Strona główna/DZIAŁ WSCHODNI. Pokój do smutku (nowości wydawnicze)

DZIAŁ WSCHODNI. Pokój do smutku (nowości wydawnicze)

Tender is the day

opowiadanie ze zbiór opowiadań Pokój do smutku w tłumaczeniu Bohdana Zadury

Andrij Lubka

Na zegarku była czternasta zero siedem, kiedy brukowaną ulicą przejechał, terkocząc, rower listonosza, a zaraz potem brzęknęły drzwi restauracji rodzinnej „Ivoire” i w miękki półmrok wspaniale udekorowanej sali wkroczył nieznajomy jegomość w czarnym kapeluszu.

Wszystko w nim wskazywało na cudzoziemca, a dumna postawa, szlachetne spojrzenie i jubilersko wykończone ruchy wymownie sygnalizowały: mamy do czynienia z osobą z wysokich społecznych kręgów, zamożną i wpływową. Wyczuwszy to, wokół mężczyzny zakręciły się kelnerki i kucharze, proponując potrawy i wina, ale nieznajomy wziął menu i poprosił, by zostawić go na jakiś czas w spokoju. Spełniwszy żądanie gościa, ciekawe i spragnione napiwku dziewczęta z obsługi pochowały się za szynkwasem i za drzwiami szatni, skąd obrzucały gościa ukradkowymi spojrzeniami. Podstarzały Józef, właściciel kilku rybackich łodzi na zachodnim nabrzeżu, który siedział w kącie przy oknie i już drugą godzinę żłopał cydr, też zerkał spode łba na tajemniczego mężczyznę, którego nietutejszość burzyła senny spokój miasteczka.

Ledwie zauważalnym skinieniem głowy przywoławszy kelnerkę, nieznajomy, jednak nie zajrzawszy do menu, zamówił pieczoną kaczkę z wiśniami w sosie żurawinowym, ciepły biały chleb oraz sałatkę z rukoli, pomidorków cherry i mieszanki greckich oliwek, kieliszek wytrawnego czerwonego wina i kwartę wody z cytryną, a na deser – lody z karmelem i filiżankę kawy. Potem jeszcze raz przywołał dziewczynę i poprosił, by przyniesiono mu wszystkie książki telefoniczne miasteczka, wydane w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat; otrzymawszy je, zaczął starannie czytać strony, umieszczone mniej więcej w ich środku, a jak udało się podejrzeć kelnerce, która przynosiła wodę i sałatę, pana interesowała litera „L”. Niezadowolony z rezultatu poszukiwań mężczyzna wstał i podszedł do szynkwasu, za którym przecierał szklanki i kieliszki siwy kelner, nieskazitelność bródki którego zdradzała człowieka starego dobrego wychowania.

– Monsieur, nazywam się Francis, jestem tu w interesach osoby trzeciej, która chciała pozostać anonimowa – pełnym godności tonem powiedział gość i na potwierdzenie swoich słów położył na ladę szeleszczący banknot. – Interesuje mnie dawna sprawa, którą mogą pamiętać chyba tylko ludzie mojego i pańskiego wieku. Chodzi o pewną mademoiselle, dokładniej to w tamtych czasach była mademoiselle, a później mogła stać się madame i zmienić nazwisko, dlatego też nie mogę znaleźć jej w spisach telefonów. Czy dostatecznie długo mieszka pan w tym mieście, żeby pamiętać takie odległe zdarzenia?

– Wielce szanowny panie, mogę w szczegółach opowiedzieć o pięćdziesięciu dwóch jesieniach w naszym mieście, o rezultatach wszystkich wyborów w tym okresie, a także wymienić nazwiska zwycięzców ostatnich dwudziestu miejskich regat jachtowych – usłużnie uśmiechnął się kelner, chowając banknot do kieszeni.

– Cóż, wspaniale. Czy mogę liczyć na pańską dyskrecję? Proszę dobrze zrozumieć, sprawa dotyczy przeszłości na tyle dawnej, że nie należy wyciągać szkieletów z szafy i dawać powodów do potępienia. – Francis wyjął ze skórzanej portmonetki nowy banknot, ale tym razem zawisł on w jego ręce, jakby w oczekiwaniu na potwierdzającą odpowiedź współrozmówcy.

– Staremu Jeanowi może pan wierzyć jak sobie. Wychowano mnie na starych ideałach, znam wartość milczenia. – Kelner zabrał pieniądze z ręki gościa.

