Strona główna/ZAGŁADA. New Rochelle

ZAGŁADA. New Rochelle

ZAGŁADA. New Rochelle
Opowiadanie Wasyla Machno przełożył Bohdan Zadura

Do New Rochelle koło Nowego Jorku przyszła zima.

Śniegu nawiało tak, że nawet pociągi pasażerskie przejeżdżając, nie zatrzymywały się na stacji kolejowej. Mijały ją, ciągnąc za sobą białe prześcieradła kurzawy. Padało i padało. Nieprzerwanie. Dwie doby. I dopiero trzeciego dnia służby miejskie zaczęły sprzątać główne ulice. A do uliczki, przy której mieszkała Małka Taub – pługi śnieżne dotarły dopiero pod koniec tygodnia.

A po jakimś czasie śnieg znowu zaczął sypać. I tak trwało jeszcze dwie doby.

Życie w New Rochelle zamarło. Mieszkańcy siedzieli w domach, dojechać gdziekolwiek było niemożliwością. I czas w New Rochelle się zatrzymał.

Latarnia uliczna świeciła Małce prosto w okno. Żółtym tłustym świetle śnieg, jakby polano go rybim tranem, był żółty i tłusty.

Ezra spał, a Małka stała i patrzyła na padający śnieg, który zadziwiał. Zdawało się jej, że świat, w którym żyje z Ezrą, tonie wśród śniegów. „I kiedy Stwórca sypie na nasze głowy śnieg, to dzieli się z nami ciszą” – przyszło Małce do głowy. Zawczasu przygotowała się do śnieżnego oblężenia. Nakupiła jedzenia i załadowała nim lodówkę. Przygotowała – na wszelki wypadek – świece, gdyby pod śniegiem zerwały się druty na słupach elektrycznych. Świeczki były tanie, bo droższe, chanukowe, zużyła podczas świąt. „Siedzieliśmy przecież zeszłej zimy – przypomniała sobie Małka – dwa dni bez światła”.

Przed śnieżycą Małka godzinami rozmawiała z Mane Hammerstein. Mane była jej jedyną przyjaciółką, powierzającej jej swoje tajemnice. Z Ezrą nie można było rozmawiać, jaki z niego teraz rozmówca? Małka i Mane mieszkały w różnych częściach miasta. Ratował je telefon. A poznały się wiele lat temu, kiedy Małka dopiero co trafiła do New Rochelle. I chociaż Mane urodziła się na Brooklynie – jej rodzice wyjechali z Niemiec po pierwszej wojnie światowej, jednak w New Rochelle mieszkała od dawna. Małka spotykała się z Mane, przyjeżdżając raz na tydzień do synagogi Anshei Shalom. Mane w przeciwieństwie do Małki mieszkała z rodziną syna, dlatego cały pobyt na siebie brała synowa i jej wnuki, których Mane miała sześcioro. Zważywszy na prognozę pogody, obydwie wiedziały, że do synagogi w najbliższą sobotę w taką niepogodę nie dotrą. Mane powiedziała, że synowa z wnukami wróciła z marketu Shop Rite. Do Małki przez telefon dobiegały głos jej wnuków. Tam, na drugim końcu miasta, w domu Mane było gwarno. Dzieci oczywiście cieszyły się śniegiem, było im wesoło. U Małki – było cicho, nawet Ezra nie szeleścił papierem kartek pocztowych.

W ciągu tygodnia, więc w czasie, kiedy New Rochelle znalazło się w śnieżnym oblężeniu, na miasto spadła cisza. Małce zdawało się, że w tym niezmąconym spokoju Stwórca przegląda stronice dni. „Przegląda każde życie – myślała Małka. – Moje, Ezry, naszych dzieci, wnuków, Mane Hammerstein…”. Wiatr zwiewał z niebieskich pagórków śniegowy pył. Zdawało się, że ktoś po nich idzie, stawiając lekko swoje stopy na niewinności śniegu, nie naruszając jej. Wtedy Małka czytała psalmy i karmiła Ezrę, który cierpiał na amnezję. Małka mówiła, że Ezra wypadł z czasu. A Mane Hammerstein znalazła lepsze wyjaśnienie: Ezra zabłądził w czasie.

