Strona główna/SZKICE. Szyby

SZKICE. Szyby

Szyby

z cyklu Okno

Grażyna Lutosławska

 

Na lotnisko jedziemy taksówką.

– Polacy? – zanim wsiedliśmy, taksówkarz odkręcił szybę i się upewnił. – Nie lubię wozić cudzoziemców. Myślą, że są lepsi. Zresztą ja do nich też nie jeżdżę. Co to, źle u nas?

W samolocie z uszczelki przy klimatyzacji cieknie woda. B. próbuje zatkać otwór nad naszymi głowami. Papierowe torebki po kanapkach, które zabraliśmy z domu, nie zdają egzaminu. Zużywamy wszystkie chusteczki. Zaczynam żałować, że parasol włożyłam do walizki, która powędrowała do luku bagażowego. Stewardesa patrzy na nas z wyrzutem: naprawdę nie zamówimy parówek na gorąco?

Falafel z humusem w tureckiej restauracji na rogu Bloomsbury Street i Great Russell Street zjadamy w towarzystwie Chili. Jest Amerykanką – przed laty założyła w Londynie galerię i promuje w niej afrykańskich malarzy. Nie idzie znami do British Museum, tłumy lubi tylko na wernisażach.

Utykamy wśród turystów z całego świata, którzy wykonują obowiązkowe selfie z egipskimi mumiami. Na szczęście niewielki korytarz niedaleko wyjścia jest pusty, przedzieramy się tam i przez następne dwie godziny, nie niepokojeni przez nikogo, próbujemy rozszyfrować wiadomości, jakie zostawili dla nas starożytni mieszkańcy Nimrudu. Asyryjskie pismo klinowe strzeże jednak przed nami swej tajemnicy.

– Talbot mógłby nam pomóc – mówi B. i przyciska spust migawki. Znaki, choć nie niosą dla nas treści, są piękne.

Fox Talbot, pionier negatywowej fotografii, dzięki któremu możliwe stało się wykonywanie wielu kopii, był także archeologiem. Przetłumaczył m.in. napisy w nekropolii Niniwa. Niektórzy badacze podejrzewali, że to w Niniwie, jednej ze stolic Asyrii, która leży niedaleko Nimrudu, znajdowały się wiszące ogrody Semiramidy. Czy Talbot robił swoje pierwsze zdjęcia z okien w Lacock dlatego, że podobał mu się ten widok? Czy fotografia narodziła się z zachwytu?

Kiedy kilka miesięcy wcześniej odwiedziliśmy Lacock Abbey, posiadłość rodziny Talbotów wybudowaną na fundamentach średniowiecznego klasztoru, wychyliłam się przez okno, żeby zatrzymać w kadrze ogród fotografa. Prawie dwieście lat wcześniej Nicephor Niepce, wynalazca heliografii, pierwszego zapisu fotograficznego, też wyglądał przez okno pracowni w rodzinnym domu na wsi. Magazyn „Life” po latach umieścił Widok z okna w Le Gras, pierwsze trwałe zdjęcie, na liście 100 fotografii, które zmieniły świat.

Podczas podróży po brzegu alpejskiego jeziora Como Talbot marzył o tym, żeby dało się „na stałe przymocować te krajobrazy do papieru”. Był jedyną osobą w towarzystwie, która nie radziła sobie z ich naszkicowaniem. Ołówek nazywał „niewiernym”, a i camera lucida nie spełniała jego wymagań.

– Zbigniew Herbert lubił ołówek – przypominam sobie radiową rozmowę z żoną poety. Opowiadała mi o rysunkach, jakie Herbert robił podczas licznych podróży. „Zwiedzając muzea, zwykłem robić szkice, coś w rodzaju notatek zlektury. Chodziło mi o przedłużenie w pamięci schematu kompozycyjnego lub frapujących mnie szczegółów – wykroju powiek, skłonu głowy, jakiegoś drobnego szczegółu wykrojonego z całości” – pisze Herbert, a notatkę z teczki zatytułowanej Vermeer Józef Maria Ruszar zamieścił w opublikowanej dwanaście lat temu książce Apostoł w podróży służbowej. Prywatna historia sztuki Zbigniewa Herberta (wyd. Gaudium).

W sklepiku w British Museum kupujemy książkę poświęconą sztuce Asyrii. Nie tylko pismo klinowe ma przed nami tajemnice. Długo przyglądam się spiralom zdobiącym asyryjskie reliefy. Próbuję dociec, jakie mogły mieć znaczenie. A może to po prostu grzbiety fal, a nie symbole?

Lekturę książki, która może nam dać odpowiedź, odkładamy jednak na później. Przez szklane panele w dachu na muzealny dzieciniec padają promienie słoneczne. Ruszamy na spacer po Londynie. Zanim wyjdziemy, zadzieramy głowy w stronę trzech tysięcy trzystu dwunastu okien, z których składa się dach.