– Zatem – do rzeczy. Nazywano ją mademoiselle Loren. Muszę szybko ją znaleźć. Myślę, że wie pan, o kogo chodzi, i teraz rozumie pan moją ostrożność.

– O tak, oczywiście – kelner ledwie mógł ukryć zdenerwowanie, które rozszerzyło jego źrenice i zmusiło krew, by krążyła szybciej, nadając twarzy aż po płatki uszu czerwoną barwę. – O tamtym wypadku wszyscy pamiętają, nie można go zapomnieć. Ma pan rację. Teraz mademoiselle Loren nosi inne nazwisko, mieszka gdzieś w okolicy i rzadko się pokazuje ludziom, ale spróbuję zlokalizować ją jak najszybciej.

– Będę panu bardzo wdzięczny – wieloznacznie przemówił gość i wrócił do swego stolika, gdzie już parowała kaczka, kusząc zapachem.

Zjadłszy smacznie i wypiwszy jeszcze jeden kieliszek wina, Francis hojnie rozliczył się z obsługą, podszedł do Jeana i konspiracyjnie cicho go powiadomił:

– Mój statek odpływa o dziewiętnastej, zostały jeszcze prawie trzy godziny, w ciągu których chciałbym załatwić wszystkie sprawy. Teraz ruszam na spacer po nabrzeżu, a później przysiądę na kieliszek koniaku w restauracji hotelu „Golfstrom”. Proszę, niech pan tam zadzwoni i przekaże mi zdobytą informację. I dziękuję za starania! – z szacunkiem schylił głowę, pokazując, że ta przysługa jest dla niego ważniejsza niż pieniądze, jednak dla przyspieszenia poszukiwań przełożył do kieszeni Jeana jeszcze jeden banknot, co przekroczyło najśmielsze oczekiwania starego kelnera.

Morze się mieniło, uspokajająco pluskając falami o kamienie pirsu, bielą lśniły żagle przycumowanych jachtów, gdzieś wysoko kwiliły mewy. Monsieur Francis niespiesznie kroczył nabrzeżem, odpoczywając w letniociepłych promieniach słońca i pykając fajkę. Był zadowolony ze wspaniałego obiadu w „Ivoire” i szybkości, z jaką toczyły się zdarzenia. Nic nie psuło jego nastroju. Morska bryza odświeżała i zachęcała do dobrych myśli. Francis miał nadzieję zakończyć powierzoną mu sprawę w ciągu najbliższej godziny, dwóch, nagrodzić siebie za to podwieczorkiem; kolację zamierzał zjeść już na statku, gdzie podawano świeże ostrygi i dobre białe wino, a orkiestra grała melodie zdolne rozczulić nawet najtwardsze dusze.

Wszedłszy na taras hotelu „Golfstrom”, mężczyzna usadowił się w głębokim skórzanym fotelu, zamówił koniak i jeszcze jedną kawę, a kiedy kelner je przyniósł, Francis przedstawił się i zapytał, czy jakiś jegomość nie zostawił tu dla niego wiadomości. Okazało się, że wyrwana z czekowej książeczki kartka z kulfonami pospiesznie zapisanych liter już na niego czeka. Siorbnąwszy kawę, mężczyzna przeczytał notatkę: „Mademoiselle L. dawno wyszła za mąż i zmieniła nazwisko na Fico. Niestety, trzy lata temu umarła na nieuleczalną chorobę, zostawiwszy męża z dwójką niemal dorosłych dzieci. Muszę dodać, że jej reputacja w ostatnich latach była nienaganna. Pochowana jest na miejskim cmentarzu. Bardzo mi przykro. Jean”. Twarz Francisa pociemniała, duszkiem wlał w siebie kieliszek koniaku, głośno przy tym cmoknąwszy. No cóż, najwyraźniej nie zdoła wykonać powierzonego mu zadania w pełni, ale w żadnym razie przez własne niedbalstwo. Śmierć poszukiwanej kobiety zasadniczo zmieniała jego plany i znacznie skracała misję; ochłonąwszy po niespodziewanej wiadomości, Francis nawet odetchnął z ulgą, bo teraz odpadła potrzeba rozmowy z kobietą, do wykonania został tylko gest. A ponieważ o jej gorącym usposobieniu nasłuchał się różnych rzeczy, ucieszył się z takiego obrotu spraw. Położywszy pod rachunkiem duży banknot i nie czekając na resztę, mężczyzna nałożył kapelusz i udał się na plac miejski, żeby złapać taksówkę.