Wypłowiałymi oczami Ezra patrzył na świat, ale go nie widział. Dlatego Małka była do Ezry uwiązana. Ale w każdą sobotę odwiedzała synagogę. I gdyby nie pracownica opieki społecznej Janett, to przez Ezrę przyszłoby jej siedzieć w domu, Janett przychodziła raptem na dwie godziny. I to Małce wystarczało, żeby pojechać do synagogi i wrócić.

A dzisiaj, po sobotniej modlitwie, Małka wyszła z synagogi – i zauważyła, że śnieg, który przyprószył parking, stopniał. Po śnieżycy niespodziewanie się ociepliło. Na drogach zrobiła się kasza. „Śnieg spadł i stopniał” – ucieszyła się odwilżą Małka. Wydawało się, że to były nie jej słowa, a słowa Tory. I gdyby Małka wypowiedziała je na głos, to w przesiąkniętym kłującym zamrozem powietrzu, rozpuściłyby się. Po prostu zrobiłyby się parą. I ciepłym powiewem.

Ktoś już grzał samochody – z rur wydechowych walił biały dym.

Hammersteinowie siedzieli w swoim chevrolecie. Małka podeszła do nich. Mane Hammerstein opuściła szybę – i jedna drugiej pożyczyły sobie gut szabas. Już chwyciwszy za klamkę drzwi swojego auta, usłyszała, że Hammersteinowie odjeżdżają.

Małka przekręciła kluczyk w stacyjce i lekko zmiotła wycieraczkami zalepioną mokrym śniegiem przednią szybę cadillaca. Kiedy szyba się czyściła, zapięła pas bezpieczeństwa i ostrożnie ruszyła z miejsca. Nie lubiła długo grzać silnika.

Z synagogi pojechała na stację kolejową, żeby spotkać się z nieznaną kobietą z Ukrainy, którą Małce polecili znajomi Polacy z Yonkers. Umówiła się z Janett, że ta posiedzi z Ezrą dwie godziny dłużej. I z góry wypisała czek.

Małka była po siedemdziesiątce, a Ezra, jej mąż – po osiemdziesiątce. Oddawać Ezry do domu starców nie chciała. Córka mieszkała w Izraelu, a obydwaj synowie w Kalifornii, starszy – w San Diego, młodszy – w San Francisco. Do rodziców, Małki i Ezry, dzieci przyjeżdżały rzadko, a wnuki przysyłały kartki na święta i urodziny. Potem tymi kartkami, podpisanymi dziecięcym charakterem, bawił się Ezra, kiedy siedział na dywaniku.

Od Buczacza do New Rochelle Małka przeżyła dwieście żyć.

Kiedy o tym myślała, zatrzymywała się na pierwszych dziesięciu. Innych nie chciała dotykać. I kiedy u Ezry zdiagnozowano chorobę Alzheimera i on przestał poznawać nawet ją, pomyślała, że Stwórca polepszył Ezrze starość, przetarłszy jego pamięć jak spotniałe okno. Starłszy wszystko, co było w życiu Ezry. Jedno swoje życie Małka mogła utopić w Strypie, inne – mogły przedziurawić kule, gdy rozstrzeliwano Żydów na górze Fedir. Mogła zdechnąć z głodu w getcie w Czortkowie. Mogła zarazić się tyfusem. Mogła połknąć pierścionek mamy i zachorować, gdyby pierścień utknął w krtani. Mogli ją aresztować w Tłustym, ale uciekając z jednorękim szewcem Zejłykiem, schowała się w zimnym dole, przykrywszy się zamarzniętymi kartoflami. Bali się wprosić do kogokolwiek do ciepłego domu. Mogła beknąć za handel samogonem w 1945. Mogła nigdy nie spotkać się z Ezrą, gdyby nie dziewczyna, która służyła w domu rodziców Ezry. Dziewczynę spotkała na rynku. A Ezra przedtem napisał na buczacki adres, szukając krewnych. Przeżywszy z Ezrą w Polsce z fałszywymi paszportami wyjechali z Katowic. Mogli ich zatrzymać, kiedy z grupą uciekinierów przekraczali granicę polsko-niemiecką. Potem było wiele różnych rzeczy. Ale za każdym razem, kiedy zaczynała nowe życie, chciała zapomnieć poprzednie. Małce zdawało się, że właśnie to zapomnienie przychodzi, kiedy burze śniegowe zwalają się na New Rochelle, kiedy cisza dzwoni mrozem i czyjaś stopa dotyka śniegowych chmur. Mróz dzwonił jak pokrywka wazy do zupy, którą kiedyś, w Buczaczu, matka wnosiła do jadalni. Pokrywka postukiwała o chochlę. I pachniało rosołem z kury.

