Strona główna/Efekt ESK

Efekt ESK

W dniach 3-4 lutego odbyła się w Lublinie dwudniowa impreza zatytułowana „Polskie Stolice Kultury. Jak wykorzystać ich potencjał kulturalny?” W ramach tego spotkania miało miejsce seminarium „Kultura i Rozwój” zorganizowane przez Collegium Civitas i Narodowe Centrum Kultury, którego głównym celem była wymiana doświadczeń poszczególnych miast z procesu ubiegania się o miano Europejskiej Stolicy Kultury 2016.

Do Lublina przyjechali przedstawiciele 10 z 11 miast-kandydatów, zabrakło jedynie delegacji z Torunia, byli natomiast przedstawiciele Olsztyna – miasta, które nie ubiegało się o tytuł ESK 2016. W trakcie seminarium zaprezentowano wiele, często bardzo różnych doświadczeń związanych z konkursem na ESK, poruszono też sporo ważnych kwestii dla rozwoju kultury miejskiej. Chcąc uchwycić prawidłowości tego procesu konieczne są pogłębione badania analizujące „efekt ESK” w odniesieniu do konkretnego kontekstu, specyfiki poszczególnych miast. Prezentowane poniżej wnioski siłą rzeczy sprowadzają się jedynie do generalnego oglądu sytuacji i zwracają uwagę na najważniejsze kwestie, które zarysowały się w trakcie lubelskiego spotkania.

Współpraca

Uczestnicy spotkania byli zgodni, że jednym z największych zagrożeń dla rozwoju kultury miejskiej w Polsce jest niezdrowa rywalizacja pomiędzy miastami, częściej wyzwalająca negatywne emocje, niż przyczyniająca się to twórczych działań. W trakcie seminarium podjęto bardzo ważną decyzję o ustanowienie trwałej sieci współpracy i zaprzestania ambicjonalnej rywalizacji pomiędzy miastami. Jest to z pewnością najważniejszy efekt lubelskiego spotkania. Sieć współpracy przyczyniać się będzie do rozwoju kultury miejskiej w wielu różnych wymiarach. Po pierwsze, sieć pozwala na cyrkulację idei,pomysłów i dobrych praktyk, co dla każdego z miast okaże się ożywczym impulsem. Po drugie, wzajemna sieć wsparcia pozwoli na tworzenie skutecznego lobbingu na rzecz kultury miejskiej, czego nie były wstanie dokonać pojedyncze miasta zainteresowane rywalizacją pomiędzy sobą. Pozwoli to na zwiększanie podmiotowości i autonomii miast w sferze kultury. Jednym z kluczowych problemów, który wyraźnie dał znać o sobie w Lublinie, jest silne uzależnienie kultury miejskiej od władz; zarówno centralnych, jak i lokalnych. Po trzecie, sieć pozwoli podtrzymać energię obywatelską wyzwoloną w trakcie ubiegania się o ESK. To szczególnie ważne dla takich miast jak np. Szczecin czy Białystok, gdzie – z różnych przyczyn – optymizm i energia wyzwolone w trakcie konkursu uleciały już niemal zupełnie. Po czwarte wreszcie, sieć współpracy będzie pełnić funkcję swoistego think-tanku, zasobnika wiedzy i dobrych praktyk, z którego czerpać będą także mniejsze miast niebiorące udziału w konkursie na ESK, a które w ostatniej dekadzie zostały mocno wydrenowane ze swoich kapitałów kreatywnych przez najsilniejsze i najszybciej rozwijające się miasta.

Ewaluacja skutków konkursu na ESK

Niemal wszyscy uczestnicy zgodzili się co do tego, że proces ubiegania się o ESK wyzwolił spore pokłady obywatelskiej energii. Pojawił się nawet specjalny termin opisujący to zjawisko: „efekt ESK”. W wielu przypadkach, aby się o tym przekonać nie potrzeba stosować wyrafinowanych narzędzi badawczych, wystarczy odrobina wyobraźni socjologicznej i wprawne oko. Problem jednak w tym, że w świecie zamkniętym w żelaznej klatce racjonalności, aby udowodnić, że kultura przyczynia się w sposób istotny do rozwoju miasta, konieczne jest zaprezentowanie tzw. twardych danych, najlepiej wyrażonych w wartościach liczbowych. Takie dane mają te zaletę, że są czytelne, z łatwością przemawiają do wyobraźni decydentów i dają się używać, jako kluczowe argumenty w myśl zasady, że liczby nie kłamią. Poważną jednak wadą tych danych jest to, że w niewielkim stopniu potrafią odtworzyć proces zmiany kulturowej i redefiniowania tożsamości miasta – a to właśnie okazuje się być najważniejszym skutkiem konkursu na ESK. Skrupulatnie wyliczone koszty, ilość zorganizowanych wydarzeń kulturalnych, liczba wolontariuszy, sondaże opinii, ilość zasadzonych kwiatów, itp., to dane, które nie wyjaśnią „efektu ESK.” Uczestnicy obrad mieli tego absolutną świadomość, dając jako przykłady wyniki zamawianych sondaży opinii, które jak w przypadku Lublina czy Warszawy mocno odbiegały od zdroworozsądkowej wiedzy. Aby w pełni uchwycić „efekt ESK” – mechanizm zmiany kulturowej w miastach, konieczne jest stosowanie metod jakościowych. To metody wymagające większego zaangażowania, rozciągnięcia w czasie, a wyniki trudno przedstawić w skrótowej, chwytliwej formie. Jednak tylko w taki sposób będzie można odpowiedzieć na pytanie o długofalowe skutki społeczne i kulturowe wywołane konkursem na ESK.