– Połączyć oknami stare budynki z nowymi potrzebami muzeum… – Kiwam głową z uznaniem dla pomysłu architekta, Normana Fostera. – I jeszcze dać temu związkowi perspektywę! – spoglądam w niebo.

– Mam nadzieję, że nikt nie popsuje jego pomysłu – mruczy B. i przypomina, co się stało z lotniskiem Londyn-Stansted, które z ikony nowoczesnej architektury, także dzieła Fostera, po licznych przebudowach i próbach dostosowania do zwiększonego ruchu zmieniło się w zatłoczony moloch pełen zagubionych podróżnych.

– Ciekawe, dokąd chodził Herbert po wyjściu z British Museum – zastanawiamy się przez chwilę przed gmachem, w którym poeta w 1963 roku lubił spędzać czas.

Jedyne, co możemy zrobić, jeśli chcemy iść jego śladem, to oddać się flanowaniu, czyli „wędrowaniu bez planu, według perspektyw, a nie przewodników […], gapieniu się, podnoszeniu kamyków, wyrzucaniu kamyków, […] przytykaniu twarzy do murów w celu łowienia zapachów, […] przyglądaniu się ludziom ironicznie, ale z miłością”, jak pisał poeta w Barbarzyńcy w ogrodzie.

Na Theobalds Road potrąca nas kobieta wpatrzona w ekran telefonu. Po kilku krokach zatrzymuje się. Przyciskam spust migawki i zapamiętuję ją, zastygłą między szybą okna, o które oparła plecy, a tą, przez którą wypatruje sygnałów ze świata.

Kobieta z obrazu Vermeera w National Gallery też stoi tyłem do okna. Przygląda się nam i mężczyźnie, szukającemu właściwego ujęcia, żeby zrobić jej zdjęcie. „[…] Potknąłem się na Vermeerze. Tyle razy próbowałem przetłumaczyć jego subtelną i pełną niuansów, niezwykle skomplikowaną maszynę malarską na prosty język […]” – można przeczytać u Herberta w Apostole w podróży służbowej. Mężczyzna robi nareszcie zdjęcie Kobiecie stojącej przy klawesynie i idzie fotografować autoportret Rembrandta. „Pisanie o Rembrandcie jest zajęciem samobójczym. Góra jest niebotyczna, ma ściany, na które nikt nie odważył się wejść, a jednocześnie stoki łagodne, po których szło tysiące wycieczek uzbrojonych w wiedzę o tym, że biedny artysta padł ofiarą zmowy mieszczan, którzy odrzucili jego sztukę, pogrążając go w nędzy i przedwczesnej śmierci”. – Mężczyzna ze smartfonem nie odrywa oczu od szyby telefonu. Długo szuka odpowiedniego kadru. – „Obecność. […] Rembrandt przekazał nam obok cielesnej duchową obecność człowieka. Nie tylko smutek, żal, gniew, zamyślenie, bo to są emocje, ale wewnętrzną ciemność i światło duszy” – pisze Herbert w Szkicach i notatkach z teczki Rembrandt, które cytuje Apostoł…

Nie mam pewności, czy to tej właśnie obecności mężczyzna szuka za szybą telefonu. Czy może wpatruje się w nią, bezradny wobec nadmiaru faktów i emocji, jakie towarzyszą poznawaniu świata.

– Im bardziej poszerza nam się świat, tym jest trudniejszy do przełknięcia – B. nie może sobie przypomnieć dokładnie słów poety, który pisał o tym, że być może szczęśliwsi ludzie to ci, którzy czytają jedną książkę i widzą tylko tyle, ile można zobaczyć z dachu własnego domu.

– Albo przez szybę – dodaję.

Wywołuję z pamięci lato w Devauden, małej walijskiej wiosce. Unieruchomiona przez tydzień w domu, spędzałam dużo czasu w oknie, pod którym każdego dnia, osiem minut po ósmej, przechodził stary mężczyzna. Po chwili pojawiał się znowu i, zdecydowanie szybszym krokiem, z gazetą w dłoni, szedł w przeciwnym kierunku. Czasem troskliwie osłaniał dziennik parasolem, a kiedy dzień był szczególnie dżdżysty, chował go do reklamówki domu towarowego John Lewis. Po kilku sekundach znikał z mojego pola widzenia. A razem z nim świat, który dawał się opisać na kilku stronach.

Grażyna Lutosławska

Grażyna Lutosławska – ur. 1964 r., dziennikarka Radia Lublin, pisarka, autorka słuchowisk radiowych, książek dla dzieci, sztuk teatralnych, esejów, tekstów piosenek, wykładowczyni, moderatorka wydarzeń kulturalnych.

 

Grażyna Lutosławska. Fot. Bolesław Lutosławski.

Pismo klinowe.

Pismo klinowe.