Czasami Małka przypominała sobie Fedira Gospodyna. Z nim pływała w Strypie. Tego, który mówił jej, że może nurkować z otwartymi oczami i widzieć rzeczne ryby. Ale Małka mu nie wierzyła, bo bała się otworzyć oczy pod wodą.

Fedira, który uderzył ją kolbą po głowie, ratując przed transportem do Bełżca.

Kiedyś lekarz zapytał Małkę: czy w dzieciństwie nie przeżyła jakiejś traumy, bo wraz z latami coraz bardziej skarżyła się na bóle głowy. Ale Małka wtedy nic nie odpowiedziała. I żyjąc z Ezrą, i rodząc mu dzieci, zabroniła sobie nawet przypominać imię Fedira. Ale Fedir przychodził do niej, kiedy głowa trzeszczała jej z bólu. Częściej to zdarzało się na zmianę pogody. I wtedy czytała kadisz. „Być może – myślała Małka – Stwórca przez Fedira darował mi życie”. A kiedy ból mijał i rodzinne kłopoty owładały jej domem, to znowu trajkotała maszyna do szycia w sklepie. I Małka śliniła nici, którymi zszywała zasłony, cerowała swoje życie.

Irka Krasnożon po tym, jak przedszkole, w którym pracowała jako wychowawczyni, wykupiono pod miejskie liceum, znalazła się na ulicy. Zdaje się, że Buczacz wymyślił sobie, że kiedyś nazwano go miasteczkiem kupców i znawców książek. Irkę raczej powołano do kupców. W pewnej wąskiej uliczce koło Ratusza handlowała pończochami, rajstopami i wełnianymi skarpetami. Miejsce wywalczyła jej Walka. Ona też przyniosła karton, na którym Irka porozkładała swój kram.

W Buczaczu Irka żyła, jak mówiono, na żydowskim gruncie, w domu, który został po Żydach.

Ten żydowski budynek stał przy ulicy, na której mieszkała kiedyś rodzina jej mamy. Ale rodzinę i wujka Fedora wywieźli do Workuty. Ich rodzinny dom zasiedlili wschodniakami, którzy w czasie głodu w 1946 roku przybyli do Buczacza. Żydowski dom czemuś długo stał pusty. I kiedy Irka zostawiła mamę z ojczymem w obwodzie dniepropietrowskim i przyjechała do Buczacza, powiedziano jej, że nie może zamieszkać w domu dziadka, ale oto jest ten, żydowski, pusty. Irka zgodziła się. Pamiętała: na parapetach grube warstwy zeschłych martwych much, od których było aż czarno. Wiele lat potem, przebudowując dom, Irka z mężem natrafili na schowek w piwnicy. Murarze musieli podnieść fundament i zaczęli rozbierać kamienną warstwę. W schowku znaleźli porcelanowa wazę, owiniętą wełnianą chusta. Tam znaleźli papiery na kupno-sprzedaż budynku na nazwisko Lejby Rojta. Były jeszcze srebrny komplet stołowych sztućców na dwanaście osób – noże, widelce, łyżki. Były pieniądze – polskie złote, radzieckie ruble i sto pięćdziesiąt siedem dolarów. Irka szybko sprzedała widelce i noże, a wazę odkupiła od niej Walka z „czarnym podniebieniem”, którą tak przezywali za kłamliwy charakter. Walka pracowała kiedyś jako kelnerka w restauracji i znała się na ładnej zastawie. Potem, nawet, mówiła, że znalazła w wazie dwa wyszczerbienia. „Przepłaciłam – gadała Walka – ale że jesteśmy koleżankami, Irciu, to odbierać pieniędzy za wady nie będę”.