Pierwsza lepsza mu nie odpowiadała, gdyż Francis chciał znaleźć kierowcę w starszym wieku, żeby wykorzystać jazdę również i dla rozpytania: dodatkowa informacja nie będzie bez znaczenia, kiedy wróci do miejsca pracy i zda sprawozdanie z podróży. Zauważywszy pełnego starszego mężczyznę, który w firmowym kaszkiecie stał obok swojego auta, przybysz poszedł do niego. Taksówkarz, na oko jego rówieśnik, wyglądał na poczciwca-gadułę, który ma wielkie serce i usta mu się nie zamykają. „Właśnie taki głupek jest mi potrzebny” – myślał Francis, lokując się na tylnym siedzeniu samochodu.

– Na miejski cmentarz, proszę pana, a tam zaczeka pan jakiś kwadrans — i wrócimy z powrotem do przystani. Za czas oczekiwania zapłacę.

– Zrozumiałem, monsieur — taksówkarz odwrócił się i uśmiechnął szeroko, jak do reklamowej fotografii. – Nie wezmę dużo, proszę się nie obawiać.

– Przepraszam — Francis zwrócił się do kierowcy, kiedy taksówka ruszyła. – Być może wie pan, gdzie pochowana jest madame Fico? Rzecz w tym, że pierwszy raz będę na tym cmentarzu, więc nie chciałbym za długo szukać.

– A co mam nie wiedzieć, ona przecież umarła nie tak dawno, dlatego jest pochowana wśród świeżych mogił na południowym skraju cmentarza. Podjadę jak najbliżej i pokażę panu ścieżkę. Pan pewnie przybył tu z daleka?

– Tak, przypłynąłem dzisiaj południowym parowcem, a już wieczorem również nim planuję wrócić. Daleko jest do cmentarza?

– Nie, to tuż za miastem, przy średniowiecznej rotundzie. A pan, przepraszam za ciekawość, jest krewnym zmarłej?

– Zupełnie nie. Przebywam tu w interesach, z polecenia kancelarii adwokackiej, w której mam honor pracować. W testamencie jednego z naszych szacownych klientów było żądanie załatwienia dawnej sprawy z madame Fico, właśnie dlatego, wykonując jego ostatnią wolę, znalazłem się w waszym mieście. — Jak każdy adwokat, Francis umiał znaleźć podejście do ludzi i rozwiązać im język, dlatego powiedział prawdę, która miała stać się zachętą do dalszej rozmowy.

– Tak, jasne. Muszę wyznać, że w panu od razu można poznać przybysza, człowieka porządnego i z wielkiego świata, gdzie nie zapomniano jeszcze dobrych manier, jak to się stało na naszej zapomnianej przez Boga prowincji.

– Dziękuję. Do rzeczy, znał pan madame Fico, pamięta pan coś o niej? Niestety, ja o jej śmierci dowiedziałem się właśnie tutaj, dlatego zupełnie nic nie wiem…

– Jasne! Tu wszyscy ją znali i szanowali. Budziła sympatię już bodaj tym, że w ciągu życia potrafiła zwalczyć własne wady i się poprawić. Zawsze stawiano ją za wzór. W młodości, wie pan, każdy może nabroić, ale nie wszystkim potem udaje się wypłacić i odpokutować za grzechy. A ona miała na to siłę, dlatego ludzie zapomnieli czy udali, że zapomnieli o tamtej historii… U nas, chociaż żyjemy daleko od centrów kultury i duchowości, krótka jest pamięć o tym, co złe. W takim maleńkim miasteczku trzeba umieć wybaczać i żyć dalej.

– Przepraszam, a jaką historię ma pan na myśli? – umiejętnie udał zaciekawienie adwokat, chociaż już przed podróżą starszy partner wprowadził go we wszystkie szczegóły.