Język

Z problemem ewaluacji skutków ESK wiąże się także kwestia języka, w jakim mówi się o kulturze miejskiej. Nie miejsce tu, aby rozstrzygać w sposób akademicki problem definicji kultury. Na potrzeby niniejszego podsumowania można zaproponować jedynie prowizoryczny podział na: zinstytucjonalizowaną kulturę sacrum (stosunkowo łatwo mierzalną) i amorficzną kulturę profanum (wymykając się standardowym narzędziom pomiarowym). W trakcie lubelskiego spotkania dyskutowano głównie o tej pierwszej, posiadającej oparcie w oficjalnych instytucjach (także NGO) i odgrodzonej od codziennej rzeczywistości symbolicznymi granicami. Poza tymi granicami rozpościera się całą sfera pozainstytucjonalnej kultury miejskiej dziejącej się w zwykłych (profanicznych) przestrzeniach; na ulicach, placach, w klubokawiarniach, itp. W przypadku kultury zinstytucjonalizowanej mamy do czynienia ze sformalizowanym uczestnictwem (bilety), które często przybiera znamiona weekendowych rytuałów oczyszczających – wizyt w miejscach powszechnie uznawanych za „kulturalne”. Z drugiej strony, amorficzna (brak formalnych struktur) kultura profanum ma charakter bardziej egalitarny, nie tworzy symbolicznych granic, dzieje się w różnych przestrzeniach miasta, niekoniecznie tych uznawanych za „kulturalne”.

Obie sfery: sacrum i profanum składają się na kulturę miejską, a o jej sile świadczy właściwy balas pomiędzy nimi. Dyskusja w Lublinie pokazała, że kultura miejska w Polsce wciąż jeszcze jest źle zbalansowana i zbytnio wychyla się w kierunku zinstytucjonalizowanej kultury sacrum, co w dłuższej perspektywie może przyczynić się zahamowania jej rozwoju, z co najmniej trzech powodów. Po pierwsze, im bardziej sfera kultury przybiera zinstytucjonalizowane formy, tym mniej miejsca na kreatywność. Przestrzenie nieformalne, często nazywane anty-strukturami, stanowią swoiste „szczeliny”, gdzie dopuszczalne są eksperymenty dotyczące norm i wartości, gdzie presja zasadniczych struktur jest słabsza, a wszelkie odstępstwa od głównego nurtu traktowane są, jako niegroźne dla struktury właściwej. To w tej sferze dokonuje się zasadnicza zmiana kulturowa, i to właśnie ta sfera definiowana jest zgodnie z dzisiejszą nomenklaturą, jako przestrzeń kreatywna. Po drugie, przewaga kultury zinstytucjonalizowanej może prowadzić do dwóch groźnych zjawisk: „grantozy” i klientelizmu, które coraz wyraźniej zaczynają występować w polskich miastach. Skutkiem „grantozy” jest to, że wydarzenia kulturalne przestraja prowokować, dawać do myślenia, odkrywać genius loci miasta. Ich głównym celem jest wpasowanie się w specyficzną logikę urzędników weryfikujących granty i dostosowanie się do aktualnego zapotrzebowania (rocznice, kampanie społeczne, poprawność polityczna, itp.). Klientelizm natomiast prowadzi do silnego uzależnienia od władz dysponujących środkami finansowymi, co w konsekwencji sprowadza się do traktowania sfery kultury, jako „outsourcingowego” biura promocji miasta i prezydenta. Po trzecie wreszcie, brak właściwego bilansu między obiema sferami kultury odbija się na jakości życia w mieście. Jakość ta nie zależy od kubatury filharmonii czy ilość festiwali, ale różnorodności oferty adresowanej do wszystkich obywateli miasta. Jednym z ważniejszych obecnie problemów polskich miast jest to, że zinstytucjonalizowana kultura staje się coraz bardziej elitarna i coraz droższa, a śródmiejskie instytucje kultury przypominają wyspy otoczone kulturalną pustynią „ulic bankowych”. Wszystko to zaczyna przypominać błędne koło. Spadek jakości życia sprawia, że w dramatycznie szybkim tempie wyludniają się centra miasta. To z kolei hamuje rozwój kultury miejskiej, która bez mieszkańców współtworzących i współfinansujących ją, nie może się efektywnie rozwiać.