W dzień wyjazdu Irki do Ameryki, kiedy mąż z synem odprowadzali ją do autobusu do Tarnopola, z rozmowy dwóch kobiet dowiedziała się, że tej nocy kiosk Walki spalono.

Małka przyjechała do New Rochelle w 1962 roku, kiedy z Polski, w której z mężem przeżyła dwanaście powojennych lat, udało się im dostać do Ameryki. Wtedy, na początku ich życia w New Rochelle, Małka zatrudniła się jako krawcowa w sklepiku, w którym sprzedawano zasłony i firanki. Dla wygody klientów trzeba było wszystko dostosowywać do rozmiarów okien i wysokości ścian. A Ezra urządził się jako agent w Western Union.

W tym czasie wśród amerykańskich Żydów szerzył się ruch wyjazdów do Izraela. Wyjeżdżali całymi rodzinami, sprzedając domy, meble, naczynia kuchenne, porcelanę i srebro. I właściciel Małczynego sklepiku też postanowił wyjechać. Zaproponował Małce, by kupiła jego sklep. Małka, kiedy opowiadała Ezrze o propozycji Rosenberga, nie mogła przezwyciężyć swego zdenerwowania, bo cena, jaką trzeba było zapłacić Rosenbergowi była zbyt wysoka.

– Ile on chce? – dopytywał Ezra.

– Dużo – odpowiadała Małka.

– No, wszystko jedno, ile? – nie poddawał się Ezra.

Małka przełknęła ślinę i powiedziała:

– Dziesięć tysięcy dolarów.

Cisza wypełniła mieszkanie Taubów.

Po pewnym czasie Ezra powiedział:

– Będziemy kupowali – i popatrzył Małce w oczy zdecydowanym męskim wzrokiem, takim, jak wtedy, kiedy prosił, by za niego wyszła.

Taubowie zapożyczyli się u znajomych i wzięli kredyt w banku. Małka pamięta ten dzień, kiedy z Ezrą przynieśli do sklepiku pięć tysięcy gotówką i pięć czekiem. I jak podpisywali papiery w obecności adwokata. I jak Rosenberg zdjął z palca wskazującego srebrny naparstek. I jak położył go na stole. I jak naparstek potoczył się i spadł na podłogę.

Trzysta dolarów Rosenberg jednak opuścił.

Do przyjazdu pociągu z Nowego Jorku zostało dziesięć minut, kiedy Małka podjechała pod stację. W tym czasie na uniwersytetach były ferie i dlatego na pociąg czekało wielu studentów z nartami. „Jadą w góry Catskills” – pomyślała Małka, zaczepiwszy spojrzeniem grupkę młodych ludzi, którzy wchodzili po schodach na peron.

Pociąg, którym Irka jechała do New Rochelle był przepełniony.

Przyszło jej stać całą drogę w przedsionku, koło toalety, patrząc na nieznane pejzaże. Powinna po nią wyjść jakaś Małka. Tak nazywała się ta kobieta, do której jechała do pracy. Żeby nie zapomnieć nazwy stacji Irka zapisała ją na bilecie lotniczym, którego czemuś nie wyrzuciła. I w New Rochelle na stacyjnym peronie Irkę spotkały zimne strumienie wiatru, a potem Małka.

Mrs Taub, elegancka kobieta, miło uśmiechnąwszy się, zwróciła się do Irki po ukraińsku, którym mówiła w Galicji. Poznała Irkę, którą zdradzał ubiór i drżący strach w oczach.

– Nazywam się Małka.

– Irka Krasnożon – odpowiedziała gruba, w zajęczej czapce kobieta i błysnęła czerwonym złotem górnych zębów, które wstawiła sobie rok temu w Buczaczu.

– Grubawa – pomyślała o niej Małka – ale miła.

Po drodze do domu Małki Irka, przytuliwszy policzek do szyby, milczała. Zmęczył ją lot i podróż do New Rochelle. Patrzyła rybimi oczami pełnymi łez na obce miasto.

Wszedłszy obie do domu, zobaczyły w jadalni Ezrę i Janett. Pracownica opieki społecznej siedziała naprzeciwko Ezry i oglądała z nim pocztówki od wnuków, Ezra w ogóle nie zareagował na pojawienie się żony i nieznajomej, tylko na chwilę zatrzymał spojrzenie na Irce i jedna pocztówka wypadła mu z rąk. Janett ją podniosła i oddała Ezrze.