– To było tak dawno, jakby w minionym życiu… Ale wtedy ta historia narobiła wiele hałasu. Kto to widział, żeby całkiem młoda dziewczyna — już nie pamiętam, czy była pełnoletnia w momencie skandalu, rozbijała bogatą i szczęśliwą rodzinę, i jeszcze walczyła o mężczyznę starszego od siebie o dwadzieścia lat? A ten jej słuchał, jak cielę! Rzecz była taka: do naszego miasta przyjechała rodzina zamożnych ludzi z trojgiem dzieci. Wynajęli sobie wielki dom na całe lato, przypłynęli własnym jachtem, a po tygodniu parowcem ze stolicy dowieziono im jeszcze tutaj także samochód. Ta rodzina, której nazwisko było jakieś takie amerykańskie – Jerome czy Gerald, jakoś tak, to zresztą teraz bez znaczenia, a więc ci ludzie chcieli spędzić kilka miesięcy w ciszy prowincji, dzieci potrzebowały świeżego powietrza, a rodzice — spokoju. I niech pan pomyśli, nie minęło nawet pięć tygodni, jak naszym miastem wstrząsnął taki skandal, że ani przedtem, ani potem drugiego takiego nie było. Pewnego wieczora żona Amerykanina podniosła gwałt, trzeba nawet było sprowadzać lekarza, żeby dał jej zastrzyk uspokajający, a wszystko przez to, że jej ukochany mąż — niech pan sobie wyobrazi!  – przez ten krótki czas zdołał zrobić skok w bok, nawiązawszy romansik z niepełnoletnią pokojówką. A była nią madame Fico, wówczas jeszcze mademoiselle Loren, nazywano ją Rosemary. Co to się działo! Amerykanin, być może, żeby uniknąć problemu z prawem, oznajmił, że kocha tę dziewczynę, dlatego zostawia rodzinę, rozwodzi się z żoną i zamierza wziąć ślub z pokojówką! Zamiar był dosyć poważny, nawet zaniósł pozew rozwodowy do miejscowego notariusza. Ale jego żona była wpływową i zdecydowaną osobą, wzięła się w garść, zapłaciła komu trzeba i załagodzono sprawę. Okazało się, że rodzina ta jest bogata ze względu  na spadek po ojcu żony, więc to żona rządziła rodziną. Nie wiem, jak dokładnie, ale ona dość szybko powstrzymała swego niewiernego męża i niedługo wszyscy znikli z miasta.

– A co z Rosemary? Ona jednak tutaj została? – Samochód już od kilku chwil stał przed bramą cmentarza, kierowca zgasił silnik i kontynuował opowieść, a Francis wyszedł i zapalił fajkę.

– Tak, właśnie jej los był najgorszy, najbardziej gorzki. Bo dorosły mężczyzna zachował się nierozważnie, zawrócił dziewczynie w głowie, wziął, co chciał, a kiedy nawrzeszczała na niego żona i zagroziła, że zabierze wszystkie pieniądze, pospiesznie wziął nogi za pas. W tym czasie, kiedy Amerykaninowi wszystko uszło na sucho, Rosemary musiała tutaj żyć i przez długie lata odpokutowywać swój grzech, póki się z nią nie ożenił pewien pobożny i dobry człowiek. A to był odważny gest z jego strony, bo nie każdy zechce wiązać się z kobietą, która ma za sobą próbę samobójstwa. — Taksówkarz natychmiast pożałował tego, co powiedział, i zamilkł.

– Próbowała popełnić samobójstwo? – Francis rzucił w stronę kierowcy szybkie spojrzenie, bo tych szczegółów nie znał.

– Tak, po kilku tygodniach, kiedy rozmowy o tym incydencie już zaczynały cichnąć, okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Jej rodzice, którzy i tak mieli już dosyć tego koszmaru, zmusili córkę, by pozbyła się dziecka. A po następnych dwóch tygodniach ona w łazience podcięła sobie żyły i prawie się wykrwawiła. Dobrze, że w porę zjawiła się matka, która udzieliła jej pierwszej pomocy i wezwała lekarza. Jeszcze z dziesięć minut – i ta biedna dusza dołączyłaby do aniołów. Ale napędziła wtedy strachu rodzicom! Złośliwi gadali, że dziewczyna jest niespełna rozumu, i chodziły słuchy, że do końca życia trafiały się jej jakieś psychiczne załamania, jednak nowy mąż utrzymywał to w ścisłej tajemnicy. Jednym słowem, los Rosemary nie był lekki, ale z czasem wszystko się ułożyło, urodziła dzieci i była szczęśliwa. Dopóki całkiem nie opuściły jej siły przed śmiercią, nawet znaku nie dawała, że pamięta o tej historii, jednak na łożu śmierci, podobno, zaczęła mówić coś o Amerykaninie, wykrzykiwała jego imię, prosiła, żeby go znaleźć, chciała jeszcze raz go zobaczyć, ale nikt tego nie brał poważnie, lekarz zaś nazwał takie zachowanie majaczeniem chorej.

– Jaka smutna historia! – westchnął Francis, którego wypite wino i koniak nastroiły trochę sentymentalnie. – Powiem i ja panu w sekrecie, że klient naszej firmy, Amerykanin, o którymego pan wspomniał, w swoim testamencie wymienił Rosemary i poprosił, by coś jej przekazać, właśnie po to tu przyjechałem. Jak pan widzi, w obliczu śmierci oboje o sobie pamiętali.

