Strona główna/MUZYKA. Rozdroża to my

MUZYKA. Rozdroża to my

MUZYKA. Rozdroża to my
Anna Viljanen

Od śpiewu alikwotowego, przez eksperymentalne utwory fortepianowe, mazurki w stylu awangardowym, potańcówki wojenne i transowe, aż po absolutne apogeum – trudnego do zaklasyfikowania, legendarnego już zespołu Laibach. Na jubileuszowej edycji Festiwalu Tradycji i Awangardy Muzycznej KODY pojawili się wyłącznie mistrzowie, wirtuozi w swoim niszowym fachu. Już od dziesięciu lat Lublin zaspokaja nawet najbardziej wyrafinowane gusta muzyczne.

Gdy przeszło dekadę temu ruszyła pierwsza edycja KODY, rynek festiwalowy w Lublinie był już raczej stabilny. Nie czekało na nich żadne puste miejsce, a jednak – ten jedyny w swoim rodzaju miks tradycji i awangardy muzycznej świetnie sobie poradził. Tegoroczna edycja była szczególna – nie tylko ze względu na swój jubileusz, lecz także przez wzgląd na pewną zbieżność – tematyka festiwalu zbiegła się z codziennym obszarem zainteresowań instytucji organizującej, czyli Ośrodka Międzykulturowych Inicjatyw Twórczych Rozdroża.

Co nasuwa się pierwsze na myśl, gdy człowiek słyszy to słowo? Rozstaje dróg – i już jest to skojarzenie bardzo bogate w treści. Na rozstajach można spojrzeć wstecz, na to, co się przeszło, ale i ma się dobry widok na przyszłe ścieżki. Spotykają się tam różni ludzie z rozmaitych kultur. Można znaleźć tam magiczne znaki. Lublin jest w tym kontekście szczególnym miejscem, z czego prawdopodobnie nie zdają sobie sprawy nawet jego mieszkańcy – na co dzień żyjemy obok jednej z najstarszych, najtrwalszych kulturowo granic, gdzie pełne przepychu, mieniące się złotem dziedzictwo Bizancjum ściera się z surową spuścizną po Cesarstwie Rzymskim.

– By znaleźć się na rozdrożach, trzeba mieć już swoją tożsamość i się nad nią zastanawiać – mówił Kajetan Pochyra, dziennikarz prowadzący spotkania z artystami.

I rzeczywiście, w jednym miejscu spotkały się różne, pozornie odległe od siebie światy – nieprzypadkowo wybrane na nie zostało Centrum Spotkania Kultur (CSK), z założenia przystosowane do takich ryzykownych i obfitych w treść dialogów. To była muzyka przełomów, wątpliwości, dylematów. Na rozstaju dróg miesza się Wschód z Zachodem, tradycja z awangardą, „swoje” i „obce” – a to wszystko w dźwiękach muzyki granej na naprawdę najwyższym, światowym poziomie.

Migranci na rozdrożach

Rozstaj dróg to miejsce szczególne zwłaszcza dla pewnej określonej grupy społecznej – migrantów. Ludzi, którzy z jakichś powodów, czy to z własnej woli, czy pod przymusem musieli swoje ojczyzny opuścić – to im oddano głos jako pierwszym. Artystom niespokojnym, nieustannie szamoczących się między tęsknotą a potrzebą nowości, poszukującym miejsc, gdzie mogą tworzyć najlepiej, najpełniej. To właśnie oni otworzyli tegoroczną edycję festiwalu. Sofia Gubaidulina, kazańska Tatarka – kosmopolitka, Arvo Pärt – Estończyk tworzący w Niemczech i György Ligeti, który z rodzimych Węgier zbiegł do Austrii połączyli muzyczne siły z polskim kompozytorem Rafałem Ryterskim. Partie sakralno-chóralne mieszały się z folkowymi, tatarskimi wstawkami, dysonans pod rękę z rezonansem błądziły wokół sceny niczym ich stwórcy po świecie. Karkołomnego zadania połączenia tych wszystkich, tak odległych od siebie światów podjęła się AUKSO – jedna z najlepszych polskich orkiestr kameralnych pod batutą Marka Mosia. Najbardziej dźwięczną nutą w wykonywanych utworach, nutą, która wryła się w pamięć słuchaczy najmocniej była z pewnością wyczuwalna w każdej chwili… presja. Presja, której kompozytorzy byli nieustannie poddawani, presja ze strony władz, społeczeństwa, współobywateli, siebie samych, presja, przed którą całe życie uciekali, szukając artystycznego spełnienia w kolejnych krajach.