Małka przydzieliła Irce pokoik, pokazała łazienkę. Prawie godzinę opowiadała w kuchni, które produkty w lodówce powinny być przechowywane oddzielnie od innych. I żeby mleko nigdy nie stało koło mięsa. Jednak główny obowiązek Irki to opiekować się Ezrą i karmić go na czas.

Pierwsze miesiące minęły Irce jak we mgle. Potem się oswoiła i po pewnym czasie poznała wszystkie zakamarki domu Małki. Jeździła z Małką do supermarketu i nauczyła się pakować śmieci w celofanowe czarne worki. Ezra też przyzwyczaił się do Irki.

Mane Hammerstein dowiedziawszy się, że u Małki zjawiła się pomoc – zainteresowała się, ile Małka jej płaci i skąd ona przyjechała. Małka powiedziała, że z Ukrainy i że płaci jej sześćset dolarów tygodniowo. Mane głęboko nabrała powietrza, była astmatyczką, i spytała, czy nie lepiej byłoby nająć kogoś z Filipin. To znaczy, taniej, i bezpieczniej.

– A jak wy rozmawiacie?

– Po ukraińsku.

– O Boże – Mane znowu zachłysnęła się powietrzem – zapomniałam, że ty jesteś stamtąd. I ty jej ufasz?

– To miła kobieta… no, tam na Ukrainie…

– Wiem, wiem – odpowiedziała Mane, przekonana, że na Ukrainie żyją sami antysemici.

Na Mularskiej, dokąd rodzina Małki przeprowadziła się pod koniec 1938 roku, mieszkało pięć żydowskich rodzin, Małka z zamkniętymi oczami mogłaby przejść tą ulicą i przypomnieć sobie wszystkich. Tam mieszkali też Polacy i Ukraińcy. Wzdłuż Mularskiej płynęła Strypa, Małka nauczyła się pływać, kiedy miała siedem lat. Żadna z jej sióstr nie umiała pływać, a Małka umiała. Jej ojciec, świętej pamięci Lejba Rojt, dzierżawił młyny. I Małka wyrastała na brzegach rzek. Przed wojną rodzina Małki zmieniła trzy wsie nad Dniestrem, póki nie przeprowadzili się do Buczacza. Ojciec postanowił zmienić swój zawód – i otworzył przy uliczce, która dochodziła do Strypy, niewielki sklepik. Strypa dla Małki, po Dniestrze, wydawała się zbyt mała i Małka, żeby pokazać swoją przewagę nad sąsiadami – przepływała rzekę trzy razy – od brzegu do brzegu.

Któregoś ranka Małka jest przekonana, że to było półtora roku przed wejściem Sowietów, jej ojciec pojechał do Koropca na jarmark. Małka za każdym razem usiłuje przypomnieć sobie jakiś szczegół, ale wszystko w jej pamięci rozmywa się jak we mgle. Ojciec siedział z mamą w kuchni, Małka nawet pamięta, o czym rozmawiali, choć ich głosy teraz są jak wyblakła na słońcu akwarela. Radzili na temat sklepu, który ojciec powinien był kupić w Koropcu. Icyk, najmłodszy w rodzinie Rojtów, wtedy się obudził – i mama wyszła, żeby go uspokoić, Icyk płakał. On często płakał przez sen i budził się na mokrej od dziecięcych łez poduszce. Mama uspokoiła Icyka i wróciła do ojca, który stał już w drzwiach. Mama powiedziała, żeby się nie wahał i jeśli nie będzie co kupić, to pieniędzy na wiatr nie ma co puszczać. Mama stale mu o tym przypominała, a on wracając z jarmarków nigdy nie wracał z gołymi rękami. Ojciec, zdaje się, objął mamę, a może mama przytuliła się do ojca. Skrzypnęły drzwi – zazgrzytała klamka. Drzwi skrzypiały, zwłaszcza jesienią, kiedy mgły przetaczały się buczackimi uliczkami. I to wszystko.

