą napisu „Katyń” na płocie wojskowej kwatery cmentarza przy ul. Lipowej. Pomniki katyńskie są jedną z najłatwiej rozpoznawalnych grup „nowych” monumentów. Tworzą zbiór dość zróżnicowany, podobnie jak pokrewne dzieła, upamiętniające ogólne, bądź szczegółowe aspekty Golgoty Wschodu. Spotkamy się wśród nich zarówno z obiektami będących wynikami konkursów, tworzonymi przez profesjonalnych artystów, jak również z dziełami miernymi, stawianymi szybko i nieporadnie.

Podobnie rzecz ma się w przypadku pomników upamiętniających podziemie antykomunistyczne, zarówno w rozumieniu niepodległościowych ruchów zbrojnego podziemia lat wojny, w szczególności zaś okresu po zakończeniu działań wojennych. Do tej grupy można też przyłączyć monumenty traktujące o podziemnych organizacjach i bohaterach wydarzeń lat PRL-u, ofiarach Grudnia, strajkujących robotnikach, internowanych. Ciekawa jest społeczna sytuacja tych pomników, z racji często kontrowersyjnej oceny historycznej wagi tych działań. Wciąż nie wiadomo, jak traktować działalność „Ognia” na Podhalu, trwają dyskusje, czym faktycznie było Powstanie Warszawskie. Nawet ocena roku 1968 czy Porozumień Sierpniowych w pewnych kręgach odbiega od powszechnie przyjmowanej. Charakterystyczne jest przy tym widoczne niekiedy pomijanie w warstwie materialnych pamiątek znaczenia polski podziemnej lat ostatniej wojny. Takiego monumentu nie ma choćby bliski nam Lublin.

Spostrzeżenie to może wzbudzić sprzeciw wielu osób śledzących powstające w tym mieście w ostatnich latach pomniki. Przybywa w tempie przerażającym monumentów i pomniczków upamiętniających poszczególne postaci z panteonu Cichociemnych czy władz zbrojnego podziemia. Na skrzyżowaniach kilku arterii stoją niepozorne kamienie pamiątkowe i płyty przechowujące szczątki pamięci o oddziałach NSZ czy WiN. I w tym właśnie tkwi problem. W ich ilości i niepozorności. Na przykładzie tym doskonale widać, że znaczna część powstających obecnie pomników nie ma umocowania w powszechnej pamięci społecznej. Jest ona budowana przez wąskie kręgi kombatanckie, które nie dysponują odpowiednimi funduszami i siłą, by zrealizować dzieła znaczące, ważne artystycznie, przemyślane. Lublin, jak i inne miasta, zapełniają się pamiątkami doraźnymi, stawianymi w nieustającym wyścigu z czasem, który poczynił już w zbiorowej pamięci tamtych czasów potężne spustoszenia. W efekcie jednak przybywa dzieł niepotrzebnych, pustych, nie wyrażających niczego z wartości, które inicjatorzy chcieliby przekazać otoczeniu i kolejnym pokoleniom.

Dodatkowo, spustoszenia w zbiorowej pamięci czynią dokonania publicystów i polityków, którzy polityczną popularność zbijają na kwestionowaniu dokonań Sierpnia 1980 i Okrągłego Stołu roku 1989. To, jak również różnica w ocenie dzisiejszej Solidarności i jej poprzedniczki z czasów, gdy liczyła 10 milionów członków, powoduje, że niewiele jest wciąż pomników upamiętniających społeczny zryw, który doprowadził do demontażu komunizmu. W sytuacji, gdy postać Lecha Wałęsy jest wciąż na świecie najbardziej rozpoznawaną sylwetką żyjącego Polaka, gdy historyczną prawdą jest początek zmian dokonany w Polsce, to może dziwić.