Dialog na rozdrożach

Ciemność. Okręgi krzeseł ustawione wokół podświetlonych pulpitów czekają cicho na słuchaczy. Gdzie scena, gdzie wyraźny podział my –oni, do którego tak przywykliśmy? W końcu sala się wypełnia, a spomiędzy publiczności wychodzi zwykła-niezwykła szóstka w bieli: boso, prosto, szczerze. Mimo pierwszego wrażenia zwyczajnym czy pospolitym sekstetu wokalnego ProMODERN nie można nazwać na pewno. Sześć lat istnienia zespołu to nieprzerwane pasmo sukcesów – własne albumy, liczne współprace i pokaźna kolekcja nagród. Nic dziwnego – tworzy go sześciu wybitnych solistów, którzy nie boją się konfrontacji nawet z najcięższymi utworami. Z pewnością jako taki można zaklasyfikować „Stimmung na sześciu śpiewaków i sześć mikrofonów”. Sam kompozytor, Karlheinz Stockhausen twierdził, że każdy, kto z owego wykonaniem chce się się zmierzyć, powinien przez przynajmniej pół roku wytrwale ćwiczyć śpiew alikwotowy – to z pewnością nie zachęca potencjalnych wokalistów… Ale też nie ma takiego zadania – utwór jest bardzo wymagający, nie tylko technicznie, lecz i pod względem poziomu przesłania. Boskie imiona, dni tygodnia, erotyczna poezja, słowem – wszelkie sfery życia człowieka, świecka religia, sprofanowane sacrum i uświęcone profanum zapętlone w powtarzających się, hipnotyczych frazach. Tu filozofia, której nazwanie New Age spłaszczyłoby ją, łączy się z karkołomnymi wręcz technikaliami.

Stimmung w tym roku obchodzi swoje 50-lecie – ta rocznica dodatkowo jaskrawo podkreśla wizjonerskość twórcy, którego utwór pół wieku po premierze nadal klasyfikuje się do ścisłej awangardy. Stockhausen reprezentuje nadal rzadkie warstwowe, nie linearne podejście do melodii – dźwięki nakładają się na siebie, pulsują, mienią się emocjami, barwami, fakturami splatają się ze sobą, rozchodzą i schodzą. Dla uszu słuchacza to istna uczta, słyszy się nie jedną, a kilka symfonii naraz. I gdy publika dała się zahipnotyzować już do końca, pod koniec, nie wiadomo kiedy Stimmung przeszło płynnie w premierowe wykonanie Of organic geometry & cancer ontology Szymona Stanisława Strzelca, które naturalność i doskonały warsztat ProMODERN doprawiło ostrą szczyptą elektroniki. Posmak? Nieziemski.

Maraton na rozdrożach

Słowo „maraton” od razu nasuwa skojarzenie z ogromnym wysiłkiem – w zestawieniu więc ze słowem „koncert” wygląda bardzo niecodziennie. Nie dla tych, którzy w owym maratonie zdecydowali się spróbować swoich sił. Wieczór dla prawdziwych koneserów otworzył Radical Polish Ansambl – niezwykłe zestawienie sześciu skrzypków o proweniencji zarówno klasycznej, jak i awangardowej w towarzystwie instrumentów perkusyjnych. Combatimento można rozpatrywać jako doznanie wręcz synestetyczne – nieoczywista konstrukcja, pulsujące jak fale swobodne frazy, nagle – pęknięcie, napięcie. Folkowe, mazurkowe momentami rytmy mieszały się z awangardowymi dysonansami, a wszystko to odgrywane tradycyjnie, bez nut, z ogromnym wyczuciem, emocjami, zaangażowaniem i namiętnością, które udzielały się i publice.

Kolejny maratonowy przystanek tworzyła multiinstrumentalistka Małgorzata Walentynowicz, która wytrąconych już z artystycznej równowagi słuchaczy również nie oszczędziła. Jej koncert na fortepian i media elektroniczne był niemal fizycznie bolesną opowieścią o brzmieniu instrumentu chyba najbardziej klasycznego w duecie z rozmaitymi dźwiękami powszechnie znanymi, oswojonymi, pozornie spokojnymi – nie tylko muzyki (wariacja na temat nieśmiertelnego Für Elise), lecz i codzienności, ulicznego gwaru, odgłosów kuchni czy rozmów. Gdyby synapsy porozumiewały się muzyką, z całą swoją gwałtownością i szybkością prawdopodobnie brzmiało by to właśnie tak.