Rojtowie czekali na ojca trzy dni. Młodsze Małczyne siostry nie hałasowały, pytając po sto razy o cokolwiek mamę czy ojca. I nawet nie płakał mały Icyk. Małka pamięta, jak z mamą poszły na policyjny posterunek. Wyszły – wiedząc, że ojca ograbili i zabili, a ciało zakopali przy wyjeździe z Koropca. Od tego czasu matka z Małką dnie i noce spędzały w sklepie, bo trzeba było wykarmić rodzinę i spłacić pożyczkę w banku. A chociaż w sklep włożyli swoje oszczędności, to jednak połowę na niego pożyczyli.

Małka wymówiła słowo „Buczacz”, upuściwszy je, jak filiżankę ze stołu. Niechcący. A zdarzyło się to tak: opowiadając o śnieżycy, którą przeżyli z Ezrą dwa tygodnie przed przyjazdem Irki do ich domu, Małka powiedziała:

– Widzi pani, Irko, takie śniegi ja pamiętam z Buczacza.

Irka wtedy spojrzała na Małkę tak, jakby ta zdradziła jej wielką tajemnicę.

– A pani z Buczacza?

– Ja… tak – potwierdziła Małka. – A pani?

– I ja z Buczacza.

– A ja przepływałam Strypę po trzy razy – przebiła, nie wytrzymawszy Małka.

– Strypę? Ona jest wąska.

– Była szeroka…

– Pani się tam urodziła?

– Nie, mieszkaliśmy tam przed wojną.

– Ojej, gdybym wiedziała, to coś z Buczacza bym pani przywiozła.

– A co?

– Nie wiem – speszyła się Irka. – Koniak „Buczacz”.

Irka opowiedziała, że urodziła się w Workucie i że jej rodzina wróciła na Ukrainę w połowie lat pięćdziesiątych.

– To wszystko przez wujka Fedora,

– Fedora? – przestraszyła się Małka.

– Fedir Gospodyn, mój wujek, brat mamy – mówiła dalej Irka – był w policji i banderach. Jak go sądzili, to całą rodzinę wywieźli do Workuty.

– A co z nim? – przenikliwie zapytała Małka.

– A mamie z ojczymem – trajkotała dalej Irka, zachwycona swoją opowieścią – nie pozwolili po Workucie wrócić do Buczacza i osiedlili się w obwodzie dniepropietrowskim. Mój i brata ojciec zmarli w Workucie. Mama wyszła drugi raz za mąż za wujka Kolę. Siedział w Workucie. Wujek Kola był kryminalny, sam gdzieś spod Białej Cerkwi. Mama opowiadała, że jego rodziców wymorzyli głodem, a on jako bezpritulny tułał się po Ukrainie, a potem dostał się do obwodu mołotowskiego, tam w jakimś przysiółku obrabował sklep spożywczy. Wtedy wujkowi Koli trafiła się pierwsza odsiadka. Wie pani, on dla mnie i brata nigdy nie stał się ojcem. Był niewysoki, ale mocny jak węzeł. Może dlatego też przeżył więzienia w zonach. Ale lubił czajurę! Mama kupowała mu po pięć, sześć paczek herbaty!

Małka czuła, że z tej przypadkowej rozmowy wyłoni się jej śmierć Fedira. I zaczęła wypytywać Irkę, wymieniając nazwiska buczackich ludzi, ale ta nikogo z nich nie znała. Nie znała ani Zejłyka Rosenbłata, ani Sołoma Czortkowera, i nigdy nie słyszała o rodzinie Rojtów.

– A co z tym Fedirem? – w końcu wydusiła z siebie Małka. – Żyje?

– Nie – odpowiedziała Irka. – Skazali go na dwadzieścia pięć lat. Wydobywał węgiel w Reczłazie. Mama mówiła, że w 1953 raku, jak umarł Stalin, w Reczłazie było jakieś powstanie I Fedir zginął ostatniego dnia, kiedy zonę rozstrzeliwali z karabinów maszynowych.

– A kiedy to było? – upewniła się Małka.

– W 1953 roku – powtórzyła Irka.

Małka z Ezrą byli już wtedy w Katowicach.

W pociągu do Krakowa zasnęła; przyśnił się jej Fedir, oboje płyną przez Strypę. Fedir dopłynąwszy do środka, bo rzeka nagle zrobiła się szeroka, opadłszy z sił, idzie pod wodę. A Małka dopłynąwszy do brzegu i stojąc po kolana w wodzie, nie może ruszyć się z miejsca. Woda we śnie była lepka jak klej.