– Zadziwił mnie pan, monsieur. – Taksówkarz podrapał się po potylicy. – Szczerze mówiąc, byłem gorszego zdania o tym Amerykaninie.

– Podobno ludzie w ogóle są lepsi, niż zazwyczaj o nich myślimy – odpowiedział zamyślony adwokat. – A teraz muszę pójść na grób. Gdzie, mówi pan, on się znajduje?

Francis powoli szedł wysypaną drobnym żwirem ścieżką, oglądał nagrobki i obracał, obracał w rękach kopertę, którą jego starszy partner polecił mu wręczyć mademoiselle Loren w imieniu ich klienta. Ciszy cmentarza nie przerywał żaden dźwięk, o tej porze mężczyzna był tu jedynym odwiedzającym. Skręciwszy, tak jak mu radził kierowca, w drugą aleję w lewo, adwokat po stu metrach zaczął uważniej wpatrywać się w napisy na nagrobnych płytach i w końcu zobaczył nazwisko Rosemary Fico. Nagrobek był skromny, ale wyszukany: oprócz nazwiska i lat życia były na nim wyryte słowa ze smutnego wiersza znanego poety. Z owalnej fotografii patrzyła na Francisa kobieta niezwykłej urody. No cóż, rozumiem go, adwokat pomyślał o motywach swego zmarłego klienta, ale potem odgonił tę myśl, uświadamiając sobie jej bluźnierczy charakter. Zostawało ostatnie – koperta. Adwokat dostał polecenie, by oddać ją w ręce mademoiselle Loren, a w nieprzewidywalnych okolicznościach miał działać wedle własnej oceny, ponieważ drugi raz w tak odległe strony nikt nie zamierzał wyruszać. Zawahał się. Ciekawość wzięła jednak górę. Ponieważ adresata, jak i nadawcy, nie ma już pośród żywych, Francis ma prawo samemu otworzyć przesłanie. Starając się nie uszkodzić zawartości, adwokat rozdarł kopertę. Tam był sztywny kartonik, – z tych, które dołącza się do bukietów: na nim było tylko jedno odręcznie napisane słowo. Z zakłopotaniem pokręciwszy kartonikiem w rękach, wsunął go do kamiennego wazonu na kwiaty, który stał na płycie grobu. W myślach zmówił modlitwę za zmarłych, a potem z poczuciem spełnionego obowiązku wrócił do taksówki.

– I co, znalazł pan grób tej biedaczki, wszystko w porządku? – zapytał prostoduszny kierowca.

– Tak, możemy wracać – teraz adwokat był oszczędny w słowach. Póki samochód wiózł go plątaniną ulic, niewidzącym wzrokiem patrzył w okno, myśląc, że ci, którym za życia nie było łatwo, również po śmierci nie mają spokoju. Tyle że to już nie jego sprawa, on swoją misję wykonał, jak należy, więc teraz zasługuje na wspaniałą kolację przy akompaniamencie orkiestry.

Gdzieś od morza dobiegło basowe buczenie parowca, wzywające do wejścia na pokład i przypominające, że na tym świecie wszystko  odbywa się zgodnie z rozkładem.

Andrij Lubka

Tłumaczył Bohdan Zadura, red. Hanna Abramowicz, wyd. Warsztaty Kultury, Lublin 2018.

Andrij Lubka (ur. 1987 w Rydze; mieszka na Ukrainie) − ukraiński poeta, pisarz, eseista, tłumacz i felietonista. Ukończył filologię ukraińską na Uniwersytecie w Użhorodzie (Zakarpacie) oraz bałkanistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Współpracuje z czasopismami oraz portalami internetowymi (m.in. Radio Swoboda, zbruc.eu). Zdobywca licznych nagród literackich, m.in. Debiutu (2007) oraz Laurów Kijowskich (2011). Dwukrotny stypendysta (2010, 2012) MKiDN programu RP Gaude Polonia, gość rezydencji dla pisarzy m.in. w Willi Decjusza (Kraków 2009), na Bornholmie (2015), w Wojnowicach (2016). Tłumaczony na języki: polski, niemiecki, angielski, portugalski, rosyjski, chiński, czeski, serbski, macedoński, litewski, słowacki i turecki.

Projekt okładki Ewelina Kruszewska.

Projekt okładki Ewelina Kruszewska.