Z pędu ku wieczornemu szaleństwu wytrącił uczestników Orient Occident – film Fulchignoniego poprzedzający kolejną KOD-ową premierę – Wschód-Zachód Zemlera i Podgórskiego. Wideo, perkusja i media elektroniczne nieraz udowodniły, że stanowią niezwykle dobrane trio – tak stało się i tym razem. Po skończonym Maratonie na słuchaczy czekała fiesta w wykonaniu Warszawskiej Orkiestry Sentymentalnej – wprost wyjętej z przedwojennej rzeczywistości aż dźwięcznej od szlagierów.

Kolizja na rozdrożach

Sala Operowa CSK w pełnym napięcia oczekiwaniu aż szumi od szmeru rozmów półgłosem. Za chwilę dojdzie tu nie do spotkania na rozdrożach, a wręcz do kraksy, groźnej kolizji o niewiadomych konsekwencjach. Na jednej scenie spotka się równie legendarny, co kontrowersyjny Laibach i melodyjny, harmonijny Andrzej Panufnik ze swoją Sinfonia Sacra. Światowa prapremiera owocu tego muzycznego zderzenia – utworu Polonia zacznie się tuż za chwilę.

W końcu światła gasną i ciszę przecinają pierwsze takty Bogurodzicy. Kamieniejemy. Przed oczyma staje Grunwald, setki lat polskiej historii zamykają się w tym utworze – przeszłości bitewnej, przeszłości chrześcijańskiej. Dokładnie tak miało być, dokładnie tak zaplanował wszystko Panufnik. I wtedy, gdy wszyscy jesteśmy rozmarzeni i wzruszeni, nieoczekiwanie dyrygent Filip Rathe unosi w górę dłoń, jak generał dający sygnał do szarży. Naraz rozlegają się rytmiczne, bitewne bębny, rozbłyskają światła, a na scenę wychodzi Milan Fras… I zaczyna się szaleństwo.

Polonia została zamówiona przez Instytut Adama Mickiewicza jako część międzynarodowego programu kulturalnego w ramach obchodów 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości – w tym przypadku wybitnie międzynarodowego. Słoweńscy muzycy, ukraińska orkiestra i chór, belgijski dyrygent… A jednak w jakiś magiczny sposób mogę nazwać Polonię jednym z najbardziej patriotycznych utworów, jakie w życiu dane mi było usłyszeć.

– To było naprawdę trudne zadanie – opowiadał Luca Jamnik, kompozytor i jeden z muzyków Laibachu. – Podczas rekomponowania musiałem wziąć pod uwagę mnóstwo rzeczy. Chciałem wobec wszystkich pozostać uczciwy i do wszystkich podejść z szacunkiem – do siebie samego, do Andrzeja Panufnika i jego przesłania, do Polski, jej historii i religii, i wreszcie do Laibachu, który zdecydowanie nie jest zespołem słynącym ze szczególnego szacunku do czegokolwiek… – mówił.

– Gdyby mój ojciec to usłyszał, prawdopodobnie nie byłby zadowolony – skomentował występ syn Panufnika. – Bardzo nie lubił, kiedy jego utwory wydzierane były z kontekstu – w tym przypadku ucieczki, tęsknoty za krajem… Ale ja ze swojej strony dziękuję. Dziękuję, że to stworzyliście i że podeszliście do tego zadania z takim szacunkiem.

Polonia szarpała nerwy, grała na uczuciach, podrywała serca słuchaczy przez kilkanaście minut, które wydawały się wiecznością. Chwila bitwy, chwila zamyślenia, rytmiczne bicie bębnów jak puls serca, audiowizualny materiał inspirowany Polską historią, a przy tym melorecytacja cytatów zarówno Jaruzelskiego, jak i Jana Pawła II charakterystycznym basem Frasa. Utwór niósł w sobie tak ogromny ładunek emocjonalny, że gdy wybrzmiały ostatnie takty, a Milan powiedział: „Musicie udowodnić, że jesteście Polski godni”, na sali zapadła absolutna cisza. Pierwsze, pojedyncze oklaski rozległy się dopiero po jakimś czasie i zajęło im trochę czasu, by przerodzić się w burzę – widać było, że muzycy utorowali sobie tym utworem drogę prosto do polskich serc, być może nawet o tym nie wiedząc.