Wujek Kola – mówiła dalej Irka – znów siedział. Zarżnął szofera w herbaciarni przy trasie krzyworoskiej. Potem go nie widzieliśmy. Mówili, że umarł w więzieniu. W końcówce lat sześćdziesiątych pozwolili nam wrócić do Buczacza. Kiedyś mama mówiła, że jakby było można, to by na kolanach szła do Buczacza i całowałaby tam progi. Ale nie pojechała z nami. Bo tak samo umarła.

– Dom, w którym nie słychać słów Tory w nocy, pożera płomień – powiedziała Małka po hebrajsku.

– Co pani mówi? – nie zrozumiała Irka.

Mówię, że kiedy znaleźli w Strypie martwego niemieckiego żołnierza, mówili, że go załatwił widłami Polak, bo Niemiec zaczął zalecać się do jego żony, to z początku rozstrzelali pierwszych buczackich Żydów, a potem kiedy znaleźli jeszcze dwóch martwych Niemców – złapali piętnastu Ukraińców i Polaków, którzy tego dnia przyszli na rynek. Po tym mama rozdała nam wszystkim swoje kosztowności. Nas było pięć sióstr. Ja – najstarsza, dalej Chaja, Mane, Zalma, Nina. I najmniejszy – Icyk. Wszystkim mama wkładała w dłoń kosztowności i kazała schować A gdzie my mieliśmy je schować? Ja dostałam pierścionek, Mane – łańcuszek, Chaja – kolczyki, Zalma – broszkę, Nina – masywną obrączkę ojca. Małego Icyka mama trzymała za rękę jak najdroższą kosztowność. Co zostawiła sobie – nie wiedzieliśmy. Były jeszcze pieniądze. Trochę złotych, trochę rubli i niemieckich marek. Ojciec też miał kilkaset dolarów, które, jak i złoto, trzymało się na czarną godzinę. Kiedy trafiłam do czortkowskeigo getta, to pierścionek wepchnęłam w odbyt. Chodzić z nim z początku było trudno. Bałam się, że wypadnie i idąc ściskałam ten pierścionek mięśniami pośladków. Kiedy szłam do wychodka – wyjmowałam go i siedząc, trzymałam w ręce. Od tamtej pory nie noszę złota, ono – śmierdzi. Potem mnóstwo razy go łykałam. Żydów rozstrzeliwali na górze Fedir. Stamtąd było widać część miasta. I może każdy, kto stał przed rozstrzałem, słyszał Strypę. Kiedy o tym myślę, to ostatnie, co ci nieszczęśnicy słyszeli – to była dźwięczna cisza, bo Stwórca posyła nam wszystko, nawet ciszę. A o czym jeszcze nie powiedziałam? Aha. O uliczce, nie, nie, ja chciałam wspomnieć Fedora, który mieszkał z braćmi na naszej ulicy. Kiedy przeprowadziliśmy się, ostrzegł mnie i powiedział, że Żydzi ukrzyżowali Chrystusa, ale jego ojciec mimo wszystko w soboty będzie palił w naszym piecu. I on będzie z nim przychodził. Fedor powiedział wtedy, że słyszał, jak mój ojciec prosił o to jego ojca. Z Fedorem kąpałam się w Strypie. Potem pierwszy raz się pocałowaliśmy. A potem zaczęła się wojna. Pewnego razu przyszedł do nas i powiedział, że idzie do ukraińskiej policji. Kiedy Ukraińcy w Buczaczu witali Niemców, siedziałam na brzegu Strypy i czekałam na Fedira.

– I przyszedł?

– Przyszedł, przyszedł, ale później… – mówiła dalej Małka – jeszcze pamiętam, jak jednoręki Zejłyk Rosenblat, który podbijał na rynku kapcie, żalił się, że za Moskali nie było ćwieków i podeszew. „Może za Niemców polepszą zaopatrzenie? – pytał Zejłyk. – Zejłyku, a wy myślicie, że Niemcy pozwolą wam podbijać ich buty?”. – „A czemu nie? – dziwił się Zejłyk. „Mój dziadek w 1916 podbijał Austriakom buty, póki oni stali w Buczaczu, a potem Moskalom, a potem znowu Austriakom. Wszystkim potrzebne są podzelowane buty” – cieszył się Zejłyk.