Partycypacja. My czy Oni

Problem partycypacji i podziału na My (obywatele) i Oni (władza) okazał się być jednym z kluczowych punktów dyskusji, która po zakończeniu lubelskiego seminarium przeniosła się do cyberprzestrzeni. W Lublinie zarysowały się dwa punkty widzenia, które dość umownie zostały nazwane, jako: bydgoski i poznański. Stanowiska te są konsekwencją doświadczeń ze współpracy lokalnych aktywistów z władzami samorządowymi. W każdym z miast startujących w konkursie na ESK sytuacja ta wygląda odmiennie. Jednak to doświadczenia Poznania i Bydgoszczy pozwoliły na zarysowanie dwóch różnych biegunów. Przykład Bydgoszczy prezentowany był niemal, jako ideał partycypacji. Harmonijna współpraca pomiędzy Obywatelską Radą ds. Kultury i władzami miasta, doprowadziła do podpisania Bydgoskiego Paktu dla Kultury. Co zrozumiałe, wyzwoliło to spore pokłady optymizmu wśród lokalnych aktywistów. W Bydgoszczy zaistniał cały splot okoliczności, który pozwolił na zbudowanie wzajemnego zaufania pomiędzy nowym prezydentem miasta a bydgoskimi Obywatelami Kultury. W Poznaniu natomiast kluczowym problemem okazał się być właśnie brak wzajemnego zaufania. Trudno się jednak temu dziwić. Wieloletnie, fatalne doświadczenia, jakie mają lokalni aktywiści w kontaktach z samorządowcami, wpływa na ich sceptycyzm co do kwestii faktycznej partycypacji społecznej.

Zasypywanie podziałów na My i Oni, a co za tym idzie rzeczywista partycypacja w procesach zarządzania i współtworzenia kultury miejskiej, możliwa jest tylko dzięki dużym pokładom zaufania społecznego rozłożonego równomiernie po obu stronach. W praktyce sytuacja ta jest bardzo trudna do osiągnięcia. Dlatego też, trzeba raczej szukać złotego środka pomiędzy pesymistycznym pragmatyzmem poznańskim i huraoptymizmem bydgoskim. Pozostawanie we wzajemnej nieufności i opozycji do lokalnych władz odbija się negatywnie na kondycji kultury w mieście. Z drugiej jednak strony, zbyt łatwe zacieranie granic pomiędzy My i Oni pozbawia Obywateli Kultury ważnej funkcji kontrolnej. Ponadto, w sytuacji, gdy reprezentacja Obywateli Kultury ma wciąż raczej elitarny charakter i problemy z otworzeniem się na różnorodne środowiska miejskie, bardzo łatwo może stać się „Onymi”dla pozostałych obywateli miasta.

Tożsamość vs marka

Opozycja pomiędzy tożsamością a promocją miasta to, moim zdaniem, jeden z najciekawszych wątków, jaki pojawił się na lubelskim seminarium. W ostatnich latach kwestia promocji miasta stała się prawdziwym fetyszem. Logice marketingu, myśleniu w kategoriach korporacyjnych rankingów, podporządkowano polityki społeczne i kulturalne miast. Uwierzono, że za fasadą marki miasta zbudowanej ze sloganów reklamowych, można schować prawdziwe miasto z cała swoją złożonością i problemami. Konkurs na ESK został potraktowany zgodnie z tą logiką i rozpoczął się od morderczej rywalizacji pomiędzy poszczególnymi miastami. Jednak w trakcie lubelskiego seminarium wszyscy uczestnicy byli zgodni co do tego, że był to największy błąd. Paradoksalnie, pierwsze zdały sobie z tego sprawę miasta, które w sferze kultury uchodziły za peryferyjne, i które słusznie uznały, że branie działu w takim wyścigu z góry skazuje je na porażkę. Zamiast ścigać się o miano „naj” postanowiły potraktować konkurs na ESK, jako impuls do odkrycia własnych zasobów, redefinicję tożsamości. Podczas gdy jedne miasta koncentrowały się na głoszeniu swoich zalet orbi, inne skoncentrowały się na urbi. Promocja miasta „do wewnątrz”, odkrywanie jego wyjątkowości dla zwykłych mieszkańców sprawiło, że „efekt ESK” objawił się z tam największą siłą. W sposób najbardziej spektakularny stało się to udziałem Katowice i Lublin i to te miasta zostały prawdziwymi zwycięzcami konkursu. Miasta, które potraktowały konkurs na ESK, jako ambicjonalny wyścig i skupiły się na promowani marki oderwanej od lokalnej specyfiki, poniosły spektakularną klęskę. Zupełnie zlekceważono tam prostą zasadę; że najlepszą i najtańszą promocją są zadowoleni i dumni ze swojego miasta mieszkańcy.

Paweł Kubicki

Tytuł pochodzi od redakcji. Tekst publikujemy dzięki uprzejmości Obserwatorium Kultury Narodowego Centrum Kultury. Dziękujemy! 



Piszemy o tym:EDWIN BENDYK, Miasto w kryzysie…BOŻENA GIERAT-BIEROŃ, Nie dać sobie… MARCIN SKRZYPEK, SPOKO skok

GRZEGORZ KONDRASIUK, ***

ANTONI PACUK RADCZENKO, Wilno – ESK 2009. Antropologia porażki

Zobacz także:

Raport Komisji ESK z selekcji końcowej