Każdy, kto Laibacha zna, wie, jak wiele ma on do zaoferowania słuchaczowi i jak bardzo jego muzyka nacechowana jest nieklasyfikowalnością. Wszystko to zostało zaserwowane słuchaczom w drugiej części koncertu – od przesadnie ordnung-muss-seinowych Whistleblowers, przez wywrotową Eurovision, brutalne do bólu Smert za smert, liryczne i delikatne solo Miny Špiler Vor Sonnen-Aufgang, aż do wyproszonych, wyklaskanych i wytupanych na bis najbardziej sztandarowych hitów, Opus dei i Tanzt mit Laibach, które poderwały publikę z miejsc.

Nazwa zespołu to niemieckie tłumaczenie stolicy Słowenii, Lublany – nieprzypadkowo nasuwające skojarzenia z habsburską okupacją czy ideologią nazizmu, o którą niejednokrotnie zespół był oskarżany. Każdy, kto zagłębi się w jego proweniencję, uzna, że jest to zupełne niezrozumienie ich przesłania. Laibach powstał w latach osiemdziesiątych w ówczesnej, niespokojnej, targanej nieraz krwawymi konfliktami Jugosławii. Muzyka od wiek wieków była świetną metodą oporu; tak stało się i tym razem. W małej, górniczej miejscowości Trbovlje narodził się interdyscyplinarny kolektyw artystyczny Neue Slowenische Kunst (NSK), który trwa do dziś – jego muzycznym skrzydłem jest właśnie Laibach. Łącząc neoklasykę z rockiem, metalem, nieraz nawet techno, tworzą bardzo obfity w treść industrial, w rytm którego wywrotowe, kontrowersyjne teksty, przesadnie podkreślona anonimowość, poddańczość jednostki wobec ogółu i utylitaryzm wybrzmiewają szczególnie mocno. Grupa ma na swoim koncie niezwykle bogatą płytotekę i historię koncertów – wisienką na torcie był ich występ w Korei Północnej, jako pierwszego tego typu zespołu.

Jak nietrudno się domyślić, w Polsce Laibach ma jasno określone grono niezwykle oddanych fanów – dlaczego? Być może po prostu łączy nas podobna historia, podobna potrzeba zapisana głęboko w genetycznym dziedzictwie narodu. „Planujemy pojechać do Iraku, bo obecnie tam mają ogromną potrzebę naszej muzyki” – mówią. I właśnie dokładnie tym jest ich twórczość. Nie dźwiękami, a obfitym w treść przeżyciem.

W którą stronę?

I gdzie teraz? – może zastanowić się uczestnik tegorocznego festiwalu KODY. Po tej edycji, tych kilku niezapomnianych dniach, które spędziliśmy na rozdrożach, czujemy rozchwianie, wątpliwość, wybicie z codziennego rytmu. Nasze dziedzictwo zderzyło się z awangardą wyprzedzającą teraźniejszość – to my jesteśmy rozdrożami. To w nas owe zderzenia się rozgrywają codziennie.

Anna Viljanen

Anna Viljanen − studentka psychologii na KUL. Dziennikarka, felietonistka, recenzentka, blogerka.  Publikowała m.in. w „Finland Today”, „Pen Show Magazine”, „Sofie”, „Label Magazine” czy lubelskim „Gościu Niedzielnym”. Prowadzi bloga inkoholiczka.wordpress.com. Viljanen to pseudonim, który ma korzenie w fascynacji językiem i kulturą Finlandii.

Projekty PanGeneratora integrują nowoczesne media cyfrowe z niebanalnymi formami przestrzennymi i angażującą interakcją - łącząc ze sobą światy bitów i atomów. Ostatnia praca pt. APPARATUM, utworzona grupą młodych twórców, zaprezentowana została w ramach X edycji Festiwalu KODY, maj 2018. Fot. Tomasz Kulbowski.

Projekty PanGeneratora integrują nowoczesne media cyfrowe z niebanalnymi formami przestrzennymi i angażującą interakcją - łącząc ze sobą światy bitów i atomów. Ostatnia praca pt. APPARATUM, utworzona grupą młodych twórców, zaprezentowana została w ramach X edycji Festiwalu KODY, maj 2018. Fot. Tomasz Kulbowski.