Wielkie postacie i kiepski gust

Postaciami – symbolami dla kwestii pomników i przechowywania w nich wątków patriotycznych, dopuszczonych do oficjalnego bytowania po 1989 roku są osoby Józefa Piłsudskiego i Jana Pawła II. Pierwszy z nich stanął po raz pierwszy na cokołach po swojej śmierci, choć pokolenie naszych dziadów wciąż miało w świadomości niechęć, jaką Marszałek żywił do kultu swojej osoby. Może dlatego ich liczba w przedwojennej Rzeczpospolitej odbiegała mimo wszystko od skali pomnikomanii ostatnich lat, związanej z Janem Pawłem II. Jego pomniki zniszczył okupant, po wojnie zaś system komunistyczny. Ich przechowywanie w pamięci społecznej lat PRL-u było zbieżne z kształtującym się w tamtym czasie kultem pogromcy Armii Czerwonej i budowniczego niepodległości. Po 1989 roku zniszczone pomniki zaczęły wracać na swoje miejsce, artyści rozpoczęli dzieło tworzenia nowych, niejednokrotnie sięgając po projekty i wzory przedwojenne. Cieniem na te inwestycje kładło się zaangażowanie osób, które ponad pełną legalność działań kładły zmierzony efekt. Pomnik Marszałka w Lublinie stanął na folii umożliwiającej obejście przepisów budowlanych, wykorzystano projekt przedwojenny, „dopracowany” przez współczesnego rzeźbiarza, cokół zapełniły od strony tylnej znaki i nazwiska firm oraz osób, które sypnęły groszem.

Prawdziwa pomnikomania objęła jednak osobę Jana Pawła II. Choć trudno w to uwierzyć, w trakcie jego pontyfikatu stanęło ćwierć tysiąca pomników rzeźbiarskich. Drugie tyle czyniły kamienie, obeliski, ściany. Tablic i płaskorzeźbionych wizerunków polskiego Papieża nie da się policzyć. Od momentu śmierci te liczby należy przemnożyć przez dwa. W sumie, jak zauważył jeden z wybitnych rzeźbiarzy, Bronisław Chromy, „trudno dziwić się Polakom, że po wiekach upodlenia rzucili się na ten miód”. Postać następcy św. Piotra zaczęła ogniskować w sobie uczucia religijne i patriotyczne. Szczególnie dobrze jest to widoczne w zbrojonych żelaznymi prętami pomnikach lat stanu wojennego (tak, by nie uległy „nieznanym sprawcom”), czy w monumentach odsłanianych chyłkiem, w ukryciu i tajemnicy zaprzeczającym podręcznikowej definicji „pomnikowości”. Szału, jaki ogarnął w tej dziedzinie kraj w roku 2000 i pięć lat później, po śmierci Papieża, nie da się z niczym porównać. Trudno też przyrównać do czegokolwiek innego stopień tandety, brzydoty i nieporozumień artystycznych towarzyszących temu zjawisku. Jest on jednak widoczny w całokształcie działań związanych z pomnikami obecnie stawianymi w Polsce.

Coraz częściej widać, że brakuje nam namysłu, skupienia, wyważenia, gustu. Pomnik staje się czymś „dla idiotów” – jest najprostszy do realizacji, odsłonięcia, wpisania w czyjeś dokonania i osiągnięcia. Brakuje równoległych i koniecznych zabiegów edukacyjnych, wychowawczych, możliwości demokratycznego wyboru, lub zaangażowania artystycznych autorytetów. Pomniki, w których zapisujemy nasz narodowy szkielet są często nieporadne, podobnie jak nasze rozumienie słów Polska, polskość, Polak, polskie, Polski. Zamówiłem u mojego jedenastoletniego syna projekt „pomnika Polski” i „polskości” właśnie. Efekt zatrwożył mnie. W rękach trzymałem projekt, który zachwyciłby jednego z masowych producentów „narodowych” pomników mego rodzinnego miasta. Jeśli młody chłopiec, mimo mych wysiłków, podąża takimi tropami, czeka mnie jeszcze sporo pracy.

Jak w zwierciadle w pomnikach przegląda się bowiem nasz patriotyzm i poczucie historycznego znaczenia niektórych wydarzeń, postaci, zjawisk. Fragmentaryczny, cząstkowy, bardziej na pokaz, niż z głębokiego przekonania. Zapełniamy swoje otoczenie znakami być może ważnymi, ale sprowadzamy je do banalności – zarówno przez przesadę ilościową, jak i braki jakościowe. Kolejny pomnik staje się wynikiem rytuału mającego zaczarować naszą świadomość, ale bardzo często nie znajduje odbicia w naszej świadomości i wiedzy. Kombatanci tworzą dzieła nic nie mówiące młodemu pokoleniu. Politycy i historycy nie umieją przejść ponad ambicjonalnymi podziałami do meritum i wypunktowania chwil ważnych i wielkich. Wierzący narażają się na kpinę krytykujących „papieskie bałwany”. Zgubiliśmy się.