„Odezwa
Do ukraińskiej ludności Hałyczyny!

Pan Gubernator Generalny polecił zorganizować Policję Ukraińską pod służbowym dozorem dowódcy Niemieckiej Policji Porządkowej w dystrykcie galicyjskim.

Zadaniem wymienionej Policji Ukraińskiej jest utrzymanie, pod kierownictwem Niemieckiej Policji Porządkowej ogólnego porządku i bezpieczeństwa publicznego w dystrykcie galicyjskim.

Mężczyzn Ukraińców w wieku od 20 do 38 lat, gotowych współpracować w tych wielkich zadaniach i którzy odpowiadają niżej wymienionym wymogom, wzywamy do zgłoszenia się do służby.

І. Punkty zgłoszeń znajdują się:
We Lwowie przy Kommando der Schutzpolizei
Stanisławowie
Tarnopolu
Brodach Zugführer der Gendarmerie
Rawie Ruskiej
Stryju
Drohobyczu
Rohatynie
Hałyczu
Kołomyi
Horodeńce
Krzemieńcu
Buczaczu

II Warunki przyjęcia
1. Narodowość ukraińska
2.Wiek od 20 do 38 lat
3. Wzrost – co najmniej 165 cm
4. Dokładna znajomość języka w piśmie i słowie (niepiśmienni – wykluczeni)
5. Niekaralność za przestępstwa Kryminalne
6. Świadectwo lekarskie
7. Przeszkolenie wojskowe
8. Członkowie jakiejkolwiek organizacji komunistycznej – wykluczeni.

III Wynagrodzenie

Obowiązują stawki i stopnie analogiczne jak dla Policji Ukraińskiej w dystryktach Kraków i Lublin.

Lwów, 10 sierpnia 1941.

Worm
Oberst der Schultzpolizei,
Kommandeur der Ordnungpolizei
im Distrikt Galizein».

I kiedy wszyscy wyszli do góry, na koniec ulicy, Fedir chwycił Małkę za łokieć. Uderzył kolbą po głowie i, bezwolną, zepchnął nogą ze stromego urwiska do Strypy.

A kiedy Małka przemoże siebie i połknie pierścionek mamy, to pierwszy raz z szeroko otwartymi oczami zanurkuje pod wodę.

Tak jak uczył ją Fedir.

2017

Wasyl Machno
Przełożył Bohdan Zadura

Wasyl Machno – ur. 1964 r. w Czortkowie, ukraiński poeta, prozaik, eseista, tłumacz, od 2000 r. mieszkający w Nowym Jorku. Przełożył i wydał wybory wierszy Zbigniewa Herberta i Janusza Szubera. Na język ukraiński tłumaczył m.in. Czesława Miłosza, Józefa Łobodowskiego, Andrzeja Sosnowskiego, Bohdana Zadurę. Tłumaczony na 25 języków. W Polsce ukazały się jego wiersze oraz zbiór opowiadań pogranicznych „Listy i powietrze” (w 2016 r. książka wyłoniona do półfinału Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus),  a także książka „Dubno, koło Leżajska” (2012), zawierająca wiersze i eseje, oraz eseje „Express Venezia” (2016). Laureat m.in. międzynarodowej nagrody literackiej „Powelje Morave” 2013.

Materiały wideo

For privacy reasons YouTube needs your permission to be loaded.

Wyrażam zgodę

Bohdan Zadura i Wasyl Machno – dwóch poetów, pisarzy i tłumaczy. Fot. Aleksandra Zińczuk.

Wasyl Machno podczas spotkania autorskiego na Lubelskim Zamku z Bogusławem Wróblewskim i Bohdanem Zadurą. W tle obraz Jana Matejki "Unia lubelska". Fot. Piotr Łucjan, 2016.

Wasyl Machno podczas spotkania autorskiego na Lubelskim Zamku z Bogusławem Wróblewskim i Bohdanem Zadurą. W tle obraz Jana Matejki "Unia lubelska". Fot. Piotr Łucjan, 2016.