Czegoś nam zabrakło. Możliwość działania nieograniczonego przez nieludzki system, podejmowania wolnych wyborów skazała nas na postawę pełnego wózka w hipermarkecie. Choć nie potrzebujemy większości wkładanych do niego rzeczy, z radością je kupujemy, bo w pamięci mamy półki, na których nic nie było. Choć nie potrzebujemy większości pomników, którymi się otaczamy, stanowią one dla nas fetysz, którym przepraszamy się z przeszłością. Znak, którym komunikujemy nasze przywiązanie do tego, co wielkie i piękne. Zachłystujący się swoją polskością kiczowaci twórcy wymuszają tymczasem powszechny podziw. Źle się dzieje, choć bez przesady. Odchorujemy swoje, kolejne dekady wiele z tych pomników zweryfikują. Czas leczy wszystko. Będzie dobrze.

Kazimierz S. Ożóg

Autor jest doktorem historii sztuki, specjalizuje się w pomnikach, zwłaszcza papieskich, wykłada w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Głogowie, gdzie mieszka.

Kultura Enter
2009/02 nr 07

Jan Paweł II. Ryki. Prawdziwa pomnikomania objęła osobę Jana Pawła II. Szału, jaki ogarnął w tej dziedzinie kraj w nie da się z niczym porównać. Trudno też przyrównać do czegokolwiek innego stopień tandety, brzydoty i nieporozumień artystycznych towarzyszących temu zjawisku

Napis na murze Muzeum Narodowego w Warszawie, po ukryciu w nim przez okupantów pomnika Jana Kilińskiego

1979. Miejsce po pomniku Bolesława Bieruta. Lublin, obecnie: Plac Singera. Siła oddziaływania monumentu na świadomość mijających go ludzi bywa dobrze widoczna w sytuacji odwrotnej do ochrony pomnika, a więc w momencie, w którym pomnik bywa niszczony

2005. Pomnik Katyński. Lublin, ul. Pagi. Pomniki katyńskie są jedną z najłatwiej rozpoznawalnych grup 'nowych' monumentów. Spotkamy się wśród nich zarówno z obiektami będących wynikami konkursów, tworzonymi przez profesjonalnych artystów, jak również z dziełami miernymi, stawianymi szybko i nieporadnie

2003. Pomnik gen. Franciszka Kamińskiego. Lublin, Al. M. Smorawińskiego. Znaczna część powstających obecnie pomników nie ma umocowania w powszechnej pamięci społecznej. Jest ona budowana przez wąskie kręgi kombatanckie, które nie dysponują odpowiednimi funduszami i siłą, by zrealizować dzieła znaczące, ważne artystycznie, przemyślane

1981. Krzyż Wdzięczności (za 1980 rok). Lublin, przy dawnej siedzibie LZNS. Nawet ocena roku 1968 czy Porozumień Sierpniowych w pewnych kręgach odbiega od powszechnie przyjmowanej

2003. Pomnik Józefa Piłsudskiego. Lublin, Plac Litewski. Marszałek żywił niechęć do kultu swojej osoby. Cieniem na ten pomnik położyło się zaangażowanie osób, które ponad pełną legalność działań kładły zmierzony efekt. Stanął on na folii umożliwiającej obejście przepisów budowlanych

Projekt 'pomnika Polski', wyk. Kacper Ożóg. Zamówiłem u mojego jedenastoletniego syna projekt pomnika 'Polski' i 'polskości'. Efekt zatrwożył mnie. W rękach trzymałem projekt, który zachwyciłby jednego z masowych producentów 'narodowych' pomników mego rodzinnego miasta. Jeśli młody chłopiec, mimo mych wysiłków, podąża takimi tropami, czeka mnie jeszcze sporo pracy